- Może jakieś powitanie? Cokolwiek? - odezwała się nieco podirytowanym tonem głosu, wręcz dało się słyszeć to jak robi przerwę na wywrócenie oczami. A potem westchnęła, kolejne słowa wypowiadając z czymś łudząco podobnym do zdenerwowania, wymieszanego z chłodem. - Rzekomo jesteś największym mózgiem świata, huh? Więc... czy w Seattle teraz pada?
- Zadzwoniłaś pod zły numer - rzucił sucho. Czy ona naprawdę liczyła na jakiś small talk? W ich wykonaniu?
- Och, myślałem, że umiesz chociaż używać Google'a - odpowiedział zgryźliwie, ale i tak przesunął się bliżej komputera i wyszukał frazę. - HopWeather podaje: 3 stopnie na plusie, niebo bez chmurki. Właściwie, po co ja ci to mówię?
-Nah, dobry numer. Wyczuję dupka na kilometr - odparła automatycznie, nawet nie będąc w stanie ugryźć się w język. A kiedy usłyszała kolejne słowa Hoppera, przełknęła głośno ślinę.
- Bo jesteś pieprzoną pogodynką? W każdym razie, Hopper. Jak mniemam to i tak moniturujesz mój telefon, więc pewnie dobrze wiesz o co chodzi. - dodała, właściwie nie pozwalając mu dojść wcześniej do słowa. Dopiero teraz zawiesiła głos, wzdychając ciężko.
- Właśnie: dupka, nie pogodynkę - zauważył. Jak już miał jej w czymś pomagać, to chciał przynajmniej wiedzieć w czym. Bo przecież nie za bardzo miał wybór, prawda?
- Och, monitoruję? - spytał. Oczywiście, to nie byłoby zbyt trudne - wystarczyłoby podrzucić jej wirusa przez internet albo wgrać coś, kiedy u niego spała. Ale. Uznał że szanowanie cudzej prywatności jest całkiem miłym gestem, a w ostatnich miesiącach życia jednak dobrze byłoby być mniejszym dupkiem niż zwykle.
- Jedno nie przeczy drugiemu - bo to przecież było tak oczywiste. Ale dobra, jak chciał się wypierać to mógł, cokolwiek. Matilde po prostu powątpiewująco parsknęła.
- Rozmawiamy minutę, a już mam ciebie dość. Słuchaj, Hopper. Dostałam wiadomość - i tak po prostu z prędkością światła wyrecytowała mu otrzymaną wiadomość, jednocześnie wznosząc wysoko brew ku górze. What the fuck. Po przeczytaniu tego po raz 10 brzmiało jeszcze dziwniej. A potem po prostu, jakby William czytał jej w myślach, mruknęła zniecierpliwiona.
- Więc?
- Ktoś - najprawdopodobniej Gardner - jest z jakąś twoją młodszą przyjaciółeczką w Seattle. Mają jakiś fuckup, nie mogą wrócić do nas, zostały zaatakowane przez wściekłe psy. Dziewczyna jest w kiepskim stanie, pilnie potrzebuje lekarza. Nie mam pojęcia gdzie jest twój ulubiony spożywczak bo nie siedzę ci w mózgu, ale jestem pewien że to jakieś chujowe miejsce. Możesz je wysłać do mnie - odpowiedział po prostu i zaczął zbierać wszystkie swoje graty. Jeżeli miała zamiar dostać się na miejsce w sensownym czasie, ktoś musiał ją zawieźć.
Myślicie, że robił to charytatywnie? Miał dług u Wallace. Teraz ona będzie miała u niego, wyjdą na zero. Przynajmniej chwilowo.
- Widzimy się przy bramie.
- Fay - powiedziała po kilku sekundach. Tak, to miało jakiś sens. Potrzebowały jej rąk.
- Nienawidzę spożywczaków, Hopper - odwarknęła niemal natychmiast ale cóż.. zaskoczyły ją kolejne słowa Hoppera. W gruncie rzeczy nawet nie zdążyła go poprosić, ale w pewien sposób była wdzięczna, że nie kazał jej się przed sobą płaszczyć.
- Pośpiesz się, Hopper - rzuciła w odpowiedzi na jego słowa. Ale nie rozłączyła się. Zamiast tego muknęła ciche i prawie niezrozumiałe: -Dzięki.. tak jakby.
Zaraz po ostatnich słowach Wallace zapanowała na chwilę cisza, podczas której kobieta mogła sobie bardzo obrazowo wyobrazić, jak Hoper rozkłada ręce i wbija wzrok gdzieś w niebiosa, prosząc wszystkie istoty wyższe o jakąś pomstę.
- Proszę... tak jakby - odrzucił zanim się rozłączył.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum