Poprzedni temat «» Następny temat
Now you're just somebody that I used to know. | 14.03
Autor Wiadomość
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-10, 19:23   Now you're just somebody that I used to know. | 14.03
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Kiedyś były bardzo dobrymi przyjaciółkami i zrobiłyby dla siebie dosłownie wszystko. Teraz Wallace nie była co do tego przekonana. Niby siedziały razem w tym pieprzonym motelu, unikając dłuższego kontaktu wzrokowego i co chwilę posyłając sobie przesadnie uprzejme uśmiechy, ale daleko im było do jakiegokolwiek uczucia komfortu. Matilde nie miała wątpliwości co do tego, że obie musiały się w jakimś stopniu cieszyć z tego spotkania, ale jednocześnie zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze postąpiła, przychodząc tutaj. W pewnym sensie nie miała innego wyjścia, bo Hopper porzucił ją tak nagle, a ona nie miała ani pieniędzy, ani tym bardziej dachu nad głową, ale teraz… miała wrażenie, że jakby choć trochę ruszyła głową to może znalazłaby lepsze rozwiązanie. Brunetka westchnęła ciężko, powoli mając dosyć tej napiętej i niezręcznej atmosfery. I choć nie należała do osób, które odzywały się jako pierwsze i inicjowały rozmowę, w tym momencie nie potrafiła się powstrzymać. Kim one właściwie dla siebie teraz były? Miała wrażenie, że już kompletnie się nie znały.
– Ten pożar w Bractwie.. – zaczęła, odchrząkając pod nosem i jednocześnie się krzywiąc. Cholernie bolała ją głowa po tym ostatnim leczeniu Hoppera. Miała wrażenie, że coś jakby pulsowało jej w czaszce, jakby w jej głowie siedział jakiś potwór, który nieustanie krzyczał, a ona za nic w świecie nie potrafiła się pozbyć tego uczucia. Tabletek, z wiadomych przyczyn, też nie mogła brać. Cholera. Nawet nie mogła się skupić na swoich myślach.
– Wiesz kto… kto zginął? – chociaż teoretycznie nie powinno ją to obchodzić, to jednak chyba chciała, by zarówno Bradley, jak i Ricky przeżyli. Może nie byli przyjaciółmi, ale w jakimś stopniu Wallace była w stanie znieść ich towarzystwo. I z pewnością nie chciała, by spłonęli, czy coś gorszego. Podświadomie martwiła się również o tą małą Penny. Dziewczynka była przerażająca, ale chyba znalazła wspólny język z ciocią Matilde.
Wallace na moment musiała zamknąć oczy, bo zrobiło jej się nieco słabo. Światło, dźwięki… ten ból. Dziewczyna zacisnęła mocniej wargi, powoli otwierając powieki i wbijając wzrok w swoje dłonie. Miała wrażenie, że płonęła jej skóra. Początkowo była przekonana, że to efekt tej cholernej migreny, ale teraz zobaczyła to na własne oczy. Na wewnętrznej stronie jej dłoni nagle pojawiło się rozcięcie, z którego zaczęła się sączyć krew. Matilde przełknęła cicho ślinę, by kilka sekund później zacisnąć dłoń w pięść. Nie chciała, by Cass to zobaczyła.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-10, 21:52   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Ich spotkanie z pewnością nie było tym, czego mogła się spodziewać. Być może minęło już trochę czasu, odkąd mogły spokojnie ze sobą porozmawiać, siedząc na ganku i śmiejąc się z głupot, jednak… Spędziły ze sobą tyle czasu, znały się od wielu lat, ale to już nie było to samo. Nie chodziło o odwyk Matilde, już jeden przecież przeżyły, ani o nic z tych rzeczy, jakie praktycznie od razu nasuwały się na myśl. Wiedziała o tym, czuła to, siedząc w miejscu - w drugim końcu niedużego, stanowczo zbyt ciasnego i zarazem jakby dusznego pokoju - i od czasu do czasu uśmiechając się do towarzyszki. Tak naprawdę wcale nie było jej jednak do śmiechu, a spojrzenia, jakie posyłała Tildzie, gdy sądziła, że ta nie patrzy… Były zdecydowanie zaniepokojone, zmartwione i… Obce.
Nie trzeba było być psychologiem, aby wyczuć ten dystans pomiędzy nimi. Nie trzeba było także czytać w myślach ani przeszukiwać wspomnień, by wiedzieć, o co najprawdopodobniej chodziło. Ich drogi rozeszły się już jakiś czas temu. Najpierw powoli od siebie odchodziły, żeby z czasem kierować się w coraz bardziej rozbieżnych kierunkach. A potem? Ich relacja rozpadła się wręcz lawinowo. Wiedziała, że żadna z nich nie była przy tym bez winy. Od słowa do słowa, od gestu do gestu, od zawodu do zawodu… I niewiele już pozostało, nawet jeśli jeszcze jakiś czas wcześniej starały się udawać, że wcale tak nie było, że nadal się przyjaźniły.
Prawda była taka, że stały się sobie po prostu obce. A Cass nie wiedziała nawet, co mogłaby na to powiedzieć. Tęskniła za dawną przyjaciółką, ale jednocześnie czuła się tak, jakby nie mogła już powierzać jej jakichkolwiek sekretów, rozmawiać z nią o wszystkim i o niczym. Straciły to. Tak samo jak Tilda straciła jej zaufanie.
- Mhm… - Mruknęła, gdy Tilly postanowiła się odezwać, jednocześnie unosząc brwi i zachęcając ją do dalszego mówienia. To było lepsze niż siedzenie w całkowitej ciszy. Wszystko było od tego lepsze. Włącznie z rozmawianiem o cholernie trudnych rzeczach, nawet o Bractwie. O ironio, bo przecież przez większość czasu wcale nie chciała o tym mówić, próbując wyprzeć z pamięci wszystko, co o tym wiedziała.
