Soldier keep on marching on, head down till the work is done.
Geniusz
stały poziom opanowania mocy
Mózg i lider Bractwa
name:
William Hopper
alias:
Axon, Daniel Blake,
age:
27 lat
height / weight:
184/80
Wysłany: 2018-10-10, 15:15 Save yourself Multikonta: Shivali, Donny
Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Minęły cztery miesiące, od kiedy Sally - a raczej Maya - ostatni raz była w Bractwie, pięć od ich ostatniego spotkania. Hopper znalazł ją już kilka tygodni po ataku DOGS. Miała cholerne szczęście, odchodząc na parę dni przed ich atakiem. Ktoś taki jak ona nie przetrwałby tego. Zostałaby pomagać innym, taka właśnie była, cholernie altruistyczna - i prędzej czy później to by ją zabiło.
W pewien sposób, Will cieszył się, że nie wróciła. Potrafiła korzystać ze swojej mocy, nie należała do najpilniej poszukiwanych mutantów, a poza Bractwem miała mniej okazji, żeby narażać się tylko po to, żeby komuś pomóc. Tak była bezpieczniejsza i nie chodziło tutaj tylko o fizyczne bezpieczeństwo. Jakimś cudem, ciągle była tak niewiarygodnie dobra, ciągle wybierała słuszniejszą opcję, nie ważne jakie miałaby ponieść konsekwencje. Ten świat prędzej czy później ją zniszczy i złamie, a takie serca trzeba było po prostu chronić. Za mało ich zostało na tym świecie.
Problem zaczął pojawiać się w lipcu. Może dla większości ludzi to było po prostu M. Society, poza tym, typowa napięta sytuacja w kraju, ale Hopper siedział w tym wszystkim zbyt głęboko, żeby w to wierzyć. Szykowała się wojna, zbliżała się czwarta rocznica zamachu z czwartego lipca. To musiało wybuchnąć i do tego czasu każdy mutant, który chciał wyjść z tego cało, powinien wyjechać z kraju a przynajmniej znaleźć bezpieczne schronienie. I biorąc pod uwagę, jaka była Sally, ktoś to musiał zrobić za nią. Skoro Ronnie przepadł, nie miała zbyt wielu opcji.
Will przyszedł do restauracji, w której pracowała i zajął miejsce przy którymś stoliku na uboczu w jej sektorze. Cóż, przynajmniej stąd nie ucieknie i będzie musiała z nim porozmawiać. Siedział w tych swoich ciemnych okularach, które choć raz, przez cholernie ostre słońce, nie wyglądały tak absurdalnie.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-10-10, 19:00
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Niełatwo było powrócić do radzenia sobie na własną rękę, gdy tak właściwie nigdy się tego nie robiło. Odkąd pamiętała, zawsze miała kogoś przy sobie. Czy były to panie w domu dziecka, czy Toby, czy też Alex, czy... Ktokolwiek inny... Nawet wtedy, kiedy teoretycznie nie przebywała w czyimś towarzystwie, nie działała całkowicie sama. Zawsze mogła na kogoś liczyć, a to robiło przecież ogromne znaczenie. Będąc przy kimś, nawet wyłącznie mentalnie, czuła się znacznie bezpieczniejsza.
Tym razem było jednak inaczej. Przez jedną, dosyć impulsywnie podjętą decyzję została skazana wyłącznie na swoje własne towarzystwo. Nie planowała tego. Prawdę mówiąc, chciała zniknąć z Bractwa na kilka dni, może jakoś trochę mniej niż tydzień, ale później najpewniej znowu powrócić do pomagania mutantom - nieistotne, jak bardzo bolałoby ją przebywanie w towarzystwie niektórych z nich. Potrzebowała trochę przestrzeni, ale nie za dużo. Odrobiny wolności, ale nie jej nadmiaru. Tymczasem...
Miała szczęście. Doskonale to wiedziała, ale nie miała też szans na to, by wyjątkowo mocno cieszyć się z tego powodu. Owszem, czuła radość i coś na kształt ulgi, ale nie skakała pod sufit, gdy dotarło do niej, jak bardzo ta - bądźmy szczerzy - dosyć idiotyczna decyzja mogła ocalić jej życie. Przeciwnie, zamiast czuć się niczym zwyciężczyni loterii, dosyć szybko zaczęła żałować. Powinna przecież być na miejscu, na pewno jej pomoc cokolwiek by dała, zmieniła, być może uratowała czyjeś życie. Uciecha nie była w stanie przysłonić smutku i zastanawiania się nad losem wszystkich, na których zależało Griffith...
Albo raczej Griffin, bo w końcu tak przedstawiała się od dobrych kilku lat. Praktycznie od czasu, kiedy zaczęła uciekać. Nie była to wielka, wyjątkowo istotna zmiana, z pewnością nie miała zapewnić jej bezpieczeństwa, ale... Jakoś tak zostało. Sally Griffin. Z tą drobną różnicą, że teraz - już po naprawdę długim czasie, odkąd pozostawiła Bractwo; o którego losie wyjątkowo mocno chciała usłyszeć, jednak nie trzymała się blisko jakichkolwiek poinformowanych mutantów - na wąskiej, plastikowej plakietce widniało Lee nasmarowane tanim markerem z Costco.
Lee Griffin - całkowicie typowa kelnerka w czerwono-biało-pomarańczowym mundurku, w dzień roznosząca smażonego kurczaka i krążki cebulowe, a w nocy... Cebulowe krążki i smażonego kurczaka. Jak na mutantkę i mieszkankę jednego z najgorszych miast w całych Stanach, jej życie wyglądało na całkiem stabilne, a ona sama chyba powoli zaczynała się do tego przyzwyczajać.
Nie poszukiwała towarzystwa innych osób jej typu, nie wypytywała o Bractwo, D.O.G.S. czy kogokolwiek innego, choć olbrzymia część niej naprawdę chciała to zrobić, by dowiedzieć się, ile jeszcze łez musiała wylać za przyjaciółmi i prawie-że-rodziną... Trzymała się od tego z daleka, bo tak było bezpieczniej. Bo w tej pracy nie raz widziała losy tych, których języki były trochę za długie. Wbrew pozorom, miała w sobie chyba jeszcze trochę instynktu samozachowawczego.
Tego samego, który sprawił, że odruchowo cofnęła się o krok, gdy uniosła wzrok znad notesika, jaki nieustannie towarzyszył jej w drodze od stolika do stolika. Gdyby tylko w barze znajdował się jakikolwiek monitoring, nagranie z jej reakcją z pewnością nadawałoby się do filmu o duchach, gdyż właśnie tak się poczuła i zapewne dokładnie identycznie wyglądała. Zupełnie tak, jakby dostrzegła zjawę. Jednocześnie chcąc się wycofać, jak i podejść bliżej. W końcu... To był jej sektor, nieprawdaż? A to był ostatni stolik, jaki jej jeszcze został.
Biorąc głęboki, powolny wdech, podeszła bliżej, starając się wyglądać zupełnie tak jak wcześniej - jakby obsługiwała kolejnego przypadkowego klienta. Z tą różnicą, iż była prawie pewna, że w tym wypadku nie chodziło o przypadek. Zbyt dobrze znała tego człowieka.
- Dzień dobry. Nazywam się Lee i będę pana dzisiaj obsługiwać. Czy podjął pan już decyzję, co do zamówienia? - Ta formułka już od dawna nie wypadła jej tak... Blado.
Hopper siedział przy swoim stoliku, zupełnie niewzruszony. Ot, przyszedł sobie do podrzędnej restauracji. Chyba miał prawo, prawda? Nie robił nic nielegalnego. DOGS nie miało jego zdjęć, nikt nie miał podstaw żeby sądzić, że nazywał się William Hopper. Z resztą, kto teraz interesował się sprawą sprzed jedenastu lat, która dotyczyła zwyczajnego człowieka? Mieli mutantów do złapania, zamieszki do stłumienia. To był jeden z okresów, kiedy William Hopper po raz kolejny nikogo nie obchodził. Pytanie brzmiało, ile czasu minie, nim znowu znajdzie się na językach, tym razem w związku z terroryzmem i Bractwem Mutantów? Cholera, jak na człowieka który ukrywał się od jedenastu lat, był chujowy w trzymaniu się poza radarem.
Cóż, to na razie było bez znaczenia. Miał parę osób do ściągnięcia z widoku i to musiał być jego priorytet. Nie ważne czy Sally chciała to zaakceptować, nie da sobie rady, kiedy wybuchnie wojna. Była zbyt dobra dla takiego życia, a Hopper nie miał zamiaru pozwalać kolejnej osobie popełnić finezyjne samobójstwo. Mogli nie mieć ze sobą już zbyt wiele wspólnego, ale jedynym powodem przez który to tak wyglądało, było jej bezpieczeństwo. Niech go sobie nienawidzi czy tam cokolwiek sobie o nim myślała - tak długo, jak nie da się przy tym zabić ani złamać, nie obchodziło go to.
Trzeba jej jednak przyznać, że potrafiła robić dobrą minę do złej gry. Zaskoczył ją, nic dziwnego… ale mimo wszystko zwyczajnie tutaj podeszła. Cóż, jeśli nie chciała ściągać na siebie uwagi, to było najlepsze rozwiązanie.
- Dzień dobry, właściwie ciągle się zastanawiam… - zaczął, nawet nie podnosząc wzroku znad menu, zanim złamał: - Co ty do cholery robisz, Sally?
A raczej co myślała że robi, bo Hopper wyraźnie widział, że wesoło bawi się w zmutowaną kelnerkę, kiedy w mieście nastroje były coraz bardziej napięte. Niech choć raz moc jej się wymknie spod kontroli. To nie był dobry czas na bawienie się w niezależność. Will miał nadzieję że zdawała sobie z tego sprawę… Chociaż to by oznaczało, że świadomie ignorowała zagrożenie. Właściwie, brzmiało jak Sally.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-10-15, 21:15
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Nigdy nie uważała się za gigantycznego tchórza, cykora czy strachajło, ale musiała przyznać, że i tak poczuła teraz niepokój. Być może nie trzęsły jej się kolana, nie dygotała też zbyt wyraźnie, jednak wyraźnie odczuwała przyspieszone bicie serca - zupełnie tak, jakby już wkrótce miało się ono przenieść w kierunku gardła dziewczyny. O ironio, nie chodziło wcale o to, że obawiała się swojego niespodziewanego klienta. Owszem, przez jej głowę przeleciała cała masa różnych myśli, a mózg przepełniły najróżniejsze, niekoniecznie najlepsze uczucia, aczkolwiek nie to było powodem zawahania i potrzeby zaczerpnięcia paru wdechów, nim w ogóle postanowiła powiedzieć coś więcej.
Upłynęło naprawdę wiele czasu, odkąd Bractwo całkowicie się rozpadło. Jeszcze więcej, odkąd w pośpiechu je opuściła. Przez całe miesiące nie spotkała nikogo z grona mutantów, kogo mogłaby znać z tej organizacji. Nie słyszała wieści, które brzmiałyby rozsądnie i wiarygodnie, nie widziała znajomej twarzy… A teraz nagle przeszłość postanowiła do niej powrócić. Nawet nie pukając do drzwi, tylko od razu wdzierając się w jej życie. Pomimo jakichkolwiek skłonności do dostrzegania pozytywów sytuacji, niewiele mogła poradzić na to, że odczuła też obawę. Czy coś się stało, że odwiedziny przypadły właśnie na ten czas?
Jej badawcze spojrzenie zlustrowało siedzącego mężczyznę, zatrzymując się wpierw na jego dłoniach, później zaś na twarzy. Zupełnie tak, jakby Maysilee czegoś szukała… Co faktycznie nie było przecież kłamstwem. I choć nadal nie uważała, że wyglądał zdrowo, czy nawet całkowicie dobrze, odnosiła nieznaczne wrażenie, że było z nim jakby lepiej niż wtedy, kiedy widzieli się po raz ostatni. A może tylko chciała tak uważać? Chciała, by wszystko było w porządku i naprawdę wolałaby, aby nie było to wyłącznie skutkiem jej wyobraźni.
Tak czy inaczej, zamilkła na dłuższą chwilę, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo podejrzane mogło to być. Wpatrując się w kogoś, kogo nie spodziewała się tu zobaczyć. Kto mógł przynosić naprawdę złe wieści, ale przynajmniej żył, oddychał i najwyraźniej miał się na tyle dobrze, by urządzać sobie wycieczki do przypadkowych, zdecydowanie podrzędnych restauracji, w których jedzenie zdecydowanie bywało bardziej mordercze niż szwadron D.O.G.S. Nie to, by sądziła, że ich poczciwy kucharz chciał pomordować ludzi, oczywiście. Po prostu gotował bardzo… Oryginalnie.
Nie sądziła, by właśnie to było najlepsze w tym przypadku. Z drugiej strony, mimowolnie nie chciała rozgrywać tej rozmowy - bo była pewna, że jakaś rozmowa miała się odbyć - całkowicie na sucho. To byłoby podejrzane. Poza tym, każda okazja do tego, by wcisnąć komuś, na komu jej zależało, trochę zdrowego jedzenia... Cóż, była na wagę złota. Zwłaszcza przy tym, iż za jej kadencji w Bractwie nie było zbyt wiele dobrego pożywienia i była prawie pewna, że niektórych nawyków ciężko się było pozbyć. Niezależnie od tego, jak dawno posypała się ich organizacja.
- Pracuję. - Odpowiedziała cicho, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że nie taka powinna być odpowiedź na pytanie. - Do siedemnastej. - Dodając, rzuciła okiem na otoczenie, jednak nie dostrzegła w nim niczego, co mogłoby ją zaniepokoić. Ot, dzień jak co dzień. Uśmiechnąwszy się do stałej klientki, która w najlepsze pałaszowała już trzecią porcję naleśników z truskawkami, Griffith sięgnęła po wysłużony długopis.
- Świeżo wyciskany sok i sałatka z kiełkami lucerny? Doskonały wybór, zaraz przyniosę. - Tym razem nie starała się mówić cicho, powracając do swojego zwyczajowego tonu i rzucając klientowi dosyć jednoznaczne spojrzenie. Nie, zmiana zamówienia nie wchodziła w grę. Ani trochę, nawet w najmniejszym stopniu. A ona zamierzała wcisnąć tam tyle kiełków, ile tylko się dało. I właśnie z tym postanowieniem zniknęła na kilka chwil, wciskając kucharzowi specjalne zamówienie, które dumnie - i zielono - wylądowało na stole.
- Coś jeszcze?
Cóż, jeśli to znaczyło, że każe mu czekać do siedemnastej, zanim łaskawie pozwoli mu ze sobą porozmawiać - proszę bardzo. Nie miał zamiaru zostawiać jej w spokoju, aż nie załatwi tego, co miał załatwić. Bez względu na to jak absurdalnie naiwne plany miała i jak bardzo miała zamiar zrobić coś innego - nie pozwoli jej zwyczajnie dać się zabić przez swoje dobre serce. Cholera, jakim cudem ona się z niego nie wyleczyła w ciągu tylu lat?
Chyba nie muszę pisać, co Hopper myślał o takim cudownym posiłku? To była jakaś zemsta? Bardziej by ją zrozumiał, gdyby dotknęła go jeszcze w lutym. Sally miała kiepskie wyczucie czasu... albo była bardziej pamiętliwa niż przypuszczał. Cóż, chyba sobie zasłużył, nawet na te kiełki. Może kiedyś jej przejdzie. Nawet nie próbował z nią dyskutować i zmieniać zamówienia, po prostu uniósł brwi z powątpieniem, jasno dając jej do zrozumienia, co jego genialne i niesamowicie wyczulone kubki smakowe sądziły o jej guście kulinarnym.
Jak gdyby nigdy nic czekał na swoje zamówienie, na które miał taki cholerny wpływ. Miał czas, zaznaczył w Bractwie, że wyjście mu może zająć kilka godzin. Jeśli Sally miała zamiar bawić się w ten sposób - będzie siedział z tą idiotyczną sałatką do końca jej zmiany. I stanowczo nie dostanie napiwku za bycie najbardziej despotyczną kelnerką, jaką spotkał w swoim życiu.
- Tak, na przykład coś co faktycznie zawiera jakiekolwiek kalorie czy łańcuchy peptydowe, nie mówiąc już o takich luksusach jak estry glicerolu - rzucił, zupełnie swobodnie żonglując pojęciami. Dajcie spokój, taka sałatka to było nic, już nawet pomijając kwestię tego ile musiał ćwiczyć, żeby utrzymać swoje serce i ciśnienie w przyzwoitej formie czy tego ile energii potrzebował zwykły mózg, a ile potrzebował mózg Williama Hoppera, większy i pracujący na wyższych obrotach. - Zgaduję, że dla własnego bezpieczeństwa nie powinienem zagłębiać się w inne pozycje z menu - dodał uśmiechając się krzywo. To byłoby cholernie smutne, gdyby jakiś marny bar zabił go szybciej niż DOGS, ludzie Gardnera czy nadciśnienie śródczaszkowe. Prawo Murphy'ego. Pewnie teraz, na złość, udławi się tym sokiem.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-10-28, 22:55
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Nie mogła powiedzieć, że się tego nie spodziewała. Wręcz przeciwnie, ale każde kolejne słowo niewątpliwie ją bawiło. Nie, nie chodziło o satysfakcję, jaką sprawiało jej dręczenie ludzi przy pomocy zdrowych posiłków, ale... Ale może jednak też trochę o to? Było to w końcu trochę rozweselające. Bez dwóch zdań. Zwłaszcza przy osobach pokroju Nicholasa... Który swego czasu odrobinę zaszedł jej za skórę, musiała to przyznać. Zasłużył sobie na te kiełki, nawet jeśli nie dawała mu ich w formie jakiejkolwiek zemsty.
- Grymasisz jak małe dziecko o zatrważającej pamięci do mądrych słów. - Podsumowała go, spoglądając na niego - po raz pierwszy od dawna - z góry. Bądźmy szczerzy, zazwyczaj to ona musiała unosić wzrok, a nierzadko i podbródek, aby z kimś rozmawiać. Zmiana sytuacji mimowolnie poprawiała jej humor.
- Ponoć w okolicy zmniejszyła się populacja bezpańskich psów i kotów, ale to tylko pogłoski. Za to pewne jest, że w naszym menu pojawiły się całkowicie nowe dania. - Mruknęła, leciutko unosząc prawy kącik ust. Jak już wcześniej miała okazję stwierdzić, naprawdę lubiła ich kucharza, ale jakoś niespecjalnie wierzyła w to, by jego potrawy były wyjątkowo zdrowe. Taka już zresztą była specyfika podobnych miejsc, czyż nie? Ludzie nie przychodzili tu, by być fit. Oni chcieli po prostu coś szybko zjeść, solidnie napełnić żołądek i nie czuć głodu po piętnastu minutach. Ten bar niewątpliwie im to zapewniał, spełniając wszystkie trzy kryteria.
Aczkolwiek nie zmieniało to faktu, iż były lepsze miejsca, by zjeść. Dlatego też wzruszyła ramionami, jednocześnie dłonią dyskretnie odsuwając menu jak najdalej od mężczyzny. Zaserwowany przez nią zestaw niewątpliwie miał mu mniej zaszkodzić, nawet jeśli nie posiadał tego wszystkiego, czego ten by sobie życzył. Niektórzy po prostu czasem potrzebowali dawki witamin i innych dobrych rzeczy i w żadnym wypadku nie przeszkadzało jej, iż jednocześnie nie znała się na ich nazwach. To on tutaj był tym niesamowicie mądrym mutantem. Ona? Ona tylko tutaj sprzątała. No, prócz zbierania i wydawania zamówień, oczywiście.
Tych zaś w tej chwili praktycznie nie było. Mogła zatem jeszcze przez chwilę tu postać, ostatecznie dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie siedzenie przy jednym stoliku było znacznie mniej podejrzane niż sterczenie nad nim jak nie do końca zdrowa na umyśle koza. Wsunęła się zatem na przeciwległe siedzenie, rzucając jeszcze tylko okiem na wnętrze baru, nim oparła łokcie na blacie stolika.
- Co tu robisz? - Spytała cicho, ale z wyraźnie wyczuwalnymi emocjami. Była... Poddenerwowana. Nie codziennie w końcu wpadało się na żyjących zmarłych. - Myślałam, że wy wszyscy... Że was... No, wiesz. - Nie musiała kończyć zdania ani wykonywać jakichś bardzo obrazowych gestów. Ton jej głosu zdecydowanie mówił wszystko. Przez to, o czym mówiła po to, jak się przy tym czuła.
- Mówiłem o... - mięsie. Westchnął. Czy w ogóle istniał sens kończyć to zdanie? Czasami naprawdę brakowało mu kogoś, kto zrozumiałby te wszystkie jego odniesienia i je docenił... albo kogoś, kto absolutnie nie musiał ich rozumieć, żeby być w stanie celnie wbić szpilkę. Huh, czyżby po raz kolejny doszedł do wniosku, że brakowało mu tego jak irytująca i nieznośna potrafiła być Wallace?
Posłał jej zrozpaczone spojrzenie, kiedy tak radośnie stwierdziła, że w okolicy zmniejszyła się populacja bezpańskich zwierząt. Nie sądził że to faktycznie miało związek, ale to, że takie żarty nie wydawały się kompletnie absurdalne sporo świadczyły o poziomie knajpy - jakby cały jej wystrój nie robił tego wystarczająco dobrze. Cóż, to nie było najgorsze miejsce, gdzie jadł w całym swoim długim życiu - ale pewnie jedno z gorszych, od czasu kiedy nabrał większej kontroli nad swoim życiem i mógł zacząć być wybredny. Cholera, to była długa droga... Którą nie miał zamiaru nigdy więcej się staczać. Teraz, kiedy cały świat stawał na głowie, a on był w naprawdę dobrym miejscu, miał szansę upewnić się, że to wszystko nigdy nie powtórzy się dla niego ani dla jego bliskich. Ale zanim będzie mógł zacząć działać, wyciągnąć swoje pionki na planszę... Musiał upewnić się, że wszyscy, którzy go obchodzili będą cali i zdrowi.
- Cóż, nie wszyscy. Większość nie - chyba właśnie skłamał. To, że dali radę odbudować część tego co stracili, nie oznaczało, że większość przetrwała. Połowa została porwana lub zabita i nie mógł o nich zapominać. Nigdy więcej nie mógł popełnić takiego błędu. - To co się kroi tam na zewnątrz... To będzie duże, Sally. Z każdej możliwej strony - zaczął. Tym razem to nie miał być tylko zamach czy tylko łapanki. To wpłynie na wszystkich, czy tego chcieli, czy nie. - Nie powinnaś być tutaj, kiedy to się zacznie. W tym momencie jeszcze byłbym w stanie załatwić ci bezpieczne przejście przez granicę, ale myślę, że to kwestia jeszcze ledwie paru dni. Jeśli nie... Myślę, że powinnaś wrócić. Nie dasz rady sama.
Może nie powinien mówić tak prosto z mostu. Może będzie urażona tym, że w nią nie wierzył, że skazywał ją na śmierć i tak dalej, i tak dalej. Na ten moment go to nie obchodziło. Miała to przeżyć, a nie go lubić.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-11-08, 19:08
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Czymś, co i tak sobie załatwisz w pierwszej chwili, w której stąd wyjdziesz, bo najwyraźniej zamierzasz podejrzanie długo tu siedzieć? - Cóż, skoro on nie postanowił skończyć zdania, ona mogła to zrobić za niego, jednocześnie unosząc przy tym brew i prawie niezauważalnie kręcąc głową. Nie przestawała się przy tym uśmiechać, jednak w kącikach jej ust pojawiło się coś w rodzaju... Pobłażliwości?
Być może nie była dobra w odczytywaniu nastrojów i intencji innych ludzi, jednak odnosiła wrażenie, że trochę zbyt mocno weszło mu spoglądanie na nią przez pryzmat tego, co aktualnie robiła. To było takie... Typowe, prawdopodobnie zwłaszcza dla chodzących encyklopedii. Mimo to, niespecjalnie ruszały ją podobne zachowania. Nie przy świadomości tego, jaki był człowiek, z którego ona też nieznacznie się nabijała. Ot, dostrzeżenie jego niezbyt przekonanego spojrzenia, kiedy skończyła wspominać o bezpańskich zwierzętach, całkowicie jej wystarczało.
Praktycznie do tego stopnia, iż postanowiła zrobić sobie chwilę przerwy, dalej ciągnąc ich rozmowę. Nie wiedziała, co z tego wszystkiego wyjdzie. Mogła się wyłącznie domyślać, jaki był cel jego wizyty tutaj i gdzieś tam nadal nie przestawało jej być głupio, bo zostawiła ich, zostawiła Bractwo zaledwie na chwilę przed najgorszym możliwym rozwojem wydarzeń.
Co gorsza, kiedy tak o tym myślała, to mogło wyglądać dosyć podejrzanie. W końcu zniknęła bez słowa, a jakiś czas później siedziba mutantów została zrównana z ziemią. Najprawdopodobniej nie rozmawialiby jednak w taki sposób, w jaki robili to w tej chwili, gdyby padł na nią choć cień podejrzeń. Ze wszystkich cech - a w szczególności wad - jakie miała, nie była materiałem na zdrajcę. Niewątpliwie zastanawiała się jednak, kto nim był. W końcu atak nie mógł być przypadkowy. D.O.G.S. zbyt mocno się nim szczyciło.
- Aż tak mocno przekoloryzowali podawane informacje? - Spytała, wdychając przy tym powietrze, aby moment później wypuścić je z ulgą. Naprawdę była skłonna uwierzyć w to, co mówiły media. Ba, zrobiła to, przyjmując do wiadomości fakt, iż Bractwo nie miało praktycznie żadnych szans.
Małe, drewniane domki w lesie, brak ścieżek ewakuacyjnych, niedostosowanie do jakichkolwiek procedur mogących ułatwić im ucieczkę. Trzeba było być ślepcem, żeby tego nie dostrzegać. Trzeba było być też naprawdę blisko Colleen, by móc jej o tym podszepnąć - zapewne wielokrotnie, co może jednak przyniosło jakieś skutki. Chciała w to wierzyć.
- Nie mogę. - Tym razem już bardziej dostrzegalnie pokręciła głową, przygryzając usta. Skoro mówili prosto z mostu, nie miała zamiaru ukrywać tego, iż nie planowała dać się wyeksmitować zagranicę. - Nie jesteś pierwszą osobą, która usiłuje mnie stąd... Wypchnąć, ale ja tego nie chcę. Radzę sobie. Nie mam pięciu lat i naprawdę nie potrzebuję pomocy żadnego z silnych starszych braci. - Powiedziała, uśmiechając się przy tym na swój sposób przepraszająco. Doceniała dobre chęci, ale nie chciała być wiecznie od kogoś uzależniona. Nie pasowała jej także rola osoby, o którą należało nadmiernie się troszczyć. To było miłe, ale... Nie.
Początkowo miał zamiar się sprzeczać, ale w zasadzie...
- Tak, właściwie tak - stwierdził. Hej, potrzebował się dobrze odżywiać, żeby jego organizm sprawnie funkcjonował. A poza tym, od czasu kiedy Marian gotował, szkoda było przepuścić jakikolwiek posiłek.
A co do jego traktowania Sally z góry... To nie była kwestia tego czym się zajmowała To była kwestia tego, czym on był w stanie się zajmować. Praca w Bractwie była wymagająca, stawiała przed nim wyzwania, już pomijając to, że chyba lubił balansować na granicy niebezpieczeństwa... ale brakowało mu pracy naukowej. Pewnie dla większości ludzi to byłoby cholernie nudne, ale tęsknił za tym ciągłym poszerzaniem wiedzy, spotykaniem kolejnych wyzwań, koniecznością diametralnego zmieniania punktu widzenia. Od czasu kiedy przejął obowiązki przywódcy Bractwa, absolutnie przestał mieć na to czas. Wcześniej przynajmniej szukał leku na swoją dolegliwość, to zawsze były jakieś badania. Może jeszcze kiedyś zdąży do tego wrócić. W końcu ta wojna nie będzie trwać wiecznie, prawda? To byłaby ciekawa perspektywa. Mieć życie, w którym naprawdę mógłby się tym zająć, nie bojąc się że zwróci na siebie zbyt dużą uwagę.
I nie, Hopper absolutnie nie podejrzewał Sally. Jak miałby ją podejrzewać? Znał ją. Była dobra. Ktoś taki jak ona i zdrada? Pewnie już teraz czuła się jakby zdradziła, bo akurat nie przewidziała, że dobrze byłoby wrócić do Bractwa na ten jeden dzień i pooglądać atak DOGS z pierwszego rzędu. Jakby jej obecność miała cokolwiek zmienić. Dobrze, że miała wtedy dość szczęścia, żeby być poza obozem. Możliwe że to tylko dlatego ciągle żyła. Ale i tak będzie to sobie wyrzucać, prawda?
- Czego się spodziewałaś? - spytał, biorąc sobie do ust nieco tej marnej sałatki z kiełkami. Od paru lat wszystko tak wyglądało w mediach. Bractwo zostało uniewinnione, wszyscy terroryści schwytani albo unieszkodliwiony. Trzeba było bardzo uważać, żeby przypadkowo nie przestać ich dehumanizować i nie użyć słowa zabici albo - brońcie tylko! - ludzie. Genetyczni terroryści, mutanty które stanowią zagrożenie. Wszyscy na to zasłużyli, oczywiście. Rząd upewnił się, żeby żadne z nich nie było w stanie przetrwać z czystym sumieniem.
- Sally, mówię na poważnie. Znasz mnie, ja znam ciebie, wiem przez co przeszłaś i przez co nie dasz rady przejść - wyjaśnił. Miała cholernie dobre serce i to właśnie najpewniej ją zabije. Potrzebowała kogoś, kto będzie miał na nią oko, kiedy będzie chciała poświęcić się za wszystkich. Z resztą, wystarczy żeby próbowała pomóc jednemu dzieciakowi. To może się tragicznie skończyć. - Jeśli chcesz tu zostać, znajdź sobie grupę, trzymaj się nisko. I, cholera, przestań być taka łatwa do znalezienia.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-11-23, 22:56
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Pomimo wydźwięku słów jej rozmówcy i tematu, na który zszedł ich dialog, Maysilee nieznacznie się uśmiechnęła. Cóż... Czego się spodziewała? Prawdę mówiąc, D.O.G.S. oraz media kontrolowane przez Rząd faktycznie były dosyć przewidywalne. Ludzie tam zdecydowanie nie grzeszyli szczerością czy też rzetelnością, a jednak...
- Być może czegoś w stylu... No, wiesz. Starej, jarej organizacji Col i stylu Bartowskiego. Natychmiastowego pokazania mediom, że plotą bzdury, jakiegoś gigantycznego znaku dla ludzkości. Tymczasem wszyscy pozostawali zatrważająco cicho, a Rząd świętował sukces. - To naprawdę wyglądało dobijająco, nawet jeśli w tej chwili poznawała już chociaż kawałek prawdy o tym, co naprawdę stało się z Bractwem i sprawiało jej to wręcz niesamowitą ulgę.
- Kto tak właściwie przejął stery? - Być może nie planowała powrotu, na swój sposób wstydząc się go, jednak z pewnością nie wpływało to na jej zaciekawienie. Nie sądziła, by akurat te informacje, kilka razy podane przez media czy też dumnych stróżów prawa wpadających tutaj na kawkę, były nieprawdziwe. Rząd naprawdę miał Colleen Marie. A Bractwo nie mogło przecież pozostać bez szefostwa.
Uwielbiała tych ludzi, ale potrzebowali kontroli. Jak sądziła, znacznie bardziej niż ona sama. Ona raczej nie miała skłonności do destrukcji - czy tej standardowej, czy też auto. Naprawdę tak ciężko było to zrozumieć?
- Ugh, czemu wszyscy próbujecie traktować mnie jak dziecko? Ugh. - Być może nie była zła, jednak z jej ust wydobyło się lekko poirytowane sarknięcie. Wiedziała, że chcieli dobrze, na co dzień była za to wdzięczna i starała się nie okazywać zmęczenia podobnym stanem rzeczy, jednak momentami naprawdę ciężko było ukrywać to, jak wyczerpujące to było. Dajmy na to takiego Hoppera. Na bór wszechmogący, listkami szumiący - była tylko trzy lata młodsza, a on zachowywał się nie jak jej starszy brat... On usiłował być teraz niczym jej ojciec... Albo przynajmniej ktoś, kto zachowywał się tak, jak wyobrażała sobie zachowanie ojca.
- Problem tkwi w tym, Nick. - Sama nie wiedziała, dlaczego nadal go tak nazywała, skoro oboje wiedzieli, kim tak naprawdę byli. Być może chodziło o coś na kształt sentymentu? - Że naprawdę jesteś niesamowicie mądrą osobą, ale to nie upoważnia cię do uznawania się za kogoś, kto wie wszystko. Nie chcę być niemiła, nie zrozum mnie źle, ale nigdy nie będziesz wszechwiedzący ani nie przewidzisz każdej możliwej sytuacji. Nawet ty nie masz takich zdolności. A to jest moje życie. Znam się lepiej niż ktokolwiek kiedykolwiek mnie pozna, więc twój brak wiary w moje możliwości... - Nie musiała kończyć, prawda? Wystarczyło, że po prostu na niego spojrzała - otwarcie i spokojnie - pokręciwszy przy tym głową.
- Nie musisz próbować się mną opiekować. Jeśli tego zechcę, sama zniknę. - Ale nie chciała.
Cóż... Istniał powód dla którego wszystko zaczęło się sypać, kiedy Yvonne zmarła. Colleen chciała jak najlepiej, ale nie była na to gotowa. Nie potrafiła działać długoterminowo, cierpliwie, poświęcać pionków, żeby przetrwały figury. Najpewniej gdyby nie została wtedy pojmana... Bractwo by nie przetrwało. Nie podobała mu się ta myśl, ale gdyby to zależało tylko od niej, nie mieliby szans. Zrobiłaby dokładnie to o czym myślała Sally, jakąś głośną akcję... a DOGS znowu zaczęłoby ich tropić. Nie byli wtedy wystarczająco dobrze ukryci ani tym bardziej przygotowani do walki. Ci, którym udało się schować za pierwszym razem skończyliby martwi albo jako króliki doświadczalne.
- I świetnie. Po co mają szukać książek, skoro myślą że większość spłonęła, a resztę zabrali do siebie? Tymczasem, parę przeoczyli, parę było akurat wypożyczonych, a oprócz tego cały czas wychodzą nowe publikacje. Nasza biblioteka może w końcu rozrastać się w spokoju - odpowiedział jej, przy okazji dodając tę drobną metaforę. Może nie wyglądało, żeby ktokolwiek ich słuchał... ale kto wie jak było naprawdę? Lepiej nie kusić losu i nie stawiać się w żaden sposób w opozycji do rządu. Bezpieczniej było rozmawiać o czymś zupełnie nudnym i nieszkodliwym, jak biblioteki i wojenki bibliofilów.
- Uhm, - podrapał się po głowie - ja.
Cały czas wydawało mu się to dość dziwne, że ktokolwiek chciał go wybrać na przywódcę, mając dwie inne opcje do wyboru. Może gdyby tylko Addams była przeciwko niemu... ale Govain był całkiem sensownym kandydatem. To była kwestia tego, że kiedy nie został nikt inny, on wprawił ich nową siedzibę w ruch? Tak czy siak, nie był osobą, na którą się głosowało. Ciężko było go lubić, ludzie uważali go za zarozumiałego i aroganckiego... co miałoby sens, gdyby akurat się tak nie składało, że zwykle to faktycznie on miał rację.
I może wszyscy tak traktowali Maysilee... bo właśnie tego potrzebowała. Ludzi, którzy ściągną ją na ziemię i nie pozwolą, żeby jej naiwność i dobre serce ją zabiły. Dlaczego tak bardzo tego nie widziała? To, że dawała sobie radę, kiedy było spokojnie - bo tak, teraz było spokojnie - nie znaczyło, że przetrwa kiedy wszystko zacznie się sypać. Hopper widział takie sytuacje masę razy, ludzi którzy nie mieli pojęcie w co się właśnie pakują i nie mieli zamiaru go słuchać. Rzecz w tym, że nie miał zamiaru pozwalać Sally popełnić samobójstwo. Świat potrzebował ludzi takich jak ona i będzie potrzebował ich jeszcze bardziej, kiedy ta cholerna wojna się skończy. Na razie trzeba było trzymać głowę nisko i upewnić się, że odpowiednia strona wygra.
Czemu nikt nigdy go nie słuchał? Wiele przeżył i oprócz tego, że udało mu się dzięki temu zostać jeszcze większym dupkiem i być zepsutym do szpiku kości, to miał sporo doświadczenia. Nie każdy człowiek musiał powtarzać jego historię bezsensownych błędów i idiotycznych decyzji, prawda? A już z pewnością nie ktoś taki jak Sally. To by ją zwyczajnie zniszczyło.
- Problem w tym, że możesz zniknąć, nawet jeśli nie będziesz tego chciała - odpowiedział jej. - Sally, nie chodzi o to, że w ciebie nie wierzę. Nie wpakowywałbym ci się z butami do życia, gdyby to nie było poważne. I nie sądzę, żeby którekolwiek z nas byłoby w stanie samo to przetrwać.
Miał na myśli oczywiście szerszą grupę, mutantów... ale to nie zmieniało faktu, że sam by najpewniej nie dał rady, nawet bez tych cholernych migren.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-11-24, 21:08
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Nadal aspirujecie do posiadania zasobów większych od Biblioteki Aleksandryjskiej? - Skoro chciał korzystać z takich zabiegów, zamierzała podjąć ten temat. No, przynajmniej częściowo i do czasu, kiedy nie zagłębili się w to na tyle, iż... Cóż, postanowiła spytać go o to, kto miał zaszczyt przejąć rolę Colleen i chociaż spodziewała się praktycznie każdej możliwej odpowiedzi... Nie przewidziała tego, co doszło do jej uszu.
Gdyby piła coś w tej chwili, zapewne momentalnie by się zakrztusiła, teraz wyłącznie wytrzeszczając i odchrząkując w mieszaninie zaskoczenia z cichym podziwem. O dobry losie, ile to także wyjaśniało. Cel jego niespodziewanej wizyty, próby przekonania jej do powrotu, utrzymywanie istnienia nowego Bractwa w całkowitej tajemnicy, wszystkie inne zabiegi... To tak bardzo do niego pasowało... Poza jednoznacznie aprobującym wyrazem twarzy, nie pogratulowała mu jednak tego osiągnięcia. Sama nie wiedziała, czy to było coś, z czego należało się cieszyć. W końcu rola lidera Bractwa była równie dumna, co trudna i niebezpieczna... Nawet jeśli ryzyko miało się wpisane w krew.
- Posłuchaj. W tej... - Urwała na ułamek sekundy, szukając odpowiedniego słowa, żeby ostatecznie postanowić odnieść się do jego wcześniejszej metafory związanej z książkami. - Bajce... To nie dziewczynka z zapałkami kończy źle. Nie jako pierwsza. Skoro mówisz, że mnie znasz, to wiesz też, przez co przeszłam. Musisz wiedzieć, że nie zaczynałam sama. Że miałam ludzi, którzy usiłowali bronić mnie przed całym światem. - Skoro już i tak poruszali drażliwe i przykre tematy, zamierzała przynajmniej spróbować pokazać Hopperowi, że naprawdę wolała pozostać sama. Nie samotna, bo potrzebowała ludzi, o których to ona mogłaby się troszczyć. Po prostu sama. Tak, żeby zadawanie się z nią nikomu więcej nie zaszkodziło.
- Najpierw dwie osoby, dwie najbliższe osoby. Przynajmniej w tamtym czasie... Wystarczyło półtorej roku szaleńczej podróży, żebym straciła ich oboje. Gdzieś pod koniec tamtego okresu, jak i na chwilę potem, był kolejny człowiek. Oboje doskonale wiemy, o kogo chodzi. I kolejny, i kolejny, wreszcie cały Klub Czytelnika. - Jeśli wszystko to, co mówiła, było dla niej przykre, ten... Epizod także nadal sprawiał, iż czuła pękające serce. Mimo to, kontynuowała, nadal nie przestając smutnawo się uśmiechać. - Nic z tego nie skończyło się dobrze. Nawet jeśli nie przyczyniłam się do tego w bezpośredni sposób, nie chcę dłużej niszczyć książek.
- Tyle, ile możemy zdobyć - odpowiedział jej. Nie miał pojęcia, czy przebiją Alexandrię... Ale Hopper miał zamiar odbudować Bractwo. Doprowadzić je do stanu, w którym będzie znaczącą siłą i dopiero zacząć działać. Inaczej, zwyczajnie się wykrwawią.
Och, naprawdę, mogła jeszcze bardziej pokazać jak była zszokowana. Taki dupek jak on? Przywódcą? Jakim cudem? Nie zaszła jakaś pomyłka? Na pewno zrobili głosowanie? Akurat o tym nie wiedziała, więc miała jeden powód mniej do dziwienia się. A to jej późniejsze spojrzenie... Z jakiegoś powodu, Hopperowi zrobiło się głupio. W zasadzie, jakoś nieszczególnie dużo zrobił. Po prostu, kiedy został jedyną osobą na placu boju, nie pozwolił tym ludziom umrzeć, zrobił to do czego się zobowiązał, kiedy Colleen zrobiła z niego mózg Bractwa. Z jakiegoś dziwnego powodu, ci ludzie uznali, że chcą, żeby to on nimi przewodził. Nie zasłużył sobie na jakiś dziwny podziw w jej oczach. Po prostu nie chciał, żeby ktoś jeszcze przez niego zginął.
Na szczęście, dziewczyna nie ciągnęła tematu. Zamiast tego zaczęła opowiadać, a on jej po prostu w milczeniu słuchał. Znał tę historię, z resztą część z niej dzielili. Jakkolwiek nie wyglądała i jakkolwiek jej nie zakończył - przez pewien czas byli grupą i to miało znaczenie. Byli dla siebie ważni, przez chwilę nawet zbyt ważni, żeby Will był w stanie to znieść. Dobrze się znali, nawet jeśli przez ostatnie lata nie utrzymywali ze sobą kontaktu i Hopper był jednego pewien: Sally nie mogła być dalej od krzywdzenia innych.
- Sally, naprawdę myślisz, że jesteś złym czytelnikiem? Że niszczysz książki? - spytał ją. Aż ciężko było mu uwierzyć, że w ogóle musi z nią o tym rozmawiać. - To, że trafiasz na te cholernie zniszczone i chociaż próbujesz je jakoś posklejać, czasami odpadnie im strona, to nie twoja wina. To wina tych, którzy próbowali je potargać. Tak już jest, że świat nie dba o książki. Większość nawet nigdy nie trafi do biblioteki, skończą jak jakaś pieprzona podpałka. To też nie jest twoja wina - kontynuował, w tej całej bibliotecznej, absurdalnej metaforze. Nie byli w bezpiecznym miejscu, lepiej nie rozmawiać o umierających przyjaciołach. - Jesteś najlepszą osobą jaką znam... i dlatego się martwię.
Bo przecież będzie próbowała naprawić każdego na swojej drodze. I może pomoże pięciu, ale co z tego, jeśli szósty będzie pracował dla DOGS? Z resztą, wystarczy, żeby choć raz coś poszło nie tak, żeby była już tym wszystkim wykończona.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-11-25, 01:56
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Nie wątpię, że możecie sobie pozwolić na naprawdę wiele. - Odpowiedziała bez większego zawahania, bo... Właśnie na tym to polegało, czyż nie? Zawsze wiedziała, iż Bractwo miało olbrzymi potencjał. Nieistotne, gdzie się znajdowało, jakie zajmowało tereny, gdzie mieszkali jego członkowie, a nawet - kto nimi zarządzał. Sami mutanci, jako jedność, jako grupa, mieli możliwość osiągnięcia wielkich rzeczy.
Być może była naiwna, przeceniając siłę tkwiącą w bibliotece. Historia już wiele razy pokazała, jak łatwo było zniszczyć księgozbiór, zdekompletować części tych samych serii czy doprowadzić do tego, iż niepilnowane książki znikały bezpowrotnie. Bądź co bądź, sama Maysilee była przykładem tej ostatniej sytuacji. Wystarczył zaledwie moment, chwila słabości serca i ułomności umysłu, żeby postanowiła opuścić Bractwo. W zamyśle wcale nie chciała tego robić na stałe. Myślała, iż dojście do siebie zajmie jej zaledwie chwilę, ale kiedy ten moment minął... Naprawdę sądziła, że nie było już niczego, do czego mogłaby wracać.
Teraz wiedziała, że uległa złudzeniu. Zadziwiająco łatwo dała sobie wmówić coś, co w najlepszym razie było tylko półprawdą serwowaną przez media w taki sposób, by wyglądała na pełnowartościowe danie. Tak, by nie chciało się szukać dodatkowych źródeł potrzebnych zaspokojenia głodu wiedzy. Gdyby Hopper nie postanowił zaburzyć pozornej równowagi, jaką Maya zdawała się mieć w swoim nowym życiu... Griffith sama nie wiedziała, czy kiedykolwiek odważyłaby się spróbować odszukać Bractwo.
Być może kochała część z tych ludzi, uwielbiała kolejną garstkę i nie uważała, by ktokolwiek jakoś niesamowicie zaszedł jej za skórę, jednak wstyd, ten głęboko ukryty wstyd, że nie była przy nich wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowali... Palił ją niczym ogień. W każdej chwili, w której o tym myślała. W każdym momencie, w którym nie pilnowała samej siebie. I nawet jeśli usiłowała odszukać pozytywy w całej tej sytuacji - przecież musiały w niej być, prawda? zawsze były - nie mogła robić tego przez cały czas. Nie nieustannie.
- Coraz częściej myślę, że nie potrafię się z nimi obchodzić, wiesz? - Sama nie wiedziała, czemu mu to mówiła. Wcale tego nie chciała. Nie chciała okazywać się jęczącą, przykrą osobą, kiedy innym było już dostatecznie trudno. - Odszukuję je, próbuję poskładać, ale w głębi duszy domyślam się, że to nie takiej ręki potrzebują. One także to czują, jestem tego pewna. Tak naprawdę wcale nie wiem, jak się z nimi obchodzić. Zbyt wiele razy widziałam, jak moja naprawa przynosi więcej zniszczeń niż korzyści. W najlepszym wypadku znajdują innego, lepszego konserwatora, a ja chowam się w cieniu półek. W najgorszym? Patrzę, jak płoną na wielkich stosach... I zastanawiam się, kiedy sama do nich dołączę.
Polowania na czarownice czy polowania na mutantów... Zawsze ktoś płonął. Być może iskry idące przy tym w niebo bywały piękne, przyciągały wzrok, czarowały, ale nie były w stanie odwrócić uwagi od odoru, jaki im towarzyszył. Zapach śmierci otumaniał jeszcze bardziej, zatrważając wszystkich, którzy się z nim stykali. A ona czuła go tak często...
- Dziękuję... - Chociaż to kłamstwo, ale... - Naprawdę dziękuję. Nie wiem tylko, czy naprawdę dobrych ludzi można jeszcze znaleźć w Seattle. Staram się w to wierzyć, ale... Jest ciężko, wiesz. Coraz gorzej z każdym kolejnym dniem. - Tego też nie zamierzała mówić, ale... Stało się.
Ciężko było utrzymać to miejsce jako całość, Hopper doskonale przekonał się o tym w marcu, kiedy niemal nie zostali całkowicie zniszczeni. Samo zarządzanie takim miejscem było niezwykle skomplikowane i gdyby nie Irmina z tymi jej wolontariuszami, najpewniej nie mieliby nawet gdzie mieszkać. Tylko ci najbardziej potrzebujący chcieli zostać na miejscu, ciężko było zapanować nad odpływem ludzi i znaleźć tych, którzy dawniej należeli do Bractwa. Tak naprawdę, im było ich więcej, utrzymanie ich jako grupy stawało się łatwiejsze. Zarządzanie miejscem było coraz trudniejsze, ale cały czas pojawiały się kolejne, nowe twarze i to tak naprawdę one były siłą tej organizacji. I cóż, Hopper miał zamiar doprowadzić do sytuacji, w której Bractwo będzie jednym z największych graczy, zanim ruszą do prawdziwej walki. To był jedyny sposób w który mogli ograniczyć straty, a on nie miał zamiaru posyłać swoich ludzi na śmierć. Miał już zbyt dużo krwi na rękach, wystarczy już ludzi, którzy giną przez jego decyzje... Chociaż, przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później to się znowu stanie. Nie był w stanie być niezwyciężony, prędzej czy później popełni jakiś błąd, który ludzie przepłacą życiem. To on podejmował teraz decyzje, więc to na nim spoczywała ta odpowiedzialność. A jeszcze na początku roku nie miał najmniejszego zamiaru dać się wciągnąć do jakiejkolwiek grupy...
Czymś, czego Hopper kompletnie nie potrafił zrozumieć, było podejście Sally do jej samej. Stanowczo, była dla siebie zbyt surowa. Przecież... ona była dobrym człowiekiem. Dla Hoppera ten podział był dość oczywisty, na takich jak ona i na takich jak on. Na ludzi naprawiających świat swoim kosztem i cóż... na ludzi, którzy próbowali wyjść z tego wszystkiego jak najlepiej, przy okazji niszcząc wszystko dookoła siebie.
- Może niektórych książek po prostu nie da się naprawić - rzucił. Znał parę takich... ale nigdy nie sądził, że będzie mu się tak dobrze żyć z okładką pośpiesznie sklejoną szarą taśmą i potarganymi stronami. - To może być ciężkie do zaakceptowania, ale nie jesteś w stanie ocalić wszystkich. Już jest dla nich za późno. Może to jest ciężkie do zaakceptowania, ale tak wygląda ten świat. I nie zapominaj, że to ty się nimi zajmujesz, kiedy są w tak cholernie kiepskim stanie. Jeśli nawet ktoś przejmuje po tobie robotę, ma już na czym pracować, z resztą - nie jest jeszcze tak cholernie zmęczony składaniem tych wszystkich książek do kupy. - zauważył. Dziwnie się czuł pocieszając ją, zawsze nie miał w takich sytuacjach pojęcia co robić... ale tym razem kolejne argumenty po prostu przychodziły mu do głowy. To wszystko było aż za bardzo oczywiste. - Nie jestem w tym dobry, naprawianiu. Ale mogę próbować upewnić się, że książkom z naszej biblioteki nic więcej się już nie stanie. I jeśli ty się tym martwisz - nasze drzwi stoją otworem.
I nie, to stanowczo nie było kłamstwo. Nigdy jej o tym nie mówił, ale zawsze zdawał sobie z tego sprawę. I te lata temu - to był powód przez którym im nie wyszło. Ona była dobra, on - niekoniecznie. Prędzej czy później by ją zniszczył.
- Nigdy nie było ich dużo - dlatego to było tak cholernie ważne, żeby utrzymać tę pozostałą garstkę przy życiu. - Więc pojedź ze mną. Nie mogę ci obiecać że będzie ślicznie i miło, nie w tym kraju... Ale będzie lepiej.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum