Poprzedni temat «» Następny temat
Kody Shute
Autor Wiadomość
Kody Shute



Nie musiałem tego widzieć

Prawdziwe Widzenie

50

Wolontariusz





name:

Kody Shute

alias:
Specks

Wysłany: 2020-03-22, 18:51   Kody Shute

Kody Shute
urodzony w Puyallup 25.08.1992 roku, mieszka w Seattle od 9 lat, przynależy do Bractwa Mutantów, piastuje stanowisko Wolontariusza, wizerunku użycza Tim Barber
historia
Dziwnie jest to pisać.

Cześć! Na imię mi Kody Shute, urodziłem się 25.08.1992 roku, co sprawia, że w momencie pisania tych wspomnień mam 27 lat. Urodziłem się w Puyallup, Waszyngton. Jest to średniej wielkości miasto niedaleko Seattle. Przyszedłem na świat w miejscowym centrum medycznym. Jestem jedynym dzieckiem Laury i Tom'a Shute. Laura, moja matka, jest nauczycielką języka angielskiego w szkole podstawowej (przepraszam mamo, ale nie pamiętam dokładnej nazwy twojej szkoły, w końcu jest ich tam 21). Zaś Tom, mój ojciec posiada własny warsztat samochodowy. Z pewnych względów nie wiem co teraz u nich słychać, ale mam szczerą nadzieję, że wszystko w porządku.
Puyallup jest specyficznym miastem. Z powodu utworzonego tutaj Dystrykt Szkolny miasto było zawsze wypełnione dzieciakami w różnym wieku. Jak się możecie domyślić ja byłem jednym z tych dzieciaków. Moją pierwszą szkołą była Szkoła Podstawowa Meeker. Niewiele mogę napisać o tej szkole, czy o moim w niej pobycie. Ciężko się to przyznaje samemu sobie, ale chyba byłem mocno przeciętny. Wśród rówieśników gdzieś w środku rankingu. Nie wywyższałem się w żadnym przedmiocie, nie zagrażało mi również niezdanie do następnej klasy. Każde z was słyszało tekst: "zdolny, jednak leniwy". Nauczyciele bardzo lubili opisywać mnie właśnie tym frazesem. Nie wiem ile w tym prawdy. Z perspektywy czasu stwierdzam, że być może faktycznie byłem leniwy, nie zależy mi aż tak na edukacji. Nie jestem jakimś neandertalczykiem, ale ciągłe kształcenie nie jest dla mnie.
Kolejne etapy edukacji przebiegały podobnie. Byłem typowym nastolatkiem z typowymi nastoletnimi problemami. Skończyłem szkołę bez większych problemów, jak również bez większych sukcesów. Rodzice mieli co do mnie różne plany. Mama pragnęła bym dalej się kształcił, tata chciał bym pomagał mu w jego warsztacie, by kiedyś go przejąć. Nie miałem smykałki do samochodów, więc ku uciesze matki zdecydowałem się na studia. Nie poszedłem na kierunek jaki sobie wymarzyła, bo nie miałem w planach kariery lekarza, jednak tak czy inaczej była zadowolona, że będę się uczyć. Zdecydowałem się na fotografię.
No... Powinienem był wcześniej wspomnieć, że bardzo zainteresowałem się fotografią. Cóż, jeśli jestem sławny to już o tym wiedziałeś, jeśli nie, trudno, piszę o tym teraz. W szkole ponadpodstawowej po raz pierwszy chwyciłem za aparat i jakoś urzekł mnie świat, który mogłem zamknąć na zdjęciu. Wiem, że to brzmi trochę drętwo, ale akurat na ten temat mam sporo spostrzeżeń i wiążę z fotografią wiele dobrych i złych emocji. W końcu robienie zdjęć stało się moją prawdziwą pasją.
Przez jakiś czas zajmowałem się robieniem zdjęć w szkole. To tam, przygotowując rocznik zakochałem się w portretach. Nie były to do końca zdjęcia, które chciałem robić, ale stało się to początkiem mojej przygody z tą formą fotografii. Zatrzymywanie na zawsze radość, smutek, czy zamyślenie, które gościły na twarzach ludzi jedynie przez krótką chwilę, było dla mnie czymś niezwykłym i magicznym.
To była rzecz, w której naprawdę chciałem być lepszy, w tym celu zdecydowałem się na studia. Oznaczało to opuszczenie rodzinnego miasta i przeniesienie się do wielkiego miasta - Seattle. Nie miałem daleko, więc rozłąka mocno nie bolała. Wystarczyła niecała godzina autem i mogłem być z powrotem u rodziców. Tak czy inaczej zdecydowałem się przeprowadzić. Trafiłem do akademiku i kontynuowałem edukację. Nie muszę chyba mówić, że tym razem naprawdę mi zależało.
Studia również ukończyłem bez większych problemów. Bywało ciężko, a kolejne semestry okropnie się dłużyły. Miałem momenty zwątpienia, no ale kto ich nie ma? W międzyczasie rozpocząłem staż w lokalnej gazecie starając się zabezpieczyć swoją przyszłość. No i mieć czym spłacać ten przeklęty kredyt studencki.
Okazało się to owocne, po uzyskaniu magistra fotografii z miejsca zostałem przyjęty do gazety. Znali mnie, polubili, praca nie obarczała mnie ogromną odpowiedzialnością więc bardzo nie ryzykowali. Może jestem subiektywny, ale podjęli bardzo dobrą decyzję. W ten sposób rozpocząłem dorosłość. Zaczynałem się spotykać z pewną dziewczyną (nie wymienię jej imienia z kilku powodów) i jakoś sobie układałem to całe "życie". No i jak się możecie domyślać, wszystko szlag trafił.

Zanim jednak przeskoczymy do dziejów najnowszych zatrzymajmy się jeszcze w roku 2014.
Nie miałem pojęcia o istnieniu mutantów. Coś tam można było usłyszeć, ale dla mnie były to teorie spiskowe na tym samym poziomie co reptilianie rządzący państwami, czy fałszowanie lądowania na Księżyc. Nie było mowy, by jakiekolwiek zdjęcia, zeznania świadków sprawiły bym zaczął wierzyć w ludzi z niezwykłymi mocami. Takie rzeczy nadawały się tylko do komiksów.
Wszystko się zmieniło tego niesławnego 4 lipca. Nie robiłem zdjęć podczas marszu, więc nie jestem naocznym świadkiem, jednak tak jak i każdy inny mam swoją opinię na temat tego co się tam wydarzyło. Sam fakt, że mutanci istnieją był sporym szokiem, przez jakiś czas jeszcze stosowałem technikę wyparcia, ale po jakimś czasie nie było to możliwe. Wtedy przyszedł gniew. Jestem wściekły na mutanty i całą te ich organizację. Szybko zaszufladkowałem ich jako terrorystów i ciężko było nie wrzucić do tego grona każdego mutanta, jakiego spotykałem. Nie jestem z tego dumny, z tego miejsca chcę przeprosić każdego kogo kiedykolwiek uraziłem swym uprzedzeniem i nienawiścią. Teraz jest inaczej. To oczywiste.
Nie wstąpiłem do żadnej organizacji zwalczającej mutantów, ale nie byłem też ich sympatykiem. Z obojętnością oglądałem wieści o aresztowaniach wynaturzonych, ale nie życzyłem im niczego gorszego, a już na pewno nie prześladowania i śmierci. Starałem się pozostać obserwatorem, tak jak to fotograf ma w zwyczaju. Fotograf nie komentuje, nie wyraża opinii, zdjęcie ma pomóc zwizualizować i być może skłonić innych do komentarzy. Nad tym już nie miałem kontroli.
Na tym zakończę, zanim rozgniewam nieodpowiednie osoby.
Przechodzimy do momentu w moim życiu, którego nie chcę opisywać. Jest to jednak konieczne, bo czy tego chcę, czy nie, to właśnie moment, który ukształtował moje obecne życie.

28.11.2018 roku. Dzień jak każdy inny, nie powinno było stać się nic niezwykłego. A jednak. Moja ówczesna dziewczyna załatawiała kilka spraw na mieście, ja pracowałem w biurze gazety. Doszło do ataku terrorystycznego w jednym z wieżowców. Dowiedzieliśmy się o tym zaraz po policji, jeśli nawet nie wcześniej. Kilka osób natychmiast zostało wysłanych na miejsce zdarzenia, by zająć się reportażem, włącznie ze mną. Byłem przerażony, ale też podekscytowany. W końcu coś się działo, a ja miałem szansę na dobre zdjęcia pełne akcji i emocji. Przeklinam się, że tylko o tym wtedy myślałem.
Byłem przy barierkach policyjnych z aparatem w ręku, gdy otrzymałem telefon. Zadzwoniła do mnie moja dziewczyna. Nie miałem czasu, ale odebrałem, głównie po to by powiedzieć gdzie jestem i co robię.
Nie zdążyłem nawet powiedzieć “halo?”, gdy pełna paniki, zapłakanym głosem zaczęła tłumaczyć co się dzieje. Przez łzy ciężko było ją zrozumieć, ale realizacja spłynęła na mnie natychmiastowo. Była gdzieś tam pod gruzami, wciąż żyła, ale słyszałem jak walczy o każdy kolejny oddech, jak ostatkiem sił zmuszała się do kolejnych słów. “Proszę, pomóż mi!” - to były jej ostatnie słowa, później słyszałem tylko osuwający gruz, wypuściła telefon z ręki, a niedługo potem sygnał się zakończył.
Całe moje ciało zamarło, nawet teraz, gdy o tym myślę, moja ręką się zatrzymuje, jakby moja podświadomość chciała mnie uchronić przed tymi wspomnieniami. Zrozumiałem jaki jestem bezradny, nagle zebrani tu ludzie, którzy wypytywali o swoich bliskich stali mi się najbliższymi ludźmi na świecie. Byłem w tej samej sytuacji co oni.
W rozpaczy rzuciłem się na jakiegoś strażaka, błagałem go o pomoc, gdy to nic nie dało, sam rzuciłem się naprzód. Przeskoczyłem przez barierkę i ruszyłem w stronę gruzowiska. Zatrzymali mnie, prosząc o spokój i tłumacząc, że nic się nie da zrobić, pozostaje czekać.
To właśnie wtedy obudziła się moja moc. Poczułem ogromny ból na twarzy, zdawało mi się, że ktoś przykłada dwa rozżarzone pręty do mojej twarzy i zaczyna wypalać nimi dziury. Nie wiem ile to trwało, dla mnie trwało całą wieczność. Gdy odzyskałem zmysły zrozumiałem, że zebrany przy mnie tłum rozsunął się, nie czułem już silnej policyjnej ręki na swoich przegubach. To co widziałem, gdy zacząłem się rozglądać jest bardzo trudne do opisania, ale postaram się to jakoś ubrać w słowa.
Moje pole widzenia się zawęziło, trochę to przypominało patrzenie przez szklaną tubę. Obrzeża były zamazane i niewyraźne, zaś centralna część mojej wizji była wyostrzona. I nie tylko. Tam gdzie spojrzałem ludziom znikały ubrania, widziałem wnętrza policyjnych aut, ściany przestawały istnieć, a przynajmniej pojawiała się w nich dziura.
Znów ogarnęła mnie panika, na moment zapomniałem o dziewczynie, byłem zbyt zajęty swoim zdrowiem. W całym tym chaosie usłyszałem jak ktoś krzyczy “To mutant!”. Nie pomyślałem nawet, że to o mnie. Krzycząc, starałem się zasłonić sobie oczy, z całych sił zaciskałem powieki, jednak nie przynosiło to żadnego efektu. To bezwiedne macanie własnej twarzy sprowadziło kolejną realizację. Tam gdzie jeszcze niedawno czułem okropny ból coś się znajdowało. Bolało przy dotyku, jednak tym razem ból był inny, dziwnie znajomy.

Zostałem aresztowany. Nie stawiałem oporu, w tamtym momencie pomyślałem, że zabiorą mnie do szpitala. Przecież to oczywiste, że byłem chory. Trafiłem jednak do celi. Po jakimś czasie moja moc przestała działać, a ja mogłem wreszcie zobaczyć upragnioną ciemność. Spokój jednak nie przyszedł jeszcze przez długi czas.
Wciąż martwiłem się o dziewczynę, gdzieś z tyłu głowy wiedziałem, że nie żyje, jednak w tamtym momencie potrzebowałem jakiejś nadziei, by się jej pochwycić. Nie odważyłem się otworzyć oczy, więc gdy tylko słyszałem w pobliżu kroki pytałem co z ofiarami. Co z moją dziewczyną. Nikt mi nie odpowiedział. Na dodatek powoli docierało do mnie co się stało. Słyszałem o tych przypadkach przebudzeń mocy, i jeszcze ten oskarżający krzyk osoby z tłumu. Bardzo nie chciałem tego przyjmować do wiadomości, ale nie dostrzegałem innego wytłumaczenia. Stałem się mutantem. Czy może zawsze nim byłem, nie wiem jak to dokładnie działa.
Jak się okazało nie był to koniec złych wiadomości. Widziałem mutanty, a właściwie dowiadywałem się, że to mutanty, gdy już mi o tym powiedzieli. I właśnie w tym tkwi problem. Większość z nich/nas wygląda normalnie, dopiero gdy używają mocy dochodzi do jakichś zmian. Ale nie u mnie, najwidoczniej los stwierdził, że jeszcze mi mało. Jestem czterookim dziwolągiem! I nie chodzi mi o przezwisko na okularnika, ja fizycznie mam dwie pary oczu. Te
“Drugie” znajdują się nieco poniżej tych normalnych i to one pozwalają mi widzieć przez… rzeczy.
Wciąż nie wiem co się dokładnie stało podczas manifestacji mojej mocy, ale wydaje się, że mój brak opanowania sprawił, że mogłem przez wszystko, włącznie z moimi powiekami. Teraz, gdy już miałem trochę czasu by przyzwyczaić się do tego daru, posiadam większą wiedzę na temat kontrolowania mojego nowego wzroku.

Wracając do mojej odsiadki. Nigdy nie trafiłem do żadnego szpitala, jak się możecie domyślać. Zamiast tego zostałem wysłany do Dzielnicy Ochrony Mutantów - ponurego i smutnego miejsca, w którymi miałem już sposobność robić kilka zdjęć. Wiedziałem czego mniej więcej się spodziewać i pobyt w tym miejscu nie napawał mnie optymizmem. No ale było jak było.
Nawet nie wiedziałem gdzie indziej miałbym się udać. Nie mogłem już żyć wśród zwykłych ludzi, nie znieśliby mojego wyglądu. Słyszałem o Bractwie, które opiekowało się mutantami, ale miałem dwa problemy: po pierwsze, za nic w świecie nie wiedziałem jak skontaktować się z tą organizacją, a po drugie, nie byłem pewien, czy chcę do nich przynależeć. No bo jakie miałem zapewnienie, że to nie oni stali za tymi wszystkimi atakami? Dokładnie, żadnego.
W DOM-u spędziłem kilka miesięcy. Ciężko było się zaaklimatyzować i znaleźć sobie zajęcie. Na szczęście miałem swój aparat, więc to jakoś pozwalało mi się czymś zająć by nie myśleć o moim położeniu. Na dodatek to miejsce nie było tak bezpieczne jak przedstawiały to gazety. I nie mówię tu tylko o tych dziwnych rytualnych morderstwach. Pamiętałem by nie zwracać na siebie uwagi, a w razie konieczności byłem gotowy nie wyściubiać nosa z mieszkania. Moja moc pozwalała mi z wyprzedzeniem dostrzegać potencjalne zagrożenia, co okazało się bardzo przydatne.
Zostałem siłą wyrwany z dawnego życia. Nawet nie wiedziałem czy moi rodzice zostali poinformowani gdzie się znajdowałem. Wciąż nie wiem co u nich, być może nie dostali żadnej informacji, a być może nie chcieli już utrzymywać ze mną kontaktu. Nie miałem pojęcia jak mogli zareagować na wieści, że ich syn jest mutantem.
Jak się okazało moje uwięzienie miało się zakończyć. Doszło do ataku Bractwa na DOM. Nie był to najpłynniej przeprowadzony atak, ale dzięki temu wydostałem się z tej przeklętej dzielnicy. Nie wiedziałem co ze sobą dalej zrobić, więc przyjąłem protekcję ze strony Bractwa i do nich dołączyłem. Mam mieszane uczucie co do tej zgrai. Z jednej strony pomogli zwrócili mnie, jak i innym mutantom wolność, ale z drugiej przez nich wielu zginęło. Zginęły osoby, które być może wydostałyby się w inny sposób, jednak tego już nigdy się nie dowiemy.
Nie mam aspiracji do zajmowania jakiegoś stanowiska. Na ten moment staram się spłacić dług wdzięczności za uwolnienie, ale nie wiąże z Bractwem swej przyszłości. Muszę tylko znaleźć swoje miejsce na świecie.
charakter
Zdaje się być spokojnym, opanowanym mężczyzną, czasem nawet pozbawionym zdolności do ekspresji mocniejszych emocji. Skrywa się za zasłoną cynizmu i czarnego humoru, co stało się jego sposobem na akceptację, czy też wyparcie tego co przeszedł od czasu ujawnienia mocy. To wszystko jest jedynie powłoką dla osoby, która jest skłonna do nadmiernego rozmyślania i paniki. Kiedyś może było inaczej, ale teraz stara się nie przywiązywać i choć nie unika kontaktu z innymi, to często wybiera samotność. Stara się być samodzielny, tak więc, gdy już musi na kimś polegać podchodzi do tego z dużą dozą ostrożności. Często również stosuje swój aparat jako swego rodzaju filtr oddzielający go od świata.
opis mocy
Prawdziwe Widzenie - moc odkrywająca to co ukryte. Pozwala na widzenie przez materialne przedmioty, między innymi: ściany, drzwi, ubrania (tak, niestety jest w stanie to zrobić, nie korzysta z tego, ale i tak stara się o tym nie wspominać). Dar sprawił, że na jego twarzy pojawiła się dodatkowa para oczu, ale moc nie jest od niej zależna.

0-79% - podstawowa wersja mocy, Kody widzi przez materialne przedmioty, można powiedzieć, że zdejmuje z nich “pierwszą warstwę”. Oznacza to, że nie potrafi, by z jego pola widzenia zniknął cały przedmiot, ale takie rzeczy jak ściany, drzwi i wieka nie stanowią dla niego problemu.
80-100% - na tym poziomie moc pozwala na widzenie osób i przedmiotów, które dla innych są uznawane za niewidzialne.

Wady - bardzo istotnym ograniczeniem mocy jest odległość na jaką jego wzrok jest w stanie przenikać ściany. Odległość ta wynosi 30 metrów. Dodatkowo Prawdziwe Widzenie nie przedziera się przez niematerialne zasłony, takie jak dym. Przez dodatkową parę oczu, która jest wynikiem manifestacji jego mocy, Kody już nie może uchodzić za zwykłego człowieka. Podczas korzystania z mocy powieki nie stanowią bariery dla przenikania, więc w tym czasie jego oczy nie mogą odpoczywać, nagle spojrzenie w intensywne źródło światło stanowi poważny problem, który może wykluczyć użyteczność Kody'ego na dłużej niż miałoby to miejsce u kogoś z normalnym wzrokiem.

Skutki uboczne nadużycia - przy sytuacjach, gdy Kody będzie chciał nadwyrężyć swoją moc ryzykuje pogorszeniem wzroku, a w ekstremalnych przypadków możliwe, że nawet jego utratą. W trakcie korzystania z daru, jego oczy nie odpoczywają, a na dodatek są jeszcze intensywniej wykorzystywane. Tak więc jakiekolwiek wyjścia poza znane mu normy i granice stworzą, a później pogłębią jego wadę wzroku.

[można korzystać z mocy przez 7 postów/5 postów odpoczynku]
ciekawostki
Fotograf - Kody jest zafascynowany fotografią i niemal zawsze ma przy sobie aparat. Lubi fotografować inne osoby, ale jakoś rzadko mu się zdarza prosić o pozwolenie.
Dwie pary oczu - na twarzy Kody’ego pojawiło się dwoje dodatkowych oczu. Dla komfortu rozmówcy stara się poruszać wszystkimi gałkami jednocześnie, ale jest w stanie poruszać dwoma parami oczu niezależnie.


[Profil]
  [0+]
 
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2020-03-29, 13:16   

Ukryj: 


Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: 50%
Czyż los nie jest przewrotny? Kiedyś to Ty odpowiadałeś za to, co znalazło się na pierwszej stronie gazet, Twoje nazwisko chyba było nawet rozpoznawalne. A dziś? Dziś musisz ukrywać się przed światem i dokładać wszelkich starań, by nie wylądować jako news w jakimś marnym brukowcu.
Ale kto wie, może jeszcze szczęście się do Ciebie uśmiechnie w tych nowych okolicznościach?
Przekonajmy się na fabule!
Miłej gry!

Twoja grupa krwi to: 0 Rh+
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 7