- Wszyscy pacjenci szpitala, większość sanitariuszy… Część osób pewnie nadal się nie odnalazła. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Czy żyją, czy nie… - Wstając wreszcie z miejsca, podeszła do okna, odsłaniając kawałek zasłonki i wyglądając przez okno na pusty, ponury parking. - Potrzebujesz nazwisk? - Mogła paroma sypnąć. Tymi, jakie zdążyła poznać, odbierając telefony od tych, którzy nie wiedzieli, że nie była już w Bractwie. Naprawdę chciała im pomóc, ale… Nie mogła. Nie teraz, gdy wszystko tak bardzo się pokomplikowało. A ona nie miała nawet nikogo, komu mogłaby o tym szczerze powiedzieć. Opierając się o parapet, westchnęła ciężko.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-10, 22:24   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Obie były tak samo winne całej tej sytuacji. Być może gdyby Wallace była trochę innym człowiekiem, choć trochę lepszym człowiekiem to odczuwałaby jakieś poczucie winy. Ale przecież nie była lepszym człowiekiem. Po prostu… zmieniła się. A właściwie to obie się zmieniły. I Matilde bynajmniej nie miała zamiaru przepraszać za to, co zgotowało jej życie. To jaka teraz była nie było nawet zależne od niej. Każde jedno zdarzenie, każda trauma i porażka… to wszystko ją ukształtowało. I najwyraźniej należała do tej grupy ludzi, którzy zamiast stać się kimś wartościowym, tracili wszelkie pozytywne cechy charakteru. Tilly nie była dłużej słodką, niewinną i wrażliwą dziewczyną o naprawdę dobrych intencjach. Tak, zawsze była samolubna, ale nie do tego stopnia. Teraz nawet nie była zdolna do poświęceń. Poza jednym wyjątkiem, ale patrząc na jej motywację w tym całym szaleństwie… śmiało można było stwierdzić, że w głównej mierze kierował nią egoizm. Wallace starała się skupić na słowach przyjaciółki, ale nie było to najłatwiejsze zadanie. Miała wrażenie, że wszystkie słowa docierały do niej z jakimś cholernym opóźnieniem. W dodatku ten cholerny diabeł, tkwiący w jej głowie nie chciał się zamknąć i chyba stwierdził, że przekrzykiwanie się z Cass będzie zajebistą zabawą. Cholera, czuła się tak parszywie.
– To zrozumiałe – połowy osób pewnie nawet nie znała. Choć teoretycznie pracowała w szpitaliku i miała kontakty z większością mutantów, nie przywiązywała do nich żadnej wagi. Nie znała nawet imion połowy z nich, a drugiej połowy nawet nie kojarzyła. Nie była sentymentalna. Kiepsko, że zginęli i to w taki sposób, ale no… była zbyt matyldowa, by bardziej rozczulać się nad ich losem. Interesowała ją tylko ta garstka. A najbardziej sam fakt, że ani ona, ani Cass, ani Fay, ani Hopper nie byli w obozie w trakcie zdarzenia.
– Wiesz coś o Roseberry? Albo o Grey’u? – wypowiadanie tych nazwisk sprawiło jej naprawdę dużo problemów. Zarówno przez ten pulsujący ból głowy, a także to cholerne odkrycie. Na jej dłoni pojawiały się kolejne rozcięcia. Czuła to. Czuła też mokrą ciecz pod palcami i metaliczny zapach krwi. Chyba nawet zrobiło jej się słabo, gdy zobaczyła, jak po jej nadgarstku ścieka strużka krwi. Nie rozumiała czemu to się działo. Nigdy wcześniej tego nie było. I nawet nie mogła się zastanowić co z tym fantem zrobić, bo tak cholernie bolała ją głowa. Chyba powinna pójść do łazienki. Czemu więc wciąż tu była?
– Masz papierosy? – spytała słabszym głosem, podnosząc głowę w stronę okna, co nie było najmądrzejszym posunięciem bo światło tak bardzo drażniło. Cholera. Naprawdę potrzebowała zapalić. Potrzebowała też choć trochę poprawić atmosferę między nimi. Zmieniły się, ale Wallace nie chciała jej stracić. Cass była chyba jedyną osobą, z którą Tilda mogła porozmawiać o wszystkim. A przynajmniej kiedyś tak było. Teraz… wszystko się pokomplikowało. Nie chciała jej jednak okłamywać w tej jednej kwestii.
– Muszę ci o czymś powiedzieć.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-11, 00:40   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Mhm. - Powiedziała ponownie, nadal wpatrując się w parking, jakby dostrzegała tam coś wyjątkowo fascynującego. Tak naprawdę, cóż, chciała tylko odwrócić wzrok od Wallace, nawet jeśli to równało się daniu Tildzie przyzwolenia do okazjonalnego świdrowania wzrokiem jej pleców. Być może już nie były ze sobą tak związane jak kiedyś, ale Gardner nie brała pod uwagę możliwości wbicia jej noża w plecy. Nie takiego realnie istniejącego, bowiem metaforycznie… Jakby na to nie patrzeć, Tilly już to zrobiła. Niejednokrotnie, ale… Czy warto było o tym w ogóle myśleć? To nie była najgorsza z rzeczy, jakie się wydarzyły. No i, bądź co bądź, w pewnych aspektach, Matilde miała wtedy rację. A to zdecydowanie nie był czas, aby rozważać takie rzeczy. Nie, gdy miały poważniejsze tematy.
Jak… Bractwo… Bradleya… Rocky… Całą resztę tych, o których Cassie wiedziała żałośnie niewiele. Ich imion nie było na listach zamordowanych, jakie udało jej się zobaczyć. To jednak nie oznaczało, że byli całkowicie bezpieczni i nic im się nie stało. Równie dobrze, mogli zaginąć albo zostać strawieni przez ogień w szpitaliku. Mogli zostać pominięci w rejestrach zmarłych, przepaść, rozpłynąć się w powietrzu jeszcze bardziej, niż to się teraz zdawało. Cassandra nieznacznie pokręciła głową, nie odwracając się do Tildy, tylko odpowiadając jej ciężkim, poważnym tonem głosu.
- Nie wiem. - Gdyby Tilly spytała ją o kogokolwiek innego, być może byłaby w stanie udzielić jakiejś bardziej wyczerpującej odpowiedzi, a tak? Tak nie miała nic konkretnego do powiedzenia. I to zdecydowanie ją dołowało. Jeszcze bardziej niż wcześniejsze myśli. - Nie ma o nich żadnej wieści. Przynajmniej ja jej nie dostałam, ale osoby z Bractwa przestają się do mnie zgłaszać. - Wieść o tym, że już z nimi nie była, zapewne - mimo wszystko - jakoś się roznosiła. A z nią przychodziły także cisza i dezinformacja. Nie było łatwo, ale nie miała już nawet siły czy ochoty, by zapalać stres kolejnymi fajkami. Może dlatego miała ich wciąż prawie pełną paczkę.
- W kieszeni kurtki. - Odpowiedziała, dając Tildzie do zrozumienia, że mogła poczęstować się papierosami, jeśli tego właśnie chciała. Po odwyku raczej nie powinno się palić, tak przynajmniej dotychczas sądziła Gardner, jednak nie zamierzała mieszać się w sprawy Wallace. Były już przecież dojrzałymi kobietami, nie byle gówniarami usiłującymi zachowywać się niczym nadmiernie odpowiedzialne dorosłe. Matilde robiła dokładnie to, co chciała. Zawsze tak zresztą było.
- O czym? - Słysząc zmianę w tonie głosu towarzyszki, powoli obróciła się ku niej przodem, nie od razu przenosząc na nią jednak spojrzenie. Może przez to, że nie chciała świdrować jej wzrokiem. Nie zamierzała jej już też dłużej pilnować czy czynić wyrzutów. Nie była obojętna, po prostu instynktownie się izolowała, wewnątrz dosyć boleśnie przeżywając to, co się pomiędzy nimi stało. Żałowała tego, naprawdę mocno tego żałowała.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-11, 20:28   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Oh. Chyba powinna się tego spodziewać. Ani Bradley, ani Ricky nie wyróżniali się niczym specjalnym. Być może brak wiadomości był dobrą wiadomością, ale… czy Wallace w ogóle miała zamiar się bardziej nad tym rozwodzić? To, że ich tolerowała nie oznaczało, że miała za nimi rozpaczać, czy poruszać niebo i ziemię, by się z nimi jakoś skontaktować. Miała nadzieję, że przeżyli, ale jeśli nie… huh. Może to brzmiało okropnie, ale byłaby w stanie poświęcić ich życie w zamian za kogoś na kim naprawdę jej zależało. Matilde westchnęła ciężko.
– Mogłabym zadzwonić, ale to chyba nie jest bezpieczne..? – sama nie wiedziała dlaczego zadawała to pytanie skoro doskonale znała odpowiedź. Mogli zginąć, a DOGS przejęli ich komórki. Mogli zostać złapani i scenariusz się powtarzał. Mogli nie zostać złapani, ale jednak się ukrywać. Nie było teraz bezpiecznie. Nie było bezpiecznie kontaktować się z nikim z Bractwa. Taka była prawda. O ironio. Czy Colleen nie gwarantowała im wszystkim bezpieczeństwa? A teraz połowa z ludzi, którzy powierzyli jej życie i ślepo w nią wierzyli zapłacili za to zaufanie największą cenę.
– A co na to wszystko Colleen? – musiała spytać. Po prostu nie mogła się powstrzymać. Nawet jeśli spowodowało to tylko kolejną falę bólu. Być może to po prostu była karma. Za te wszystkie okropne myśli, rzeczy, których się dopuściła… Coś jakby wierciło jej w głowie, a jej coraz ciężej było to wszystko ignorować. W dodatku ta krew i wciąż wytwarzające się rany. Była przerażona. Nigdy wcześniej jej się coś takiego nie zdarzyło. Nie miała jednak wątpliwości co do tego, że było to spowodowane używaniem mocy. Czy mogła się jednak dziwić? Choroba Hoppera była naprawdę wymagającym problemem, a ostatnie leczenie… Chyba jednak wolała sobie o tym nie przypominać. Sama świadomość o tym, że Will mógł przecież w każdej chwili tak po prostu umrzeć… nie. Nie. Nie. Matilde wstała z krzesła, by ruszyć we wskazanym kierunku. Musiała zapalić. Nie chciała wracać myślami do tamtego momentu. Chyba nigdy wcześniej się tak cholernie nie bała. Dziewczyna niedbałym ruchem ręki wyciągnęła z kieszeni ubrania paczkę papierosów, po czym włożyła sobie cieniutką fajkę między zęby i porządnie się zaciągnęła. Matilde miała tylko nadzieję, że Cass nie zauważy tego, jak bardzo poplamiła jej kurtkę.
– Odwyk.. ja.. – huh, wcale nie byłam na odwyku? Czy coś takiego chciało się słyszeć z ust przyjaciółki? Czy w ogóle takie rzeczy powinno się mówić? Nie. Chyba nie. Nieistotne. Wallace wróciła na wcześniejsze miejsce, wycierając zakrwawiony nadgarstek o chusteczkę, którą również wygrzebała z kurtki Gardner.
– Zanim się zgłosiłam na odwyk… – kolejna fala bólu. Dobrze, że siedziała, bo mogło ją to zwalić z nóg. – Kupiłam heroinę. I… – czy musiała coś jeszcze mówić? Wallace wbiła wzrok w twarz Cassandry.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-11, 21:41   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- To nigdy nie było bezpieczne. - Stwierdziła, nie zamierzając bawić się w mówienie o tym, jak to kiedyś było lepiej. Nie było. Zawsze tak samo ryzykowały, kontakując się ze światem, kiedy były w siedzibie Bractwa, czy z osobami w Obozie, gdy były poza nim. Z tą różnicą, że teraz w grę wchodziło już nie spalenie - cóż, miejscówka została bardzo dosłownie spalona - kryjówki dużej grupy mutantów, a narażenie jednej, dwóch czy kilku osób. Pytanie, czy Tilda była w stanie przyjąć na siebie ewentualną odpowiedzialność… I czy informacje były dla niej do tego stopnia ważne… A tego Cassandra nie wiedziała, nie mając zamiaru spekulować, bo ostatnio wielokrotnie zrobiła to źle.
No, powiedzmy sobie szczerze, może nawet nie ostatnio. Już od paru lat podejmowała decyzje, które teoretycznie uważała za dobre, a które - po początkowym etapie przyzwoitości - okazywały się czymś niemożliwie głupim. Począwszy od odejścia z domu rodzinnego, poprzez przeprowadzkę i podjęcie pracy dla FBI, związanie się z niewłaściwym człowiekiem, wybór niewłaściwej strony konfliktu - przecież zawsze mogła wcale się w to nie mieszać - ucieczkę i powierzenie swojego losu komuś, kto nie był w stanie zadbać nawet o swój własny…
Colleen… Dokładnie tak… Wspaniała Colleen, wielka przywódczyni Bractwa, córka tak bardzo znanej kobiety, liderka i protagonistka, która w tak banalny sposób po prostu przepadła, złapana i zamknięta, może nawet zabita. Pytanie Wallace sprawiło, że Cassandra wyłącznie nieznacznie się skrzywiła, nadal spoglądając przez okno, choć nie było za nim zbyt interesujących widoków. To był jednak dosyć dobry sposób na wycofanie się, a to właśnie robiła Cassie.
- Colleen już nie ma. - Odpowiedziała cicho, bębniąc przy tym palcami o wewnętrzny parapet. - Niektórzy uciekinierzy widzieli, jak ją chwytają. - Nie było wątpliwości, że nawet mocarna Marie musiała poddać się naciskowi D.O.G.S. i skapitulować, gdy nie miała już innego wyjścia. Czy to metalowy pajęczak, czy to obroża blokująca moc - nie ważne, czym ją przyszpilili. Ważne, że jej ucieczka była raczej mało prawdopodobna. Tak samo jak ewantualne odbicie przez Bractwo, które praktycznie już przecież nie istniało. Nawet jeśli ktoś w nim pozostał, wszyscy musieli wpierw wylizać własne rany, aby nie rzucać się na rząd w taki sposób, w jaki zrobiła to banda Bartowskiego.
Tacy inteligentni, a jednak tak głupi ludzie… Czasami wydawało jej się, że ta organizacja sprzyjała wariactwu. Przy tym wszystkim, co działo się tam na co dzień - nawet nie od święta - to byłoby niezmiernie prawdopodobne. Nie zamierzała jednak wypowiadać się w ten sposób, bowiem to nie był czas ani miejsce na takie rzeczy. Zwłaszcza że Tilda zwróciła na siebie jej uwagę, skłaniając Gardner ku odwróceniu się do niej przodem.
Gdy tylko usłyszała pierwsze, pełne zawahania słowa, wypowiedziane takim tonem głosu, momentalnie wiedziała, że nie miało chodzić o nic dobrego. Ba, gdzieś tam głęboko, w pewnym stopniu spodziewała się nawet tego, co miała usłyszeć. Nie przez brak wiary w Tildę, a przez ich znajomość - mimo aktualnego wrażenia obcości między nimi. Pozwoliła jednak Tilly kontynuować, opierając się pośladkami o parapet i patrząc na nią, choć nie świdrując jej wzrokiem.
- Po odwyku już nie? - Spytała powoli, może nawet wręcz ostrożnie.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-12, 13:18   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Mówili, że będzie bezpiecznie, huh? – już nawet nie trzymała swoich myśli tylko dla siebie. Nie wiedziała jaki dokładnie diabeł ją opętał, ale czy to miało znaczenie? Była w pewnym sensie naprawdę rozgoryczona i musiała to z siebie wyrzucić. Obiecywali im azyl, a tymczasem… obóz tak po prostu spłonął. I pomimo zdrady, jakiej dopuścił się Aaron z resztą zespołu, nikt nie mógł ich za to winić. Tak naprawdę jedyną odpowiedzialną osobą za tą tragedię była Colleen. Nieporadna Colleen, która nie dorosła do powierzonej jej funkcji i wciąż miała w głowie jedynie prywatne sprawy. Pozostało mieć tylko nadzieję, że ci, którzy wcześniej tak ślepo w nią wierzyli wreszcie przejrzeli na oczy. Bractwo Mutantów miało potencjał, Bractwo Mutantów było sensownym stowarzyszeniem, ale tylko wtedy, gdy osoba odpowiedzialna za cały ten bajzel była w stanie zarządzać grupką ludzi.
Usłyszawszy o tym, że Colleen została schwytana, z ust Matilde wydobyło się ciche „och”. Och. Czy Wallace naprawdę była aż tak złą osobą, skoro w pewnym sensie odczuwała dziwną… satysfakcję? Te myśli chyba wolała jednak zachować dla siebie. Obawiała się, że Gardner nie zrozumiałaby jej zbyt dobrze. A tak się składało, że Tilly nie miała nic na swoje usprawiedliwienie.
– Jak myślisz, kto teraz przejmie władzę? – ktoś musiał. Wallace nie miała wątpliwości co do tego, że Bractwo nadal będzie istniało. Będzie. W opłakanym stanie, w opłakanym składzie, ale jednak… będzie. Połowa z tych mutantów nawet nie miała innego wyjścia. Życie na własną rękę w kraju, w którym poszukiwała cię policja nie było możliwe. Matilde po raz kolejny zaciągnęła się papierosem, wypuszczając z ust obłok tytoniowego dymu. Palenie dobrze działało na stres. Zwłaszcza teraz.
Chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z tego w jakim niepokoju i strachu żyła, dopóki nie zapaliła tego cholernego papierosa. Wszystko ją przytłaczało. To jak się w tym momencie czuła i rany, które wciąż wytwarzały się na jej dłoni. Cholera, czy mogła się wykrwawić? Stresowała ją relacja z Cass i to, jak bardzo nie mogła znaleźć z nią wspólnego języka. Gardner nie ufała Wallace, a Wallace nie ufała Gardner. Stresował ją sam Hopper i stan jego zdrowia. A także ten pierdolony atak na DOGS. Czy Will był bezpieczny? Matilde przełknęła cicho ślinę, by potrząsnąć głową (co swoją drogą skutkowało tylko kolejną falą bólu). Nie, po „odwyku” nie brała.
– Nie. Ale mnie ciągnie. – nie było sensu kłamać. Myślała o heroinie na okrągło i bardzo, bardzo ją do tego ciągnęło. Powstrzymywała się jednak, bo tym razem nie chciała zjebać.
Ostatnio zmieniony przez Matilde Wallace 2018-06-13, 13:57, w całości zmieniany 1 raz  
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-13, 13:21   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Ktoś w ogóle im w to uwierzył? - Spytała w dosyć bezpośredni sposób, nawet nie kryjąc się z tym, co myślała o podobnym zaufaniu. O zgrozo, dosyć dobrze wiedziała jednak, że naprawdę sporo osób było skłonnych zawierzyć matce Colleen, a później samej młodszej Marie. Liczebność Bractwa i ilość osób widywanych przez Cass w obozie, cóż, mówiły same za siebie. Znaczna większość mutantów uznawała zwierzchnictwo, bądź co bądź, bardzo młodej i niedoświadczonej szefowej, bezwzględnie wierząc w to, co im mówiła. A Colleen?
Nikt nas nie znajdzie, twierdziła.
Będzie bezpiecznie, twierdziła.
Musimy przyjmować nowych członków, nawet wprost z ulicy, twierdziła.
No... Może nie do końca dosłownie i aż tak otwarcie, jednak jej zdanie i poczynania z tygodnia na tydzień coraz bardziej przestawały podobać się Cassandrze. Wydarzenia z Marszu Pokojowego sprawiły zaś, że całkowicie zwątpiła w sens przynależności do tej grupy, ostatecznie ani nie wracając do Black Lake Bible Camp, ani najwyraźniej nie będąc też specjalnie szukaną przez Bractwo. Dopóki nie była potrzebna, po całym tym dramatycznym ataku na obóz, dopóty nikt się z nią nie kontaktował. Być może dawano jej przez to swobodę, ale z większym prawdopodobieństwem... Cóż, nie była niezastąpiona. Bractwo miało wielu medyków, dopóki ci nie spłonęli w szpitalu, nie zginęli w walce czy podczas ucieczki, czy też nie zaginęli. Wtedy faktycznie - zaczęła być przydatna, więc się nią zainteresowano. To było... Wyjątkowo gorzkie, zwłaszcza, gdy wiedziała, że też prawdziwe.
Jeśli Colleen faktycznie przepadła już na stałe, być może podejście do zwykłych członków organizacji miało się zmienić, jednak Cass była skłonna stwierdzić, iż problem nie leżał wyłącznie po stronie jednej osoby z zarządu. Wręcz przeciwnie, Marie nie wyglądała na aż tak brutalnie obojętną wobec losu swoich podwładnych. Chodziło po prostu o cały organizm - przegniły i niezdrowy. W pewnym sensie, choć nie sądziła, że to kiedykolwiek przyzna, rząd miał rację. Czasami zachowywali się niczym nieokrzesani terroryści, zasłaniając się walką o prawa mutantów, ale jednocześnie łamiąc przy tym prawa niewinnych ludzi. Nie bolało ją to aż tak, dopóki nie chodziło o kogoś bliskiego jej sercu, o małe dzieci czy nieporadne osoby. Z GC i D.O.G.S. należało walczyć, ale były w tym pewne granice. Takie, które mutanci przekroczyli podczas Marszu, a ich przeciwnicy - podczas rzezi w obozie.
Może nadal było w niej coś z dawnej idealistki, skoro twierdziła, że nie tędy powinna biec droga...?
- Doradcy Colleen pewnie kogoś wytypują. Kto wie, może tego jej anonimowego cudownego chłopca o mózgu większym niż Central Park? Ponoć już i tak ma znaczące zdanie. - Wzruszyła ramionami. Nie jej cyrk, nie jej małpy, nieprawdaż? Chociaż niewątpliwie po części także ją to interesowało, tak samo jak los Colleen, w końcu... - Ponoć była w ciąży... - Rzuciła dosyć nagle, stukając paznokciami o parapet. - Biedne dziecko. - Z dwojga złego, lepiej było mieć kiepską matkę, ale żyć, niżeli umrzeć jeszcze przed narodzinami. Choć... Kto wie, jak kiepskie życie mógłby mieć ten dzieciak.
W końcu to zdecydowanie nie był najlepszy czas, aby zasiedlać Ziemię. Chyba każdy o tym wiedział, nawet jeśli nie był akurat głową organizacji walczącej ze wszystkimi przeciwko wszystkiemu. To był czas na hodowanie nałogów, nie dzieci. Dla dzieci się żyło, przez nałogi? Po prostu wiedziało, jak umrzeć. Nieszczęśliwie, dramatycznie, ale przynajmniej z papierosem w zębach. Mimo to, Cassandra naprawdę poczuła się gorzej, gdy usłyszała słowa Tildy. Nie podeszła do niej ani jej nie przytuliła - tak, jak zrobiłaby to jeszcze jakiś czas wcześniej - ale posłała jej naprawdę smutne spojrzenie.
- To dopiero chwila po odwyku, musisz się przyzwyczaić, poradzisz sobie...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-13, 19:38   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Yvonne budziła zaufanie – stwierdziła dość obojętnym tonem głosu, wykonując ten wysiłek by lekko wzruszyć ramionami. Ale to również nie podziałało zbyt dobrze na samopoczucie Wallace. Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę, mając wrażenie jakby to coś, co właśnie siedziało jej w głowie nie było zadowolone z jej osądów. Ale nie miała zamiaru za to nikogo przepraszać. Prawda była taka, jaka była. Kiedy Yvonne jeszcze żyła wszystko w Bractwie wyglądało inaczej. Ludzie byli skłonni uwierzyć w to, że kobieta nie zrobi nic, co mogłoby im zaszkodzić. W pewnym sensie czuli się tam bezpiecznie. Być może Matilde też poczułaby się bezpiecznie, gdyby nie pewne przykre wydarzenia, które w pierwszej kolejności doprowadziły ją do tego miejsca. Ale nie chciała o tym myśleć. Nie dzisiaj. Wczoraj, kiedy została całkiem sama miała wystarczająco dużo czasu, by się zdołować i zadręczać. Ale czy to było naprawdę takie dziwne? Przecież… gdyby nie ona, Aaron wciąż by żył. Te myśli, te wspomnienia sprawiły, że Matilde zaczęła niezbyt delikatnie wycierać krew z dłoni, nie zważając na to, że chusteczka całkowicie przesiąkła czerwoną cieczą, i że dalsze korzystanie z niej nie przynosiło zamierzonych efektów. Nieważne. To była zamknięta sprawa. Pogodziła się już ze śmiercią Aarona. Ba. Przecież już nawet za nim nie tęskniła. Jedynie ta świadomość, to wrażenie, że wszystko było jej winą…
– Mówisz o Hopperze? – wyrzuciła szybciej niż w ogóle zdążyła się ugryźć w język. Cudowny chłopiec o mózgu większym niż Central Park. Huh. Z pewnością nie nazwałaby tak swojego chłopaka. Był nieracjonalnym, nieczułym i irytującym dupkiem. Po prostu. A mimo to, na same wspomnienie o mężczyźnie kącik ust Matilde drgnął lekko ku górze. Nie potrafiła się nawet powstrzymać. Te kilka ostatnich dni… było perfekcyjnie. Miała wrażenie, jakby z każdym kolejnym dniem czuła do niego więcej, a ciepło w klatce piersiowej ją tylko o tym utwierdziło. Zanim jednak na dobre zdążyła się pogrążyć w myślach o Willu, do uszu Matilde dotarły kolejne słowa Cass. Wallace autentycznie zmroziło. Nie spodziewała się po sobie takiej reakcji, ale naprawdę poczuła się źle. Nie, nie fizycznie, bo w tej kategorii chyba już gorzej być nie mogło. Było jej źle psychicznie.
– Och – inteligentnie, prawda? Ale zaschło jej w ustach. Było jej szkoda tego dzieciaka. I może nawet byłaby w stanie wykrzesać z siebie trochę współczucia dla Colleen, ale… nie. Nie oszukujmy się. Nie była w stanie. Nie wiedziała co o tym wszystkim sądzić. Nie wiedziała co sądzić o tym, co właśnie czuła. Ale chyba była… zawiedziona? Rozgoryczona? Przybita? Ponownie przełknęła ślinę. Krew jakby zaczynała odpływać jej z twarzy, ale resztkami sił walczyła jeszcze ze sobą, by nie poddać się tym myślom, które powoli zaczynały kiełkować się jej w głowie.
– Być może – skwitowała neutralnym tonem głosu. Nie była optymistką. A czy jej się uda.. to się okaże. Być może rzeczywiście będzie czysta, a być może się złamie. Jedno było pewne. Nie chciała więcej brać. Ciągnęło ją, to fakt. Ale nie chciała. Nie chciała zjebać, nie chciała stracić tego co miała z Willem.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-13, 22:40   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Najwyraźniej fałszywe. - Skwitowała sucho, może nawet trochę za sucho, jak na to, co faktycznie Yvonne zrobiła dla Bractwa i dla mutantów. Niewątpliwie nie powinna umniejszać zasług kobiety, dzięki której wiele osób przeżyło znacznie dłużej niż było im to z początku pisane... Tylko i wyłącznie po to, aby zginąć, gdy władzę przejęła córka Marie. Czy to nie było, powiedzmy, odrobinkę godne pożałowania?
Cassandra od początku nie kryła się z tym, że była za umacnianiem pozycji organizacji, ale nie w takim sensie, w jakim planowała to robić Colleen. Mimo że nigdy ze sobą o tym nie dyskutowały, mając raczej dosyć sporadyczny kontakt - zwłaszcza wtedy, gdy Cassie przestała być informatorką i nie musiała już składać szefowej raportów powiązanym z tym, czego się dowiedziała - ich zdania były raczej całkowicie inne. Młody wiek Marie także nie polepszał sprawy. Prawdę mówiąc, było kiepsko. I choć Cass nie zachowywała się wrogo, raczej nie chciała ocieplać swoich stosunków z głową Bractwa. Tym bardziej, im dostrzegała większe różnice pomiędzy matką a córką - ich planami, poglądami, posunięciami czy też właśnie podejściem do bezpieczeństwa.
Czasami zastanawiała się nawet zresztą, czy Colleen faktycznie podejmowała ostateczne decyzje w sprawie swojej garstki mutantów. Momentami odnosiła bowiem wrażenie, że mogło tak wcale nie być, że ich przywódczyni wyłącznie udawała, iż ostateczne słowo należało do niej. Musiała się przecież liczyć z naciskami ze strony rady i wspomnianego mózgu, a nie wyglądała przy tym na kogoś wyjątkowo stałego w poglądach. Gdyby faktycznie poddawała się cudzemu wpływowi, nie byłoby to specjalnie dziwne. No, przynajmniej nie dla Gardner, która na moment się przy tym zamyśliła, mrużąc jednak oczy, gdy dotarły do niej słowa Tildy.
- Ten z mieszkania? On jest mózgiem Bractwa? - Spytała z powątpiewaniem, uderzając językiem o podniebienie, gdy pojedyncza myśl wpadła jej do głowy. - Przecież on nie żyje... - Powstrzymała się przed dodaniem czy tam umiera, przypominając już sobie jasno to, co widziała w głowie Tildy i tłumiąc przekleństwo w ustach. Raczej nie powinna przecież poruszać tego tematu, obiecała sobie to wszystko zostawić, nawet jeśli ją to bolało. Nie tylko w kwestii ranienia delikatnych uczuć Wallace, lecz także dokładnie tego, co stało się we wspomnianym lokalu. Słowa, jakie wypowiedziała tam Matilde, zdawały się przypieczętowywać koniec ich przyjaźni, nawet jeśli przez jakiś czas udawały, że to nie miało miejsca. Ani zdrada, ani wymierzony policzek. Mimo wszystko, to jednak nadal gdzieś tam było... I bolało.
Prawdopodobnie bardziej niż los Colleen i jej rzekomego dziecka, atak na Bractwo... Cholera, nawet narkotykowy problem Tilly. Bo było świeże, było niedawne i niezmiernie trudne do odwrócenia. Bo było personalne. Łączyło je ze sobą w najgorszy możliwy sposób. A potem stopniowo wyniszczało.
- Co zamierzasz zrobić? - Spytała cicho, patrząc na Tildę i dopiero wtedy to zauważając. - Cholera, Tilly, co ci się stało? Trzeba to opatrzyć.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-14, 21:23   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Słysząc ten powątpiewający ton głosu Cassandry, Matilde nawet nie potrafiła zapanować nad swoimi brwiami, które teraz niemal schowały się pod jej prostą, czarną grzywką. Wallace nawet nie ukrywała przed sobą tego, jak bardzo słowa Cassandry ją poirytowały. Być może powinna zastanowić się dwa razy, zanim się odezwała, ale oczywiście jak to miała w zwyczaju, nie zrobiła tego. Zamiast tego z jej ust wydobyło się suche:
– On jest pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi.
Po prostu Gardner powinna wiedzieć, nie? W ogóle dlaczego go dyskredytowała? Dlaczego nie wierzyła w to, że Hopper był mózgiem Bractwa? Wallace z jakiegoś powodu nie mogła się powstrzymać, by nie wyprowadzić przyjaciółki z błędu. Okej. Może sama wielokrotnie nazywała go dupkiem, twierdziła, że nie był najmądrzejszy, ale to nic nie znaczyło! Hopper był pierdolonym geniuszem i Cass powinna zdawać sobie z tego sprawę. A potem słysząc tą drugą część wypowiedzi dziewczyny, zamiast irytacji Matilde poczuła dziwne przygnębienie. To zabolało. Gardner pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo to zabolało. Kiedy tak przez tych kilka ostatnich dni była szczęśliwa, praktycznie zapominając o małym umierającym problemie Willa, miała nawet wrażenie, że to miało jakąś przyszłość. Właściwie to łudziła się, że z tego mogło coś wyjść. Teraz natomiast… brutalnie została sprowadzona na ziemię. A upadek był niezwykle bolesny.
– Jeszcze żyje – odparła ciszej, przełykając cicho ślinę. Starała się o tym nie myśleć, ale czy było to możliwe? Umierający Will siedział jej gdzieś z tyłu głowy i Tilda nie była w stanie tak po prostu o tym zapomnieć. Dopiero pytanie o to co zamierzała zrobić, wyrwało ją z tych przykrych myśli. Matilde lekko wzruszyła ramionami, by wyrzucić z siebie spokojne:
– Będę chodzić na spotkania, jeść i pić dużo słodkich rzeczy, po prostu… – czy miała jakieś inne wyjście? Musiała po raz kolejny przejść przez wszystkie etapy walki ze swoją przypadłością. Nie miała zamiaru się poddawać, ale była realistką. Nie wierzyła dłużej w to, że trzymanie się z dala od nałogu jest możliwe. Liczyła się z tym, że w każdej chwili mogła znowu się złamać. Krew na rękach, silny ból głowy.. to ją otumaniło na tyle, że nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że Gardner to zobaczyła. Była przerażona, a na jej skórze wciąż pojawiały się nowe rozcięcia.
– Ja… używałam mocy – a potem wreszcie całkowicie otworzyła dłoń, by Cass mogła więcej zobaczyć. Kropelki krwi spłynęły po ręce Wallace, opadając na motelową podłogę. A wszystko co Tilda była w stanie z siebie wyrzucić to ciche: – to nic wielkiego, zaraz przestanie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-17, 17:01   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Spoglądając na Matilde, zmrużyła jedno oko, przekrzywiając przy tym głowę. Prawdę mówiąc, reakcja Wallace naprawdę ją zaskoczyła, nawet jeśli Cassandra spodziewała się przecież tego, jak drażliwa może być teraz jej towarzyszka. Nie sądziła jednak, iż pytanie, jakie zadała, zostanie odebrane w aż tak kiepski sposób. Nie miała bladego pojęcia, że facet - o którym myślała, że nigdy nie widziała go z bliska, a który w Bractwie przedstawiał się jako Axon czy tam inny David... Dan... Daniel? Blake - z mieszkania był matildowym Williamem Hopperem. Wszystko stawało się dużo bardziej jasne, gdy tak o tym pomyślała, jednak na początku odruchowo zakwestionowała otrzymane informacje. Nie uważała jednak, że Tilly musiała robić z tego aż taki problem, nawet włączając w to fakt, iż zdecydowanie miała prawo być bardziej wyczulona na pewne rzeczy.
- Okej, okej. - Mruknęła, nie mając zbytniej chęci, by wdawać się w jakieś większe rozmowy na ten temat. Nie, gdy widziała, jak to działało. Niestety, jednocześnie zdążyła powiedzieć już o zdanie za dużo. To właśnie w tym momencie najprawdopodobniej powinna obrócić się w kierunku byłej przyjaciółki, przepraszając za nietakt, obejmując ją, pocieszając... W końcu doskonale pamiętała, co widziała swego czasu. Była jednak najprawdziwszym tchórzem, woląc nadal pozostać w tej samej pozycji. Nie przez niechęć do patrzenia na Tildę, a przez to, jak wyglądało teraz jej własne odbicie w szybie.
Czuła się... Winna. Zdecydowanie. Dlatego nie odpowiedziała na szept Wallace, kompletnie nie mając pojęcia, co powinna powiedzieć. Nigdy nie była świetna w te klocki, a tym razem zamilkła jeszcze bardziej. Miarowo stukając opuszkami palców o parapet, nim ciężka cisza nie została przerwana kolejnym dramatycznym wyznaniem. W przeciwieństwie do poprzedniego tematu, tym razem Cass jednak postanowiła przenieść wzrok na Tilly, nawet jeśli wciąż fizycznie się do niej nie przybliżyła.
- Masz jakieś miejsce, w którym możesz się zatrzymać? - Miała ochotę spytać o Williama i o to, czy zaoferował coś Tildzie, skoro najwyraźniej wiodło im się nieco lepiej, skoro Tilly go instynktownie broniła. Pamiętając jednak to, co miało miejsce przed chwilą, nie zrobiła tego. Odchrząknęła tylko cicho, przesuwając zębami po dolnej wardze. Ona sama miała już mieć pieniądze. W przeciwieństwie do Matilde. Nie wiedziała jednak, czy powinna cokolwiek jej oferować. W końcu nie ufały sobie aż tak jak dawniej. Nie obawiała się niczego że strony Tills, ale... Czy wypadało? Co do tego, cóż, miała już pewne wątpliwości.
Te same, które zostały momentalnie zepchnięte na dalszy tor, kiedy dostrzegła rozcięcia na skórze Tildy. Pierwsza myśl była wręcz banalna, jednak zdecydowanie nie pasowała do tych okoliczności. Dopiero odpowiedź rzuciła na to trochę inne światło, sprawiając, że Cassandra momentalnie ruszyła się w kierunku towarzyszki, przyglądając się temu z wyraźnie widocznym zaniepokojeniem.
- Oprzyj się o coś, zaraz przyniosę apteczkę. - Zakomenderowała, zawracając w kierunku łazienki. - Od dawna tak masz? Goi się? - Grzebiąc w szafce, powiedziała do niej głośno przez otwarte drzwi.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-21, 16:22   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Matilde chyba w pewnym sensie ucieszyła się, że temat Willa został tak szybko zamknięty. Nie mogła jednak nic poradzić na to w jak złym nastroju była teraz, kiedy Cassandra przypomniała jej o nieuchronnie zbliżającej się śmierci mężczyzny. Wallace, mimo że wciąż miała to gdzieś z tyłu głowy, wolała o tym po prostu nie myśleć. Usilnie ignorowała fakt, przekonując się, że znajdą jakiś sposób. Na pewno był jakiś sposób, o którym po prostu jeszcze nie wiedzieli, ale… rzeczywistość była brutalna, a Tilda powinna o tym pamiętać. Ona i Hopper.. nie mieli żadnej przyszłości. To wszystko miało się zaraz skończyć. Za miesiąc, dwa, a może nawet i trzy. Ale miało się skończyć, a ona zamiast coś z tym zrobić, po prostu coraz bardziej się w nim zakochiwała. Była taka głupia.
– Myślałam o jakimś motelu, ale nie mam żadnych pieniędzy – odpowiedziała po chwili, wzruszając lekko ramionami. Nie chciała wywierać na Cass żadnej presji. Gardner nie była jej niczego winna. I Matilde chyba nawet nie liczyła na przygarnięcie. Nie miała nawet prawa o to prosić. Po prostu…
– Mam zamiar wrócić do pracy, ale do tego momentu…. – chyba nawet chciała do tego dodać coś jeszcze. Problem tylko w tym, że w połowie zdania zaatakowała ją nowa fala bólu, a Wallace na moment zrobiło się słabo. Musiała zamrugać kilkakrotnie rzęsami, by wreszcie odgonić mroczki sprzed oczu. Już kilka sekund później było odrobinę lepiej. Musiała tylko pamiętać, by nie wstawać. Przynajmniej do momentu aż nie poczuje się lepiej.
– Uhm… nie – może i poczuła się lepiej, ale nie była w stanie wymyślić nowego kłamstwa. Chciała powiedzieć Cass, by ta dała spokój i przestała się przejmować, bo zaraz przejdzie, ale bądźmy szczerzy… Wallace była naprawdę przestraszona.
– Nie goją się – w rzeczy samej ciągle pojawiały się nowe. Zajebiście, miała stygmaty na dłoniach. Najwidoczniej była jakimś pierdolonym świętym w tym bezdusznym, okropnym świecie. Wzięła głęboki oddech. A potem kolejny. Przecież nie miała się wykrwawić. To kiedyś przejdzie.
– Chyba odkryłam nowy skutek uboczny mocy, huh? – rzuciła żartobliwie, ale nie zabrzmiało to tak, jak sobie zaplanowała…
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-21, 21:17   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Pieniądze to nie aż taki problem. - Westchnęła cicho, stwierdzając w myślach, że jaka nie byłaby ich relacja, z pewnością nie pozostawiłaby Tilly na pastwę losu. Przecież zawsze tak do tego podchodziła, nawet w momencie największej złości. Gdyby miała znacznie mniej pieniędzy, niż to faktycznie było, zapewne także odpowiedziałaby w identyczny sposób. Łączyła je przeszłość, tego nie dało się wymazać tak od ręki.
Poprosiła zresztą ojca o pieniądze, wkrótce spodziewając się kogoś, kogo uparcie z nimi wysłał. Nawet jeśli Tilda nie chciałaby zatrzymać się gdzieś razem z nią, co byłoby w pełni zrozumiałe, zawsze mogła wspomóc ją większą kwotą. Nie w formie pożyczki czy zapomogi, po prostu - za to wszystko, co razem przeszły. Jeśli nie oficjalnie, to w jakiś bardziej anonimowy sposób. Od biedy, cóż, po prostu za pracę, o której ta wspomniała. W końcu każdy człowiek na Ziemi chciał mieć jakiś niesamowicie nieprzemyślany tatuaż, jakiego miałby potem żałować na starość, nie?
- To dobry pomysł. - Przytaknęła po pierwszych słowach Wallace, zamierzając powiedzieć jej, że zaangażowanie się w jakąkolwiek robotę miało z pewnością przynieść pozytywne efekty. Tilda nie siedziałaby w końcu sama w czterech ścianach, byłoby znacznie lepiej, przynajmniej jeśli chodzi o jedną sprawę. Niestety, nie miała okazji tego dodać, dostrzegając to, co działo się z towarzyszką i lecąc do łazienki po apteczkę. Nie wiedziała, co zrobić, jeśli zranienia się nie goiły, ale zawsze mogła spróbować osłonić je przed brudem. Z tego założenia wyszła, powracając do głównego pomieszczenia.
- Nie powinnaś aż tak bardzo się nadwyrężać. - Powiedziała, nie za bardzo nawet wiedząc, kiedy weszła w ten nieco matczyny ton głosu. Zwyczajnie… Instynktownie go przyjęła, nie zwracając zbytnio uwagi na to, że skoro nie zadawały się ze sobą aż tak bardzo jak w przeszłości, raczej nie powinny się też do tego stopnia spoufalać. Troska w stosunku do Matilde była dla niej czymś całkowicie naturalnym, bo przecież praktycznie od zawsze traktowała ją jak swoją młodszą siostrzyczkę. I to chyba właśnie dlatego tak bardzo bolały ją słowa drugiej kobiety, jej czyny i to, co uznała za osobistą zdradę.
Teraz to nie miało jednak większego znaczenia. Nie, gdy aż tak bardzo martwiła się tym, co miało miejsce. Jakiekolwiek konsekwencje korzystania z mocy, jakie dotychczas widziała, nie wyglądały do tego stopnia paskudnie. Oczywiście, widziała też dużo poważniejsze skutki uboczne, słyszała o takich, po których włos jeżył jej się na głowie, ale tym razem chodziło o kogoś, na kim - bądź co bądź - mocno jej zależało. A słuchanie o niegojących się ranach niczego nie polepszało.
Przysiadła na łóżku obok Tildy, ostatecznie zsuwając się jednak na ziemię, by mieć lepszą możliwość zabandażowania rąk kobiety w taki sposób, aby tej było jak najwygodniej dalej nimi poruszać. Nie wiedziała, co to miało dać, skoro rany powstawały same, jednak tylko tyle mogła tak naprawdę zrobić. Odkazić to, co mogła, a następnie zawinąć bandażem dłonie Tilly, wzdychając przy tym ciężko.
- Kiedy ostatnio używałaś mocy? Podczas odwyku? - Nie zamierzała czynić Tildzie wymówek, zwyczajnie chciała, by ta była z nią szczera, co do tej kwestii. W końcu jakiekolwiek rany, zwłaszcza tak poważnie wyglądające i samoistnie się pojawiające, były groźne, gdy jakakolwiek opieka w szpitalu nie wchodziła w grę. Mutanci nie mieli łatwego losu, zwłaszcza teraz, nikt nie dawał im taryfy ulgowej.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-06-22, 17:56   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– A jednak najwięcej problemów wynika z braku pieniędzy – odparła ironicznie. Bo czy taka nie była prawda? Wszystko złe co działo się w tym pieprzonym świecie zazwyczaj było powiązane albo z pieniędzmi, albo z mutacjami. Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na prześladowania nadnaturalnych miały pieniądze. A przynajmniej nie byłaby zdziwiona, gdyby tak się okazało.
Ale tak. W jej sytuacji pieniądze nie były aż tak wielkim problemem. Zawsze mogła je skądś skombinować. Pożyczyć, ukraść, cokolwiek. Nie było czegoś takiego jak sytuacja bez wyjścia, o czym chyba zdołała się przekonać kilka lat temu. Wtedy też nie miała pieniędzy, a rozpaczliwie potrzebowała kolejnej dawki heroiny. Prędzej, czy później.. coś miała wymyślić. Po prostu… musiała schować dumę do kieszeni. Tylko jak to zrobić? Jak poprosić? Jak to w ogóle się robiło? Wallace westchnęła ciężko, zwilżając dolną wargę językiem. Były przyjaciółkami. Może w tym momencie już się nie przyjaźniły, ale kiedyś.. kiedyś tak. To powinno być banalnie proste. Bo niby co mogło pójść nie tak? Ludzie się o siebie troszczyli. Robili dla siebie rzeczy bo im zależało. Cass też zależało. Inaczej przecież nie wypisywałaby do niej, kiedy Matilde była na tym całym odwyku.
– Mogłabym zostać z tobą na kilka dni? – po prostu to zrobiła. To nie było nic trudnego. Wallace zawiesiła wzrok na twarzy Cass, chcąc zobaczyć jej reakcję. Nie musiała się przecież zgadzać. Chyba nawet nie miałaby żadnych pretensji. Po prostu… to było niezobowiązujące pytanie. Chyba całą swoją postawą chciała po prostu dać Cass do zrozumienia, że odmowa była okej. Zwłaszcza w ich sytuacji. A potem słysząc słowa Cass o nadwyrężaniu się… Wallace po prostu parsknęła śmiechem. Sama nie wiedziała dlaczego. Być może ból głowy doskwierał jej już tak bardzo, że nie była w stanie się opanować. A być może po prostu całkowicie oszalała. To by nie było nic dziwnego, biorąc pod uwagę wszystko to co się działo w jej życiu. Ale te słowa.. Czy to nie było ironiczne? Wszyscy jej powtarzali jaka samolubna była, że nie chciała leczyć. Robili jej wyrzuty, naciskali na nią, a teraz Cass stwierdziła, że nie powinna się nadwyrężać. To brzmiało tak abstrakcyjnie.
Nie odpowiedziała jednak nic. Po prostu pozwoliła Cass opatrzeć swoją rękę i chyba przyjęła to z ulgą. Może nie dawała tego po sobie poznać, ale naprawdę panikowała. Nie była zbytnio pewna co do tego, że sama potrafiłaby coś z tym zrobić. Zwłaszcza, że tak bardzo kręciło się jej w głowie. To było takie dziwne uczucie. Być może to stan w jakim była, a być może jakieś resztki uczciwości sprawiły, że miała zamiar być szczera. Nie było sensu kłamać. I tak było po fakcie.
– Dwa dni temu – odparła cicho, wciąż mając zamknięte oczy. Przez chwilę może nawet sprawiała wrażenie osoby, która się nad czymś głęboko zastanawia. – Na odwyku… można tak powiedzieć. – przyznała w końcu. Powinna jej powiedzieć, czy nie powinna? Chyba jednak nie.
– Musiałam komuś pomóc, bo inaczej byłoby naprawdę… źle. Dlatego wyszłam z odwyku szybciej niż planowałam – tak. To brzmiało nawet sensownie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5