Wysłany: 2018-12-14, 00:31 Help me out - I need something to calm me down. Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Wciąż nie chciałam wychodzić. Wciąż tak źle się czułam - a choroba wcale nie zdawała się lżeć. Ale jednak... Czasem potrzeby były ważniejsze od lęków.
W sumie to było dziwne. Od tak wielu miesięcy miałam wrażenie, że nie czuję głodu. A jednak teraz... Coś się zmieniło. Kartki, które nosiłam w kieszeni w końcu się miały na coś przydać. W końcu miałam mieć szansę je wykorzystać, kupić sobie coś. Posilić się w tym paskudnym świecie, gdzie wszystko Ci ograniczali, a to, do czego dawali Ci dostęp, wcale nie było szczytem marzeń.
Wyszłam więc z domu, odziana w stare podarte jeansy, za dużą koszulkę i skórzaną kurtkę. Kołnierz postawiłam, co by chociaż odrobinę chronił moją szyję i kark przed zimnem. Wyszłam, kierując się klatką schodową - na dół, w kierunku ulicy. Wyszłam, by po drodze trafić na... Telefon.
Podniosłam go, bezradnie rozglądając się wokół. Nie słyszałam niczyich kroków w ostatnich chwilach. Nie miałam więc pojęcia, do kogo mógłby należeć. Na szczęście - nie miał jednak szczególnie skomplikowanej blokady. Zaczęłam więc go przeglądać - w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o właścicielu. Tapeta nic mi nie mówiła - logicznym więc wydało się wejście w ostatnie kontakty - może zobaczę tam jakiekolwiek, znajome imię? Jednego z sąsiadów?
Zamiast tego jednak... Widziałam coś innego.
I to wcale nie napawało mnie optymizmem - szczególnie w obliczu ostatnich wydarzeń...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-14, 01:13
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Ostatnie dni, mimo tak niezwykle szybkiego upływu - być może nawet zbyt szybkiego, przynajmniej w odczuciu Maysilee - były dla niej znacznie cięższe, niżeli sądziła. Nie zauważała nawet, gdy zaczynały zlewać się w jeden wielki ciąg oporządzania Thomasa, oporządzania mieszkania, oporządzania siebie i wszystkiego dookoła, i wreszcie krótkich przerw na płytki, częstokroć przerywany sen.
Pomimo przeświadczenia, iż Walker niezmiernie jej nie lubił i zdecydowanie nie zmienił swojego prawdziwego zdania o tej współpracy, musiała przecież przyznać, że zależało jej na tym, by wszystko było w porządku. A to - przy tak szybko i intensywnie postępującej chorobie, która na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie była nawet wspominaną grypą - wymagało olbrzymich nakładów energii. Zarówno tej fizycznej, jak i również psychicznej.
Co prawda, rzez znaczną większość czasu, jaką spędzała przy boku chorego, usiłowała trzymać emocje na wodzy. Prócz kilku mniejszych potknięć, sądziła nawet, iż jej się to udawało, jednakże gdy wreszcie zostawała całkowicie sama... Wtedy nie było już tak kolorowo, a jej pocieszające zachowania momentalnie się urywały. Była silna, jednakże wyłącznie na pokaz - dla Thomasa, który niewątpliwie tego potrzebował, nawet jeśli o tym nie mówił.
I choć ona sama także pomijała sporo kwestii, nawet ich nie poruszając, po prostu wiedziała, że nie powinna się przy nim załamywać. Nie tylko po to, by ponownie nie nazwał jej głupią, to nie miało aż takiego znaczenia. Po prostu... Obniżone morale mogły jeszcze bardziej wszystko pogorszyć. Dlatego chwilę braku wiary we własne możliwości pozostawiała na przykład na te bardzo nieliczne momenty, w których wychylała się z mieszkania, by sprawdzić, czy władze getta nie wydały żadnych nowych rozporządzeń albo nie wywiesiły istotnych komunikatów. Mimo wszystko, musieli przecież o tym wiedzieć.
Ten dzień nie różnił się pod tym względem od innych. Jak zwykle, zabierając telefon komórkowy - tak na wszelki wypadek i worek ze śmieciami - zeszła po schodach, spoglądając na tablicę ogłoszeń, pozbywając się nieczystości i ponownie powracając do mieszkania. Nim weszła do środka, przetarła jeszcze tylko oczy, w pewnym sensie ciesząc się, iż Tom zdawał się nie dostrzegać takich szczegółów. Być może miała na to wpływ gorączka, jaka trawiła jego ciało. Być może jednak wcale nie chciał tego widzieć... Tak czy inaczej, nie zamierzała już dzisiaj wychodzić. Miała zbyt wiele rzeczy do roboty.
Dlatego też nie od razu dostrzegła brak telefonu, dopiero po godzinie czy dwóch orientując się, iż nie było go w mieszkaniu. Kiedy już zaś to pojęła... Nie zależało jej na tym sprzęcie, nie miała tam ważnych czy pogrążających ją informacji, jednak wciąż spanikowała. Jeszcze raz przetrząsając wszystko dookoła, wychyliła się wreszcie na klatkę schodową i...
- Hej. - Wystarczył zaledwie jeden rzut oka na charakterystyczną obudowę telefonu, który trzymała nieznajoma kobieta, by Maysilee rozpoznała w nim swoją wysłużoną komórkę, odruchowo wyciągając rękę w kierunku kobiety. - Znalazłaś mój telefon? - Nie chciała być niemiła. Wręcz przeciwnie, ulżyło jej. Niezmiernie jej ulżyło.
Wysłany: 2018-12-14, 19:22
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Stałam na stopniach, trzymając ten przeklęty telefon, który właśnie wprawiał mnie w tak paskudny nastrój. Gapiłam się w ekran, jakbym chciała, żeby udzielił mi odpowiedzi. Walczyłam sama ze sobą, by nie wcisnąć zielonej słuchawki przy jednym z kontaktów - przy tak znajomym nazwisku...
Dobrze jednak pamiętałam, jak skończyła się nasza ostatnia rozmowa. Poza tym... Jaką mogłam mieć pewność, że tajemniczy kontakt Roseberry to właśnie moja kruszyna? Może to już z gorączki wmawiałam sobie takie kwiatki, albo przez uszkodzone oko nie potrafiłam prawidłowo rozczytać liter?
Odwróciłam się w kierunku tajemniczego głosu, ukazując nieznajomej obitą twarz. Bo nie znałam jej, prawda? Nie kojarzyłam, nie, nie mogłam jej znać... Czy... Czy właśnie to wprawiło mnie w taką złość?
- To... To Twój telefon? - Zapytałam najpierw, całkowicie wybita z rytmu. Czułam, jak moje dłonie zaczynają się pocić, a oczy powoli zachodzą szkłem. Nie wiem, co teraz przeze mnie przemawiało - strach? Głód? Zazdrość? Próbowałam się odwrócić, wyrwać w stronę dziewczyny, dowiedzieć wszystkiego o właścicielu tego konkretnego numeru. A jednak... Mój stan średnio mi na to pozwolił. Sama moc również nie pomagała - gdy czułam paskudny ból głowy a świat zaczynał wirować - tym bardziej, przy tak wzrastających emocjach...
Zamiast zbliżyć się do brunetki, wyłożyłam się na tych schodach. Upadłam, potykając o własne nogi. Całe szczęście jednak - nie sturlałam się na półpiętro, a jedynie pozostałam tyłkiem na jednym ze stopni. To.. Chyba bolało. Ale w sumie przez ten utrzymujący się ból mięśni i wcześniej nabite siniaki chyba nawet tego nie odczułam. Jęknęłam jednak - ale chyba bardziej z szoku, niż rzeczywistego cierpienia.
Telefon wciąż jednak kurczowo trzymałam w dłoni - na tyle mocno, że moje paliczki zaczęły wręcz blednąć...
- Ona... Skąd... Czy... - Sama nie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Nie potrafiłam logicznie myśleć. Zacisnęłam swoje wargi, spuszczając wzrok na tę brudną podłogę - na krótką chwilę, by chociaż móc zebrać jedno zdanie do kupy. A to... Wcale nie było łatwe.
W końcu jednak spojrzałam na tę kobietę, wyciągając w jej kierunku telefon z odblokowanym ekranem i tym nieszczęsnym kontaktem na pierwszym planie. Moje brwi były ściągnięte, czoło zmarszczone. Ale... Musiałam wiedzieć.
- Roseberry... Żyje? - Zapytałam krótko, nie odrywając wzroku od twarzy nieznajomej - nawet, jeśli widziałam ją teraz kompletnie rozmazaną...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-15, 01:19
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Pomimo praktycznego mieszkania u Thomasa przez ostatnie dni, nie miała jeszcze żadnej okazji, by poznać jego sąsiadów. Mimo że zdecydowanie słyszała dźwięki, jakie dobiegały do niej przez ściany, podłogę czy sufit, gdy wychodziła na klatkę schodową, nie widziała tam żywego ducha. Zupełnie tak, jakby wyłącznie uroiła sobie te wszystkie odgłosy, aby nie czuć się aż tak tragicznie samotna, gdy Walker odlatywał w świat marzeń i majaków sennych.
Dostrzeżenie kobiety, która najwyraźniej znalazła jej telefon, było zatem pierwszym prawdziwym znakiem, iż prócz Thomasa Walkera i Marii Ortegi - którą znała już wcześniej z innego miejsca - naprawdę ktoś tutaj mieszkał. Oczywiście, jeśli nieznajoma nie była tylko zbłąkanym wędrowcem, który liczył na łut szczęścia w poszukiwaniu jakiegoś pustostanu. Tego jednak nie mogła wiedzieć, zwłaszcza że w getcie wszyscy wyglądali na tak samo bezdomnych i biednych.
I choć nie chciała aż tak natarczywie przyglądać się rozmówczyni, nie mogła nic poradzić na to, iż jej powieki mimowolnie się rozszerzyły, gdy ujrzała twarz nieznajomej. Chwilę później po prostu spuściła wzrok, mieląc w ustach słowa współczucia, które nigdy nie miały wyjść spomiędzy jej warg. Nie chciała być przecież niemiła, zwracając uwagę kobiety na to, o czym ta niewątpliwie doskonale wiedziała. Zamiast tego, odruchowo pokiwała głową, nadal nie cofając wystawionej ręki. Bycie przyjaznym byciem przyjaznym, ale naprawdę chciała odzyskać swój telefon.
Cóż... Teoretycznie była przygotowana na wszystko. Na to, iż jej towarzyszka postanowi zacząć uciekać, rzuci w nią komórką, zacznie się targować, ale zdecydowanie nie na te dziwne słowa. Maya zmarszczyła brwi, w pierwszej chwili, nie do końca wiedząc, o jaką ją chodziło. Ona naprawdę nic jej nie mówiło. Ponadto musiała jak najszybciej wracać do mieszkania. Nie mogła tak po prostu stać na klatce schodowej, z dziwną miną wpatrując się w kogoś, kto wyraźnie plątał się w słowach. Dopiero nazwisko... Oj, tak. Nazwisko nieco jej powiedziało.
- Ricky? - Spytała odruchowo, bo w końcu nie jednemu psu było na imię Burek. - Ciemnowłosa, nieduża, trochę niższa ode mnie? - Cóż, być może podobny opis dawał dodatkowe, niezmiernie potrzebne informacje, które mogły pomóc im w jasnym dogadaniu się. Jednocześnie dyskretnie odebrała też telefon od kobiety, nim ta zdążyłaby się rozmyślić. Mimo wszystko, lubiła swoją własność. Potrzebowała tego telefonu.
Wysłany: 2018-12-16, 00:02
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Ricky...
Nie, to nie mogły być omamy. Nie mogłam mieć aż takich halucynacji, prawda? A może... Może to sumienie tak mocno przeze mnie przemawiało? Może już słyszałam to, co chciałam słyszeć? W końcu... Zmagałam się już z gorączką i złym samopoczuciem. Zmagałam się też z głodem, którego nie miałam jak uciszyć. To wszystko... To było zbyt nierealne, by mogło być prawdziwe.
A jednak słysząc jej imię, moje powieki otworzyły się znacznie szerzej (no przynajmniej do swoich możliwości). W gardle poczułam dziwny ścisk, przez który niemal zachłysnęłam się powietrzem. Odkaszlnęłam krótko, czując żelazny posmak w ustach - ale przecież nie to było teraz ważne.
- Tak, ona... Ona... Żyje? - Powtórzyłam swoje pytanie, już nie wiedząc, czy modlę się bardziej o jej bycie martwą, czy jednak o to, by ta nieznajoma ją znała. Bo niby... Co miałam powiedzieć? To mogła być moja szansa. Skoro Brian przez tyle miesięcy nie potrafił jej znaleźć, może... Może ona by dała radę?
Nie potrafiłam oderwać od brunetki swojego wzroku - nawet w chwili, gdy na oślep próbowałam złapać balustradę, by móc w końcu wstać z tych zimnych stopni, tuż po tym, gdy telefon został zabrany z mojej dłoni. Oczekiwałam odpowiedzi, w zniecierpliwieniu - nawet jeśli nie wiedziałam, co z tą wiedzą bym mogła zrobić...
Zachwiałam się, gdy w końcu przyjmowałam jakikolwiek pion, próbując wrócić te kilka stopni w górę. Nerwy mną teraz rządziły, przez co moja moc powoli wymykała się spod mojej władzy. Tak bardzo tego nie znosiłam... Może właśnie przez to byłam taka rozdrażniona.
- Co się z nią dzieje? Mów! - Niemalże warknęłam, pewno lekko bełkotliwym tonem, by po chwili dużo żałośniej i ciszej dodać jedynie:
- Proszę...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-17, 00:03
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Potrzebujesz pomocy? - Spytała ostrożnie, przypatrując się akrobacjom wyczynianym przez nieznajomą. Być może dosyć kiepsko podchodziła do pijanych ludzi, ostatnimi czasy odrobinę zbyt mocno obawiając się ich przesadzonych reakcji, zaś kobieta przypominała jej kogoś, na kogo podziałały już spore porcje alkoholu... Ale przecież nie mogła zostawić jej w potrzebie. Nie, jeśli ta mogła na przykład sturlać się ze schodów, uszkadzając sobie kręgosłup albo skręcając kark. Dlatego też była skłonna wesprzeć ją jakoś w dotarciu do mieszkania...
No, o ile ta w ogóle tu mieszkała, oczywiście. Tego zaś Maysilee nie była w jakimkolwiek stopniu pewna, nie mając pojęcia, z kim miała w tej chwili do czynienia. Nie przedstawiły się sobie i jej towarzyszka zdecydowanie nie wyglądała tak, jakby zamierzała to zmieniać. W żaden, nawet najbardziej prozaiczny sposób, jakim było choćby podanie sobie rąk. Thomas także nie miał zwyczaju opowiadać o swoich sąsiadach czy o życiu w kamienicy, więc... Cóż, przynajmniej rozmówczyni była na tyle miła, że oddała jej telefon.
Na tym jednak najwyraźniej skończyło się przyjacielskie podejście ciemnowłosej, ponieważ każde kolejne słowo, jakie wypowiadała w kierunku Griffith, było coraz mniej przyjemne i coraz bardziej zdenerwowane. Jeśli faktycznie mówiły o tej samej Ricky - co do czego wciąż nie była do końca przekonana - nieznajoma musiała mieć z nią jakąś silną zażyłość. W końcu reagowała tak... Gwałtownie. Ponownie - zupełnie niczym pijany człowiek, ale... No, przynajmniej zreflektowała się i poprosiła o odpowiedzi. To wiele znaczyło, przynajmniej w oczach Maisie.
- Ma się... W miarę. - Odpowiedziała wreszcie, biorąc głęboki oddech i wzruszając ramionami. - Nie wiem, co mogę ci powiedzieć, skoro się nie znamy. Nie powiedziałaś mi też, skąd ją znasz i jakie relacje was łączą, ale jeśli o Ricky chodzi... Myślę, że bywała w lepszym stanie psychicznym. Ostatnio dosyć niewiele mówi, wydaje się przygaszona, ponoć tęskni za jakimś mężczyzną... Samuelem? Samem? - To mówiąc, bezradnie rozłożyła ręce. - Ale niewątpliwie żyje.
Wysłany: 2018-12-20, 00:03
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
-Nj... Nie... - Mruknęłam, gdy w końcu stanęłam na tej samej wysokości, co moja rozmówczyni. Nie potrafiłam na nią patrzeć, gdy poziom promili w mojej krwi z tych nerwów wciąż wzrastał. To było... Takie dziwne. Miałam wrażenie, że już od dawna moja moc tak mocno nie działała, tak bardzo nie dawała mi w kość. Czyżbym przez tę chorobę tak źle to wszystko znosiła?
Denerwowałam się - i to strasznie. Bałam się tego, co mogę usłyszeć, a jednak... Wieść o tym, że z Roseberry jest względnie ok jakoś mnie uspokoiła. To znaczyło... Znaczyło, że jest bezpieczna, prawda? Że nic jej nie grozi, tak?
Szybko jednak nerwy jak i poczucie winy powróciło. Jej depresja... Przez tyle lat zmagała się z depresją, nie mogła kolejny raz w nią wpadać. Nie ona!
Tylko... Co, co, co? Mężczyzną?
Nim jeszcze z ust kobiety padło jakiekolwiek imię - ja po prostu zareagowałam. Zareagowałam złością i agresją - po prostu uderzając swoją pięścią w ścianę i pozwalając się wyrwać z gardła pojedynczemu jękowi cierpienia. I w sumie nie wiedziałam - czy znowu bardziej bolała mnie mnie podrażniona skóra i obite paliczki, czy jednak dusza...
Gdy jednak dziewczyna kontynuowała swój wywód, niemal natychmiastowo obróciłam ku niej swoją twarz. Moje powieki szeroko się otworzyły, podobnież jak źrenice. Ona... Ona musiała ją źle zrozumieć. Musiała. Po prostu musiała! Podeszłam kawałek bliżej - chwiejąc się wciąż, a po moich policzkach powoli zaczęły cieknąć łzy.
Kurwa.
Znowu ją zostawiłam. To znowu przeze mnie. Przeze mnie...
- To... To ja jestem Sam. - Wybełkotałam tylko, próbując złapać nieznajomą za ramiona - nie wiedziałam już tylko, czy dla własnego zachowania pionu, czy jednak by mieć pewność, że nie ucieknie. Nie... Nie teraz.
I wtedy... Wtedy mnie olśniło.
Zacisnęłam swoje wargi w cienką kreskę. Musiałam o to prosić teraz, nim moje przekleństwo całkowicie nade mną zapanuje i odetnie mnie od świadomości. Nie wiedziałam, czy to bezpieczne. Nie wiedziałam, czy to może wypalić. Ale czy miałam cokolwiek do stracenia?
W mieszkaniu miałam zachomikowaną ostatnią przepustkę cywilną. Sama bałam się z niej skorzystać, gdy wciąż miałam w sobie ten przeklęty chip. Gdy wciąż bałam się śledzenia i kolejnego spotkania z Huxleyem. Gdy w Rządzie całkowicie pozbawiono mnie pewności siebie.
- Jeśli... Jeśli za mną tęskni... Czy możesz... Mogłabyś... Jakoś się z nią skontaktować? - Zapytałam, chyba już w ostatnich chwilach utrzymując jakkolwiek zrozumiałą mowę. Czułam, jak w mojej głowie zaczyna coraz mocniej wirować a żołądek zaczyna odczuwać nieprzyjemny ból. Mięśnie powoli stawały się lekkie i wiotkie, nawet mimo bólu w nich się zbierającego.
Czyli miałam ostatnie chwile, nim całkowicie odlecę...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-22, 00:34
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Teoretycznie była w stanie zrozumieć znaczną część zachowania swojej rozmówczyni. W teorii nawet na tyle mocno, iż zaczynała naprawdę jej współczuć - już nie tylko z powodu samego znajdowania się w getcie czy też stanu, w jakim była teraz nieznajoma, ale... Wszystkiego. Nieszczęście wręcz biło od kobiety, a Maysilee czuła się tak, jakby ktoś właśnie ściskał ją za gardło.
Mimo to, cóż, z tego samego gardła wydostało się niekontrolowane, instynktowne piśnięcie, kiedy - już w początkowej części wypowiedzi Griffith - jej rozmówczyni postanowiła zareagować w tak... Agresywny, wrogi sposób. Nawet jeśli wyżywała się na ścianie, nie zaś na samej Maisie, Maya wciąż przeniosła na nią zaskoczone, niepewne i... Cóż, raczej zalęknione spojrzenie.
Patrząc na doświadczenia, jakie miała z napadami gniewu u Thomasa, Maysilee kompletnie nie wiedziała, czego mogła spodziewać się po kobiecie. Próba pociągnięcia, przyciągnięcia do siebie czy też zepchnięcia ze schodów... Żadna z tych opcji nie była teoretycznie niemożliwa. A Griffith miała serdecznie dosyć nabywania siniaków, spotkań ze ścianami, z podłogami albo innymi częściami budynków w getcie. Z tego też względu postanowiła jak najbardziej odsunąć się od rozmówczyni. Nie chciała jej urazić, ale... Po prostu wolała utrzymać jakiś dystans, nawet najmniejszy.
Oddalona i zajęta własnymi obawami, z początku nie zrozumiała wypowiedzianych słów, jednak z chwilą, w której ręce nieznajomej w jakiś magiczny, bardzo niepokojący sposób znalazły się naprawdę blisko jej ramion, zaciskając się na nich... Maysilee wyjątkowo mocno skupiła się na prezentowanym jej przekazie. Jakby nie patrzeć, nie tylko przez to, iż chciała pomóc. Zwyczajnie wolała uniknąć ewentualnego wpierdolu, jaki mogłaby dostać, gdyby nie postanowiła wysłuchać Sam. Szczerze wątpiła bowiem, że ktoś miałby jej teraz pomóc w potrzebie. Walker był pogrążony w gorączce, Maria nie dawała znaku życia, a one... One były tu całkowicie same.
- Możesz... No... Możesz do niej zadzwonić? - Nieco niepewnie ściskając telefon w dłoni, ponownie wyciągnęła go w kierunku Sam. - Pewnie się ucieszy... Skoro tak bardzo za tobą tęskniła. - Dodała pokrzepiająco i jakby... Nakłaniająco?
Wysłany: 2018-12-27, 23:17
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie potrafiłam nad sobą panować. Przez długie lata udowadniałam to na każdym kroku - emocje zawsze były górą nad rozumem. Tylko że teraz... Kolejny raz mogłam przez to wszystko spieprzyć.
Straciłam już brata przez takie wybuchy, już raz straciłam też Roseberry. Czy właśnie miałam znowu ją wypuścić z moich dłoni?
Słysząc propozycję nieznajomej... Zdębiałam. Puściłam jej ramiona i odsunęłam się na krok - dość chwiejnie, ale jednak wciąż utrzymując się na nogach.
- N-nie mogę. - Wydukałam tylko, przypominając sobie naszą ostatnią rozmowę. Ona... Nie chciała wtedy ze mną rozmawiać. Nie chciała mi poświęcić chwili. Po prostu... Rzuciła słuchawką. Skąd mogłam mieć pewność, że teraz nie zrobi tego samego?
I oh - jak bardzo bałam się, że nawet słowa jej nie powiem! Że za chwilę odlecę znowu w stan nieświadomości, pokonana przez własną mutację...
Pokręciłam głową, by odsunąć od siebie te myśli. By te ostatnie chwile zachować względną trzeźwość - chociaż w myśleniu. Ja... Musiałam jej dać tę przepustkę.
Wirowanie w głowie wciąż nie ustawało, a przez wzmagającą się gorączkę - było wręcz jeszcze gorsze. Z całą pewnością było to widać też po mojej blednącej - a może już zieleniącej się od mdłości twarzy?
- Przoszę... - Wydusiłam z siebie, próbując utrzymać jakikolwiek kontakt wzrokowy z kobietą. Było oczywiste, że błagam ją o pomoc, której Brian nie mógł mi zapewnić. Kierowałam się do swojego mieszkania, do swoich drzwi - ale to wcale nie było proste. Niemal opadłam na własną framugę, odnajdując w niej oparcie dla zmęczonego już ciała. Wzięłam głębszy wdech, powstrzymując odruch wymiotny, który tak bardzo pchał się do mojego gardła. Było mi tak niedobrze...
- Zaszczekaj. - Przejęzyczyłam się po raz kolejny, wchodząc do niezamkniętego pomieszczenia. Teraz liczyła się każda chwila. Dopadłam do własnego materaca i szafki przy nim, próbując znaleźć w tych wszystkich śmieciach ten jeden, wyjątkowo dziś cenny papierek.
I tylko złudnie wierzyłam, że dziewczyna w tym czasie nie ucieknie przestraszona...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-28, 16:47
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Patrząc tak na te wszystkie emocje, jakie w tej chwili okazywała kobieta, sądziła, że się nie myliła. Sam naprawdę zależało na tym kontakcie, zależało na Ricky, o której stan tak bardzo się przecież dopytywała. Mimo to, kobieta nie chciała przyjąć oferty, najwyraźniej nie zamierzała wziąć od niej telefonu, nawet jeśli chwilę wcześniej trzymała go w dłoniach, spoglądając na otwartą książkę telefoniczną.
I choć Maysilee teoretycznie nie wiedziała, o co mogło chodzić, próbowała to zrozumieć. Naprawdę próbowała postawić się na miejscu rozmówczyni, nie próbując przekonać jej do zrobienia tego, co proponowała, tylko w wyjątkowym milczeniu kiwając głową. W pewnym sensie pojmowała przecież strach i wstyd idący za przebywaniem w getcie. Nie musiała wnikać w dalsze szczegóły, te w zupełności jej wystarczały. Nie do końca wiedziała tylko, jak powinna - wobec tego wszystkiego - rozwiązać tę sytuację.
Sam najwyraźniej miała jednak jakiś plan, a przynajmniej na to wyglądało. Jeszcze bardziej odsuwając się od Griffith, wyraźnie nad czymś myślała... A może po prostu powstrzymywała chęć zwymiotowania? W końcu jej twarz naprawdę mocno zieleniała. Raz po raz, coraz bardziej i wyraźniej, zdecydowanie zauważalnie. Zanim jednak Maya postanowiła pomóc jej w dalszym utrzymaniu pionu, kobieta postanowiła coś do niej wybełkotać, a potem oddalić się wgłąb mieszkania... Pozostawiając Griffith w pewnej konsternacji powiązanej z tajemniczym zaszczekaniem.
Zostając całkowicie sama w korytarzu, podążyła niepewnym spojrzeniem w kierunku powoli zamykających się drzwi, zmarszczywszy przy tym brwi. Sądziła, że dobrze zrozumiała ten pijacki bełkot. Sądziła, iż nieznajoma - no, już teraz w pewnym stopniu znajoma - poniekąd nakazała jej zostać w tym miejscu, zaczekać do czasu, aż zrobi... Coś.
Maysilee nie była pewna, co. Nie wiedziała też, czy chodziło bardziej o przebranie się, czy też o przyniesienie czegoś. Ba, nie była nawet do końca pewna, czy nie chodziło jednak o faktyczne zaszczekanie. Mutanci w tym miejscu zachowywali się... Nietypowo. Mieli też bardzo różne upodobania i swoje własne kody, które pozwalały im na sekretną komunikację. Zdążyła się do tego przyzwyczaić, nawet jeśli wciąż trochę ją to szokowało. Być może to właśnie z tego powodu, przez myśl o tym, iż może faktycznie miała - miaua? - to zrobić, po kilku sekundach totalnej, kompletnej ciszy i pozostawania w samotności, spomiędzy jej warg wydobyło się niepewne, niezdecydowane i jeszcze bardziej zmieszane:
- Hau?
Wysłany: 2019-01-07, 20:53
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Przeklinałam mój paskudny stan bardziej, niż zazwyczaj. Drżące dłoń i mętnący wzrok wcale nie były tym, czego potrzebowałam w poszukiwaniu tego świstka. Ale do jasnej anielki... On był teraz tak ważny.
Gdy więc w końcu znalazłam ten zgnieciony kawałek papieru z pieczątką Departamentu... Niemal się popłakałam. To była moja ostatnia szansa. Ostatnia nadzieja. Ostatni raz, by móc się spotkać z... Ricky...
Rozprostowałam brzegi dokumentu - dość niezgrabnie - i wciąż trzymając go w dłoni wróciłam na ten korytarz, gdzie miałam nadzieję wciąż spotkać nieznajomą z drugiego mieszkania. Jednak gdy tylko otworzyłam drzwi... Usłyszałam to dziwne szczekanie wydobywające się z jej ust.
- Szo kuwa? - Zapytałam skonsternowana, nawet mimo mojego stanu. Czyżby moja moc i na nią zadziałała?
Pokręciłam jednak głową, opierając się o framugę swoich drzwi. Tak bardzo nie miałam sił i źle się czułam.... Wyciągnęłam świstek w kierunku brunetki, próbując już nie komentować jej zachowania - nawet nie będąc świadomą, że wynikło ono właśnie przeze mnie.
- Czymaj. Weś to. - Wymruczałam zachrypniętym głosem, po chwili odkaszlując we własne zgięcie łokciowe. Podniosłam wtedy swój wzrok na kobietę, w którym - nawet mimo upojenia - mogła wyczytać, jak bardzo mi zależy na tym, co właśnie miałam powiedzieć.
- Daj to jej. Płosze. Ja... Ugh... - Osunęłam się po framudze, walcząc z wciąż postępującym alkoholem w moich żyłach. Nawet nie miałam sił dokończyć tego, co chciałam powiedzieć. Ale ścisk w żołądku... Tak bardzo na mnie wymuszał, by się w końcu odwrócić, by się poddać, by znowu pozwolić na to, aby to moc przejęła nade mną władzę.
Siedziałam więc. Powstrzymując wymioty. I pozwalając tylko łzom spływać po moich policzkach. Nawet, jeśli część z nich miała teraz barwę szkarłatu...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-01-07, 22:57
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Prawdę mówiąc, kompletnie nie wiedziała, co tak właściwie powinna zrobić. Owszem, zazwyczaj dosyć sprawnie dopasowywała się do aktualnej sytuacji, jednakże w tym momencie była dostatecznie mocno rozbita całą tą sprawą związaną z pogarszającym się stanem zdrowia Thomasa, aby dodatkowo na bieżąco ogarniać całą resztę. Prócz tego... Prawdę mówiąc, dosyć instynktowne unikanie bliższych kontaktów z pijanymi ludźmi także tu nie pomagało. Po prostu... Nie za bardzo rozumiała wszystkie te zachowania Sam, nawet jeśli usiłowała jakoś to zrobić.
Mimo to, postanowiła nie cofać się do mieszkania, a czekać - jak i również szczekać - na ewentualny powrót nowej znajomej. Oczywiście, nie miała przy tym bladego pojęcia, czy ta w ogóle to zrobi, a patrząc na wcześniejszy stan kobiety... Cóż, istniały szanse zarówno na to, iż ta wygrzebie się jakoś z mieszkania, jak i na to, iż przyśnie gdzieś na kanapie czy krześle... O ile w ogóle miała takie luksusy, których niewątpliwie brakowało w mieszkaniu Thomasa.
Sama nie wiedziała, ile czasu minęło, nim Sam postanowiła wrócić, jednak zleciał jej on stosunkowo szybko. Na tyle szybko, iż nadal nie pozbyła się konsternacji spowodowanej niezwykłym życzeniem, by zachowywała się jak pies i zaszczekała na nową znajomą... A może raczej - nową panią? Unosząc brwi, nieznacznie pokręciła głową, rozkładając przy tym dłonie.
- Sama mi kazałaś. - Cóż, najwyraźniej to nie był żaden kod, a wyłącznie jedno z pierwszych przejęzyczeń ze strony kobiety, która coraz bardziej chybotała się na nogach. Maysilee zaczęła dosyć poważnie zastanawiać się nad tym, ile tak właściwie mogła wypić mutantka, zwłaszcza że alkohol był tutaj niezwykle drogim i luksusowym towarem, a Sam wyglądała na porządnie naprutą. Zupełnie tak, jakby po drodze wypiła jeszcze butelkę czy dwie, nie zaś malutki kieliszeczek, którego można byłoby się spodziewać, patrząc na ilość poświęconego czasu.
- Co to takiego? - Marszcząc brwi i przyglądając się pomiętemu, pozaginanemu... Czemuś? No, zapewne jakiemuś świstkowi papieru, po raz kolejny spojrzała na towarzyszkę, posyłając jej naprawdę pytające spojrzenie. Mimo to, ostrożnie odebrała jednak przesyłkę dla Ricky, dopiero wtedy tak naprawdę przyglądając się temu, co otrzymała. Przepustce. Skąd pochodziła? Dlaczego mutantka jej nie wykorzystała? Maysilee miała naprawdę sporo pytań, ale... Najwyraźniej nie dane jej było otrzymać odpowiedzi, gdyż w następnej chwili Sam tak po prostu... Opadła z sił.
- Hej? - Spytała zaniepokojona, robiąc krok w kierunku rozmówczyni i zawieszając wolną dłoń kilka centymetrów nad jej ramieniem. - Wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy w dojściu do łóżka? Czegoś przeciwgrypowego? Jesteś chora?
Wysłany: 2019-01-09, 17:36
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Jakbym mogła wykorzystać ten świstek, skoro bałam się nawet opuszczać najbliższe kilka uliczek?
Byłam słaba. Stałam się słaba. I nawet nie wiedziałam, który punkt w moim życiu zadecydował o takim zwrocie. Nie wiedziałam, gdzie się pojawiła ta mała, wyszczekana i nie raz zbyt brawurowa dziewuszka, którą niegdyś byłam. Nie przypominałam siebie w żadnym calu. I to chyba... Przerażało mnie jeszcze bardziej.
Trwałam więc z tym wyciągniętym świstkiem, aż kobieta go nie przejęła w swoje ręce. Dopóki nie miałam pewności, że to już jest załatwione. Że mogę się poddać własnej mocy...
- Fo frostu jej to dej... - Wymamrotałam , przywołując na usta choć lekki cień uśmiechu. Nie wiem, w co wierzyłam. Nie wiedziałam nawet, czy jutro będę pamiętać, że to zrobiłam. Ale może to i lepiej? Przynajmniej głupio się nie zawiodę, jeśli Ricky jednak nie odważy się skorzystać z tego... Wątpliwej jakości prezentu.
Gdy kobieta zbliżyła się do mnie, wyraźnie zmartwiona, tylko prychnęłam ocierając podrapaną dłonią mokre policzki i rozcierając te krwawe ślady. Po chwili pokręciłam tylko głową, pociągając nosem. Wirowanie stawało się już tak bardzo nieznośne, a powieki - wyraźnie ciężkie.
- Fo fylko... Moc... - Wyrzuciłam z siebie, gdy moja głowa niemal bezwiednie opadła. Nie miałam już sił, chęci ani motywacji, by się dalej opierać. By walczyć z tymi paskudnymi uczuciami, które mnie nawiedzały. Skrycie się w mrocznych odmętach mojego własnego umysłu zdawało się być teraz najkorzystniejszą opcją.
Odpuściłam więc - dając się porwać tej ciemności, która zagościła przed moimi oczami. Dając się całkowicie pojmać nieświadomości, na progu własnego mieszkania...
[z/t x2]
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum