Soldier keep on marching on, head down till the work is done.
Geniusz
stały poziom opanowania mocy
Mózg i lider Bractwa
name:
William Hopper
alias:
Axon, Daniel Blake,
age:
27 lat
height / weight:
184/80
Wysłany: 2019-02-13, 17:51 Come inside my mausoleum Multikonta: Shivali, Donny
Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Powinien od razu przyjść do tego pokoju, zaraz po tym jak wyszedł od Mercy. Nie był w stanie. Początkowo tłumaczył to tym, że po prostu potrzebował być chwilę sam, żeby coś wymyślić - ale przecież nie miał na to szans. Potrzebował operacji w samym środku wojny. Delgado mógł to załatwić, ale równie dobrze mógł stwierdzić, że Hopper bardziej przyda mu się martwy. Inne opcje nie istniały, pójście do DOGS nie wchodziło w grę. Nie mógł zdradzić tych wszystkich ludzi, których obiecał chronić. Jednego był równie pewien, co rok temu - jeśli miał zginąć, zginie jako człowiek, którym był, nie którym miał się stać.
Dlaczego nie mógł wrócić do tamtego spokoju? Przecież w lutym był już zupełnie pogodzony ze swoją śmiercią. Jak wiele mogło się zmienić w ciągu dziesięciu miesięcy? Wallace. Josie. Nie mógł się z nimi pożegnać. Ale czy miał jakiekolwiek inne wyjście?
Na pewno nie znajdzie go zupełnie zaślepiony emocjami. One zawsze wszystko niszczyły, były najgorszym możliwym rozwiązaniem. Musiał się od nich odciąć, a otarcia na kostkach jego dłoni wstydliwie przypominały, że nie potrafił, nie tym razem. I kiedy otwierał drzwi do ich pokoju, kiedy witał się z Matilde, jakiś głosik z tyłu jego głowy cały czas przypominał mu, że zaraz będzie musiał jej powiedzieć prawdę. Zamiast tego podszedł do łóżeczka, Josie spała w najlepsze. Hopper nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, mimo wszystko. Cholera, brakowało mu jej...
Wizyta w Seattle zajęła Wallace o wiele więcej czasu, niż Matilde mogłaby się spodziewać. Ale to nie miało aż tak dużego znaczenia. Nie, kiedy udało jej się załatwić tyle spraw. I cóż, nie mogła nic poradzić na to w jak dobrym humorze była. Może ta promienność i bijąca radość kompletnie do niej nie pasowały, ale miała to gdzieś. Była naprawdę szczęśliwa i nie spodziewała się, by cokolwiek mogło to zepsuć. I przez praktycznie całą drogę do domu wyobrażała sobie minę Willa, kiedy ten się o wszystkim dowie. Może to głupie – i z pewnością nie zamierzała się do tego przyznawać – ale toczyła w swojej głowie różne możliwe scenariusze, w jakim kierunku ta rozmowa mogłaby pójść. Zastanawiała się, która opcja była najlepsza i najbardziej w jej stylu, ale ostatecznie to też nie miało znaczenia. Wszystkie były naprawdę dobre. Huh, ale już od samego początku nie było tak jak powinno. Gdy wróciła z Josie do pokoju, Willa nigdzie nie było. Przez chwilę zastanawiała się, czy rzeczywiście miał coś naprawdę ważnego, czy o co chodziło. Mimo wszystko ugodziło w nią to, że nie czekał. Nie widział małej od tak długiego czasu, a teraz kiedy wreszcie wróciła, jego po prostu nie było. Nie skomentowała jednak tego. Nie, kiedy wreszcie zaszczycił ich swoją obecnością. Nic nie miało zepsuć jej dobrego humoru. Po prostu.
– Pracowałeś? – spytała po prostu, ale chyba właściwie nie oczekiwała od niego odpowiedzi. Usiadła na łóżku, świdrując wzrokiem tył jego pleców. – Byłam u Marcosa Delgado – powiedziała prosto z mostu, czując jak bolą ją policzki od uśmiechu. – I mam nadzieję, że nie masz planów na 12 stycznia – dodała z tą typową zadziorną nutką w głosie. A potem po prostu z podekscytowania wstała z tego łóżka i podeszła do Willa, by zapleść dłonie na jego karku i spojrzeć mu prosto w oczy: – będziesz miał operację.
- Sprawdzałem co u Mercy. Nie oszczędza się - powiedział po prostu. Cholera, Josie wyglądała tak spokojnie, kiedy spała. Nie miała o niczym pojęcia. Może nigdy nie będzie miała. Była o wiele, wiele za mała żeby w ogóle go pamiętać. Powinien przy niej być, nie dopuścić żeby musiała przechodzić przez to co on, Wallace czy... Tamta wizja.. To nie była ona, to był chłopiec, Cole, to nie wydarzyło się naprawdę... Ale mogło się stać w dowolnym momencie. Potrzebowała kogoś, kto o nią zadba... a on tak cholernie chciał być tym kimś. Chciał patrzeć jak dorasta, jak zmieniają się jej rysy twarzy, jak osiąga kolejne sukcesy... żyje w świecie, który wygląda tak jak powinien. Tak bardzo potrzebował czasu, całej wieczności.
Dopiero głos Wallace wyrwał go z zamyślenia. Marcosa Delgado? Nie powinna była tego robić. To było niebezpieczne. Nie miała tyle wsparcia i doświadczenia co on, nie wiedzieli jaką moc ma Marcos... Jeśli nie wiedział kim była, to mogło się dla niej skończyć tragicznie. Jeśli wiedział kim była, to mogło się dla niej skończyć tragicznie. Nienawidził tego, ale to co do niej czuł sprawiało, że stawała się celem. Nie miał pojęcia o co jej chodziło z tym dwunastym stycznia, nawet nie próbował zgadywać.
Dopiero kiedy poczuł jej dłonie na swoim karku, spojrzał na nią. Cholera, tak dobrze było czuć dotyk jej skóry... Wręcz odruchowo sięgnął dłonią do jej talii. Może to była kwestia tego, że znowu czuł jak mało mieli czasu. Każdy ułamek sekundy się liczył, każdy chciał zatrzymać. Rozbijać w swojej głowie na części pierwsze, chłonąć jej zapach, to jak szczęśliwa się wydawała...
Coś się w nim niemal zupełnie wywróciło, kiedy usłyszał jej słowa. Nie powinien robić sobie nadziei. To jeszcze o niczym nie świadczyło, mogło być za późno na tę operację, mógł umrzeć w trakcie niej, mógł zginąć do tego czasu...
- Och - wydobyło się z jego ust. Na więcej nie potrafił się zdobyć. Ale mieli jakieś szanse, prawda?
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Matilde jedynie skinęła głową. Nie miała żadnych powodów, by mu nie wierzyć, dlatego nie odpowiedziała nic na jego słowa. Poza tym, to wciąż nie miało dla niej aż tak wielkiego znaczenia. Trudno, nie czekał na nich. Bywały o wiele poważniejsze problemy. Bywały o wiele poważniejsze tematy, na których trzeba się było skupić. Jak na przykład to, że właśnie byli bliscy zamienić kilka lat na o wiele, wiele więcej. Wallace nawet nie starała się ukrywać tego podekscytowania. Uśmiech niekontrolowanie wkradał się na jej twarz, wykrzywiając jej usta w niesamowicie głupi kształt.
– Wiem, to było nieodpowiedzialne – mruknęła, kiedy zobaczyła jego reakcję na imię i nazwisko przywódcy Rebelii. Cóż, doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że mogła zginąć. Że mogła nigdy nie wyjść z jego gabinetu. Ale zaryzykowała. Była niesamowicie pewna siebie, a to… to jej się opłaciło. Powinien być naprawdę dumny. – Nie ma pojęcia kim jestem, ani nie ma pojęcia o moim powiązaniu z Bractwem. I nie, nie byłam śledzona. Sprawdziłam to – znacznie poszerzyła swój uśmiech (o ile to w ogóle było możliwe), kiedy poczuła dłoń Willa na swojej talii. Wszystko zapowiadało się idealnie, prawda? Mieli za sobą poważną chorobę, Josie była w domu, Matilde otrząsnęła się po śmierci Cass, a teraz… teraz to.
– Zrobiłam wymianę. Za lek i wszystko co zdobyliśmy w szpitalu, wydawał się być naprawdę zdesperowany i… – nagle urwała, mrużąc brwi. Wydawał się jakiś dziwny. Dziwniejszy niż zwykle. Matilde posłała mu pełne pożałowania spojrzenie. Okej, okej. Rozumiała kontrolowanie emocji i inne tego typu bzdury, ale no niech da spokój. Przynajmniej dzisiaj. – Tylko tyle? – spytała po chwili, coraz wyżej wznosząc brwi. Może po prostu był w szoku. To, by się zgadało. Nigdy nie był zbyt emocjonalną osobą. Ona też nie. A przynajmniej nie, kiedy byli z dala od łóżka. Ale to jego och było jakieś naprawdę dziwne. Wręcz mizerne. – Nie cieszysz się? – mruknęła, nie spuszczając wzroku z jego oczu. Cholera. Podczas jazdy wyobrażała sobie naprawdę wiele możliwości, ale żadna z tych jakoś nie odpowiadała temu, co się właśnie działo.
Tak, to było cholernie nieodpowiedzialne. Nie powinna tak ryzykować, nie ona. Niech inni stawiają na szali swoje życie, ale nie ona. Było zbyt ważne. A równocześnie, nie mógł się pozbyć tego dziwnego uczucia dumy, zwłaszcza kiedy dodała, że nie była śledzona. Pilnowała tego. Nie powinien się cieszyć, że wsiąkała w ten świat... ale to był dobry zwyczaj. I sama o nim pamiętała. Może to dobrze, biorąc pod uwagę, że on... Będzie musiała sama zadbać o siebie i Josie. Powinna wiedzieć jak to zrobić. Rzuciła się od razu na głęboką wodę, mogła tyle przegrać... Ale nie przegrała, prawda? Życie w tym świecie to był hazard, trzeba było tylko wiedzieć jak ustawić grę, żeby samemu wygrać.
Jej uśmiech był naprawdę piękny, chciałby go zachować na dłużej... a równocześnie coś w nim sprawiało, że rozpadał się na kawałki. Jak miał jej powiedzieć, kiedy była tak szczęśliwa? I taka dumna z siebie. Powinna być. To było jej pierwsze takie zwycięstwo. Walczyła o swoją rodzinę i właśnie spektakularnie wygrywała - a przynajmniej tak było w jej głowie. Ale jeśli miał mieć jakikolwiek szanse, to tylko dzięki niej. Jeszcze o tym nie wiedziała, ale ocaliła mu życie. Tak, ocaliła mu życie. Wszystko musiało się skończyć dobrze, nie mogła istnieć żadna inna opcja. Po protu będzie musiał przetrwać jeden miesiąc.
Rozczarował ją. Momentalnie to zauważył. Nie chciał jej tego robić, zabierać tej całej radości. Dopiero w tamtym momencie do niego dotarło, że musiała cały dzień wyobrażać sobie jak mu o tym opowie, jak on się ucieszy... Ale nie potrafił tego zrobić. Nie potrafił po prostu się roześmiać, podnieść jej, pocałować... Przynajmniej mieli wszystkie elementy potrzebne, żeby to się udało. Mieli te pieprzone szanse.
- Cieszę się. Naprawdę - odpowiedział jej, z resztą zgodnie z prawdą. To była najlepsza wiadomość, jaką mógł dostać - pomijając tę, że to tylko jakiś popieprzony sen.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
To… to nie powinno tak wyglądać. Pieprzyć jej wyobrażenia. Pieprzyć to czego właściwie od niego oczekiwała. Nie musiał skakać z radości, nie musiał przesadnie okazywać swoich uczuć. Jeśli wciąż wolał pozostawać totalnie niewzruszony i emocjonalnie upośledzony… nie szkodzi. Jakoś to przeżyje. Jakoś przeżyje. Ale z drugiej strony – totalnie nie potrafiła tego zrozumieć. Nieważne jak tragiczny był, przecież go dobrze znała. Pamiętała, jak przyszedł do tego pokoju, by jej powiedzieć o tym, że mieli mieć przyszłość. Że ich czas się wydłużył o kilka lat. Cholera. Mówił jej o kilku latach, a był tak cholernie rozpromieniony. A teraz…? Coś było nie tak? Chciała to zrozumieć. Naprawdę chciała. Ale nie była na tyle naiwna i głupia. Radość nie była w stanie jej aż tak zaślepić. Znała go. Znała go jak nikt inny i wiedziała, że coś było nie w porządku. Jej serce tak po prostu zaczęło szybciej bić. To była dziwna reakcja. Nie miała żadnych powodów, by zacząć się stresować. Wciąż się uśmiechała. Cholernie szeroko uśmiechała, ale nie umiała się wyzbyć tego narastającego niepokoju. Wallace na moment spuściła wzrok. To właśnie wtedy zauważyła jego poranione dłonie. Bił się z kimś? Nie byli tutaj bezpieczni? Przecież mówił, że był u Imari. Bił się z Imari? To nie miało sensu. Nic już z tego nie rozumiała. Nie rozumiała też tak nagle powstałej guli w gardle. Matilde ściągnęła dłonie z karku Willa, by chwycić go za nadgarstek i jednocześnie wysoko wznieść brwi.
– O co chodzi? – spytała po prostu, powracając wzrokiem do jego twarzy. Jej twarz wciąż wydawała się niezwykle rozpromieniona, ale jednocześnie nie była w stanie nic zrobić z zaniepokojeniem, które kryło się w jej tęczówkach. Miała mętlik w głowie i naprawdę chciała się dowiedzieć, o co do cholery chodziło. I dlaczego do cholery tak chujowo zareagował na jej fantastyczną wiadomość. Huh, chyba, że przeraziła go perspektywa dłuższego życia przy jej boku.
Widział jak jej wzrok zsuwa się na jego dłoń, żywy dowód jego wybuchu emocji... Ale przecież nie mogła wiedzieć o co chodziło. Może powinien jakoś schować dłoń? Jeszcze chwilę udawać przed Wallace że to... Przecież i tak musiał jej o wszystkim powiedzieć. Nie ważne jak bardzo miało ją to zniszczyć, musiał jej powiedzieć. Przecież sama te miesiące temu mu powiedziała, że żałoba, to ważna część umierania. Nie mógł jej nikomu odbierać. I nie ważne jak bardzo nie chciał wierzyć, że to nie jest koniec, nie potrafił. Wystarczy tylko, że przetrwa miesiąc. To nie było dużo, byli w stanie to zrobić. Jeśli będzie na siebie uważał, używał mannitolu, nie mówiąc o tym że najpewniej Wallace będzie chciała go leczyć. Po ciąży jej skutki uboczne mocy wróciły do normy. Mogli to zrobić. Trzydzieści trzy dni, tylko tyle, żeby dać mu szanse. Jeśli to nic nie da... Przynajmniej zrobili wszystko co mogli. Może po prostu zginie nieprzytomny i nie będzie się musiał mierzyć z tym, że właśnie ją zostawia na pastwę losu, patrzeć jak próbuje być silna...
- Po prostu... mogłem przesadzić z treningiem - wyjaśnił. Ciągle trzymała go za nadgarstek, jakby to był jakiś dowód. Nie mógł nic poradzić na to, że jego ręka w końcu sama wylądowała na jej dłoni. Cał czas nie odrywał wzroku z jej twarzy. Nie chciał, żeby martwiła się czymś czym nie musiała, to... to nie było nic istotnego. Po prostu stracił chłodny umysł.
Może nie powinien nic więcej dodawać. Może powinien na tym skończyć, udawać... Nie mógł, nie ważne czego chciał. Życie wybrało za niego.
- Powinnaś usiąść - odezwał się w końcu spuszczając z niej wzrok. Klamka zapadła. Teraz musiał już powiedzieć resztę.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Przesadził z treningiem? Co to niby miało znaczyć? To przecież nie było w jego stylu. On nie robił takich rzeczy. No i mówił, że rzekomo był u Imari. Czyli jednak go tam nie było? Jednak był na treningu? Imari przecież nie pozwoliłaby mu łazić z zakrwawionymi knykciami. To totalnie nie miało sensu. Wallace nie zamierzała się bawić w policjantów i złodziejów, ale nie mogła nic poradzić na to, jak źle się z tym wszystkim poczuła. Nie dlatego, że nie mówił prawdy. Po prostu to wiecznie towarzyszące jej czarnowidztwo, z jakiegoś powodu tak bardzo się nasiliło. Nie potrafiła dokładnie stwierdzić co takiego teraz czuła, ale miała wrażenie, że nachodzą ją jakieś paskudnie burzowe chmury.
– Powinieneś to opatrzyć – powiedziała cicho, czując jakby właśnie zaczęła jej drętwieć szczęka. Nie sądziła jednak, by jego rany były w tym wszystkim aż tak ważne. Musiało się stać coś o wiele gorszego, a Wallace nie potrafiła już dłużej udawać. I jego dotyk… to w niczym nie pomagało. Nie, kiedy usłyszała z jego ust takie słowa. Serce, które do tej pory tak szybko waliło o klatkę piersiową, na tą krótką chwilę się zatrzymało. Matilde powoli pokręciła głową. Nie. Mimo tego, że jej nogi były teraz jak z waty, to nie zamierzała siadać.
– Po prostu to powiedz – wychrypiała przez ściśnięte gardło, świdrując go uważnie wzrokiem. Starała się o niczym nie myśleć. Nie, dopóki się nie dowie, ale to nie było zbyt łatwe. W zasadzie to było cholernie trudno. Wallace z trudem przełknęła ślinę. I właściwie to nie wiedziała czego się spodziewać, ale już teraz czuła jak wszystko jej się w środku przewraca… Jak wszystko co żywe zaczyna po prostu gnić.
- To nic... - zaczął, ale nie skończył. Przecież obydwoje to wiedzieli. Zwykłe otarcia. Przecież ledwie półtora miesiąca wcześniej wrócił do domu z raną postrzałową. Niezbyt poważną, ale jednak. I obydwoje wiedzieli, że to nie było najgorsze, co miał w repertuarze. Obdarte knykcie? To nic nie znaczyło. Już wyraźniejszy był ból głowy, z powrotem na swoim miejscu, nieustanne gdzieś na granicy świadomości, chociaż Hopper był na podwójnej dawce metadonu. Cholera. A przecież kiedyś tak bardzo uważał z samą kodeiną.
Może powinien upewnić się, że Wallace faktycznie usiądzie. Nie sądził, że kiedy dziewczyna to usłyszy utrzyma się na nogach, zwłaszcza kiedy już widział jej reakcję zanim w ogóle powiedział cokolwiek istotnego. Nie chciał się z nią kłócić, naprawdę, to była ostatnia rzecz której teraz potrzebował. Najwyżej po prostu ją złapie.
- Pogorszyło mi się - odpowiedział spokojnym tonem, zupełnie wyzbytym ze zbędnych emocji. Chciała informacji, więc jej je przekazywał. Nic, co mogłoby przeszkadzać wiadomości dotrzeć prosto do jej uszu. - Lek zadziałał. Ta choroba... wpływa na moce... - Przecież obydwoje to wiedzieli. Nie musiał jej tego tłumaczyć, a jednak z jakiegoś bezsensownego powodu to robił. Po prostu potrzebował coś zrobić. Potrzebował jej. Przejechał powoli dłonią w górę jej nadgarstka, czuł przesuwającą się pod opuszkami jego palców jej delikatną skórę. Tak bardzo potrzebował jej w tamtym momencie. Każdy dotyk był istotny.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Miała wrażenie jakby właśnie została zamknięta w jakimś dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Widziała, jak wargi Willa się poruszają. Mogłaby się nawet domyślić, jakie dokładnie słowa wydobywają się z jego ust. Ba, nie musiała nawet zgadywać, bo doskonale wiedziała co mówił. Ale z drugiej strony, nic nie słyszała. Zupełnie jakby jej mózg postanowił odmówić posłuszeństwa, jakby chciał ją ochronić.
Już wcześniej to przeżyła. Była w Seattle i ktoś podłożył bombę pod budynek. O mały włos nie zginęła tamtego dnia. Wtedy też szumiało jej w uszach. Wtedy też nic nie słyszała. Tak nagle zrobiło jej się sucho w ustach. Próbowała przetworzyć w głowie te wszystkie szczątkowe informacje, ale nie potrafiła tego zrozumieć. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego to znowu się działo. Wallace potrząsnęła głową, jednocześnie wydobywając z siebie ciche: nie. Nie. Nie zgadzała się na to. Dlaczego była taka głupia? Dlaczego się nie domyśliła? Widziała co ta choroba robiła z innymi mutantami. Dlaczego więc się łudziła, że to nie miało spotkać jej Willa? Dlaczego pozwoliła sobie mieć nadzieję i się cieszyć, że wszystko było za nimi?
– Ile? – spytała po prostu, czując jak przygniata ją jakiś niewyobrażalny ciężar. Miała wrażenie, że zapomniała jak się oddycha. Co powinna teraz zrobić? Jak to się robiło? Otwierało się usta i co było dalej? Ale przecież… przecież nie mógł odejść. Nie mógł jej zostawić. Nie teraz. Przecież go potrzebowała. Przecież… przecież obiecał jej kilka lat. Przecież go kochała. Dlaczego to nie mogło wystarczyć? Nawet nie wiedziała kiedy obraz zaczął jej się rozmywać przed oczami. Nie była jednak w stanie zamrugać powiekami. Nie chciała poczuć łez spływających po policzkach. – Ile ci zostało? – wychrypiała w końcu, tym dziwnie suchym i pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem. To było dziwne uczucie, ale miała wrażenie, jakby właśnie serce zaczynało jej pękać na miliony drobnych kawałeczków.
Nie chciał na to patrzeć, nie chciał oglądać jak powoli rozlatywała się na miliardy drobnych kawałeczków. Czy mógł cokolwiek zrobić? Nie miał żadnych rozwiązań, nie potrafił sprawić, żeby to wszystko okazało się tylko pieprzoną pomyłką. Jedyne, co mogli mieć, to tylko ta pochrzaniona nadzieja. Jeszcze nie wszystko było stracone, musieli o tym pamiętać bez względu na wszystko. W lutym był pewien, że nie da rady przeżyć więcej niż kilku miesięcy, że nie spotka go już nic więcej w życiu, dobrego czy złego, bez znaczenia. Myślał, że jego historia była w połowie epilogu, a potem okazało się, że może osiągnąć wszystko co tylko zechce. Wystarczyło tylko, żeby na horyzoncie pojawiła się Wallace, załamana, wracająca do narkotyków. Dali radę się stamtąd wyciągnąć nawzajem, dlaczego tym razem to się nie miało udać? Istniało rozwiązanie, miało naprawdę duże szanse. Wystarczyło tylko dotrwać do operacji.
- Wygląda na to, że trzydzieści trzy dni - rzucił smutno, chociaż z słabym, cynicznym i przesiąkniętym czarnym humorem uśmiechem. Nie był pewien ile by jej powiedział, gdyby nie wiedział o operacji. Kiedy wyłączyli jego moc, kończył mu się czas. Teraz było o wiele, wiele gorzej. Wzrok Mercy, kiedy weszła do jego głowy doskonale o tym świadczył.
Chrzanić ból. Chrzanić wylewy, chrzanić to w jakim był stanie. Musiał przeżyć ten miesiąc, więc to zrobi… Choć, kiedy zaczynały docierać do niego te myśli, przerażały go. Z każdym dniem będzie coraz gorzej, a przecież Mercy nie była w stanie zapanować nad jego mocą, nie wyłączyła jej zupełnie. Wróci do tempa, w którym pogarszało mu się w zeszłym roku, może nawet szybszego - kiedy przestrzenii w jego czaszce było coraz mniej, każdy dzień znaczył coraz więcej. Nie mógł brać tyle leków… Ale przecież teraz był w stanie funkcjonować tylko dzięki podwójnej dawce metadonu. Będzie gorzej. Nie mówiąc już o wylewach, nawet jeśli da radę przetrwać do tego czasu, mógł stracić wszystko, każdą część siebie.
- Wszystko się uda. Musimy tylko wytrzymać ten miesiąc - spróbował ją przekonać, skoro nie był w stanie samego siebie. Musiał być silny, dla niej.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
To nie było możliwe. To, o czym teraz mówił nie mogło się dziać naprawdę. To… to musiała być jakaś pomyłka. Matilde, choć właściwie i tak już nic nie widziała przez tą nagromadzoną wodę, nie spuszczała wzroku z twarzy Hoppera, zupełnie jakby oczekiwała od niego, że wszystkiemu zaprzeczy. Cholera, nie byłaby nawet aż tak piekielnie zła, gdyby stwierdził, że tylko żartował. Dlaczego tego nie robił? Dlaczego nie mówił, że to tylko głupie żarty? Wallace… Wallace miała wrażenie, jakby to co zostało z jej serca, właśnie zapłonęło żywym ogniem. To tak cholernie bolało. Jak miała niby z tym żyć? I nawet nie wiedziała, czy mogła mu wierzyć. Mówił o trzydziestu trzech dniach, ale co jeśli to była wersja tylko dla niej? Co jeśli zrobi to co chciał zrobić w lutym? Wyjdzie w środku nocy i już nigdy nie wróci?
Ta operacja… to był łut szczęścia. Jeśli rzeczywiście miał dożyć do tego czasu, to… to co by było gdyby Wallace jej nie załatwiła? Co byłoby dalej? Jak do cholery miała się z nim pożegnać? Jasne. Mieli nadzieję, mieli mało czasu… ale ona już w to wszystko nie wierzyła. Nie potrafiła. Najgorszym dniem kochania kogoś jest dzień, w którym tego kogoś tracisz. I nie umiała się oprzeć wrażeniu, że to właśnie był ten dzień.
– Muszę… muszę wyjść – wyszeptała rozpaczliwie, odsuwając się od niego. Nie mogła sobie pozwolić, by na to patrzył. On musiał myśleć, że ona wierzy w te wszystkie jego zapewnienia. Jeśli miał wyzdrowieć, musiał być pewien, że ona podziela jego optymizm. A przecież nie podzielała. Nie była głupia, a życie naprawdę jej nienawidziło. Nie mogła oddychać. Musiała stąd wyjść. Wsiąść w samochód i odjechać. Gdzieś. Gdziekolwiek. Po prostu przed siebie. Wallace chwyciła do ręki kurtkę, po czym zaczęła ją niedbale ubierać. Następnym krokiem miało być opuszczenie tego pokoju. Nie mogła tu zostać. Umierała. Naprawdę umierała.
Co on mógł zrobić? Przecież nie był w stanie cofnąć działania tej pierdolonej mocy. Widział jak Matilde ze sobą walczy, żeby kompletnie się nie rozlecieć. Rozumiał to. Rozumiałby gdyby nawet nie próbowała. Nie potrafił sobie wyobrazić, co gdyby to niej dotyczyła ta sytuacja, gdyby wtedy tamta wizja... Nie mogła go stracić, nie ważne jak bardzo na początku ją od siebie odpychał i próbował przekonać, że to się może skończyć tylko w najgorszy możliwy sposób. Rozumiał to. On nie mógłby jej stracić, bez względu na wszystko. Te kilka miesięcy... to był najlepszy czas jego życia. Nie ważne co się miało stać, nie potrafił ich żałować. Potrzebował więcej dni, tygodni, miesięcy, jak tamte. Potrzebował lat. Gorszych, lepszych... ale z nimi. I nie mógł zaakceptować rzeczywistości, w której ich nie dostanie. To była jakaś pieprzona pomyłka - albo po prostu nie miał zginąć. Miał dożyć operacji i wszystko miało się idealnie udać. Nie mogła istnieć jakakolwiek inna opcja, po prostu nie był w stanie się z nią pogodzić.
Jak miała się z nim żegnać? Nie miała w ogóle. Miał wyjść z tego cało, więc po co miałaby się żegnać? Po prostu... czekają ich trudne trzydzieści trzy dni. Tylko trzydzieści trzy. Potem, wszystko musiało być już w porządku, bez żadnych trupów.
Nie był w stanie trzymać się nadziei, kiedy usłyszał jej słowa, zobaczył jak się od niego odsuwa. Znał ją, cholernie dobrze ją znał, dlatego przed jego oczami przeleciały miliardy czarnych wizji. Wiedział, że znienawidziłaby go, gdyby jej o tym powiedział, ale był pewien, że pojedzie kupić heroinę. Może... może jeśli mierzenie się z tym wszystkim okaże się zbyt trudne, kupi jej naprawdę dużo. Zmroziło go na tę myśl. A Wallace już wkładała kurtkę. Stanął jej na drodze.
- Nigdzie nie idziesz - potrzebował chwili, żeby głos wydobył się z jego ust, ale kiedy to się w końcu stało, całe zdanie zabrzmiało tak oczywiście. Niebo było niebieskie, a Matilde nie wyjdzie z tego pokoju.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Nie umiała sobie z tym poradzić. Nie po tym co razem przeszli. Przecież już w marcu to było tak piekielnie trudne, a praktycznie w ogóle się nie znali. A teraz, kiedy mieli za sobą tyle wspólnych przeżyć, tyle miesięcy, tyle planów na przyszłość… to było coś czego nie była w stanie przeskoczyć. Coś, z czego nigdy nie miała się otrząsnąć. Hopper był pierwszą osobą, z którą chciała mieć coś więcej. Był jej jedyną, prawdziwą rodziną. I przywrócił ją do życia, kiedy tkwiła w tym żałosnym letargu. A teraz… teraz spełniały się jej najgorsze koszmary i nie dawała sobie z tym rady.
Will miał rację. Doskonale wiedziała, że jej jazda bez celu to miała być tylko wymówka. Doskonale wiedziała, gdzie ostatecznie miała trafić. Doskonale wiedziała co miała zrobić. Już nawet podświadomie przeliczała w swojej głowie ile zdoła kupić towaru za pieniądze, które trzymała w kieszeni kurtki. Dwie ćwiartki. Dwie ćwiartki, które mogły zabrać cały ten ból. Dwie ćwiartki, które mogły pozwolić jej zapomnieć. Matilde mierzyła wzrokiem twarz Hoppera. Widziała co chciał zrobić, kiedy zagrodził jej wyjście. Ale ona naprawdę musiała stąd wyjść. Czy on nie rozumiał, że zaczynała się dusić? Cała się trzęsła. Musiała się znaleźć z dala od tego pokoju.
– Posuń się, Hopper – powiedziała po prostu, przeciskając się koło niego. Był silniejszy, postawniejszy. A ona? Ona była w żałosnej kondycji. Wystarczył podmuch wiatru, by całkowicie się rozsypała. Ale to nie miało znaczenia. I tak próbowała go odepchnąć, czy coś w tym stylu. I jeśli Hopper był dalej tak niesamowicie głupi i uparty, to po prostu zaczęła się z nim szarpać. – Zostaw mnie, do cholery – warknęła wściekle. I tak miał to przecież zrobić, nie? Więc… – Im szybciej, tym lepiej – dodała łamiącym się głosem, wciąż próbując wydostać się z tego pokoju.
Znał ją, tak cholernie dobrze ją znał. Wiedział co się stanie, jeśli tylko przejdzie przez te drzwi. Wiedział, że mogła już nigdy nie wrócić. Świadomie, nieświadomie... Bez znaczenia. To mogło się stać, nie, bardziej niż tylko mogło. A on nie mógł żyć w świecie bez niej. To był pewniejszy wyrok, niż ten, który dzisiaj usłyszał.
Nie mógł jej wypuścić. Po prostu. Nie ważne czego od niego oczekiwała, to nie było coś co potrafił zrobić - ani nic, co powinien. Stał w tym jednym miejscu, tylko tyle. To ona próbowała go przesunąć, szarpała się z nim. Przypomniała mu się tamta marcowa noc, kiedy znalazł ją w motelu, leżącą na ziemi. Zabrał jej heroinę, tak bardzo próbowała go wtedy powstrzymać, szarpała go za ubrania... Tym razem było podobnie. Znowu stał jej na drodze do narkotyku i nie zamierzał się nigdzie z niej ruszać. Mogła próbować zrobić na cokolwiek miała ochotę, to nie zadziała. Za bardzo ją kochał, żeby się na to zgodzić.
Mogła mówić, że ma ją zostawić, że nie chciała mieć z nim nic wspólnego. To było zupełnie bez znaczenia.
- Nie - odpowiedział jej tylko. Czego ona oczekiwała? Przecież ona by go nie zostawiła. Cokolwiek miało się stać, byli w tym razem.
Dopiero kiedy podrapała go po twarzy, coś w nim pękło. Był zmęczony Sam miał tego dnia dość, sam ze sobą walczył, żeby nie rozpaść się na kawałki, a ona nie mogła po prostu... Nie chciał się z nią kłócić, nie chciał z nią walczyć, szarpać się...
Złapał jej nadgarstki, wykręcił je. Wystarczająco mocno, żeby musiała przestać go popychać, szarpać, drapać... Ciągle zbyt słabo, żeby jej coś zrobić czy żeby poczuła ból. Po prostu żeby przestała się na niego rzucać.
- Uspokoisz się? - spytał kompletnie zmęczony. Najwyżej będzie ją tak trzymał dłużej.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum