Poprzedni temat «» Następny temat
#1
Autor Wiadomość
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-05, 21:52   #1

A żeby to szlag wszystko trafił.
Oparła się ciężko o ścianę budynku, szybko oddychając przez zaciśnięte zęby i desperacko próbując zacząć myśleć racjonalnie, co nie było łatwe z dziurą w nodze. Właściwie to bardzo starała się teraz nie myśleć, tylko działać, bo czuła, że głębsza analiza sytuacji tylko ją dobije. Ściągnęła z siebie plecak, skórzaną kurtkę i koszulkę, przy czym tę ostatnią zaraz rozdarła zębami, by stworzyć możliwie jak najdłuższy pas tkaniny, na bardzo prowizoryczny opatrunek. Zagryzając wewnętrzną stronępoliczka, by nie wyć z bólu, obwiązała ranę najmocniej jak potrafiła, modląc się w duchu, żeby to wystarczyło. Co takiego było w tym przeklętym Seattle, że zawsze kończyła pokiereszowana niczym cholerny kurczak na grilla?
Seattle. Plan działania. Kurwa. Dobra. Znała to miasto. Miała tu jakieś kontakty, ale chyba nikogo na stałe, chociaż... Zaraz. Ten mały samarytanin od siedmiu boleści był chyba w okolicy. No i z całą pewnością był lepszym strzałem, niż szpital, w którym Artemis mogła spodziewać się tylko tego, co najgorsze, po tym, jak ledwo zwiała jednemu z tych pierdolonych psów - krwi przy nim zostawiła tyle, że bez pudła przede wszystkim zaczną jej szukać właśnie w szpitalu.
Prawdę powiedziawszy, biorąc pod uwagę ilość krwi na miejscu starcia, a teraz również na jej rękach, ubraniach, twarzy i generalnie wszystkim (myśl o tym, że nigdy nie dopierze tych spodni była absurdalna, ale najpewniej brała się z szoku), dziw brał, że jeszcze nie była minusie o co najmniej dwa litry w krwiobiegu.
Drżącymi dłońmi ledwie udało jej się zapiąć kurtkę, którą w tak zwanym międzyczasie wciągnęła z powrotem na swoje nagie teraz - nie licząc stanika - tułowie, złapała plecak z ziemi (JAK TO KURESTWO NAPIERDALA) i przekuśtykała do sąsiedniej ulicy, łapiąc pierwszego, lepszego człowieka, jaki jej sięnapatoczył pod rękę. Jakim cudem nie zaczął wrzeszczeć na widok zakrwawionej, potarganej dziewczyny nie miała pojęcia, ale najpewniej miało to związek z tym, że był nieźle zjarany. Nieszczególnie tym przejęta, Artemis skorzystała z tego, co pan Zeus dawał i siląc się na spokój (KURRRWA), uprzejmie poprosiła człowieka, by samochodem zabrał ją pod ten i ten adres - jak nigdy wcześniej cieszyła się, że odbierała od Dobrego Samarytanina innych mutantów na tyle często, by zapamiętać konkretne cyfry. Szczęście głupiego, że koleś miał kluczyki przy sobie, a samochód po drugiej stronie ulicy. Zjarany, czy nie - kobieta uznała, że woli zginąć po wjechaniu autem w latarnię, niż się wykrwawić na środku chodnika albo trafić w ręce polujących na nią kundli.
Sto punktów dla Artemis za nie zemdlenie z bólu w trakcie ładowania się do pojazdu oraz w czasie samej jazdy. Minus dziesięć za opróżnienie do końca butelki, jaką miała w plecaku (spoiler alert: to bynajmniej nie był napój dla dzieci. Ale pomógł).
- Zapomnij, co się działo przez ostatnią godzinę i wracaj do domu - wycedziła przez zęby na odchodne, nie przejmując się tym, że spędziła z nim góra piętnaście minut, a nie sześćdziesiąt i jeśli w ogóle jej moc znowu zadziała, to właściwie odbiera mu godzinę życia. Umówimy się, co takiego wartego zapamiętania niby mogłoby się dziać przed piątą rano? No właśnie.
Okolica zawsze była tutaj cicha i spokojna. Zeusowi dzięki, że był jakaśpiąta rano i żywej duszy nie było w zasięgu wzroku, bo pokonanie tych kilkunastu metrów od ulicy do drzwi zajęło Artemis co najmniej pół wieczności, pełnej bólu i przekleństw.
Dobijanie się do środka, aż nie ściągnęła do siebie któregoś z domowników? Drugie tyle. Pozostawało jej się tylko modlić, że osoba, której kroki usłyszała zza drzwi, należała do gatunku „pomogę ci”, a nie „GDZIE MI TU NA WYCIERACZK? KRWAWISZ, WYNOCHA MUTANCIE”.
Omal nie westchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła znajomą twarz.
- Cześć, piękna. Przeszkadzam? - Uśmiechnęła się czarująco do Sage, opierając się jedną ręką o framugę.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-05, 22:58   

To była jedna z tych nocy, które śmiało mogła wpisać do dziennika jako „do dupy” – a i tak zakrawała tym określeniem o żart, bo nadal nie oddawało paskudnej sytuacji w jakiej się znalazła, męcząc z takim samym schematem już od ponad pięciu lat. Na początku myślała, że to jednorazowe, ewentualnie dwu- trzyrazowe, miało prawo, ale już po czwartym, piątym i dziesiątym coś zaczęło szwankować aż za bardzo.
Zmrużyła oczy dokładnie o trzeciej nad ranem, dziękując światu za dwudziestoczterogodzinną aptekę w sąsiedztwie oraz trzynastoletniego brata, który pomimo swoich wielu nastoletnich wad, jakimi odznaczali się dorastający chłopcy, był również na tyle porządny, że bez wahania o północy wyszedł po tabletki zbawienia. Jedna sztuka – trzydzieści dolarów. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca wydała dziewięćdziesiąt, nie mogąc liczyć na żadną taryfę ulgową. Migrena nie wybierała, a koncerny farmaceutyczne korzystały z tego, produkując pojedyncze opakowania, bo masowo im się nie opłacało. A jej tak? Wydawanie napiwków na zdrowie (nie płynne tym razem) zawsze przychodziło z trudem…
Na początku myślała, że to po prostu jeden z tych przedziwnych snów, z jakimi miała do czynienia za każdym razem, gdy wzięła tryptan i we wszechogarniającej ciemności własnego pokoju czekała aż odleci albo z powodu bólu głowy, albo ze zmęczenia takowym. Łupanie do drzwi brzmiało głucho, trochę tak, jakby znajdowała się właśnie pod wodą czy za kiepsko wygłuszającą szybą dźwiękoszczelną. Otworzyła oczy, chwilowa cisza. Sen. Ledwo zamknęła powieki i dochodzący z dołu raban podniósł ją gwałtownie do siadu. Adrenalina nagle skoczyła, przez różnicę ciśnień na moment zamroczyło, ale niecierpliwy łomot zmusiły Sage do opuszczenia łóżka z wielką niechęcią i narastającą złością, gdy dostrzegła na malutkim zegarku u prawego nadgarstka – znowu zapomniała go ściągnąć – wskazówki w ustawieniu dwanaście po piątej. Wyszła spod kołdry, stawiając bose stopy na zimną podłogę, prawą natrafiając na porzuconą, szarą bluzę Uniwersytetu Seattle. Nada się, zwłaszcza, że Heath skręcił na noc ogrzewanie, aby łatwiej jej było zasnąć. Czasami naprawdę dobrze było mieć tego chrapiącego potwora w rodzinie. Nawet hałas go nie obudził…
Przecierając zaspane, zmęczone oczy, zeszła po schodach mamrocząc pod nosem niemrawe „Idę, nosz cholera, idę…”, specjalnie starając się stawiać jak najgłośniej stopy, aby intruz po drugiej stronie drzwi przestał naparzać pięściami, butami czy czymkolwiek to akurat w tej chwili robił. Jeszcze tylko ziewnęła przeciągle, gdy chwyciła za klamkę z nietęgą miną i otworzywszy przejście, na samo dzień dobry planowała opieprzyć nieproszonego o tej godzinie gościa, gdy jej oczom ukazała się skąpana w szkarłacie postać awanturniczki, którą kojarzyła najlepiej z astronomicznej ilości pustych butelek po whisky, walających się niegdyś po piwnicy Ackermanów. I sprowadzania Heath’a na złą drogę. I tego wyzywającego uśmieszku, który swego czasu chciała zetrzeć z tej charakterystycznej twarzyczki.
Przedziwne ciepło nagle uderzyło w jej klatkę piersiową, a gęsia skórka wystąpiła na odsłoniętych nogach, gdy cicha bryza zawiała, wpadając do wnętrza domu. Uroki krótkich spodenek do spania.
Złapała się z tyłu za głowę, kręcąc nią lekko na boki w niedowierzaniu. Na pewno była przytomna?
- Powiedz, że Heath kupił mi złe leki i to świadomy sen na bardzo, baaardzo złym tripie… – wymamrotała otępiała, nie mogąc zaprzestać lustrowania Artemis od góry do dołu, jakby była jakimś krwawym bóstwem albo członkinią satanistycznych obrządków. – Czy to… – wskazała dłonią na czerwoną nogę z uwiązanym kawałkiem ubrania. – Co… Ale, że jak? – nie, nie tak, zganiła się w duchu, powoli wybudzając. Powód teraz nie miał znaczenia, robiła za przytułek dla zranionych, zbłąkanych i uciekających mutantów. To nie pierwszy raz, gdy któryś z nich trafił w kiepskim stanie pod jej dach, ale chyba jeszcze żaden nie wyglądał tak… tragicznie.
Wiedziała, dokąd to wszystko zmierzało, dlatego zanim Artemis cokolwiek powiedziała (o ile była w stanie), otworzyła drzwi na oścież i prędko znalazła się przy kobiecie. Ostrożnie oplotła jednym ramieniem ją w talii, czując, jak dłoń ślizga się na kurtce skąpanej we krwi, dlatego zacisnęła palce na materiale.
Oprzyj się o mnie, powoli. Właśnie tak… – nie było łatwo postawić pierwszy krok, zwłaszcza, że różnica w ich wzrostach dawała wiele do życzenia, przez co kilka razy w trakcie marszu z prawie-żywym trupem do łazienki na parterze musiała ją upomnieć, aby przenosiła swój ciężar bardziej barki Sage, a nie do przodu. – Jeszcze tylko kawałek, dasz radę.
Ścieżka ściekających kropli krwi z buta przy rannej nodze naznaczała trasę od wejścia aż po niewielki stołek, na którym po dwóch próbach usadowiła Artemis pod ścianą. Było ciemno, światło ledwo wpadało przez mgliste okno nad wanną. Kontrolnie spojrzała na zmordowaną kobietę, czując, że plecy dadzą jej popalić, gdy tylko całe te nerwy opadną, tak na dokładkę po napadzie migreny, ale w chwili obecnej nawet o tym nie myślała.
- Zaraz wrócę – oznajmiła półgłosem, pędem wychodząc z łazienki, aby zamknąć drzwi domu. Zamykamy teatrzyk dla ciekawskich, choć o piątej nad ranem w ich okolicy nie było ani jednej, żywej duszy. Wracając omal nie poślizgnęła się na rozmemłanych śladach krwi, w którą na pewno już zdążyła wdepnąć bosymi stopami. – Wyglądasz, jakby cię wyciągnęli z rzeźni – rzuciła na wejściu, bez uprzedzenia zapalając światło, które brutalnie zaatakowało ich oczy, przez co zastygła na moment. - W co ty się znowu wpakowałaś? - w jej głosie zabrakło już tylko pretensji, którą uciszyła zaspana chrypka. Zaczęła zbierać wszelkie potrzebne przedmioty z półek, szafek, które mogą jej się przydać, ale gdy tak spojrzała przez ramię na Artemis, tak na złą sprawę, nie wiedziała nawet w co ręce włożyć… Za dużo krwi.
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-06, 15:14   

Bywały takie chwile, kiedy Artemis łapała się na myśli, że jej życie jest niczym fabuła wyjątkowo kiepskiego filmu akcji i gdzieś między próbą znalezienia momentu, kiedy to całe bagno się zaczęło, a dużą ilością kurew oraz japierdolów pojawiała się również refleksja, że gdyby mogła wybrać, to oddałaby wszystko, żeby zamienić gatunek filmu na horror. Mogłaby być tą śliczną blondynką na początku.
Przynajmniej miałabym spokój, pomyślała w tamtej chwili, pochylając się, żeby unieść zranioną nogę i oprzeć piętę na brzegu wanny. Dużo trzeźwiejszych myśli nie miała, bo na skraju senności skupiała się już głównie tylko na tym, żeby nie spierdolić się z tego stołka.
- Doceniam komplement. - Głos miała słaby i urywany, ale nic dziwnego, skoro ledwo wydobywała z siebie dźwięki. Nieprzytomnie wodziła wzrokiem dookoła, skupiając go co i rusz na Sage z nadzieją, że podążanie za energicznymi, nerwowymi ruchami utrzyma ją przytomną. Ostre światło przynajmniej na chwilępomogło. - Wyrwałam czyjąś dupę. - Świetne żarciki, Artemis, to idealny czas i miejsce na kiepskie poczucie humoru.
Była mocno poobijana, bo trochę się poszarpała z tym byczkiem i psia mać, tyle razy trzasnęła głową o ścianę i generalnie wszystko dookoła (facet nią rzucał, jak Włoch ciastem na pizzę) że nie zdziwiłaby się, gdyby miała lekki wstrząs mózgu. Miała też pokaleczone ręce od prób odebrania napastnikowi noża, jednak płytkie na tyle, że dość szybko same sięzasklepiały (nie na długo, bo przy ciągłych ruchach Artemis niezmiennie je naruszała, ale zawsze coś). Ślady od uderzeń były też z pewnością widoczne pod kurtką i rozsmarowaną tam warstwą krwi,nic z tego nie było jednak chociażby w połowie tak bolesne, czy niebezpieczne jak rana po nożu na udzie, o którą ją przyprawił pod sam koniec starcia. Głęboka była może na trzy, cztery centymetry, długa na co najmniej dziewięć. Pierdolony cyborg, jaki normalny człowiek jest w stanie wbić nóż w skórę i jeszcze nim przeciągnąć? Nawet nie wiedziała, kiedy wyciągnął to cholerstwo.
- Noga. Dociśnij. - Rzuciła świszczącymi półsłówkami, uderzając tyłem głowy w ścianę, ni to próbując nad sobą zapanować, ni skupić na czymkolwiek innym, niż tej cholernej nodze. - Masz czym to zszyć?
Czas stał się kompletnie względny; nie umiałaby powiedzieć, czy między krótką komendą, a naciskiem na ranę minęły dwie sekundy, czy minuty. Wystarczył jednak by na nowo przywrócić ją do rzeczywistości i szeroko otworzyła oczy, zachłystując się powietrzem. Na widok twarzy Sage, która nagle znalazła się nieprawdopodobnie blisko, Artemis pomyślała nieprzytomnie, że nie powinna na to w ogóle narażać dziewczyny i dobijać się właśnie do niej, bo tamta mogła już wcześniej pomagać mutantom i zajmować się ich ranami, ale teraz, w ostrym świetle łazienkowej żarówki i przydużej bluzie, zdawała się być niesamowicie… niewinna. Była prawdopodobnie ostatnią osobą, u której ranna Danvers powinna, ale zachowanie trzeźwości umysłu nigdy nie szło jej za dobrze, a w tamtej uliczce, kiedy podejmowała decyzję, kierowała się przede wszystkim instynktem, niż czymkolwiek innym.
Instynkt uznał, że ze wszystkich ludzi w mieście, trzeba udzielić kredytu zaufania Sage.
Szlag by to wszystko.
- Zachowaj spokój - Wyrzuciła z siebie na gwałtownym wydechu, nie odrywając wzroku od brązowych tęczówek. Była na granicy przytomności, wszystko ją napierdalało i miała teorię, że jej życie jest teraz w rękach dwudziestoparolatki. Nie miała czasu na zabawę w uprzejmości i pytanie, czy w ogóle może wpłynąć swoją mocąna jej nastrój, potrzebowała teraz przede wszystkim pewności, że dziewczyna nie zacznie panikować, ani nerwowo działać. Inna sprawa, że półprzytomna Artemis mogła w ogóle nie być w stanie swojej mocy uruchomić.
Potem będzie przepraszać i się tłumaczyć.
- Trzeba to oczyścić. - Głowę na nowo opierała o ścianę, oczy miała zamknięte i oblana zimnym potem, lekko dygotała. Nie można było już jej określić mianem przytomnej, bo na zmianęodlatywała, przywracana do rzeczywistości gwałtowniejszymi falami bólu.
Psia mać, naprawdę lubiła te spodnie.
_________________
We find ourselves in the same old mess singin' drunken lullabies.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-06, 16:38   

/Ja nie wiem, co się dzieje, ale ten tasiemiec wymknął się spod kontroli. I swear...
Odkąd zaczęła pomagać mutantom w tajemnicy, jej świat zmienił się o tyle, że w do tej pory w miarę spokojnym życiu zawitał okazjonalny dreszczyk emocji, nieodzownie przekonując środową Ackerman, iż coś w tym wszystkim zaczynało być nie tak – a raczej z nią, bo kto normalny dobrowolnie pisał się na takie ryzyko pod dachem starego policjanta, tępiącego mutantów na każdym kroku? Sage Irena Fuckin’ Sendler Ackerman.
- Humor nadal ten sam. – mruknęła nietęgo, rozkładając wszystkie potrzebne przedmioty na białym ręczniku, który już zbierał w swoje ciemne włókna cicho spadające z krawędzi wanny krople krwi, cieknące po cholewie buta. Ten skrawek materiału, na który zwróciła uwagę, a w następnej chwili zacisnęła mocniej, ciągnąc w przeciwnych kierunkach za śliskie końcówki supła, ku niezadowoleniu rannej i własnym, bo to charakterystyczne zmarszczenie brwi nie wynikało tym razem z dezaprobaty czy politowania, lecz sprawianego bólu… ale zawsze mogło być gorzej.
Wytarła dłonie niestarannie, byle tylko pozbyć się czerwonej cieczy z palców i wymownie spojrzała na wszystkie przedmioty, które położyła wcześniej przy nodze krzesła. Przygryzła dolną wargę, wahając się moment nad odpowiedzią, gdy sięgnęła po domową, niepozorną apteczkę w plastikowym, czerwonym pudełku. Przeciągnęła nią po podłodze i krytycznie oceniła zawartość.
Butelka płynu do odkażania i gojenia ran oraz prowizoryczny zestaw do szycia ran (nici z igłami, pęseta), który dostała od życzliwego mutant, w zamian za otrzymaną uprzednio pomoc (to się wykosztował skokiem na szpital) spoczywały przy starych nożyczkach do cięcia plastrów.
Wypuściła ciężko powietrze, łapiąc niepewnie za opakowanie niebieskiej nici i białe, lateksowe rękawiczki, bez których narobi więcej szkód przez wyślizgującą się z dłoni igłę, czując, że dłonie zaczynają mimowolnie drżeć. Nie była na to wszystko przygotowana, ani trochę. Cholera, mogła mieć cały potrzebny sprzęt, jak i podstawy wiedzy, ale psychicznie nikt nigdy jej nie nastawiał na odstawianie średniowiecznych operacji we własnej łazience… I wtedy odezwała się Artemis, której widok tylko dodawał do pieca.
Spojrzała na nią i nagle wszelkie wątpliwości czy ten cień braku wiary w całkiem świeże umiejętności ludzkiego krawca zniknęły, jak ręką odjął, a wystarczyły do tego tylko stanowcze, choć marnie wypadające na tle całości czy poprzednich doświadczeń, słowa mutantki, która wyglądała tak, jakby przełożyli ją przez maszynkę do mielenia mięsa. Skinęła głową. Zrobi to. Coś przestawiło się w głowie i po prostu wiedziała, że musi zachować zimną krew, czemu jednocześnie towarzyszyło surrealistyczne odczucie, jakby jawa znowu stawała się snem. Może to jednak świadome marzenie senne z gatunku tych wyjątkowo trudnych oraz kiepskich?
Chwyciła za jeden z ręczników tkwiących na niskim wieszaku i szybko wstała, aby zmoczyć go w kranie z lodowatą wodą. Zimny materiał powinien choć na moment pomóc.
- Hej, hej, nie odlatuj mi tutaj!– poprosiła stanowczym głosem, doskakując z powrotem do Danvers i złapawszy za jej kark, ostrożnie przesunęła głowę nieco do przodu, pochylając się z ręcznikiem do przodu. Zawahała się na moment, robiąc skwaszoną minę. - O matko, znowu wypiłaś jakieś obrzydlistwo… - poczuła ten procentowy oddech w najmniej odpowiedniej chwili, dlatego nie tracąc czasu, przyłożyła mokry ręcznik jej do twarzy, licząc, że choć odrobinę to ją rozbudzi, bo sytuacja zaczynała wyglądać wyjątkowo kiepsko. – Musisz to przytrzymać. – nawet sama złapała za jej rękę i przystawiła zamiast swojej. – Mów do mnie, kiedy będę ściągać ci spodnie. – w innym przypadku zapewne byłoby to niestosowne, ale teraz, gdy migiem schyliła się po nożyczki, nawet nie pamiętała, co powiedziała. - Co się stało? Co robisz w Seattle? Colleen cię przysłała? – seria pytań, byle utrzymać kontakt z Artemis. Złapała za umorusaną nogawkę, zaczynając walkę z materiałem, który ustępował pod podwójnym ostrzem, gdy rozcinała kolejne centymetry do połowy łydki spokojnie i w pełni skupiona na powierzonym zadaniu. Wszystko robiła jakoś tak mechanicznie, jakby stojąc obok siebie i przyglądając tej całej scenerii rodem z filmów gore. Ostatni fragment przed zawiązaną, prowizoryczną stazą przecięła na dwie, tuż nad oryginalnym rozcięciem po nożu, i odsłoniła głęboką ranę, od której włos zjeżył się jej na głowie, a pusty żołądek podszedł do gardła. Tyle krwi, która cicho i tak sączyła się, bo nie odcięły w pełni krążenia w nodze. Nie była medykiem, jak miała to połatać?
Wierzchem dłoni otarła czoło z niewidocznych kropli potu, zostawiając czerwoną smugę. Teraz dopiero musiała wyglądać na tę ½ indiańskiej strony swojej rodziny. Brakowało tylko pióropusza i fajki pokoju.
- To będzie bolało… - poinformowała ją o oczywistym, nie odrywając wzroku od rozcięcia - …jak diabli. – posłała stanowcze spojrzenie na Artemis, której chyba już nic bardziej i tak nie mogło zaszkodzić. Przejechała językiem po zębach, chwilę potem wycierając znowu dłonie tym razem o krótkie spodenki. Nożyczki zleciały z cichym hukiem do wanny, gdy sięgnęła po rękawiczki z apteczki, które natychmiast założyła, w następnej kolejności łapiąc za butelkę ze środkiem odkażającym do ran. – Nie obudź Heath'a. – wymamrotała to niemrawo, prawie tak, jakby mówiła tylko do siebie. Otworzyła butelkę, oblała rozcięcie sowicie, powtarzając znacząco „jeszcze trochę, jeszcze trochę”, mogąc jedynie podejrzewać, jak bardzo w tym momencie Danvers cierpiała. Mieszanka płynu, brudu i krwi spadała w dół nieustannie. Sporą gazą osuszyła przestrzeń dookoła rany, wpakowała powierzchownie tyle przezroczystej maści z antybiotykiem ile tylko mogła i gdy chwyciła za pęsetę oraz pierwsze, srebrne opakowanie z niebieską nicią na moment zamarła. To naprawdę się działo? Możliwe, ale jej umysł zarejestrował to dopiero wtedy, gdy była w połowie zaszywania rozcięcia z zadziwiającą precyzją. Wygięta igła po prostu wchodziła między warstwy skóry głębokiej, jeszcze ponad właściwą, wychodziła po drugiej stronie szczeliny, zbliżała krawędzie, mocowała supeł i kolejny odcinek to samo, powolutku, kawałek po kawałku, aż do końca, co przy drżącej nodze zdecydowanie nie było najłatwiejszym zadaniem ani dla niej, ani dla znoszącej ten ból. Potem zostanie tylko zasłonić szew gazą, obandażować i zająć pozostałymi obrażeniami.
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-06, 18:16   

Cicho jęknęła, kiedy poczuła pociągnięcie za kark i zmusiła się do uniesienia powiek. Uwagę o piciu zignorowała, chociaż gdzieś z tyłu głowy przewinęła jej się odpowiedź, że ona chętnie zobaczy jakim to zdroworozsądkowym mechanizmem samozachowawczym wykaże się Sage, jak ktoś jej wbije nóż w nogę. To „obrzydlistwo”, jak dziewczyna określiła resztki taniej whisky, która została w ekwipunku Danvers po poprzednim wieczorze podczas którego - słowo skauta! - pracowała, było jedynym co w miarę skutecznie zajęło myśli Artemis w drodze do tego miejsca i teraz naprawdę by się nie obraziła, gdyby znowu coś dostała. Mogłaby nawet wypić to, co Sage miała w apteczce na odkażanie ran.
Wy to możecie nazwać alkoholizmem, Artemis nazywała to „KURWA NAPIERDALA”.
Dobrze, że dziewczyna pokierowała jej ręką, bo sama nie miałaby pojęcia co przytrzymać i czym. Lodowaty materiał na twarzy ją rozbudził, ale nie dodał sił, więc sporo wysiłku kosztowało ją utrzymanie go tam, gdzie Sage nakazała, a nie pozwolenie mu na swobodne opadnięcie.
Kinky — wymamrotała na wzmiankę o zdejmowaniu spodni. Były odruchy, których jej nie oduczysz.
Co się stało. Świetne pytanie. Zmusiła się do powrotu myślami do wydarzeń sprzed godziny. Może dwóch. Wszystko teraz zlewało jej się w jedno, ale wspomnienie palącego przeczucia, że coś jest nie tak, nadal było żywe. Psia mać, wiedziała, że to nie była tylko jej paranoja.
Dostałam cynk jakiś czas temu, że pałęta się tutaj jakiś mutant, który może chcieć zaszkodzić, a nie pomóc - w domyśle Bractwu, ale słów i tak już było za dużo, jak na gust Artemis w chwili obecnej. Gdzie ta whisky? - Więc kulturalnie rozglądałam się po dzielnicy, którą mi podsunęli. Ktoś mnie naprowadził na melinę, gdzie był gość, który słyszał i widział dziwne rzeczy. Pijak etatowy, ciężko było na coś liczyć… - Urwała, gwałtownie wciągając powietrze, bo usunięcie opatrunku zabolało trochę bardziej. - Kupiłam nam butelkę, ale topornie szło. I widziałam, że ten byczek się interesuje. Ale pomyślałam, że kto się nie interesuje. - Kontynuowała historię, desperacko próbując się trzymać rzeczywistości, kropki w środki zdań wstawiając niezamierzenie, ale oddech jej uciekał i nie miała siły na ciągłe mówienie. - Kurwa - Zduszony jęk i zaciśnięcie szczęk na ręczniku, który zdążyła wcześniej wepchnąć sobie do ust; już i tak miała pokaleczone wnętrze policzka od poprzednich prób zachowania ciszy.
Oddychała szybko, gwałtownie przez nos, już nie panując nad odgłosami, które z siebie wydawała - na szczęście tłumionymi przez ten nieszczęsny kawałek materiału, który dostała chwilę wcześniej. Miała ochotę warknąć, że powinny się cieszyć, jak nie obudzi sąsiadów i chrzanić gówniarza, ale ból skutecznie tępił jej cięty język i tym razem o mało nie odleciała, ale z bólu, a nie z powodu utraty krwi. Przez chwilę nie pamiętała co mówiła wcześniej, gdzie jest i kim jest, a cokolwiek Sage mamrotała pod nosem, docierało do niej jak przez grubą ścianę. Zszywanie było niewiele przyjemniejsze, niż odkażanie razy, ale wystarczająco, by przynajmniej przestała rzęzić jak zarzynana świnia.
Dużo tego jeszcze? - warknęła, opuszczając wzrok w dół po raz pierwszy odkąd próbowała ułożyć nogę na wannie i poczuła, że to był błąd. Cudem nie zleciała z tego stołeczka, kiedy znowu jej się zakręciło w głowie. Ilość krwi ostro kontrastowała z jasną podłogą i wszelkimi materiałami i mózg Artemis wyraźnie nie był zadowolony z widoku, zupełnie jakby dopiero teraz dotarło do niego w pełni, że ta cała krew jest jej i tak nie powinno być, halo, trzeba odciąć zasilanie i zresetować system, żeby oszczędzać energię.
Warknięcie nie było wymierzone w Sage personalnie, było jedynie ujściem wszystkiego, co teraz kotłowało się w Artemis, a było tego bardzo dużo i mało co można było dopasować do kategorii „cenzuralne”.
Nie chciałam wiedzieć, przemknęło jej przez myśl, kiedy na nowo podrywała wzrok, chociaż w gruncie rzeczy nie zostało dużo. Jedna butelka, druga butelka, trzecia butelka, ene due like fake, wypiłabym sake. Cokolwiek, co utrzymywało jej głowę z daleka od krwi. Było jej stanowczo za dużo.
Poszło gładko — wyrzuciła z siebie, kiedy poczuła jak Sage zabiera się za bandażowanie. Niepewnie zerknęła w dół, nieprzytomnie przyglądając się skupionej na swojej pracy dziewczynie. Ból był o wiele lżejszy, niż jeszcze chwilę temu, a zasłonięta białym materiałem rana już nie straszyła. — Nie masz whisky w domu może? — Sama nie była pewna, czy żartuje, czy mówi poważnie, wiedziała tylko, że znajduje się na granicy jakiegoś maniakalnego śmiechu i potwornego wręcz zmęczenia, z którym coraz ciężej było jej walczyć.
Uznała, że absolutnie należało jej się to spojrzenie, którym uraczyła ją Sage.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-06, 18:57   

Nie powinna być zdziwiona taką kolejnością wydarzeń. Informator dostaje cynk, wyrusza w samotną podróż x kilometrów od bazy operacyjnej, ryzykuje własnym życiem dla sprawy wyższej, a potem kończy u zaprzyjaźnionej panienki, która dobrowolnie pisała się na takie akcje. Nic z tego nie miało sensu, ale czy w obecnym świecie takowy jeszcze istniał? Cały system upadał, podzielony pomiędzy zwolenników i przeciwników mutantów, a ktoś śmiałby oczekiwać od tego wszystkiego choć krztyny normalności? Sage wyśmiałaby każdego, kto próbowałby ją znaleźć, choć skrycie sama tego pragnęła – aby ojciec przestał uprzykrzać życie innym, tłumacząc to „pracą”, żeby ludzie nie musieli brudzić jej werandy krwią, a piwnica, służąca niegdyś za punkt ucieczki od rzeczywistości dla rodzeństwa, nie służyła za bunkier dla potrzebujących. Tego wymagały obecne czasy, ale skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie chciałaby wrócić do starych czasów.
Opadła głucho na kafelki pośladkami, opierając się plecami o szafkę, łapiąc wreszcie pierwszy spokojny, choć trochę drżący na początku, oddech. Igłę z końcówką nitki, którą upuściła po szyciu, zgarnęła z czerwonego w większości ręcznika, wrzucając ją do wanny, podobnież te wszystkie gaziki, których użyła do oczyszczania.
Oparła głowę o kant mebla i wywróciła oczami teatralnie na tak typowe pytanie, jakie akurat teraz miało jak najbardziej swoje wytłumaczenie. Ściągnęła rękawiczki i cisnęła do wanny, śladem pozostałych przedmiotów.
- Nie ma jeszcze południa, a ty już chcesz pić. Myślałaś o terapii? Ponoć wychodzi się po niej na ludzi. – sama musiała rozładować te nerwy, które w końcu postanowiły opuścić jej ciało w postaci poważnego zmęczenia. – Coś się znajdzie. – sapnęła w końcu ciężko, spuszczając znużony wzrok na pobojowisko pod krzesłem. Poruszyła żuchwą na boki, wiodąc dalej za rozciętą nogawką spodni, przez założony opatrunek, czerwone dłonie i skończywszy na zlanej potem oraz umorusanej krwią twarzy kobiety, która w jasnym świetle żarówki wyglądała na niezdrowo bladą. To jeszcze nie koniec. Pociągnęła nosem, odliczyła w myślach do dziesięciu i dźwignęła się do kucków, sięgając po wodę utlenioną oraz nowe gaziki z apteczki. Kolana strzyknęły, gdy stanęła obok Artemis, pochylając do przodu. Ich oczy znalazły się mniej więcej na tej samej wysokości.
Ogarnę cię i potem dostaniesz szklankę whisky – chyba tylko w ten sposób ją przekona do wysiedzenia jeszcze chwili w łazience. – Dźgnął cię gdzieś jeszcze czy te rozcięcia to już wszystko? – zapytała, mocząc gazik w specyfiku i ostrożnie, uprzednio spojrzawszy sugestywnie na Danvers w oczekiwaniu na choćby przytaknięcie, zaczęła oczyszczać obrażenia, notując, ile plastrów będzie potrzebnych na palce obu rąk, dłonie. Ściągnęła brwi w skupieniu i przyłożyła dłoń do brody Artemis. – Odrobinę w lewo. – poprosiła półgłosem, wycierając krew z okolicy prawej skroni. – Wiesz, świat nie stanie nagle w miejscu, jeżeli któregoś dnia stwierdzisz, że nie będziesz pakować się w kłopoty. – nie brzmiała pretensjonalnie, ale na zadowoloną również nie, zwłaszcza, gdy tak ułożyła usta w płaską linię, uwidaczniając bardziej lwią zmarszczkę. Już dawno uznała Danvers za brawurową kobietę o specyficznym podejściu, który mógł albo nabić jej guza, albo zjednać bardziej pokręconych sojuszników, a Sage... sama nie wiedziała, do jakiej z tych dwóch grup należała, bo z jednej strony miała ochotę trzepnąć ją po głowie za ryzykanckie usposobienie, a z drugiej wierzyła, że nie od parady była taka.
Wyrzuciła zużyty gazik i zamoczyła kolejny.
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-06, 19:53   

Whoa, umiesz w krótsze posty! ;)
Za każdym razem kiedy coś cięższego lądowało w wannie, Artemis czujnie otwierała oczy, odruchowo zerkając w stronę źródła hałasu, bo chociaż racjonalnie wiedziała, że tutaj już nic jej nie grozi, to wyuczone odruchy nie znikały nawet pod wpływem zmęczenia, które ją ogarniało. Zaraz potem jej głowa z powrotem opadała do tyłu, a oczy się zamykały.
W mojej rzeczywistości południe już dawno minęło. To byłby akurat drink na dobranoc. — Uchyliła powieki, by łypnąć okiem na dziewczynę i nawet udało jej się unieść kącik ust. Kompletnie nie przejęła się przytykiem dotyczącym terapii, bo gdyby dostawała dolara za każdym razem, kiedy to słyszała...
Jej samej było daleko do przejmowania się tym, czy to już zalicza się do kategorii problemu, czy jeszcze nie, głównie dlatego, że tych miała na głowie tyle, że nie miała zamiaru rozmyślnie dopisywać do listy kolejnego. Zacznie się martwić, jak pojawią się problemy ze zdobyciem gotówki na kolejne butelki (co prawdopodobnie zbyt szybko się nie stanie, bo jak whisky kochała, perswazja była najwygodniejszą mocą, jaką mogła mieć), a na chwilę obecną? Alkohol pomagał jej funkcjonować mniej lub bardziej, a w czasie długich podróży potrafiła się obyć (jakoś) bez niego, więc nie pchała się do analizowania tego stanu rzeczy.
Niezmiennie wodziła nieprzytomnym wzrokiem dookoła i ledwie skupiła go na twarzy dziewczyny, kiedy ta się nad nią pochyliła. Poczucie oderwania od rzeczywistości jedynie się nasiliło i musiała ponownie przymknąć oczy, żeby nie pochylić się instynktownie w jej stronę, szukając kontaktu. Szczęka ją bolała od poprzedniego zaciskania się na ręczniku. Kiedy w ogóle zdążyła go wyciągnąć z ust? Pewnie gdzieś przed którąś uwagą, czy przekleństwem, które z siebie wyrzucała w czasie szycia, ale teraz już nawet nie pamiętała, by cokolwiek wtedy mówiła.
Przez myśl jej przemknęło, że już niejeden próbował ją ogarnąć i niejeden zawiódł, ale nie miała siły na kolejne uwagi, więc na postawiony warunek zgodziła się jedynie krótkim skinieniem głowy. Bez słowa też obróciła dłonie wnętrzem do góry, kiedy padło pytanie o obrażenia, by Sage mogła je obejrzeć, a zaraz potem podniosła przedramię, które w starciu posłużyło jej za tarczę.
Nie wiem, tu trafił? - zapytała słabo, bo pamiętała ból, ale otumaniona, nie potrafiła ocenić czy ostrze przebiło materiał kurtki. Chyba była cała, mógł uderzyć płaską częścią.
Bez słowa sprzeciwu poddała się delikatnemu dotykowi dziewczyny i chyba właśnie to milczenie oraz spokój, świadczyły jak nic innego o tym, jak źle z nią było. Tkwiąca w niej Zosia-Samosia na tym etapie już by prychała, że sama się doskonale ogarnie, daj mi spokój, przynieś whisky. Tymczasem dała sobą pokierować, bez sił na jakiekolwiek protesty.
Ale wtedy ja stanę i nie ruszę. Zatrzymała to dla siebie, zamiast tego lekko wzruszając ramionami. Przecież to nie tak, że się prosiła o zasiekanie jej na zapleczu jakiejś meliny, czy wszelkie inne obrażenia, jakie pojawiły się w przeszłości, a jakie zostawiły parę blizn na jej ciele, z czego najgorszą była ta znajdująca się nieco poniżej lewej piersi, po postrzale. Ta, od której całe to bagno się zaczęło.
Kto ci wtedy będzie umilał życie, skarbie? — Jak przez ścianę. Czy to w ogóle był jej głos?
Gdzieś na granicy świadomości zdawała sobie sprawę z tego, że proces ogarniania najpewniej będzie obejmował również ściągnięcie z niej kurtki, którą wcześniej dopięła raptem do połowy i teraz zastanowiła się, co musiałaby zrobić, żeby przekonać Sage do napełnienia gorącą wodą wanny i pozwolenia Artemis na wczołganie się do środka. Nadal lekko dygotała z zimna i robiło jej się słabo na myśl, że to nie koniec. Czuła, że nie dotrwa do obiecanej jej szklanki i już teraz spróbowała odtrącić od siebie rękę dziewczyny, w bardzo pokrętnym „nie mam już siły, daj mi się położyć, zrobimy to potem”. „Spróbowała” to słowo kluczowe, ledwo dała radę pacnąć Sage, a co tu dopiero mówić o odtrącaniu.
_________________
We find ourselves in the same old mess singin' drunken lullabies.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-06, 20:37   

/Ten points for Slytherin! Or nah...
Nie odpowiedziała, cicho wydychając powietrze, aby dać upust całemu niepokojowi, jaki w niej wezbrał, mieszając w tej brudnej kadzi zmęczenia oraz czarnych myśli, dotyczących wysprzątania korytarza, łazienki i werandy ze śladów krwi, aby a) sąsiedzi nie zaczęli węszyć i b) Heath nie zszedł na zawał, gdy wstanie do szkoły. Zerknęła na zegarek pomiędzy jednym pociągnięciem gazika po linii żuchwy, a drugim. Piąta czterdzieści dwie. Naprawdę tyle czasu spędziły w tym miejscu?
Nieudolne pacnięcie i prawie bezwiedne osunięcie ręki Danvers dawało jej wystarczające świadectwo, jak daleko wytrzymałość kobiety pozostała już w tyle, dopełniając obraz siedzącej nędzy oraz rozpaczy. W innym scenariuszu zapewne już miałaby zaciśnięte długie palce dookoła nadgarstka, sugerujące wycofanie wojsk, któremu i tak by się nie podporządkowała. Ona również była uparta.
- Nie zasypiaj – lekko klepnęła ją paliczkami w policzek. – Zaraz się położysz. Jeszcze chwilę wytrzymaj, Art. – cały czas „jeszcze moment”, „jeszcze chwilkę”, „jeszcze odrobinę”, nic dziwnego, że Artemis miała tego dość, ale priorytety przemawiały na niekorzyść komfortu. - Mam poinformować Bractwo, że jesteś u mnie? – musiała zająć ją rozmową, dopóki oczyszczała rany. Twarz odhaczona, zostały dłonie i kontrola przedramienia, ale jeżeli taki był jej stan… Pokręciła ustami, odstawiając na krawędź wanny białą buteleczkę, a brudny gazik wrzucając śladem pozostałych. Złapała jedną dłonią za zamek kurtki, a drugą oparła ostrożnie o bark rannej i nie czekając na zgodę (nie żeby takowej potrzebowała), pociągnęła zapięcie w dół, rozpinając ubranie.
Pytające spojrzenie spoczęło na gołym brzuchu, które zdecydowanie zbyt długo tam przebywało, doszukując się jakichkolwiek obrażeń. Dopiero po chwili trybiki zaskoczyły, gdy zerknęła przez ramię na zakrwawiony kawałek materiału w wannie, jaki jeszcze paręnaście minut temu tkwił dookoła uda, licho tamując krwawienie.
- Rozerwałaś koszulkę na kawałki? – pytanie retoryczne, a jednak nie mogła powstrzymać zaspokojenia swojej ciekawości. To oznaczało kolejne poszukiwania po szafach starszych Ackermanów. – McGyver much? – i tym razem ona delikatnie się uśmiechnęła, poruszając jedną z klap kurtki, aby dać jej do zrozumienia, że to również muszą wyeliminować. Pomogła Danvers pochylić się nieco do przodu, nie przejmując, iż szara bluza zyska kolejne, czerwone plamy z choćby dłoni kobiety, które przekładała po kolei, zaczynając od lewej, w miarę zsuwania kurtki, aż spadła na podłogę za krzesłem. – Dobra, pokaż mi swoje plecy. – oznajmiła łagodnie, czując ciężar zmęczonego ciała Artemis na sobie, gdy podnosiła się odrobinę, cały czas jednak mając przy sobie tę awanturniczkę od siedmiu boleści, ostrożnie obejmując ją w pasie. Powiodła dłonią po skórze grzbietu, nie dostrzegając jednak żadnych śladów krwi na palcach, a jak okiem sięgnęła, zauważyła jedynie kilka siniaków. Powoli oparła ją z powrotem o krzesło, przyjrzała się przedramieniu z już fioletowym, owalnym śladem, najpewniej po uderzeniu nożem. - Wygląda na to, że już nigdzie nie dostałaś tak bardzo, jak w udo - tyle szczęścia w nieszczęściu, aż przetarła zmęczone oczy, które zaczynały szczypać i domagać się o zasłużony odpoczynek. - Pójdę po ubrania dla ciebie i owinę twoje dłonie już w łóżku. Zajmiesz mój pokój, ojciec nie wróci i tak do końca następnego tygodnia. – a widząc jej minę prędko dodała: - Chyba nie myślisz, że w takim stanie możesz siedzieć w zimnej piwnicy? – i tak wystarczyło, że w domu temperatura nie przekraczała tych dwudziestu stopni.
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-06, 21:17   

Wymruczała pod nosem coś, co brzmiało jak „pierdolić Bractwo”, bo miała w nosie, czy szanowni przełożeni wiedzieli co się z nią działo, czy nie. Jasne, meldowała się raz na tydzień jak w zegarku niemal i chociaż wiedziała, że jest to o tyle niebezpieczne, że musiałoby minąć sporo czasu, nim ktoś by się zainteresował ciszą z jej strony, to nie lubiła czuć się uwiązana. Ani kontrolowana. Rozkazom potrafiła się podporządkować, jeśli pochodziły od autorytetu, ale była ostatnia do robienia zadań z gwiazdką.
Cichy pomruk miał być potwierdzeniem przypuszczeń Sage dotyczących koszulki, na tym jednak poprzestała. To było pierwsze, co przyszło jej na myśl w tamtej chwili, zdawało się być też szybszą opcją, niż szukanie jakiegoś kawałka materiału w plecaku. Czy w ogóle wzięła plecak z samochodu, swoją drogą? Chyba tak, kojarzyła upuszczanie go przy drzwiach podczas czekania aż ktoś jej otworzy.
Zaprotestowała, kiedy Sage złapała za kurtkę, ale cały sprzeciw objawił się jedynie w jęknięciu, nic dziwnego więc, że został zignorowany, co Artemis absolutnie się nie spodobało, ale do rana (wieczora?) zdąży zapomnieć. Nie protestowała też bynajmniej ze wstydliwości (fuj), czy wrodzonej samodzielności, tylko z tego cholernego zmęczenia. W tej chwili już tylko o tym myślała, czując, że głowa ciąży jej coraz bardziej; ledwo kontaktowała na tyle, by wiedzieć, że opiera się niemal całym ciężarem o drobną dziewczynę, czego naprawdę nie miała siły zmienić.
- Mówiłam - wymamrotała, kiedy tamta powiedziała o braku innych, poważnych obrażeń. Rozbudziła się znowu trochę na wspomnienie o trzymaniu jej w pokoju dziewczyny i pomyślała, że może przystać na to przystać na te parę godzin. Byle żeby zregenerować się na tyle, by zacząć normalnie myśleć i łączyć fakty.
- Myślę, że najpierw potrzebuję łóżka, a potem ubrań. - To już nie było tak typowe wykłócanie się i marudzenie. To było bardzo zmęczone zakomunikowanie swoich potrzeb, co też, swoją drogą, nie zdarzało się często. Najwyraźniej było też wystarczająco wymowne, by Sage zmieniła plany, co do kolejności swoich działań i na początku zdecydowała się na przetransportowanie Artemis, która czuła, że pozostawiona sama sobie po prostu osunęłaby się na ziemię, nie potrafiąc dłużej utrzymać przytomności.
Nie do końca potrafiła powiedzieć, kiedy znalazła się na łóżku i czy usiadła sama, czy Sage jej pomogła. Kojarzyła jeszcze myśl jaka się pojawiła, kiedy jej głowa dotknęła poduszki, że będzie miała dużo do przepraszania i dziękowania, jak już się obudzi. Zaczynając od pobudki, idąc przez nerwy, a na brudzeniu wszystkiego kończąc. Jej włosy, twarz i znaczna część skóry były umorusane krwią i Zeus jeden wiedział czym jeszcze, a teraz leżała w czystej pościeli i nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że jest tak bardzo nie na miejscu, że bardziej się już chyba nie da.
Szlag by to wszystko.
Naprawdę próbowała czekać na powrót Sage z ubraniami (czy dziewczyna w ogóle opuściła pomieszczenie? Artemis nie miała pojęcia), ale wymordowana, zasnęła w ciągu kilku sekund, tuż po bolesnym procesie wciągnięcia rannej nogi na materac. Kołdrę? Teraz mogłaby leżeć na posłaniu dla psa i nie czułaby żadnej różnicy prawdopodobnie.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-06, 22:14   

Szósta dziesięć. Nie miały aż tak złego czasu, jeżeli wziąć pod uwagę przetransportowanie na piętro zwłok Artemis prawie o własnych siłach z niewielkim, prawie nikłym wsparciem ze strony poszkodowanej, na którą syczała, aby podnosiła nogi. Jakim cudem nie spadły ze schodów pozostanie dla Sage zagadką, podobnie jak wyjątkowo szybkie zaśnięcie Danvers, gdy jeszcze chwilę rozmawiały, nim dziewczyna wróciła z opatrunkami na dłonie. Ciężki oddech, unosząca się klatka piersiowa i ta uwalona pościel, której jedynym przeznaczeniem było wylądowanie już w śmieciach, bo za nic w świecie tego nie dopierze. Jakby ten szkopuł miał być największym problemem na ich drodze.
- Mogę ci pomóc, jak napiszesz mi usprawiedliwienie do szkoły.
Sage spojrzała surowo znad mopa, którego ledwo przytomnie wyżymała w wiadrze. Brat obudził się dwadzieścia minut temu i już zdążył zarzucić jej o przemycanie nowych mutantów za jego plecami, a przecież nadawał się świetnie do roli strażnika piwnicznych gości.
- Idziesz dzisiaj odpowiadać do Schneidera. Nie będę więcej kryć twojego tyłka za wagary.
- Ale Sage…
- Nie.
- Nawet nie dasz mi dokończyć! – burknął niezadowolony z tostem między zębami. Znowu zaczynał, w ostatnim czasie był wyjątkowo nie do zniesienia. – Jestem pewien, że Art wolałaby, abym został w domu, kiedy pójdziesz do pracy. – dodał z oburzeniem, odkładając resztki na talerz wyraźnie niepocieszony, że siostra nie zamierzała mu odpuścić jednego dnia od szkolnych tortur. Ostentacyjnie szurnął krzesłem i stawiał głośno kroki, idąc do drzwi, gdzie leżała jego torba, podczas gdy Sage kończyła pastowanie podłogi.
- A właśnie – zagaił nagle, przerywając wojaże z mopem. Przedramiona już bolały. – Jak będziesz wracał, kup po drodze lody miętowe. Oddam ci wieczorem.
- Znowu? Nie możesz sama tego zrobić, skoro i tak jesteś na nogach?
- To nie dla mnie – pokręciła głową i gdy zauważyła, że Heath patrzy na nią nie czając bazy, wywróciła oczami. – Danvers. Ma trzydzieści siedem stopni od rany i kilka promili we krwi. Nie będzie mogła brać leków przeciwgorączkowych przez parę następnych godzin, jeżeli to podskoczy.
Chłopak od razu spoważniał i nie zadający więcej pytań, uniósł kciuk do góry, po czym wyszedł, a w domu nareszcie nastała cisza. Mogła wreszcie usiąść, nawet na świeżo umytej podłodze i złapać oddech.
----
Znalazła się na górze trzy godziny później z mokrym ręcznikiem i dużą butelką wody. Ten pokój jeszcze nigdy nie wyglądał tak, jakby zawitało w nim zombie, ale dzisiaj najwidoczniej mogła dostąpić tego zaszczytu. Więc w ten sposób przedstawiałaby się scenografia The Walking Dead w jej czterech ścianach? Ze stygnącym trupem w łóżku i śladami schnącej krwi na poduszce, a także pociętymi, brudnymi ubraniami na podłodze? Cały czas pamiętała, że gdy tylko Artemis się obudzi, będzie musiała to wszystko zmienić na świeże. Pożyczone ubrania ojca na kobiecie również.
Zostawiwszy butelkę na parapecie okna, które uchyliła lekko, wpuszczając do środka przyjemny chłód poranka i cichy śpiew ptaków, usiadła na brzegu łóżka, powoli sięgając po ciepły okład na czole kobiety, aby zamienić z nowym. Wciąż wyglądała kiepsko, ale nie oczekiwała cudów po zaledwie trzech godzinach z hakiem. Podciągnęła nieco wyżej kołdrę aż pod samą szyję i odgarnęła pojedynczy kosmyk z policzka, gdy nastąpiło niewielkie poruszenie.
- Śpij dalej – poleciła przyciszonym głosem, gdy oczy Artemis ledwo się otworzyły, a mozolne mrugnięcie chyba oznaczało, że nic z tego. – Nie, nie odkrywaj się. Masz trochę podniesioną temperaturę, ale to nic strasznego. – starała się brzmieć łagodnie, nie brutalnie, jak Heath, który na widok pokrwawionej siostry wykazał się potężnym pokazem silnych decybeli. – Chcesz wody? – nie tylko na kaca, choć czy upuszczenie krwi wczoraj/dzisiaj nie wiązało się też częściowo z pozbyciem części alkoholu? Nieistotne teraz.
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-06, 23:04   

Artemis nie była pewna, czy kiedykolwiek czuła się aż tak ociężale, jak w chwili obecnej. Miała wrażenie, że każdy centymetr jej ciała boleśnie łupie, a gdy spróbowała wyciągnąć rękę spod przykrycia, jedyne co osiągnęła to krótkie zawiercenie sięw miejscu. Otworzyła oczy, kiedy poczuła dotyk na policzku i po zobaczeniu znajomej twarzy, mrugnęła parę razy, starając się odgonić senność.
- Chcę umrzeć - wychrypiała milutko, lekko się krzywiąc na dźwięk własnego głosu. - Ale woda też się nada.
Kiedy Sage podniosła się, żeby złapać butelkę wody, Artemis z dużą dozą samozaparcia uniosła sięna łokciu, drugą ręką ściągając okład z czoła, starając się trochęlepiej rozeznać w sytuacji. Jej wzrok przesunął sięz początku po jasnych, różnie ozdobionych ścianach i chociaż Danvers nigdy wcześniej tu nie było, to obstawiała, że ten pokój należy do Sage. Kogo innego by mógł być? Spojrzała dalej po brudnej poduszce, niewiele lepiej wyglądającej kołdrze i opatrzonych, szczypiących nieprzyjemnie, dłoniach. Lekko zmrużyła oczy na widok tych ostatnich, bo nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy dziewczyna sięnimi zajęła. Nie pamiętała też kiedy znalazła się w zielonej bluzce, którą zauważyła dopiero teraz, jak kołdra zsunęła się trochę niżej, ale na dobrą sprawę jej wspomnienia z poranka były tak pokiereszowane, jak ona sama, nic więc dziwnego, że tak mozolnie łączyła teraz fakty. Wszystko wracało do niej jedynie jako urywki scen. Walenie do drzwi. Przechodzenie do łazienki. Użycie mocy. Ból przy odkażaniu. Widok na wpół zszytej rany. Komentarz Sage o tym, że świat nie przestanie się kręcić. Ściąganie kurtki. Zachwianie się na schodach. Tyle. Miała nadzieję, że potem wróci więcej.
Chciała złapać butelkę w zranioną rękę, ale tylko syknęła przy próbie poruszenia kciukiem i zaciśnięcia palców na wodzie, bo świeże rany nie znosiły najlepiej tak aktywnego naruszania. Drugiej próby już nie dostała, Sage bezceremonialnie przytknęła jej butelkę do ust, pomagając jej się napić.
Artemis mogła cisnąć gromem z oczu. Ewentualnie dwoma. Oho, Zosia-Samosia też się obudziła najwyraźniej.
- Która godzina? - Po odchrząknięciu brzmiała trochę lepiej, chociażnadal nieprzyjemnie cicho. Miała wrażenie, że spała góra pięćminut, ale biorąc pod uwagę światło dnia oraz zmianęw wyglądzie Sage (tak, krew na twarzy i zniszczoną bluzę też zapamiętała całkiem wyraźnie) to musiało być więcej czasu. Cholera, mogły minąć nawet dwadzieścia cztery godziny, kto wiedział na ile ją zmogło.
Dopiero kiedy dziewczyna zabrała butelkę, Artemis trochę uważniej przyjrzała się jej twarzy i w ułamku sekundy poczuła sięjeszcze gorzej sama ze sobą. Zmęczenie odmalowywało się w całej posturze Sage tak wyraźnie, że mogłaby grać w reklamie jakiegoś środka na bezsenność jako Życie Przed i nie potrzebowaliby do niej ani krztyny charakteryzacji i Danvers nie musiała pamiętać całego poranka, by wiedzieć, że to z jej przyczyny Ackerman wygląda tak fatalnie.
A ona leżała w jej łóżku.
Miała ochotę odchylić kołdrę i położyć Sage obok siebie, żeby obydwie mogły siępo ludzku jeszcze przespać, ale w tym syfie sama ledwo wytrzymywała.
- Potem kupię ci kwiaty, za nie zatrzaśnięcie mi drzwiami przed nosem - było prawdopodobnie najładniejszymi podziękowaniami, na jakie Artemis potrafiła się zdobyć. Zdecydowanie była istotą, która zamiast mówić "dziękuję" wolała swoją wdzięczność okazać, teraz jednak jedynym aktem, na jaki miała siłę, to było co najwyżej ubrudzenie pościeli jeszcze z drugiej strony, żeby było symetrycznie.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-07, 00:02   

Prawdziwy powrót króla z pozytywnym akcentem. Albo królowej.
Nawet gdyby nalegała, aby znowu się położyła, upór Artemis nie pozwoliłby na zrealizowanie tego przez najbliższych kilkanaście minut. Dlaczego? Bo taka już była, a Sage nie zamierzała i tak bardziej tracić drogocennej energii na utrzymywanie jej w jednym miejscu, choć z butelką wody było to o wiele prostsze, aniżeli bez niej. Tymczasowy środek zaradczy, zawsze to jakiś w dość skąpym arsenale, bo poza odcięciem dostępu do domowego barku czy kąśliwej uwagi nie posiadała wiele. W starciu na charaktery może i prawie dorównywała Artemis, ale podejrzewała, że prędzej czy później odpuściłaby, uznając, że to walka z wiatrakami. Dlatego korzystała z tego, dopóki mogła.
- Dziewiąta – dla pewności zerknęła na zegarek – Dokładnie dwadzieścia po. Spałaś jakieś trzy godziny.ty farciaro. Zazdrościła jej każdej minuty tego stanu minus wszelkie rany, siniaki, lekko podwyższona temperatura i ogólne czucie się, jak przeżuta guma do żucia, przyklejona do stumilowego buta maratończyka.
Mrugnęła z wolna w odpowiedzi i zakręciła butelkę z wodą, która spoczęła na kołdrze, wołającej o jak najszybszą zmianę. Dotknęła brunatnego miejsca kontrolnie. Zaschnięte, ewidentnie. To nie tak, że nie potrafiła przyjmować podziękowań. Po prostu była zmęczona, a dzień postanowił już zacząć się na dobre, nim faktycznie zmrużyła oczy. Zamiast po ludzku pójść spać na godzinę, która została w zapasie, wolała przeczytać wiadomości z Seattle, nie znajdując jednak żadnego artykułu o ataku nożownika w zapomnianej dzielnicy. Zatem anonimowość Artemis została zachowana, żadnych nowych listów gończych również nie znalazła na stronie komendy miejskiej. Świat kręcił się dalej. Zaś kwiatkami nie pogardzi.
Przetarła kciukiem prawe oko, w duchu stwierdzając, że jak tak dalej pójdzie, na bank dostanie jakieś paskudztwo za darmo, jak gradówka czy inne bzdety, zwłaszcza teraz, gdy dotknęła skupiska rozkładających się erytrocytów. Chrzanić to, teraz wszystko spływało po niej, jak po kaczce. Tylko ten cichy ból głowy przy potylicy nie dawał za wygraną, pomimo łyknięcia ibuprofenu do skąpego śniadania, bo nie mogła w siebie nic wcisnąć.
Nieźle cię pokiereszował. – przypominaj dobitemu o tym, że został dobity, tak na początek powrotu do świata żywych. – Co zamierzasz zrobić, jak już wydobrzejesz? – zapytała zmęczona, powstrzymując ziewnięcie przy czym kulturalnie zasłoniła usta dłonią. – Będziesz go szukać? – zsunęła się z krawędzi łóżka, idąc w kierunku szafy. Na samym dnie składowała swoje komplety pościeli i prześcieradeł, utrzymane w niezmiennie szarych tonach, różniących zaledwie wzorami. Trójkąty z zarysem lasu – nadadzą się.
Zgarnęła z krzesła przy biurku rozpinaną, czarną bluzę z logiem Hard Rock Cafe Seattle, podobną do jej roboczej koszulki i podała ją charakternej pacjentce, tym razem nie zamierzając ustąpić w obliczu protestów.
- Muszę przebrać wszystko. Zakładaj. – oznajmiła stanowczo, widząc ten opór przed założeniem kolejnej warstwy ubrania. – Potem pomogę ci pójść do łazienki, ale chcę mieć najpierw to z głowy. - Wiedziała, że jest obolała, ale jeżeli ją przewieje, będzie tylko gorzej. I nie, nie mogła zamknąć okna na chwilę, bo w pokoju dawało aż za bardzo gorzelnią i brudem z ubrań Danvers – a raczej resztki spodni, które z niej siłą ściągnęła, kiedy już odleciała do świata snów oraz fantazji. Uh boy, sounds bad.
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-07, 08:01   

Informacja o tym, że sen trwał raptem trzy godziny nie była szczególnie pozytywnie nastrajająca, ale pozwoliła jej na nowo odnaleźć się w czasie teraźniejszym, trochę zbijając nieprzyjemne poczucie bycia wrzuconą w randomowy moment rzeczywistości.
Oderwała w końcu spojrzenie od Sage (och, o tyle żywsze i przytomniejsze, niż jeszcze trzy godziny wcześniej) i powoli na nowo opadła na poduszkę, bo dłuższe utrzymywanie się w tej pozycji było męczące. Chrzanić brudną poszewkę, zdążyła już trzymać głowę w tylu obrzydliwych miejscach, że ta odrobina brudu i krwi nie była szczególnie odrzucająca. Smród też czuła dopiero, kiedy wcisnęła w nią nos (wiedziała, bo to był jeden z etapów próby uniesienia się do góry) i chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że to oznacza, że w tej chwili naprawdę potrzebuje prysznica, to jej wszystkie wnioski dochodziły do jednego, systematycznego pierdolić.
Thanks, captain obvoius - wymruczała, patrząc na nią w dół ze słabym uśmieszkiem i wypisanym na twarzy „co to w ogóle za uwaga”, chociaż w gruncie rzeczy nie oczekiwała od Sage żadnych głębszych przemyśleń w tym momencie. Wiedziała, że dziewczyna była bystra i potrafiła odbić niejeden złośliwy komentarz, o zaradności czy trafnych spostrzeżeniach nie wspominając, ale teraz wyglądała na tak wypraną, że zasługiwała na taryfę ulgową. Artemis zresztą nie była lepsza.
Znaleźć gnoja i poderżnąć mu gardła stłuczoną butelką. A przynajmniej tego domagał się jej każdy centymetr ciała, bo bardzo by chciała być ponad zemstą, ale niektórym się po prostu należało, ok? Poza tym co innego miała robić ze swoim życiem, jak nie polować na tych, którzy jej zaleźli za skórę?
Pewnie spróbuję - zgodziła się krótko z cięższym westchnięciem, nie odrywając wzroku od sufitu. Nie miała na gościa za dużo i chociaż usilnie próbowała sobie coś przypomnieć, to na niewiele się to zdało.
Pamiętała jego łysinę, na którą pierwszy raz zwróciła uwagę, kiedy usiadł przy sąsiednim stoliku. To wtedy jej paranoja drgnęła po raz pierwszy, ale została uciszona, bo Byczek zdawał się być całkowicie pochłonięty sobą. Nie był też szczególnie postawny, byli niemal tego samego wzrostu, może był co najwyżej szerszy w barach. Kiedy po paru godzinach znalazł się tuż za nią w łazience jej jedyną przewagą było to, że wyraźnie nie spodziewał się po niej takiej krzepy.
Psia mać, powinna podziękować temu blond żołnierzykowi z bractwa za spuszczanie jej wpierdzielu przy każdej możliwej okazji, przynajmniej nauczył ją, jak grać nieczysto podczas walki.
No chyba nie - prychnęła, kiedy Sage stanęła nad nią z bluzą, bo tamta miała bardzo dużo wiary w możliwości Artemis, jeśli uważała, że ta może podnieść się z łóżka. Zacisnęła szczęki, kiedy usłyszała to „chcę mieć to z głowy”, bo to generalnie było jedno ze zdań stanowiących powód, dla którego Zosia-Samosia była już niemal oddzielnym bytem w jej umyśle. Nie miała zamiaru być niczyim obowiązkiem, czy nadmiernie dopominać się o pomoc, szczególnie, że już czuła się wystarczająco źle z tym, że zaburzyła spokój Sage.
Dźwignęła się do pozycji siedzącej, nagle jak dziecko żałując, że nie udawała wcześniej, że śpi. Może wtedy miałaby spokój.
Nie masz jakiejś szmaty, której nie nosisz? - Uniosła na nią wzrok po zlustrowaniu nim wręczanej jej bluzy, bo chociaż teraz już nie mogła ubrudzić niczego permanentnie to nie czuła się komfortowo w czystych ubraniach.
Gwoli ścisłości, nie czuła się komfortowo we wszystkim, od rzeczywistości zaczynając.
Wciągnęła na siebie, co jej dali i zaciskając zęby, powoli opuściła nogi na ziemię, rzucając „pościel miałaś zmienić”, kiedy Sage wyciągnęła rękę, żeby jej pomóc. Z niemałym trudem dźwignęła się do pionu, zaraz musząc oprzeć się o stojącą tuż obok szafkę, bo zakręciło jej się w głowie. Przysiadła na niej, lekko pochylając się do przodu i szybko mrugając, by pozbyć się ciemnych plam sprzed oczu. Psia mać, zapomniała już jak się kończy tak gwałtowna utrata takiej ilości krwi i o tym, że to przeklęte osłabienie trwające tygodniami nie jest czymś, co tak łatwo jest zignorować. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o jej kozackie plany „sama znajdę łazienkę”.
Potarła czoło i powoli na nowo się wyprostowała, bez słowa przyglądając się Sage zmieniającej pościel.
Jakie plany na dzisiaj? — zapytała, bo ostatecznie wlazła jej na głowę w środku tygodnia bez żadnej zapowiedzi, nie zdziwiłaby się, gdyby tamta musiała iść do pracy, czy na inne zebranie w szkole Młodego. Każdy temat był lepszy od myślenia o ciągłym bólu.
[Profil]
 
 
Sage Ackerman



I see humans,

but no humanity.





name:

Sage Ackerman

alias:
Hey, Broadway!

age:
23

Wysłany: 2018-04-07, 11:08   

To było oczywiste, że Artemis nie odpuści, co w pewien sposób dawało też powody do irracjonalnego niepokoju, którego Ackerman nie powinna w ogóle odczuwać. Bo i po co? Mało to mutantów trafiało pod jej dach poranionych, tylko po to, aby później zginąć albo wrócić z podkulonym ogonem, bo zamiast wrócić lub pojechać do Bractwa, postanawiali wyrównać rachunki z oprawcami? Miesiąc - wstępnie obstawiała, że nawet tyle Danvers tutaj pobędzie, jeżeli dopadnie Pana Tulipanka.
Głęboki wdech, spokojny wydech... Już zapomniała, jak to jest mieć rasowego kocura w domu. Może gdyby Sinara nie pojechała z ojcem na szkolenie, łatwiej byłoby spacyfikować tego mistrza narzekania na wszystko i wszystkich.
- Poczekaj, sprawdzę pod zlewem. Może akurat znajdę twój rozmiar. – tym razem się nie patyczkowała, a skoro uparta bestia nie chciała jej pomocy przy wstawaniu, równie dobrze mogła dołożyć do pieca, ignorując to całe stękanie, syczenie czy ogólną marność w marności Danvers na rzecz zrzucenia brudnych betów, choć nie obyło się bez obserwacji kątem oka raz po raz. Byłoby krucho, gdyby jeszcze wyrżnęła na podłogę i złamała nos.
Oklepała przebraną poduszkę numer jeden i cisnęła nią w róg łóżka na świeże prześcieradło. Zabrała się za przerzucanie poszewki kołdry na lewą stronę, gdy Artemis zadała pytanie z kategorii tych neutralnych. Oczywiście, to że się pojawiła bez zapowiedzi nijak burzyło koncepcję dnia.
- Do pracy na popołudnie i próba wieczorem. – odparła pomiędzy jednym strzepnięciem materiału, a drugim. - Heath kończy o trzeciej. Powiedziałam mu, że jesteś i ma na ciebie mieć oko, czy tego chcesz, czy nie. – spodziewała się tego niezadowolenia, więc aby uciszyć niepocieszone zrzędzenie, dodała prędko: - Przyniesie ci lody. – że miętowe już nie musiała dodawać. W porządku, powiedziała bratu o swoich empatycznych zamiarach, ale jeszcze nie upadła na tyle na głowę, a by z tego nie skorzystać też na własną korzyść. I tak nie wierzyła, aby Danvers była w stanie zjeść pięć litrów na raz. Chociaż… Kto ją tam wiedział, skoro potrafiła w pojedynkę całkiem nieźle rozprawić się z niemoralną ilością alkoholu, od której każdy normalny człowiek by już gryzł piach.
Ostatnie machnięcie i łóżko wyglądało jak nowe – a przynajmniej na tyle, na ile mogło. Pozostało wyeliminować epicentrum przykrego zapachu, więc gdy spojrzała na poturbowanego szczeniaczka metr siedemdziesiąt osiem bez butów, opierającego dalej jak nigdy nic o nocną szafkę, podparła się po jednej stronie z nieznoszącą sprzeciwu miną.
- Nie patrz tak na mnie – wystawiła palec, ucinając dyskusję, niczym ta rasowa matka z amerykańskiej telewizji – Idziemy na dół. Wykąpiesz się, zjesz i możesz dalej spać. – prosty plan, wymagający nakładu poważnej współpracy, jeżeli miał dojść do jakiegokolwiek skutku, a przy takim nastawieniu Danvers, wręcz przeklinała rodziców – sztuk obecnie jedną – za porzucenie planów wybudowania łazienki na piętrze. Byłoby o wiele łatwiej.
Schodzenie po stopniach przypominało mordownię, ale miało się nijak do tego, przez co przeszła trzy godziny temu, praktycznie o własnych siłach wnosząc Artemis na górę.
- Uważaj, wypastowane. – ostrzegła przy ostatnim schodku, mając na myśli mieniące się drewno w korytarzu, skąd do łazienki pozostało niewiele, bo ponad trzy metry po skosie. Uparte kuśtykanie na jedną nogę i burczenie w powietrzu przestały robić na niej wrażenie w połowie trasy, więc skutecznie ignorując wszelkie przywary, doprowadziła tę męczennicę pańską do punktu randez vous.
W pomieszczeniu już leżały przygotowane dresy na krześle, które karykaturalnie spoglądało na swoją najlepszą przyjaciółkę z wczoraj – czy wręcz siostrę krwi. Teraz po szkarłacie i całym pobojowisku w pomieszczeniu pozostały tylko wspomnienia.
Odetchnęła, gdy ciężar zniknął z jej barków. Musiała nimi przez chwilę pokręcić, raz lewym, raz prawym, niwelując napięcie.
Dasz radę sama czy mam ci pomóc? – łypnęła na wannę, nie sugerując nic więcej, jak wsparcia przy samym wejściu, bo patrząc na obandażowaną nogę, której biały fragment odrobinę wystawał poza linię granatowych spodenek z zielonymi akcentami lokalnej drużyny Seattle Seahawks (mogła się pochwalić, że ma ptaszka), nadal miała w pamięci to beznadziejny chód zombie… Chociaż wtedy Artemis nie była po trzech orzeźwiających godzinach snu, tak brutalnie przerwanych przez odgarnięcie drobiny włosów z twarzy. Nie obudził jej wrzeszczący budzik Heath’a R2D2, ale taki drobiazg już tak?
[Profil]
 
 
Artemis Danvers



With great power comes great mental illness.

Perswazja

75%

Informatorka





name:

Artemis Danvers

age:
31

Wysłany: 2018-04-07, 12:24   

Nie potrzebuję jakiegoś bachora jako opiekunki — wywróciła oczami, bo nie była pięciolatkiem, żeby kwestia o lodach wystarczyła, by przymknąć jej jadaczkę.
Może gdyby to była whisky.
Na usta cisnęło jej się ironiczne „ale mamo”, kiedy usłyszała komendę o prysznicu i jedzeniu, bo nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni, od czasów wczesnego dzieciństwa, ktoś tak ostro radził sobie z jej protestami. Fisher pewnie próbował, kiedy była w ciąży, ale od tej myśli szybko uciekła, nie mając siły na wracanie teraz do zaginionej rodziny. Już i tak wystarczyło, że ten feralny postrzał przewijał jej się przez myśli.
Po prostu mnie zepchnij, będzie szybciej, a ja i tak nie poczuję różnicy - wycedziła w połowie schodów, bardzo starając się powstrzymać wszelkie stęknięcia i wycie z bólu. Przy pierwszym zawodziła kompletnie, z drugim jeszcze jakoś jej się udawało, chociaż niejedno głośniejsze przekleństwo wyrwało jej się z gardła, zanim się w tej przeklętej łazience znalazły.
Odsunęła się od Sage, kiedy tylko miała taką możliwość i oparła się ciężko o najbliższą ścianę, na chwilę znowu przymykając oczy, które zaraz otworzyła by jednym, sugestywnym spojrzeniem odpowiedzieć dziewczynie na pytanie.
Idź zająć się sobą, do wanny cię zaciągnę, jak nie będziesz szła do pracy - rzuciła, machając w powietrzu ręką, zupełnie jakby plany dziewczyny na cały dzień były obecnie największym problemem, a nie to, że Artemis ledwo się poruszała i gama ruchów, które nie sprawiały jej bólu, była paskudnie ograniczona.
Nie czekając aż Sage wyjdzie, podkuśtykała te dwa kroki do wanny i ściągnęła z siebie koszulkę, co przez obite żebra, ramiona i obolałe po całym wysiłku mięśnie, było irytująco wyzywającą czynnością. Zeusie, jak się cieszyła, że dziewczyna nad ranem ściągnęła jej też stanik - podejrzewała, że to ona, sama Artemis czuła, że potrzeba pozbycia się go zaliczała się do kategorii „pierdolić”. Zrzucenie z siebie reszty ubrań było już łatwiejsze i do momentu przysiądnięcia na brzegu wanny szło gładko. Zdrową nogę udało jej się wciągnąć do środka, zaraz za nią poszła chora i po niepowstrzymanym „kurwa”, które rozniosło się pewnie po całym domu, Sage mogła wnioskować, że Artemis bez większych problemów dała radę ulokować swoje dupsko w wannie.
Z początku chciała tylko wziąć szybko prysznic - zostać na krawędzi wanny, zmyć z siebie brud i wyjść z łazienki po piętnastu minutach, jednak ostatecznie weszła tam cała, bo nadal trawione gorączką ciało w ogóle nie chciało mieć z wodą nic wspólnego, a co tu dopiero mówić o prysznicu-nie prysznicu.
Odkręciła wodę i siedziała pod gorącym strumieniem, z zamkniętymi oczami, jedną ręką nadal podtrzymując ranną nogę, bo dzięki temu bolało odrobinę mniej i udawało jej się utrzymać wrażliwe miejsce poza zasięgiem wody (przynajmniej trochę). Oparła się bokiem o ściankę wanny i siedziała tak dobre parę minut - nadal ospała, wymordowana i nie to rozgorączkowana, ni zmarznięta - nim w końcu wyciągnęła rękę po… szampon. Nada się. Inne butelki stały poza jej zasięgiem, ale było jej naprawdę wszystko jedno, czym się umyje.
Spoiler alert: drugie głośne „kurwa” poleciało, kiedy nalała płyn na obandażowane dłonie i spróbowała wetrzeć go we włosy. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o dokładniejsze szorowanie, wylała jedynie na czubek głowy trochę więcej szamponu starając się go tyle o ile rozprowadzić, coś z tego rozprowadziła po swoim ciele i pozostawało jedynie mieć nadzieję, że to w połączeniu z gorącą wodą wystarczy.
Szczękając zębami wygramoliła się z wanny - tutaj nastąpiła „kurwa” numer trzy, przy czym wygramoliła się, jest jak najbardziej adekwatne, dała sobie opaść na dywanik nagimi pośladkami i chwilę na nim zebrać siły. Nieprzyjemne zimno wprawiło ją całą w drżenie, więc sporo czasu zajęło, zanim udało jej się podciągnąć do góry i sięgnąć po ręcznik, którym zaraz szczelnie się zakryła. Nie miała siły na więcej, poza obsychaniem.
Obróciła się do lustra i powoli odchyliła ręcznik, mimowolnie się krzywiąc na widok swojego poobijanego ciała. Miała parę pokaźnych sińców na żebrach, na obojczyku wyraźny ślad po paznokciach (pamiętała, że próbował ją schwytać za przód koszulki) i to wszystko wyglądało makabrycznie w połączeniu z chorobliwie bladą skórą oraz mokrymi włosami, które zwisały w strąkach wzdłuż jej twarzy.
W końcu wciągnęła na siebie dresy - czwarta „kurwa”, chociaż już o wiele cichsza, bo przeszkoda na drodze Artemis, jaką było wciągnięcie spodni na tyłek, nie była krótka i nagła, a wystarczająco mozolna i upierdliwa, by mogła sobie poużywać pod nosem.
Ręcznik, po bardzo nieudolnym osuszeniu włosów, rzuciła na ziemię, w miejsce gdzie powstała mała kałuża po wyjściu z wanny. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o jej pomoc domową w tym stanie i sprzątanie po sobie.
Coś mówiłaś o whisky wcześniej. — Nie miała zamiaru tego przyznawać, ale naprawdę jej ulżyło, kiedy po wyjściu z łazienki zobaczyła Sage, nie miała siły jej szukać i czuła, że gdyby wcześniej znalazła kanapę, to by się na niej położyła, uznając to za wystarczające osiągnięcie.
No co? - zamrugała na widok jej wyrazu twarzy, udając, że nie ma pojęcia skąd się wziął.
_________________
We find ourselves in the same old mess singin' drunken lullabies.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5