Wysłany: 2018-10-02, 21:03 Tell the world I am coming home.
Talon na Aarona i balon
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Już od jakiegoś tygodnia w całym Bractwie było hucznie o powrocie tego Bradley’a Grey’a. Matilde słyszała, że był w naprawdę opłakanym stanie, ale właściwie czego mogła się spodziewać? Przez ten cały czas była po prostu przekonana, że mężczyzna albo zwiał daleko stąd, albo był martwy. Teraz jednak prawda okazała się być zupełnie inna, a Matilde nawet nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć.
Wychudzony, zmaltretowany, wygłodzony… to co docierało do jej uszu mroziło wręcz krew w żyłach. Ale mimo wszystko jakoś nie umiała w to tak po prostu uwierzyć. Ciężko jej było sobie wyobrazić, że Bradley mógł wyglądać inaczej niż wtedy, kiedy widziała go po raz ostatni. Ta wizja była po prostu abstrakcyjna i kompletnie niewiarygodna. Ale mimo tego nie wykonała tego wysiłku, by zajrzeć do niego do szpitaliku i przekonać się na własne oczy. Bo czy był sens? To nie było w jej stylu. Życzyła mu dobrze, to na pewno. Ale miała swoje o wiele ważniejsze zmartwienia, którymi wolała zaprzątać głowę, aniżeli rozmyślać o jakimś tam Grey’u.
Teraz jednak, kiedy w porze obiadowej wybierała się do gabinetu Willa, by wyciągnąć go na jedzenie, na korytarzu dostrzegła człowieka-ducha. Wallace zmrużyła oczy, jakby chcąc się upewnić, czy to na pewno był ten znajomy osobnik, a potem… za bardzo nie myśląc rzuciła podniesionym tonem głosu:
– Brad, do cholery! – co on sobie wyobrażał, huh? Matilde przyspieszyła kroku, by się z nim zrównać. Nieważne jak to brzmiało, ale naprawdę się cieszyła, że widziała go żywego. Kiedyś przecież byli kimś w rodzaju przyjaciół i zdecydowanie należało mu się coś więcej od życia niż zdechnąć w jakiejś celi dla mutantów. Tfu. – Wyglądasz okropnie – nie mówiła jednak tego złośliwe. Chyba nawet wręcz przeciwnie. Wallace przystanęła, by posłać mu ten swój typowy, arogancki uśmieszek, a potem - nie zważając na jego zapewnie obolałe ciało - zawiesiła mu się na szyi i stwierdziła po prostu: – wróciłeś.
Mężczyzna sam już nie wiedział kim jest, kto wokół niego to przyjaciel a kto wróg. Ciężko mu było skupić myśli i choć z jednej strony cieszył się, że został uwolniony to z drugiej nie potrafił się odnaleźć w tym wszystkim.
Po powrocie z jego akcji ratunkowej, od razu przejęli go uzdrawiacze. Jego ciało było na skraju wycieńczenia, zresztą to samo działo się z psychiką. I o ile ciało jako tako zdołali doprowadzić do porządku - zaszyli rany te starsze, ropiejące jak i nowsze, a nawet nastawili mu złamanie - to jednak strona psychiczna nadal była w opłakanym stanie. W szpitalu nie pobył długo, bo zresztą nie chciał. Nie potrafił nikomu zaufać, nawet osobie, która go leczyła. Miał wrażenie, że to wszystko podpucha, żeby dać mu fałszywą nadzieję, a potem wszczepić mu coś pod skórę co będzie powodowało permanentny ból. Wszędzie doszukiwał się zdrady i podstępu, ale jednak jakaś część jego świadomości wiedziała, że znajduje się w dobrym miejscu - w bractwie. A skoro tu był, musiał się dowiedzieć co działo się pod jego nieobecność.
A gdzie to zrobić, jeśli nie bezpośrednio od głowy bractwa? Podobno po pojmaniu Colleen to Hopper tu rządził, więc udał się do gabinetu, by zasięgnąć informacji z pierwszej ręki. Zanim jednak zdążył doczłapać się do tego pomieszczenia, zobaczył na korytarzu znajomą twarz. Przez chwilę stał nieruchomo, analizując skąd ją zna i gdzie ją widział. Dopiero kiedy się odezwała, skojarzył fakty i poznał w tej kobiecie Tildę. Milczał kiedy do niego podeszła i milczał, gdy do niego mówiła. Tyle czasu trzymał gębę na kłódkę, żeby wróg nie dowiedział się niczego o bractwie, że chyba tak mu zostało. Poza tym cały czas był bardzo zmęczony i miał mało energii i siły, nawet na rozmowę.
Jej arogancki uśmieszek choć tak mu znany nie wywołał żadnej reakcji. Dopiero, gdy go przytuliła, mężczyzna wzdrygnął się, jakby się bał, że to kolejna fala bólu. Od pojmania dotyk kojarzył jedynie z cierpieniem fizycznym, dlatego nie było to dla niego w żadnym stopniu przyjemne.
Aczkolwiek ten konkretny dotyk i słowo "wróciłeś" wypuściło jakąś dawkę emocji, która była ukryta i nie mogła znaleźć ujścia. Nie można powiedzieć, że nie zabolało go fizycznie, ale jednak jakoś poruszyło psychicznie. Może jednak nie wszyscy o nim zapomnieli. Wątłymi rękoma objął ją, zatrzymując dłonie na jej plecach. Sam fakt, że odwzajemnił uścisk był pewnego rodzaju przełomem, choć w dalszym stopniu się nie odezwał.
Och, zgadnijcie co Hopper robił przez ostatnie... zawsze. Cóż, tym razem znowu miał większy nawał pracy - na tyle duży, że nawet odpuścił sobie grzebanie w informacjach jakie był w stanie znaleźć o swoich rodzicach. To mogło poczekać, a tymczasem DOGS coś szykowali. Will co prawda jeszcze nie był pewien co dokładnie - ale coś. I to na dodatek na tyle duże i w takim pośpiechu, że Hopper bez problemu wyłapywał kolejne informacje. Oczywiście, to mogła być pułapka, jakaś podpucha... ale nie, im bardziej zagłębiał się w temat tym bardziej był przekonany, że trafił na informacyjną żyłę złota. Wiedział że pewnie za niedługo Wallace przyjdzie do jego gabinetu, ale powinien mieć jeszcze chwilę. Chciał szybko skoczyć do informatyków, załatwić jeszcze parę rzeczy... Cholera, jeśli będzie szło tak dobrze, może powinien przełożyć jedzenie na później. To faktycznie mógł być jakiś błąd i kto wie ile Hopper miał czasu zanim ludzie w DOGS zorientują się co na dobrą sprawę robili.
Otworzył drzwi, gotowy już załatwiać wszystko w jakieś trzydzieści sekund, żeby zobaczyć Wallace. Obejmującą Greya. Swojego byłego.
- Uhm, cześć - rzucił, No jasne, co innego mógłby powiedzieć Hopper? Przynajmniej był kulturalny i zawsze się witał.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Wallace z każdą kolejną sekundą przekonywała się na własnej skórze, jak źle było z biednym Bradley’em. Brak żartów, brak jakiejkolwiek odpowiedzi, brak emocji na jego twarzy… Okay, już wcześniej wiedziała, że był dość mrocznym typem, ale mimo wszystko zazwyczaj jakoś udawał. Teraz jednak… Cholera. Oni naprawdę go złamali. Oni naprawdę go zmienili. W tej sytuacji nie była już dłużej pewna, czy mężczyzna, który stał naprzeciwko niej w ogóle był jeszcze kimś kogo kiedyś znała. Ale potem po prostu go przytuliła, a on odwzajemnił ten uścisk i… i może była dla niego jeszcze jakaś nadzieja? Jakaś szansa? Cóż, Wallace nie zamierzała się nad tym zastanawiać. To nie była jej sprawa. I zdecydowanie nie chciała, by to była jej sprawa. Liczyła jednak, że uda mu się ogarnąć swój stan psychiczny do jakiegokolwiek stanu użyteczności. Nie miała jednak serca się od niego teraz odrywać. A przynajmniej nie miała do tego serca dopóki nie usłyszała za sobą tak bardzo znajomego głosu. Wallace… cóż… w pewnym sensie zrobiło się niezręcznie. Nie uważała, by robiła coś złego. Nie, nie robiła nic złego, ale… ale to było naprawdę dziwne uczucie. Dlatego niby naturalnie (a jednak mimo wszystko nieco nerwowo) odkleiła się od Grey’a i zrobiła krok do tyłu, stając gdzieś pomiędzy Bradem a Willem.
Właśnie… Will. Co do niego… Wallace przygryzła policzek od środka, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Dziewczyna odchrząknęła w końcu, by wbić wzrok w twarz Hoppera.
– O, cześć, nie spodziewałam się ciebie tutaj – uhm… nie spodziewała się jego pod jego gabinetem? Brawo, Wallace. Dziewczyna po chwili dodała dość entuzjastycznie: – wychodzi na to, że z Bradem jest już lepiej – wykrzywiła usta w wymuszonym uśmiechu, by zamaskować zażenowanie, ale bądźmy szczerzy… jej policzki wręcz płonęły.
Trwali tak przez chwilę w uścisku, która może nieco się dłużyła, ale z drugiej strony dla Brada to było chyba jedno z pierwszych nieco bardziej przyjemnych odczuć, jakie czuł odkąd go uwięzili. Nawet sam ratunek nie wzbudził takich emocji, pewnie dlatego, że bał się w dalszym ciągu, że to jakaś podpucha i dalej ktoś chce go skrzywdzić.
Jedno jest pewne, obecnie Brad w żadnym stopniu nie był mężczyzną, którego kiedyś znała. Nawet z wyglądu go nie przypominał przez tą szarą skórę, zapadnięte kości policzkowe i sińce pod oczami. Wyglądał jak wrak człowieka i tak też się czuł. Sam wątpił, że jest dla niego jakaś szansa na powrót do poprzedniego stanu rzeczy.
Dopiero kiedy się od niego oderwała, spojrzał na Will'a. Nie rozumiał tej aury, która wytworzyła się nagle po jego pojawieniu się, ale też nie wnikał za bardzo. Brad nie odpowiedział na jego przywitanie, wpatrywał się teraz w niego, jakby próbując sobie przypomnieć, czy wcześniej wyglądał tak samo. Nie reagował na słowa Tildy ani nawet na jej obecność. Ale uwaga, nadchodzi moment, w którym nasza niemowa musi powiedzieć, o co mu właściwie chodzi. Wziął jeden głębszy wdech, który dosłownie go zabolał przez połamane żebra.
- Chcę wiedzieć co się działo - jego głos był cichy, ochrypły i generalnie inny niż wcześniej. Jakby szorstki i nieprzyjazny. Nie dopowiedział już, że chodzi mu o okres, kiedy go nie było w obozie, bo był zajęty siedzeniem w ciasnej i ciemnej celi. Wiadomo było o co chodzi, a już z pewnością może się tego domyślić tak łebski facet jak Will. Nie zapomniał, że przed jego pojmaniem, Will był tzw. Mózgiem Bractwa. Jakby nie było awansował, ale Brad nie miał siły składać mu gratulacji, zwłaszcza że oznaczało to tyle, że Colleen została pojmana. O szczegółach tego wydarzenia również chciał się dowiedzieć.
Miał nadzieję, że Will znajdzie dla niego czas, bo przyjście przed jego gabinet to w dalszym ciągu nie lada wyczyn dla Brada.
To wszystko było cholernie dziwne. Niby nic szczególnego się nie działo,,, ale w zasadzie się działo. I to nie tylko dla niego, bo zwrócił uwagę na tę niezręczność w ruchach Matilde.
- Przyznaję, to musi być szokujące, że znajdujesz mnie w tym samym miejscu o tej samej porze co ostatnie pięćdziesiąt dwa razy - odpowiedział jej, unosząc brwi. I nie, wcale tego nie liczył... a przynajmniej nie specjalnie. Co miał poradzić, że licznik w jego głowie sam działał? Przekleństwa bycia genialnym.
I jakby tego wszystkiego nie było wystarczająco, to jeszcze Brad chciał się dowiedzieć co się działo przez te miesiące, a to było cholernie dużo gadania. Pół biedy, że miał opowiadać - gorzej, że przecież był zajęty. Nie mógł zapominać, że gonił go czas... A z drugiej strony Brad był w naprawdę złym stanie. Skoro już osobiście się tu przywlekł, nie mógł go po prostu odesłać z kwitkiem.
- Uhm... - zaczął. - Dajcie mi pięć minut - dodał, zmieniając zdanie co zamierza zrobić. I niespecjalnie czekając na ich reakcje, ruszył wgłąb Bractwa. Musiał wszystko jak najszybciej załatwić, poinformować informatyków... Wrócił po piętnastu minutach, kiedy już upewnił się że dziura w zabezpieczeniach magicznie nie znika, a Liam i Alex dadzą sobie radę sami. - Uhm, okay, na czym skończyliśmy? - spytał, raczej żeby zagaić rozmowę, niż żeby sobie przypomnieć. Jasne, denerwowało go to, że od czasu kiedy Mercy zablokowała mu moc nie był w stanie po prostu wrócić do dokładnego momentu w którym coś zostawił, ale nie było z nim aż tak źle, żeby nie pamiętał o co spytał go Grey.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
– To część, w której dobrowolnie opuszczasz swoją norę, tak bardzo mnie szokuje – wyrzuciła z rozgoryczeniem. Nawet ta dziwnie niezręczna sytuacja nie powstrzymała jej przed wypowiedzeniem tego pełnego niezadowolenia komentarza. Przecież zawsze, kiedy przychodziła wyciągnąć go na obiad, on marudził, że nie ma na nic czasu. A dzisiaj, dzisiaj jak na złość nie robił tego, czego powinien. Ale właściwie czego mogła się po nim spodziewać? To był Hopper. Hopper, który właśnie wpadł na jakże genialny pomysł, by zostawić ją z Bradem w tej dziwnie niezręcznej atmosferze. Wallace przygryzła policzek od środka.
– A więc to jest nasz nowy przywódca – odezwała się, wbijając wzrok w plecy Hoppera. I jakoś sama nie wiedziała dlaczego, ale odczuła wyraźną potrzebę, by wyrzucić z siebie przesiąknięte sarkazmem: – czyż nie jest najbardziej czarującą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałeś?
A potem… potem chyba zapanowało całkiem nieprzyjemne milczenie. Wallace oparła się plecami o ścianę, co chwilę świdrując wzrokiem to Bradley’a, to wyraźnie interesującą i bardzo kiepsko pomalowaną ścianę. Pięć minut. Czy ten dupek w ogóle znał się na zegarku? Matilde westchnęła ciężko, przez chwilę rozważając wejście do gabinetu Willa, ale z drugiej strony nie wiedziała, jak bardzo by się wkurwił, gdyby wpuściła tam Bradley’a, więc ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Bo, niespodzianka, tego dnia wyjątkowo nie chciała go wkurwiać. A przynajmniej nie w ten konkretny sposób. I kiedy Will wreszcie wrócił ze swojej pięciominutowej wyprawy, Matilde wzniosła wysoko brew. Doskonale wiedział po co tutaj przyszła, chciała tylko wiedzieć, czy jest sens, by dalej tutaj była, czy wolał, by się ulotniła.
Dla Bradley'a nawet powrót tutaj był dziwny. A to na korytarzu raczej mniej, no ale po raz kolejny: Brad nie wiedział o ich pokręconej relacji, więc nie musiał czuć się winny. Zresztą nie miał czego de facto.
Ich wymiany zdań Brad nie skomentował i nawet nie bardzo rozumiał, ale postanowił nie wnikać i nie zawracać sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami. Był tu w określonym celu.
Lider bractwa postanowił ich trochę przetrzymać, ale tu akurat Brad nie miał nic przeciwko, w końcu jego funkcja była odpowiedzialna i jeśli musiał zrobić coś "na już" to mężczyzna mógł spokojnie poczekać.
Oparł się o ścianę i w sumie nie przeszkadzałoby mu czekanie w samotności, ale Matilda chyba też miała jakiś interes do Hoppera, bo nadal tam stała.
Na jej słowa, spojrzał na nią jedynie na jakieś dwie sekundy, po czym obrócił wzrok w ogóle nie reagując. Milczał i nawet mu się ten czas nie dłużył, kiedy Will'a nie było.
Kiedy wrócił i zadał dziwne pytanie, Brad spojrzał na niego i znów nic się nie odezwał. Zamiast tego czekał aż otworzy drzwi do gabinetu, po czym bezpardonowo wszedł do środka i zajął miejsce na jakimś krześle czy fotelu. Wszystko go już bolało i musiał odsapnąć. Poza tym chciał się dowiedzieć konkretnych rzeczy, a nie słuchać dziwnych wymian zdań, które nie wnosiły nic do rozmowy.
Także Brad aktualnie siedział i czekał aż Will wejdzie do środka - sam lub z Matildą - i opowie mu co się wydarzyło, odkąd został więźniem. I pomyśleć, że gdyby wtedy nie poszedł na tę przeklętą misję z Rocky...
Cholera jasna, Hopper nie miał pojęcia co się tutaj działo kiedy na chwilę ich zostawił i nawet wolał w to nie wnikać. Dlaczego to musiało być tak skomplikowane? Mogliby się po prostu zacząć wszyscy kłócić, to im dobrze wychodziło.
Will usiadł w gabinecie, właściwie nawet nie mając pojęcia czy Wallace wejdzie tutaj za nimi, czy w sumie sobie pójdzie. W końcu musiał się tym zająć, nie będzie odsyłać Brada przez pół magazynów, bo ma ochotę zjeść obiad. Nie kiedy był w takim stanie. Nie kiedy był w takim stanie, bo William Hopper dopiero po trzech miesiącach wpadł na pomysł że najwyższa pora sprawdzić, czy Brad przypadkiem nie ma jakichś problemów. Odchrząknął. Cholera, właściwie to chyba nie chciał, żeby Wallace wracała tutaj za pół godziny.
- Grupka mutantów z Bractwa zaatakowało DOGS. Nie byli wystarczająco ostrożni, musieli zostawić ślady do obozu. Spodziewaliśmy się tego, przygotowaliśmy przeniesiony… ale nie dość szybko. Dziesiątego marca zaatakowało DOGS. Zabili trzydzieści cztery osoby, najprawdopodobniej porwali dwadzieścia jeden. Jeśli chcesz posłuchać szczegółów, trafiłeś w złe miejsce. Nie było mnie wtedy w obozie. - A powinien być. Zamiast tego, wylegiwał się w łóżku, korzystając z obecności Wallace i czując się naprawdę dobrze, kiedy ludzie za których był odpowiedzialny umierali. Znał ich wszystkich nazwiska, mógłby zacząć je wymieniać. - DOGS zabrało Colleen. Ciągle nie możemy znaleźć informacji o niej ani jej dziecku - dodał, chociaż nie był pewien czy powinien. Marie nieszczególnie chciała opowiadać o swojej ciąży… ale Hopper wiedział, a przynajmniej przypuszczał, że Brad sypiał z Colleen. Z resztą, tak samo, jak paru innych facetów. Nie jemu oceniać. Rzecz w tym, że jeżeli chodziłoby o dziecko Willa, musiałby wiedzieć i nie miał zamiaru odbierać tego Greyowi, jeżeli to z nim byłaby w ciąży. - Zostałem jedyną decyzyjną osobą, reszta była martwa albo ranna. Mieliśmy częściowo przygotowane magazyny, ludzie zaczęli się tutaj zbierać. Kiedy udało mi się doprowadzić to miejsce do porządku, zaproponowałem wybory na przywódcę i z jakiegoś mnie wybrano.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o Bractwo. Powinien wspomnieć o czymś jeszcze? Przeprosić? Powiedzieć, że szukali go cały ten czas, tak samo jak reszty zaginionych? Hopper nawet nie miał pojęcia gdzie zacząć szukać Brada i Rocky, kiedy zniknęli, a teraz… To wszystko wydarzyło się o wiele za późno. Bradley był w tragicznym stanie, czego można byłoby uniknąć, gdyby Hopper używał swojego mózgu choć trochę lepiej. Był geniuszem i odpowiadał za tych ludzi. Nie mógł sobie pozwalać na takie błędy.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Bradley nie zamierzał się z nikim kłócić. Po pierwsze nie miał powodów, a po drugie nie po to tutaj przyszedł. To wszystko było dla niego ciężkie i bez tego, więc nie zamierzał jeszcze sobie dokładać jakimiś konfliktami. Nie wiedział, że coś jest między Matildą, a Hopperem, ale Tilda była jego przyjaciołką sprzed porwania. Po porwaniu Colleen i odejściu Alby był jedną z niewielu osób, na których Bradowi zależało, więc William nie powinien go za to karać.
Nie miał żalu do nikogo o to co się stało. No, może poza sobą, bo jego pojmanie było naprawdę słabe. Nawet dziecko by sobie z nim poradziło. Hopper nie musiał się o niego troszczyć i generalnie nie spodziewał się ratunku. A kiedy już go otrzymał to pozostało mu tylko być wdzięcznym zarówno Hopperowi jak i temu drugiemu. Liamowi? Chyba tak.
- Miałeś szczęście - stwierdził w odpowiedzi, że nie było go w obozie. Tego szczęścia nie mieli pozostali, którzy tam byli. Może jeden Hopper przechyliłby szalę zwycięstwa na naszą stronę, ale równie dobrze sam mógł trafić w ręce DOGS. Nie byłoby z tego żadnego pożytku.
- Pokazali mi jej zdjęcie, gdy byłem w GC. Przewozili mnie do DOGS, miałem nadzieję, że ją tam zobaczę. Nie zabiją jej, jest zbyt cenna - stwierdził, ale oczywiście śmierć nie jest w tamtych warunkach najgorsza. Są tortury i wiele innych nieprzyjemnych sposobów na uprzykrzenie życia. Brad wiedział o ciąży, natomiast nie był ojcem, więc w tej kwestii się nie martwił.
- Gratuluję - odpowiedział bezbarwnie. Nie było w tym ani entuzjazmu ani ironii. W każdym razie część z tych informacji otrzymał jeszcze w więzieniu.
- Ilu uciekło? Wiadomo co się z nimi dzieje? Alba? Dale? - zapytał o konkretne osoby, który były mu najbliższe. - Co to za miejsce? Dajesz schronienie mutantom i uczysz ich walki przeciw ludziom? Szykujesz jakiś atak?
Bradley wrócił w ciężkim stanie i póki co przypominał cień siebie z dawnych czasów. Przez ten czas niewoli zdołał wyrobić w sobie nienawiść do ludzi, a przede wszystkim do wrogich organizacji, które trzeba zniszczyć.
Huh. Czy Hopper był właśnie na nią zły? Matilde nie do końca potrafiła rozgryźć tą całą jego postawę, ale… ale wyglądał jakby był zły. Olał ją. Olał jej spojrzenie. Olał jej pytającą brew. A przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wiedział o co jej chodziło. Matilde stała tam tak po prostu, obserwując jak Will otwiera drzwi od swojego gabinetu i huh. Chyba właśnie zrobiło jej się trochę.. przykro? Rany, nie znosiła tych dziwnych, kompromitujących uczuć. Wallace jeszcze raz posłała mu to pytające spojrzenie, ale chyba aż za dobrze odczytała jego intencje.
– No to przyjdę potem – powiedziała głupio, ale chyba właściwie i tak Hopper miał to gdzieś. I chyba dopiero, kiedy drzwi od jego gabinetu się zamknęły, Wallace zrozumiała, że ten dupek był… zazdrosny. Huh. Wallace była niesamowicie zszokowana swoim odkryciem. Do tej pory wydawało jej się to niesamowicie absurdalne, ale teraz…? To miało jakiś sens. Nie dla niej. Dla niej to był bullshit, ale dla chujowego mózgu Hoppera to musiało mieć jakiś sens. Matilde po prostu odeszła stamtąd z tym przedziwnym uczuciem, nie potrafiąc powstrzymać błądzącego na jej ustach uśmieszku.
/zt
Nie miał pojęcia o co chodziło z Wallace... ale chyba liczył, że też tutaj wejdzie? Och, nieistotne! Przecież to nie miało znaczenia, Zjedzą ten cholerny obiad chwilę później.
Miał szczęście? Raczej zwyczajnie nie było go wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. Zawiódł. Miał za zadanie szukać takich sytuacji i im zapobiegać, a zamiast tego wylegiwał się w łóżku. Och, miał cholerne szczęście. Jaka szkoda, że nie wykorzystał go, żeby zrobić to, co do niego należało, zamiast tego zachowując się... cóż, jak on. Jak krótkowzroczny, skończony dupek. Naprawdę, nie rozumiał czemu ktoś chciał z niego zrobić lidera Bractwa Mutantów.
Skinął głową, słysząc kolejne przypuszczenia Brada, sam myślał podobnie. A cóż, skoro nie martwił się ciążą Colleen, to chyba dość dobrze. Problem w tym, że Hopper będzie musiał znaleźć kogoś, komu trzeba przekazać złe wieści.
- I nie dadzą jej odbić. Nawet nie jestem w stanie znaleźć czegokolwiek o tym gdzie ją trzymają - przyznał. Był jej to winny, tak samo jak wszystkim schwytanym tamtego dnia przez DOGS. Powinien ich znaleźć i odbić... ale oczywiście, musiało mu iść chujowo. Może prawo Murphy'ego powinni zacząć nazywać prawem Hoppera.
Ponownie skinął głową, słysząc te całe gratulacje. Chyba już się do nich przyzwyczaił.
- Nie wiadomo, część nie chciała wracać. Ich dwójka radzi sobie na własną rękę, tak samo Henderson czy Bartkowski - wyjaśnił. Słysząc kolejne pytania, pokręcił głową. - Do ostatniej sytuacji najprawdopodobniej doprowadził nieprzemyślany atak. Nie możemy tak ponownie ryzykować. Na razie najważniejsze jest zabezpieczenie tego miejsca, zbieranie ludzi i uczenie ich jak w ogóle walczyć.
I kiedy zaczęły pojawiać się kolejne pytania, odpowiedział i na nie. Cóż, Bradley zasługiwał na wyjaśnienia.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum