Nienawidziła go za to. Nienawidziła go za to, że nie mógł jej zostawić w spokoju. Nienawidziła go za to, że stawał jej na drodze i robił te wszystkie rzeczy, za które go tak cholernie kochała. Nie chciała, by patrzył na nią w tym stanie. Nie chciała, by widział to, jak traci całą nadzieję. Nie chciała, by oglądał to co z niej zostało. Nie chciała, by obserwował jej powolną, wyniszczającą śmierć. Matilde nie była w stanie przestać. Szarpała się z nim. Uderzała pięściami o jego klatkę piersiową. Drapała go po twarzy, szyi, czy czymkolwiek co się właściwie nawinęło. Tak rozpaczliwie potrzebowała teraz zniknąć.
A on… on tak uparcie stawał jej na drodze, nie pozwalając jej zrobić jedynej rzeczy, która mogłaby ją właściwie uspokoić. Miała przecież wrócić. Do niego i Josie. Nieważne co się miało dziać, kiedy chodziło o nich… zawsze miała ich wybrać. Zawsze. Potrzebowała tylko poczuć ten dreszcz. Potrzebowała poczuć to ciepło w żyłach. Wiedziała jak kretyńsko to brzmiało, ale bez tego miała nie przetrwać. Jak niby miała zapewnić Willowi odpowiednie wsparcie, kiedy sama była w rozsypce?
I kiedy mężczyzna złapał ją za ręce, kiedy wykręcił jej nadgarstki, tak nagle poczuła jak uchodzi z niej życie. Nie tylko nie miała sił, by dalej z nim walczyć, ale nie miała też sił by dalej funkcjonować. Kolana ugięły się pod ciężarem jej ciała, a ona… tak po prostu osunęła się powoli na podłogę, nie będąc w stanie dłużej powstrzymywać łez. Nie mogła tego stracić. To co razem mieli… Nigdy nikogo nie kochała w ten sposób. Nigdy nie była szczęśliwsza. Bez niego nic nie miało sensu. Kompletnie nic. Tyle dla nich poświęciła, tak bardzo walczyła, by to wciąż trwało. A teraz… teraz się dowiadywała, że to właściwie nie miało sensu. Że los nie zamierzał się nad nimi zlitować. I wtedy z jej ust tak niespodziewanie wydobył się rozdzierający, zrozpaczony (zbudowany z resztek sił) krzyk, który z całą pewnością miał obudzić małą Jocelyn.
Trzymał ją za nadgarstki i patrzył jak rozpadała się na kawałeczki, sekunda po sekundzie. Nie zasługiwała na to. Przecież już tyle w swoim życiu przeżyła, powinna móc być po prostu szczęśliwa, zamiast martwić się jak długo przeżyje człowiek, którego kochała. Nie zrobiła niczego, za co miałaby tak pokutować.
Razem z nią opadł na ziemię. Piekła go skóra w kilku miejscach, piekły go kostki, ból głowy cały czas się gdzieś czaił na granicy świadomości, ale to nie miało znaczenia w tym wszystkim. Chciał ją po prostu przyciągnąć do siebie, nie puszczać, przekonać, że jakoś dadzą sobie z tym wszystkim radę. Zetrzeć jej łzy, zanurzyć palce w jej włosach. Pocałować jej czoło. Tak bardzo ją kochał.
- Shhh... - wymruczał cicho, stykając się z nią czołem, sięgając dłońmi jej twarzy. Wszystko będzie dobrze. Dadzą radę, wytrzymają ten miesiąc, a później nie będą musieli się już niczym martwić.
Ten nagły krzyk bezsilności nagle przeciął powietrze, a Hopperowi momentalnie pociemniało w oczach. Dobrze że był na ziemi, bo nie miał pojęcia czy utrzymałby się na nogach, kiedy nagle uderzyła w niego fala bólu. Nie mógł myśleć, kiedy nagła kakofonia dźwięków zaatakowała jego zmysły, a czaszka zdawała się pękać od środka. Chyba podparł się rękami, nie do końca rejestrował to co się dzieje, chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, że to Josie płacze. Oddech. Powinien się go chwycić, wręcz odruchowo o tym pomyślał. Oddech mógł spowolnić puls, wolniejszy puls znaczył mniej bólu. Tak. Po prostu musiał się na tym skupić. Wdech. Wydech. Zaraz przejdzie.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
To nie powinno tak wyglądać. Powinni być szczęśliwi. Powinni opiekować się Jocelyn i dalej planować wspólną przyszłość. Takie rzeczy nie powinny stawać im na drodze. Nieważne jak chujowi byli, zasługiwali na szczęśliwe zakończenie. Naprawdę w to wierzyła. Przecież… wcale nie byli złymi ludźmi. Źli ludzie nie byliby w stanie zrobić tak dobrych rzeczy. Ratowali się nawzajem. Wzajemnie zmieniali się na lepsze. Cholera, stworzyli Josie – najbardziej niewinną i uroczą istotę na świecie. Dlaczego nagle ktoś chciał im to wszystko zabrać? Matilde nawet nie próbowała tego zrozumieć. Nie obchodziło ją, czy była na to za głupia. Nie obchodziło ją to, czy to co się właśnie działo było w ogóle ludzkie. Po prostu potrzebowała Willa. Zawsze będzie go potrzebować.
Chciała, by to wszystko okazało się złym snem. Chciała obudzić się jutro rano ze świadomością, że nic złego się nie dzieje. Że będą razem naprawdę, naprawdę długo. Płakała. Nie była na tyle silna, by się powstrzymywać. Czuła jego dotyk i to jeszcze bardziej w nią uderzało. Co jeśli to był jeden z ostatnich razów? Co jeśli nawet nie zdążą się pożegnać?
– Przecież cię kocham – wyrzuciła z siebie łamiącym się głosem, jakby to miało coś zmienić. Jakby te dwa magiczne słowa miały moc uzdrawiania. Jakby… jakby los nagle o tym zapomniał, a Matilde miała mu o tym przypomnieć. Przecież to robiło ogromną różnicę. Kochała go. Kochała i takie rzeczy nie powinny w ogóle mieć miejsca. Dlaczego to nie wystarczało? Dlaczego nic się nie zmieniało? A potem… po prostu nie mogła tego powstrzymać. Ten bezradny krzyk tak po prostu wydobył się z jej ust, budząc przy okazji Jocelyn. Ale to nie na niej Wallace skupiła uwagę. Początkowo wciąż tkwiła w tej samej pozycji, opierając się czołem o czubek jego głowy. Dopiero po chwili zrozumiała, że coś było nie tak. Tak bardzo się przestraszyła. Wallace położyła dłoń na jego policzku, momentalnie przestając płakać.
– Will? – spytała drżącym głosem, szukając dłonią jego ręki. Nie wiedziała co się działo. Może gdyby nie stan w jakim się znalazła, może wtedy wiedziałaby co robić. Ale tak cholernie się bała. Gdzieś z tyłu głowy przemknęła jej myśl, że może to… może to już. – Nie zostawiaj mnie – przełknęła kolejną porcję słonych łez. Nie wiedziała co robić. Może to nie było nie poważnego. Zwykły ból głowy, który miał zaraz przejść. Ale nie mogła się powstrzymać. Nie mogła nie skupić się na swojej mocy i spróbować naprawić tego wszystkiego. To wciąż była ta sama uparta i niemożliwa Wallace. Jedynie płacz Jocelyn przeszkadzał, ale przecież nie mogła teraz do niej podejść…
Wiedział, doskonale o tym wiedział. Z resztą, gdyby nigdy nie wpadł na ten pomysł... przecież sama mu powiedziała. Był pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi, przecież on o niczym nie zapominał, prawda? Problem w tym, że to nie wystarczało, nie dla świata. Go nie obchodziło co czuli, czego chcieli. Po prostu przychodził i upominał się o swoje, a wygląda na to, że Hopper ukradł mu jedenaście lat życia. Zdążył się nauczyć, że śmierć nigdy nie była epilogiem, po prostu nagłym przerwaniem historii. Wcześniej próbował coś z tym zrobić, nie zostawiać niezamkniętych spraw... ale teraz nie potrafił. Nie mógł się zgodzić na własną śmierć.
Problem w tym, że nie wiele miał do powiedzenia w tej kwestii, paraliżujący ból głowy mu tylko o tym przypominał. Jakby cały świat schodził na dalszy plan, jakby on sam schodził na dalszy plan, zostawała tylko ta rozsadzająca migrena. Nie, nie migrena, one trwały dłużej, były gorsze... Przy nich mógł zginąć. To? To był tylko ból głowy. Ciężki do wytrzymania, przypominający mu czemu w ogóle chciał to zakończyć, zanim mutacja dojdzie do tego miejsca... ale ból głowy. Musiał skupić się na czymś innym, musiał oddychać. Płuca. Wdech, wydech. Rozszerzenie mięśni międzyżebrowych, zwiększenie objętości klatki piersiowej. Rozkurcz, opadanie przepony, zmniejszenie objętości klatki piersiowej. Powietrze jest zasysane i wypuszczane z powrotem. Czysta fizyka, maszyna która potrzebowała energii, ale nie człowieka.
Powoli zaczynała przebijać się do niego rzeczywistość. Cholernie głośny płacz dziecka, pękała mu czaszka. Matilde, niesamowicie przerażona. Siedzieli na podłodze, ledwie centymetry od siebie.
- [b[Wszystko okay... Po prostu potrzebuję chwili[/b] - powiedział, chyba niezbyt przekonująco. - Zajmij się małą. - Ktoś musiał. Poza tym... Kiedy przestanie płakać, zniknie ten straszny hałas.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Mogła się nie godzić z tym stanem rzeczy. Mogła przeklinać cały świat, nienawidzić tego niesprawiedliwego losu i mieć ochotę zgasić wszystkie gwiazdy, w których to było zapisane. Ale koniec końców… to niczego nie zmieniało. Nieważne jak bardzo rozpaczała, jak bardzo na to nie zasługiwali, rzeczywistość wciąż pozostawała taka sama. Wciąż siedzieli na tej podłodze, a ona rozpaczliwie próbowała zabrać od niego cały ten ból. Pomóc mu chociaż troszeczkę. Wiedziała, że nie mogła przesadzić z mocą. Nie, kiedy wszystko się dosłownie waliło. Ale jak niby miała zachować umiar, kiedy ktoś kogo kochała cierpiał?
– Jeszcze trochę – powiedziała cicho, mocniej ściskając jego dłoń. Wallace doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że płacz Jocelyn w niczym mu nie pomagał. Ale nie mogła teraz go puścić. Nie, kiedy nie zrobiła wystarczająco dużo. Cóż za ironia, że niecały rok temu odgrażała się, że nigdy w życiu go nie dotknie. W tamtym czasie wolała raczej umrzeć, niż kiedykolwiek pomóc mu swoją mocą. A teraz…? Teraz śmierć z przeforsowania nie wydawała się aż taka zła. Nie, jeśli to mu w czymś pomagało. Wallace nachyliła się nad nim, by przycisnąć swoje usta do jego ramienia. Miał ją. Cokolwiek miało się wydarzyć, ile czasu miało upłynąć. Miał ją.
– Zostanę do samego końca – wyszeptała łamliwym tonem głosu Nieważne, czy ten koniec będzie jutro, czy za dwadzieścia lat. Chyba potrzebowała, by to wiedział. A potem… kiedy poczuła szum w uszach, wiedziała, że musi przestać. Puściła jego rękę prawdopodobnie w tym samym momencie, w którym pojedyncza kropelka krwi wypłynęła z jej nosa. – Już, już idę – jęknęła, w kierunku łóżeczka. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Jocelyn nie była aż tak genialna jak jej ojciec, by to zrozumieć, ale Wallace naprawdę nie wiedziała co robić. Nienawidziła tego w jakiej sytuacji się znalazła. Wzięła więc głęboki oddech, a potem złapała Hoppera pod ramię, by pomóc mu wstać i usiąść na łóżku. I dopiero kiedy jej się to udało, podeszła do małej, by wziąć ją na ręce i do siebie przytulić.
Rzeczywistość powoli zaczynała nabierać kształtów, ale Hopper nie był pewien, czy one mu się podobają. Hałas przysłaniał niemal wszystko, tylko ból był od niego wyraźniejszy. Światło nieco przeszkadzało, ale mogło być gorzej. Właściwie, nie było aż tak źle. To nie była migrena. Jakoś da sobie radę, wystarczy tylko żeby się trochę ogarnął, niech tylko Josie… Cholera, powinien do niej podejść. Powinien się nią zająć. Problem w tym, że nie miał pojęcia, czy w ogóle da radę utrzymać się na nogach. Na pewno kręciło mu się w głowie, jak tylko wstanie to to poczuje.
Dopiero kiedy Wallace ścisnęła jego dłoń uświadomił sobie, co znaczyło to, że ją trzymała. Powinien ją powstrzymać? Mogła sobie coś zrobić, tamte rany na rękach… Nie. Powinna czuć, że coś robi, że mu pomaga. Przecież sam by nie wytrzymał, gdyby coś jej się działo i nie mógłby pomóc. Już go leczyła, nie było tak źle jak w kwietniu. Po prostu… będzie musiał na nią uważać.
Lekko objął ją wolną ręką, kiedy oparła głowę na jego ramieniu. Ciągle był dość oszołomiony, ale dotarły do niego jej słowa. Spodziewała się, że za niedługo umrze? ...czy to było coś więcej, coś co on sam sobie uświadomił już kilka miesięcy wcześniej? Cholera, powinien ją spytać wcześniej. Nie chciał, żeby to tak wyglądało, głupia decyzja między jednym końcem świata a drugim… Ale chciał, żeby wiedziała. Że on też.
Za późno. Miał wrażenie, że wszystko ciągle działo się za szybko w stosunku do tego jak myślał. Pozwolił pomóc sobie wstać, choć tego chyba najbardziej nie znosił, poczucia, że jest kaleką. Chwilę siedział na tym łóźku, coraz mocniej wracając do rzeczywistości - nie był pewien czy to przez coraz cichszy płacz Josie, czy moc Wallace. Cholera, moc Wallace. Miał pilnować, żeby nie przesadzała. Od następnego razu, teraz już było na to za późno. Powinien zadbać o coś innego.
- Potrzebuję, żebyś coś mi obiecała - odezwał się w końcu, kiedy Josie już spokojnie leżała w łóżeczku. To nie będzie przyjemna rozmowa. - Jeśli wszystko pójdzie źle, musisz żyć. Dla Josie. Potrzebuję, żebyś to obiecała - dodał po chwili. Znał ją, cholernie dobrze ją znał… i nie mógł jej na to pozwolić.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Wallace kołysała Josie, jednocześnie przyciskając ją do swojej piersi. Nie wiedziała jak zajmować się dzieckiem. Nie umiała tego robić. Prawdopodobnie była najbardziej chujową matką na świecie. I to był kolejny powód, dla którego los nie mógł im zabierać Willa. Matilde nie da sobie rady. On… on był w tym o wiele, wiele lepszy. A teraz ona tak bardzo panikowała i martwiła się o niego, a równocześnie musiała przekonać własne dziecko, że wszystko było w porządku. Przecież Jocelyn musiała czuć, że coś było nie tak. To dlatego płakała, prawda? Matilde przycisnęła usta do czubka głowy córeczki, cichutko nucąc melodię Sweet child o’ mine.
I z jakiegoś powodu… z jakiegoś powodu to zadziałało. Z każdą kolejną sekundą płacz dziecka coraz bardziej zanikał, aż wreszcie Josie uspokoiła się na dobre. Matilde jeszcze przez krótką chwilę trzymała małą w ramionach, ale kiedy dziewczynka całkowicie zasnęła, Wallace odłożyła ją do łóżeczka. Może gdyby wiedziała co ją czeka… ale nie wiedziała. Przyglądała się tak spokojnie leżącej córeczce, kiedy usłyszała pierwsze słowa Willa. Obiecać. Wallace automatycznie obróciła głowę przez ramię, by posłać Hopperowi zdezorientowane spojrzenie. Co miała mu obiecać? Obieca mu wszystko co tylko zechce. Wallace zrobi wszystko, czego sobie tylko zażyczy. Niech jej tylko nie zostawia. Niech nie umiera. Już uchylała usta, by go poprosić o szczegóły, ale wtedy one same nadeszły, a ona… znowu poczuła jak jej brakuje powietrza. Znowu zabolało. Tak cholernie zabolało. Matilde musiała się mocniej przytrzymać łóżeczka Jocelyn.
– Nie możesz… – szepnęła na jednym wdechu, czując jak gula w gardle się powiększa. Nie mógł tego od niej wymagać. To było nie w porządku. Oboje wiedzieli, że nie dotrzyma danego słowa. Tak bardzo nie chciała go okłamywać. Dlaczego jej to robił? Jej dolna warga zaczęła drżeć. – Ja… nie mogę… bez ciebie… – to nie było jakieś głupie wyznanie miłosne, to był fakt. Jej nie było. Nie bez niego. Jak mógł od niej wymagać, że kiedy odejdzie ona będzie tutaj… Nie mógł. Nie poradzi sobie. Już ledwo trzymała się na nogach, a przecież wciąż oddychał. Wallace potrząsnęła głową. – Nie mogę.
Dobrze było tak po prostu siedzieć i słuchać jak Matilde nuciła ich dziecku. Naprawdę... spokojnie, nawet pomimo tego cholernego bólu głowy, na szczęście coraz słabszego. Potrzebował więcej takich chwil. To nie mógł być po prostu koniec. Zasługiwali na całe, długie życie, ktoś musiał zadbać o Josie, kiedy mała będzie dorastać. Ale... musiał myśleć o najgorszej możliwej opcji. To wszystko nie mogło się posypać w momencie, kiedy on zginie - jeśli zginie. Po prostu... To było zbyt ważne, one były zbyt ważne.
Może powinien był poczekać aż Wallace usiądzie. Widział, jak zaciskała palce na łóżeczku. Widział, jak bardzo w nią to uderzyło. To był bolesny temat, ale nie mógł, nie mógł pozwolić, żeby Wallace zginęła. Miałby żyć czy nie, to nie miało znaczenia, tu chodziło o nią. Nie mogła się poddawać. Nie mogła robić tego co on, niemal rok temu. Też nie wierzył, że czeka go jeszcze jakiekolwiek życie, a tymczasem, cholera... To były najlepsze miesiące jego życia. Nawet jeśli wszystko pójdzie źle, nie mógł pozwolić, żeby straciła nadzieję, żeby marnowała swoją szansę na szczęśliwe zakończenie, mimo wszystko. Za bardzo ją na to kochał.
- Tak, możesz - stwierdził stanowczo.
To będzie trudne, miał tego świadomość. Może nawet niemal niemożliwe. Ale poza wszystkim, Josie jej potrzebowała, a jeśli on sam zginie... Coś go łapało w gardle na tę myśl, ale wyglądało na to, że Matilde będzie musiała przeżyć najlepsze chwile za ich dwójkę. Oby nie, oby był tylko paranoicznym idiotą... Musiał się upewnić. Mimo wszystko.
Chciał zrobić coś, żeby poczuła się lepiej. Objąć ją, pocałować, powiedzieć że nie musieli się tym martwić... ale to nie była prawda i mimo że ból był już dość znośny, wstawanie raczej nie było najlepszym pomysłem. Najpewniej będzie musiał jeszcze bardziej drążyć temat, patrzeć jak Matilde rozpada się na kawałki... i to zrobi. Musiała mu obiecać, tylko tak mógł się upewnić, że wszystko będzie dobrze.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Czy on tego nie rozumiał? Dla niej jedyne szczęśliwe zakończenie było przy nim. Ja mógł jej to robić? Jak mógł ją prosić, by żyła dalej? Nie miała tego zrobić. Już teraz umierała. Z każdą sekundą coraz bardziej. A przecież wciąż mogła go dotknąć. Wciąż słyszała jego głos. Wciąż widziała to w jego oczach. A on chciał… chciał, żeby ułożyła sobie życie? Po wszystkim? Wallace potrząsnęła głową.
– Nie – powiedziała stanowczo, chociaż ze łzami spływającymi po policzkach i strużce krwi wypływającej z nozdrzy, nie zabrzmiało to na tyle silnie. Nie, tak jakby tego chciała. Mogła mu obiecać wszystko co chciał. Wszystko. Ale nie to. Nie wierzyła w życie po śmierci. A jego śmierć była dla niej końcem. I dla Josie będzie zdecydowanie lepiej jeśli straci dwójkę rodziców. To było cholernie przykre, cholernie niesprawiedliwe, ale… prawdziwe.
– Nie możesz – powtórzyła, totalnie się rozklejając. Nienawidziła tego jak ckliwa teraz była. Jak bardzo się przed nim obnażała. Ale on chyba nie rozumiał, co dla niej zrobił. To co było teraz… to było jedyne zakończenie. Nie chciała innego. Nie pozwoli sobie na inne. Bolało. Bolało tak samo, jak wtedy kiedy jej mówił o tym, że nie mają już czasu. Dlaczego wbijał jej nóż w tak bardzo poranione i połamane serce?
– Nawet nie wiesz o co mnie prosisz, Will – wyrzuciła z siebie przecierając ręką twarz i jednocześnie rozmazując na skórze łzy i krew. – Zostanę z tobą, tylko nie mów więcej takich… takich rzeczy – wydawało się, że znowu się uspokoiła. Łzy wciąż płynęły po jej policzkach, ale przynajmniej głos miała całkiem stabilny. Spokojny. Wybaczy mu to co mówił, po prostu… niech już zamilknie. Niech nic więcej nie mówi.
- Wiem - odpowiedział jej tylko, tym samym, spokojnym głosem. Doskonale rozumiał przez co miała przejść. Z Elvirą było inaczej, przez lata się łudził się, że dziewczyna żyła. Ale w tamtej wizji, miesiące temu... patrzył jak Wallace umierała. Doskonale rozumiał, przez co miała przejść, jeśli ich najgorsze koszmary się spełnią, a operacja w niczym nie pomoże.
W milczeniu wyciągnął chusteczkę z szafki nocnej i podał ją Matilde. Nie mógł powtórzyć, żeby to się powtórzyło, po prostu nie... A jednak, to się znowu działo, dokładnie to samo. Tak jak wtedy zabił ją strzykawką fentanylu, tak teraz miał ją zabić własną śmiercią. Nie, nie mógł o tym myśleć, nie mógł przypominać sobie co czuł, kiedy obejmował Wallace, z której wypływało życie. Nie teraz.
To się nie miało tak skończyć. To się nie miało skończyć podłogą motelowego pokoju po której się wiła, ścianą, przy której siedziała, zupełnie zniszczona, ze strzykawką w dłoni. Pomóż mi, powiedziała wtedy. I może właśnie to robił. Upewniając się, że wyrzuty sumienia nie pozwolą jej się zabić. Jej życie zbyt dużo znaczyło.
Przez myśl mu przemknęło, że jeśli to miała być cena, to może lepiej, żeby nigdy nie podchodził do niej w tamtym parku. Tyle by stracili, ale ona by przynajmniej żyła... Nie. Wtedy nie urodziłaby się Josie, nie mogłoby być warto.
To wszystko miało się jeszcze dobrze skończyć. Musiało. Wystarczy, że przeżyje ten miesiąc, wystarczy że przeżyje operację. To nie było aż tak dużo. Żadna z tych strasznych rzeczy nie miała się wydarzyć, nie, nie, nie. To było tylko zabezpieczenie. Zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze, prawda? Gdyby nie był, już dawno by nie żył.
- Możesz ze mną zostać. Możesz mnie znienawidzić. Wszystko co się liczy to to, żebyś przeżyła - odpowiedział jej. I nie, nie miał zamiaru jej wypuszczać z tego pokoju. W końcu miała przeżyć.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Nie, nie wiedział. Mógł sobie mówić co chciał, ale cholera jasna nie wiedział. Matilde patrzyła w jego oczy, czując jak obezwładnia ją ta cała cholerna bezradność. Tonęła w tym i wyglądało, że nie miało być dla niej już żadnego ratunku. A człowiek, którego kochała, jeszcze bardziej spychał ją na dno. Znowu chciała stąd wyjść. Znowu chciała tak po prostu zniknąć.
– Gdybyś był na moim miejscu to byś mi to obiecał? – zapytała po prostu. Może dla niego to wydawało się banalnie proste, ale ona nie była taka jak on. Daleko jej było do bycia pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi i nie byłaby w stanie opanować życia bez niego. Życia po śmierci. Nigdy nie wierzyła w tego typu bzdury. Więc nie. Nie miał cholernego pojęcia o co ją prosił. I nigdy nie spodziewałaby się po nim, że tak umyślnie postanowi złamać jej serce. Że będzie patrzeć, dobijać ją… Nawet nie wykonała najmniejszego wysiłku, by wyciągnąć rękę po chusteczkę. Nie chciała tego. Nie chciała już właściwie niczego. Jedynie zaszyć się pod ziemią.
– Więc nie umieraj – odpowiedziała chłodno na jego słowa. Skoro jej życie było tak piekielnie ważne i tylko to się liczyło… nie miał wyjścia. Bo ona nie zamierzała go okłamywać. Nie zamierzała składać obietnicy, której nie będzie w stanie dotrzymać. Mógł się wkurzać, irytować. Mógł ją jeszcze bardziej torturować… W zasadzie to nie było chyba możliwe, by zranił ją jeszcze bardziej. Już teraz nic z niej nie było. Nie umiera – to było tak banalnie proste.
Powinien po prostu odpowiedzieć tak. To było to, co każdy normalny człowiek by zrobił, to była odpowiedź, która mogła mu dać najwięcej. Problem w tym, że z jakiegoś dziwnego powodu od samego początku był zupełnie szczery z Matilde. Nie mógł powiedzieć czegoś takiego, jeśli w to nie wierzył... a czy mógłby obiecać jej coś takiego? Już kiedyś był po tej drugiej stronie, patrzył jak powoli umierała... a sam zginął niewiele później. Otoczyli go, nie miał szans. Może tylko to sobie powtarzał, bo nie chciał mieć żadnych szans. Rzecz w tym, że tamtego dnia stracił wszystko. Matilde była w ciąży, chwilę wcześniej skazał na śmierć swoją młodszą siostrę... Dopiero tamten chłopiec wszystko zmienił. Hopper... Hopper myślał, że będzie umierał wściekły, zrozpaczony, pusty. Kiedy zrozumiał, że jeśli dzieciak nie wpakuje mu kulki w głowę, sam skończy niewiele lepiej, Will po prostu... chyba w pewien sposób się z tym pogodził. To było wtedy jedyne rozwiązanie, nie ważne jak by się starał, nie cofnąłby czasu... A powinien to inaczej rozegrać. Nie powinien siedzieć w deszczu na tamtej zimnej ziemi, kiedy zdał sobie sprawę, że Wallace już nie żyje. Nie powinien. Nie mógł. Tamten dzieciak potrzebował, żeby ktoś go wyciągnął z tego bagna. Potrzebował ojca. Cholera, to była przecież tylko wizja! To się nie stało naprawdę, nic z tego nie było prawdą. Nie mógł podchodzić do tego tak... emocjonalnie. Rzecz w tym, że nie potrafił, wtedy to była prawda. I teraz, gdyby coś miało stać się Matilde...
- Tak, zrobiłbym to - odpowiedział w końcu. To nie było dobre miejsce do życia, a ktoś musiał zadbać o to, żeby Josie nie przeżyła tego, co on i Matilde musieli. I cholera, choćby miał patrzeć jak własna córka wpakowuje mu kulkę w głowę, zrobiłby to. Zrobiłby dla nich wszystko i chyba to było najbardziej przerażające.
Kiedy Matilde nie wzięła od niego chusteczki, po prostu podszedł do niej zetrzeć jej tę krew z twarzy. Nieco kręciło mu się w głowie, a ból mocniej o sobie przypomniał przy zmianie pozycji, ale nie było najgorzej. Kurwa mać. Jak on miał je zostawić? Nie mógł umierać, po prostu nie mógł.
- Wiesz, że to tak nie działa - odpowiedział jej tylko. Przez chwilę stał z tą idiotyczną chusteczką w ręku, zanim znowu się odezwał: - Ja... Muszę to usłyszeć. Proszę.
Musiał wiedzieć, że wszystko będzie w porządku. Może i umrze, ale to będzie tylko jedna śmierć, że cały jego świat zupełnie się nie zawali w momencie, w którym przestanie na niego patrzeć. Nie wymagał od niej, że będzie czysta po tym wszystkim, że będzie się trzymać w jednym kawałku, że w ogóle zostanie tutaj, w Bractwie, w tym kraju. Prosił tylko o jedną rzecz. To nie było aż tak dużo, prawda? Po prostu, żeby się nie zabijała, żeby dała sobie szansę.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Była przekonana, że zamknie mu tym usta. Że dzięki temu, on da jej spokój. I kiedy tak zastanawiał się nad odpowiedzią, Wallace wyraźnie świdrowała wzrokiem jego twarz. W tym momencie naprawdę chciała poznać jego myśli. Wiedzieć co aż tak bardzo pochłonęło jego umysł, że nie był w stanie odpowiedzieć na tak proste pytanie. I kiedy wreszcie z jego ust padła odpowiedź, Matilde… Matilde odwróciła wzrok, wbijając go w podłogę. To było dziwne uczucie. Jeszcze nigdy wcześniej nie myślała o tym, co będzie kiedy ona umrze jako pierwsza. Właściwie to nawet nigdy nie miała okazji, by się nad tym zastanowić. Zawsze skupiali się na Willu i jego niecierpiącym zwłoki problemie. Ona… ona miała żyć. Po prostu. Z czystej definicji tego jaką zołzą była. Nieważne jak chujowy miała charakter, to nigdy się nie poddawała. I śmierć w jej przypadku… zawsze wydawała się całkiem absurdalna. A teraz… teraz kiedy stanęła jej przed oczami wizja umierania. Wizja zostawiania na ziemi wszystko co kocha. Wizja poddawania się… Matilde przełknęła cicho ślinę.
– Przykro mi, nie jestem tak wyjątkowa jak ty – była zdenerwowana i sama nie do końca potrafiła zrozumieć dlaczego. Nie umiała myśleć w takich kategoriach jak Will. A Josie… Josie będzie lepiej bez kogoś, kto od dobrej godziny myślał jedynie o tym, by wbić sobie igłę w żyłę. Prawda była taka, że Josie trzeba było najbardziej chronić przed nią samą. Ale Will był zbyt ślepy, by to zrozumieć. Nawet na niego nie spojrzała, kiedy postanowił wytrzeć jej twarz chusteczką. Rozumiała to, że potrzebował odpowiedzi. Że chciał mieć pewność, że umrze w spokoju. Ale nieważne jak chujowa była sytuacja. Ona po prostu nie mogła go okłamać.
– Przykro mi, Will – odpowiedziała w końcu, powracając do niego spojrzeniem. To nie była jego decyzja. I nie mógł jej kontrolować. Powinien się wreszcie tego nauczyć. Cóż, skoro tak bardzo mu zależało na jej życiu to ma kolejną motywację, by wszystko poszło po ich myśli. Ona nie zamierzała zmieniać zdania. Nie zamierzała składać obietnicy, której nie dotrzyma. To, by za bardzo ją bolało.
– Muszę iść do łazienki – dodała cicho, kierując się do wyjścia. Skoro nie mogła się wybrać do Seattle, to przynajmniej chciała zostać sama. W końcu… musiała się zacząć przyzwyczajać, huh?
Powinnien był zorientować się, że coś było nie tak, kiedy powiedziała mu, że nie jest taka wyjątkowa. Myślał, że kiedy jej odpowie, coś się w niej zmieni, przemyśli to… ale przecież nie musiała. Czemu miałaby to robić? To była Wallace. Ale kiedy wiedział, że to jak próbował ją przekonać mogło nic dla niej nie znaczyć, to przecież… Poprosił ją. Rzadko kiedy to robił, ale tym razem, tym razem potrzebował tego. Potrzebował tej obietnicy. Jeśli miał mieć jakieś pierdolone ostatnie życzenie, to to właśnie to było.
A ona… [i[Przykro mi.[/i] W tamtym momencie zrozumiał nie tylko, że ona nie miała najmniejszego zamiaru obiecywać mu czegokolwiek. Ona miała się zabić, kiedy tylko Hopper zginie, a on nie mógł nic z tym zrobić. Nie był w stanie upewnić się, że Mattie nie zrobi sobie czegoś, kiedy będzie już, kurwa mać, martwy. Miał wrażenie, jakby cały jego świat zawalił się w tamtym momencie. Nie było nadziei. Jeden zły ruch, jeden błąd, może nawet to nie będzie jego wina, może to się po prostu stanie... To miał być koniec wszystkiego. Koniec jego życia, koniec z tym wszystkim co jeszcze mógł dostać, ale też koniec wszystkiego co kochał. Matilde zginie, gdzieś zupełnie sama, ze strzykawką w ręce. Josie… Przecież ona była tylko niemowlakiem, porzuconym gdzieś w samym środku wojny. Nie będzie mieć nikogo, kto obroni ją przed tamtym światem. Pewnie skończy jak dziecko Colleen - martwa albo zmieniona w jakiś pierdolony eksperyment DOGS.
Mercy zostanie w tym wszystkim sama, z tą swoją tendencją do wykańczania się dla innych. Claire, rodzice… Kto wie jak miała w ogóle potoczyć się ta wojna, kiedy sama Rebelia będzie ją prowadzić? Im nie zależało na pokoju, po prostu chcieli wyrównać rachunki. To mogło się skończyć tylko katastrofą, może nawet jeszcze gorszym światem, w którym będzie miała żyć Josie. Jak mógł być takim idiotą, łudzić się, że wszystko będzie dobrze? Jeden pechowy moment. Tylko jeden, tyle wystarczy. To nie miała być jego śmierć, to był wyrok na Josie i Wallace.
Patrzył jak od niego odchodziła, stając w tamtym miejscu i nie mając niczego, co mogłoby jej przekonać. Nie powinien jej wypuszczać. Cały czas była w złym stanie. Cały czas mogła pojechać do miasta, kupić heroinę… Cały czas mogła zginąć jeszcze dzisiaj. A on nie był w stanie nic zrobić, nic powiedzieć, mógł tylko stać i patrzeć… Głos wydobył się z jego ust, dopiero kiedy była przy drzwiach.
- Obiecałaś mi - przypomniał. - Wtedy, w marcu. W motelu. Obiecałaś mi - powtórzył.
To było żałosne. Gorsze niż ostatnia deska ratunku. Przecież wtedy, kiedy ściskał ją na tamtej podłodzę zdawał sobie sprawę, że nie dotrzyma tej obietnicy, że mówiła to tylko dlatego, że tego od niej chciał, a ona chciała, żeby został. Ale to była jakaś obietnica, prawda? Nawet jeśli tak marna, z dnia kiedy niemal umarła, a on czuł się bliski śmierci jak nigdy wcześniej. Najwidoczniej nie nigdy później.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Jedyne czego chciała to być wreszcie szczęśliwa. Ostatnie miesiące… nieważne ile sprzeczek pojawiało się na horyzoncie, ile razy podwinęła im się noga… to były najlepsze miesiące jej życia. I gdy jeszcze te trzy godziny siedziała w samochodzie, przekraczając granice Seattle, przepełniała ją nadzieja. Była przekonana, że właśnie udało jej się to wszystko wydłużyć. Że być może wreszcie odkupiła wszystkie swoje winy. Że być może los postanowił wynagrodzić jej te wszystkie cierpienia i skupić całą swoją uwagę na innym nieszczęśniku.
Teraz jednak, kilka godzin później, brutalnie pozbawiona wszystkich marzeń i złudzeń… nie wiedziała co ze sobą zrobić. Potrzebowała zostać sama. Potrzebowała chwili dla siebie, by przetrawić to wszystko i pogodzić się z nową – niesamowicie szarą i pachnącą śmiercią – rzeczywistością. Tylko… czy to w ogóle było możliwe? Zwłaszcza po tym wszystkim co razem przeszli? Nie zamierzała zostawać tu ani sekundę dłużej. Już wyciągała dłoń w kierunku klamki, by tak po prostu ją nacisnąć i zniknąć w nicości.
Ale wtedy usłyszała słowa Willa i cała nagle zesztywniała. Matilde, wciąż stojąc do niego tyłem, zawiesiła dłoń w powietrzu, przełykając cicho ślinę. Tak, obiecała mu. Pamiętała to dokładnie. Ale czy on nie rozumiał jak bardzo zmieniła się cała sytuacja? I jak bardzo cała ta obietnica była nieaktualna? Cholera, przecież właściwie to ją złamała już w kwietniu. Ćpała. Sam ją odebrał z tego pieprzonego przystanku. Musiał to pamiętać.
– Nie sądziłam, że się z tym pogodzisz – odezwała się cicho, przekrzywiając głowę przez ramię. Bolało ją to wszystko. Poddał się. Poddał się samej śmierci, a ona… nie potrafiła tego zrozumieć. Nie powinien nawet dopuszczać do siebie tego najgorszego scenariusza. Nie, jeśli rzeczywiście chciał dalej walczyć. Dalej żyć. Jeśli rzeczywiście sądził, że ma jakieś szanse… A teraz wymagał od niej złożenia obietnicy, tylko po to, by uspokoić swoje sumienie. Po to, by móc zaszyć się w jakimś lesie i strzelić sobie w głowę, czy cokolwiek tam chciał? Jak niby miała mu na to pozwolić. Matilde przełknęła cicho ślinę. – To o co prosisz… – potrząsnęła po prostu głową, by po chwili wykrzywić usta w niesamowicie smutnym uśmiechu. Może po prostu nie rozumiał tego co do niego czuła. Nie rozumiał ile dla niej znaczył. Może, kiedy mu powie to zrozumie… Może da jej spokój… – Kiedy Jeśli odejdziesz… – poprawiła się dość szybko, łamiącym się głosem. Wszystko byłoby o wiele prostsze gdyby nie kochała tego człowieka. Gdyby nic dla siebie nie znaczyli. Gdyby był tylko kolejnym epizodem, a nie cholera jasna, miłością życia. – Zabierzesz ze sobą wszystko, Will. Wszystko. A ja już nie chcę dłużej być sama… – i znowu zaczęła płakać. Przekrzywiła więc głowę, by wbić wzrok w drzwi. Nie mógł oczekiwać, że będzie dalej walczyć z wiatrakami, kiedy nic tu dla niej nie zostanie. Kiedy jego nie będzie. Matilde przełknęła słone łzy, by wydusić z siebie jeszcze jedno pytanie: – potrzebujesz, by coś ci przynieść?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum