Poprzedni temat «» Następny temat
#1
Autor Wiadomość
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-01, 20:38   

Fajnie? Victoria wiele by dała, by jednak być normalną. By nie musieć ciągle uciekać, by nie musieć martwić swoich bliskich, z którymi jedyny kontakt, jaki utrzymywała, to telefoniczny - i to rzadko. By nie musieć ze strachu przed rządem się ukrywać. Dobrze, jej moc nie manifestowała się fajerwerkami, przedmioty nie pękały, nic przy niej nie lewitowało - ot zwyczajny człowiek, nawet wtedy, gdy traciła kontrolę. Ani fizycznie, ani psychicznie sama nikomu nie wyrządziłaby swoją mocą krzywdy. Ale mogłaby się do tego przyczynić... Nie w stosunku do zwykłych, szarych ludzi, a do mutantów. Mogłaby pośrednio nawet skrzywdzić Sahira, który nie mógłby się obronić przed innym mutantem. Ale to wszystko w momencie, gdyby straciła kontrolę. Albo gdyby ktoś ją wykorzystał. Nie było więc fajnie, było chujowo, bo jej moc mogła naprawdę zrobić ogromną różnicę. Mogła wpłynąć na być albo nie być innych posiadaczy obudzonego genu X. I chyba to najbardziej bolało. Stała więc po środku, z dala od Bractwa, w którym pewnie byłaby albo bezużyteczna, albo właśnie wykorzystywana, żeby zapanować nad innymi. I rząd i mutanci czegoś by od niej chcieli, wiedziała to. Dlatego... lepiej jej było z dala. Ale czy faktycznie mogła sobie na to pozwolić? Chyba nie. Zresztą na pochodzie się pojawiła... Z czystej ciekawości. Ciekawość zabiła kota.
- Sahir, przestań - głupia, powinna mu pozwolić zniknąć. Te słowa nadal nie padły, ale chyba nie ma sensu się łudzić, co? OCZYWIŚCIE, że bezpieczniej by było, gdyby zniknął. Ha, gdyby się dowiedział co potrafi, tym bardziej by się w tym utwierdził. I ona też to wiedziała, a jednak wcale tego nie chciała. I to było wkurwiające, bo rzadko kiedy odczuwała taki dysonans między logicznym myśleniem a uczuciami. Zwykle to myślenie górowało, a teraz? Kurwa. - Gdybym nie chciała cię w moim życiu, to bym ci nie otwarła drzwi - albo przyłożyłaby mu tą parasolką. A nie dość, że ją odłożyła, to jeszcze wpuściła go do środka, zrobiła herbatę i dała mu koc, bo było mu zimno. - Nigdy nie powiedziałam, że byś to zrobił - nie, nie powiedziała, ale przemknęło jej to w panice przez myśli.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-01, 20:57   

Czy Sahir oddałyby cokolwiek, żeby być normalnym? SAHIR cieszył się, że jest nienormalny. Że narodził się z darem, dzięki któremu był chciany. Był potrzebny, nikt nie wyrzucił go na próg jak zabitego psa - a tak by się stało, gdyby nie miał niczego wartościowego do zaoferowania. Przynajmniej w takiej myśli się wychowywał. Czy dałby coś, żeby Viki okazała się normalną dziewczyną? Od początku nie była normalna. Od momentu kiedy spotkał ją pijącą w barze. Była bohaterką z ładnej książki - ładną bohaterką z ładnej książki. Smutną i samotną, tak jak smutna była ona teraz, ale nie była już samotna! Miała chociażby Shivali. Tą dziewczynę, która chciała od niego pomocy. Dziewczynka w dużych, czerwonych kaloszach, z parasolką w dłoni, żółtą i tak wyraźną w szarudze miasta. Nie uśmiechała się często, ale też nigdy nie płakała. Często wydawała się dość zawstydzona i nigdy nie biegła na oślep, żeby nie była w stanie zahamować. Tracić ją teraz? Dlatego, że w końcu trzeba się było przyznać, kim się jest. Nie było to dobre uczucie. Kiedy mówiłeś prawdę powinieneś czuć się dobrze. Kiedy wyjawiasz sekret - kamień powinien spaść ci z serca - Sahir czuł się tylko gorzej. Ciężar prawdy był dość ciężki - na tyle, że odczuwał go na swoich ramionach. Gotów był przyjąć go tak, jak powinien przyjąć go mężczyzna - z odpowiedzialnością, jaką wziął za tą kobietę. Przynajmniej uważał, że był za nią odpowiedzialny, tak się czuł. Tak to określał w swoich własnych myślach.
- Ja wiem. - Nie trudno było zamknąć komuś drzwi przed nosem, zresztą powiedział jej już, że spodziewał się, że go wyrzuci. Nie wyrzuciła. Otworzyła mu drzwi. Zaparzyła herbatę. Dała koc i pytała, czy dobrze się czuł - jak lepiej było o kogoś dbać? Tylko z drugiej strony jak można było dbać o swojego wroga? - A nie pomyślałaś tak? - Bo to była jego własna myśl. Czemu więc nie jej? Wiedział, że miał problemy z nazywanie emocji, rozumieniem ich u innych, ale ta sytuacja tutaj była dla niego jasna i klarowna. Rzecz jasna - z jego własnego punktu widzenia. To, co ona czuła, było znacznie bardziej skomplikowane i przechodziło jego wyobrażenia. To, jaka była zagubiona i to, że ta decyzja nie była dla niej wcale taka prosta - jak mocne piętno cały ten marsz na niej wywarł? Jak głęboko się wdarł i jak głęboko sięgał? Śmierć, panika, mania prześladowania, świadomość, że można stracić kogoś bliskiego. Dla Sahira to było prostsze. Dla niego decyzja była banalna - to zawsze miało być większe dobro dla niej.
- Zrobię jak zechcesz. To dla mnie ważne... - Oczywiście, że było ważne - Bardzo ważne! Przyjechał tu z myślą, że powiedzą sobie do widzenia.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-01, 21:48   

Chyba powinna usiąść. Chyba powinna zmniejszyć dystans, który sama wytworzyła, stając oparta o szafki, w pewnym oddaleniu od stołu i, siłą rzeczy, od Sahira. Chyba nie tak powinna wyglądać ta rozmowa, a jednak wyglądała, i Viki nie bardzo miała pomysł, jak mogłaby to rozwiązać. Wiedziała jedno - to nie był czas ani miejsce na ściemy, ani niedopowiedzenia. Stało się co się stanie, nikt czasu nie cofnie, ale oboje dysponowali podobnymi danymi o sobie. Oboje się domyślali, ba, byli praktycznie pewni, że stoją po dwóch różnych stronach barykady i żadne z nich tak naprawdę nie wiedziało, jaką mocą dysponowało to drugie. Ale Tori nie potrzebna była ta wiedza do szczęścia. Cokolwiek to było, mogła bez trudu zablokować Sahira i wtedy oboje uchodziliby za zwykłych, przeciętnych Kowalskich (czy raczej przeciętnych Johnów Doe). Przy Viki każdy mógł być przeciętnym, szarym człowieczkiem. ...to chyba nie coś, co odpowiadałoby Sahirowi, prawda?
- No właśnie - on przyjechał tutaj, żeby sprawdzić, że nie stała jej się żadna krzywda, a ona w ten sam sposób martwiła się o niego, chociaż uciekając z pochodu myślała głównie o sobie. Jednak gdy już doszłaby do siebie, to prędzej czy później na pewno by do niego napisała, albo zadzwoniła - nieważne, że miałaby świadomość, że on jest z DOGS. Tak, to miało znaczenie, ale naprawdę nie wpływało to na to, kim jest. Chyba, że przez ponad rok grał... Ale po co? Bo wiedział czym jest i chciał ją tak dorwać? Nie. Na pewno nie.
- Pomyślałam - czy on musiał być tak bardzo przenikliwy? Musiał? To stwierdzenie też wcale nie przyszło jej łatwo, no ale co, miała ściemniać? I znowu - nie chciała. - To moja paranoja, Sahir. Jest pielęgnowana od dwóch lat - to nie było zdrowe i o tym wiedziała. Ale czasami jednak miała wrażenie, że czają się za nią cienie, które depczą ją po piętach, bo wiedzą, że to ona. To było bez sensu, ale miała tego świadomość. Problem polegał na tym, że w żadnym stopniu tego nie leczyła. Jedynie podsycała. A pochód dzisiaj był jak zapalnik, który podpalił lont ładunku wybuchowego. Pożoga w końcu ustanie, prawdę mówiąc już ustawała, od momentu, w którym zjawił się Sahir, ale tamte myśli nadal były prawdziwe. A przynajmniej prawdziwe były wtedy, nie teraz. Teraz były wspomnieniem czegoś bezsensownego i niepotrzebnego.
- Wystarczy mi myśl, że nie przyszedłeś tu po to, żeby mnie stąd zabrać - to jej naprawdę wystarczyło, zwłaszcza w chwili, w której zdołała sobie samej wytłumaczyć, że myśli o bzdurach, a nie o faktach. - Zostań. Chyba, że nie chcesz.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-01, 23:09   

Co by zrobił, gdyby kazali mu ją zabrać? Naprawdę działałby na jej korzyść? Sprzeciwiłby się rozkazom i... i co? Co dalej? Jeśli nie on przyszliby po nią inni. Przyszedłby i zabrał ją? Na pewno nie. Przyszedłby i uciekł z nią? Nie. Żadna z tych opcji nie mogła się zdarzyć. Każda z tych opcji mogła się zdarzyć. Próżne nadzieje, zwykłe biadolenie dzieci, które nie chciały podejmować prawdziwie dorosłych decyzji. O ile jakikolwiek wybór tutaj mógł uchodzić za "iście dorosły". Rzeczywistość nakazywała swoją presją, żeby porzucić tą znajomość. Przeciąż ją ostrymi nożycami, przecież to nie zaboli tak bardzo jak będzie boleć, kiedy coś przez przypadek się wydarzy. Równie dobrze może się jednak ten przypadek nie wydarzyć nigdy. Sahir nie wiedział, że DOGS nie miało o niej żadnych informacji - przecież jej nie sprawdzał. Skoro zaś mieli o jej siostrze, a ona sama była mutantką to wydawało się oczywiste, że o niej też mieli. Tylko czy to aby na pewno aż takie oczywiste było? Co za sytuacja. Przewrażliwienie i te paranoje, które tak mocno oplątały cierniami Viki nie powinny brać góry nad ich trzeźwym myśleniem. TRZEŹWYM. Nie tym emocjonalnym, tylko tym, który przełamywał bariery realizmu aż do granic możliwości. Do tej czwartej ściany. Za nią powinny być przecież tylko te najlepsze odpowiedzi.
Zrobiło mu się jeszcze gorzej, chociaż nie powinno, choć nie wiedział czemu. Bo pomyślała, że mógłby ją skrzywdzić. Naprawdę o tym pomyślała... Opuścił spojrzenie i rozluźnił nieco palce na kubku. Poczuł się jeszcze bardziej brudny. Jeszcze bardziej nie na miejscu. Zabolał strzał prosto w dziesiątkę - wrażliwe uczuciem, że nie wierzyła w niego wystarczająco mocno, choć miała rację - takim jak on przecież nie powinno si ufać, prawda? DOGS nie powinno się ufać, wbrew temu, co mówiła tamta dorosła, która mierzyła do niego z broni. Wystarczyło mu jednak samo to, że Viki nadal chciała, żeby został. Tylko czy on na pewno też chciał zostać? Czy to było mądre? Pewnie, nie musiał być wnikliwy, ale zazwyczaj był, kiedy już jakiś temat go zainteresował - szkoda tylko, że zazwyczaj było to przy tematach takich jak ten o parasolu, a nie tych istotnych i poważnych.
- Ja lubię DOGS. - Podniósł na nią spojrzenie. - To mój dom. - Wiedział, że ona ich nienawidziła za to, co zrobili jej siostrze. Jego też nie traktowali tam dobrze, choć od jakiegoś czasu... od śmierci Eryka wszystko się zmieniło. Być może on sam się zmienił. Zaczynał mieć wątpliwości - a to bardzo niezdrowy syndrom. To "zwątpienie". Bo wcale nie lubił DOGS. To był syndrom sztokholsmki i zwykłe przyzwyczajenie. Odpowiednia tresura, przez którą nawet nie wpadło mu do głowy, że mógłby podchodzić do DOGS inaczej niż merdając ogonkiem i przybiegając na ich każde zawołanie. - Ale chcę tu zostać. - Opuścił znów spojrzenie.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-01, 23:30   

Wiedziała, że prawda zaboli. Stwierdzenie, że o tym pomyślała. Ale nie mogła inaczej. Ona wolała prawdę niż dobre samopoczucie drugiej osoby, która żyła w ułudzie. Fakt, że nie mówiła o tym, że jest mutantką nie brała za kłamstwo. Brała za nieistotny, przeszkadzający szczegół; to, że była mutantką nie zmieniało tego, kim jest. Tak jak nie zmieniało to w Sahirze. Dlatego też to jej całkowicie nie przeszkadzało. Dlatego to nie sama kwestia mutacji była tą, która zaprzątała jej głowę. Tylko to jebane DOGS.
Lubię DOGS. Więc padło. Więc znowu się nie pomyliła, jej sposób myślenia jej nie zawiódł. Dobrze jej się wydawało. Victoria nie miała bladego pojęcia jak zareaguje na to potwierdzenie faktu - trochę bała się swojej reakcji, obawiała się mdląco-ssącego wrażenia w żołądku, bała się krwi odpływającej z twarzy. Ale nic takiego nie miało miejsca. Przyjęła to ze spokojem, przynajmniej względnym. Oswoiła się z tą myślą, bo wydawała jej się jedyną sensowną. Powinno ją trafić, powinna wpaść w szał - przecież byłą tak cholernie nerwowa, byle co wyprowadzało ją z równowagi... ale jakoś nie Sahir. Dziwne, nie? Nawet nie to, że pracował dla DOGS.
- Byłam tam kiedyś, w Seattle, w tym budynku. Z moją siostrą. Pojechałam z nią na rutynowe badania i po jej dawkę mutazyny. Nikogo nie obchodziło, że prawie musiałam ją nieść i nikogo nie obchodziło, że była taka, bo w ogóle kiedykolwiek trafiła w ich ręce - nigdy nie wdawała się w te szczegóły. Tak, napomknęła mu kiedyś, że nienawidzi DOGS ze względu na swoją siostrę. Dużo później, w drugą rocznicę jej śmierci powiedziała mu dlaczego. Ale nie wdawała się w takie szczegóły tego krótkiego epizodu między wypuszczeniem jej z... z laboratorium, a jej samobójstwem. - To ona była tą lubiącą ludzi, wiecznie pełną energii, wesołą dziewczyną, nie ja. To mnie zawsze trzeba było gdzieś ciągnąć. A wtedy... - nie dokończyła. Nie trzeba było. I tak wyrzuciła z siebie za dużo słów na raz. - Nie winię cię. Ty masz takie doświadczenia, ja mam takie. Nic tego nie zmieni - oni dali mu dom, tak? To generalnie tłumaczyło teraz dlaczego poszedł z nimi wtedy do baru w San Francisco, chociaż wcale nie chciał. To też poniekąd tłumaczyło, dlaczego nie siedział z nimi. Jego drużyna była jego domem. Rozumiała to, a przynajmniej tak jej się wydawało. I naprawdę go o to nie winiła. I rzeczywiście nic nie zmieni jej nastawienia, jej wieloletniej, pielęgnowanej nienawiści. Do organizacji, nie do poszczególnych ludzi. Chociaż gdyby wiedziała od początku, że on dla nich pracuje, to wiadomo jaki byłby efekt - nie dałaby się wciągnąć w tę znajomość. Zgadywała też, że musiał być dużo lepiej traktowany od jej siostry. Ona dostawała mutazynę, a Sahir... No mówił, że użył za dużo mocy na pochodzie, więc na pewno jej nie przyjmował. Zresztą skoro ich lubił, to pewnie mu nie przeszkadzało, że odwala za nich brudną robotę.
- Już ci powiedziałam. To zależy od ciebie - miała go namawiać? Miała go błagać? Pfff, niedoczekanie.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-02, 00:03   

I bardzo dobrze, że padała tutaj prawda, bo on był taki sam - wolał ją niż kłamstwo, zresztą nie uznawał czegoś takiego, brzydził się przekłamaniem, nie akceptował go i nie zamierzał nigdy zaakceptować. Sam przecież zawsze walił strzały jak z procy - czasem celne i bolesne, czasem nie - przynajmniej nie było pomiędzy nimi fałszu, mieli mocne podstawy, nic dziwnego, że teraz wcale mocno się nie chwali - bo Sahir się nie wahał. Już powiedziała: zostań. Dalszych rozkazów nie potrzebował, żadnego namawiania, żadnego przekonywania. Krótkie słowo - zostań. Po prostu bądź. Psy tak już miały, że najlepiej reagowały na najkrótsze komendy, te najbardziej proste. Łatwo zbroił się w pewność siebie, chociaż stres wprawiał go w niepokój - i ten niepokój odczuł tu i teraz, w momencie, w którym fundament, który był taki trwały, mógł się rozpaść i pęknąć pod ich nogami, nie gwarantując tego, że ciągle będą stali na tym samym poziomie. Gdyby spadł niżej - nadal mogliby ze sobą rozmawiać? Słyszałby ją z dołu? Albo gdyby ona została zabrana, tak nagle, wyrwana siłą i postawiona obok - poza polem jego widzenia - nadal wszystko byłoby tak samo? Oczywiście, że nie. Sahir nie cierpiał zmian. Każda kolejna powodowała stres, a stres powodował niepokój - ciąg przyczynowo skutkowy, bardzo prosty, przez niego nie nazwany, ale jego psycholog przecież potrafiła opisywać i nazywać rzeczy - szkoda tylko, że ta mądrość lekarzy od mózgu nie szła obok człowieka dzień w dzień, krok za krokiem.
Czarnowłosy skrzywił się lekko, kiedy Viki opisała to w tak dosłowny, obrazowy sposób. Bardziej plastycznie się nie dało, co? I tu nie chodziło o to, że był na takie widoki wrażliwy, był raczej przyzwyczajony, nie robiło to na nim wrażenia - skrzywienie nie było spowodowane wrażliwością ani obrzydzeniem, nie było to nawet niezadowolenie z powodu tego, że kobieta o tym mówi.
- Ja zajmuję się łapaniem takich mutantów. I zabijaniem ich. - I czy jego cokolwiek kiedykolwiek obchodziło? Nie. Jej siostra też nie robiła na nim wrażenia - to uczucia Tori na nim wrażenie wywierały. Wiedział jak to jest stracić kogoś bardzo bliskiego i obchodzić rocznicę jego śmierci. Wiedział jak to jest odwiedzać w samotności jego grób - całkowicie zaniedbany i opuszczony, bo kto niby miał o niego dbać? - Dziękuję. Czuję się winny. Ale tak chyba musi być. - To nie było poczucie winy, ten stres, który się w nim poplątał, bo niczego przecież nie żałował. Nie widział swoich błędów. Właściwie, skoro już sobie wyjaśnili, że nie chcą się rozchodzić, nie powinien się stresować, prawda? Zwłaszcza, że jakoś na początku było łatwiej. Teraz wchodzili chyba na każdy z powodów, dla których nie chciał jej mówić, chociaż żadnego nie nazwał - jak to on. Przestawał być takim dobrym bohaterem książki.
- Co zależy ode mnie?
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-02, 08:32   

Wiedział jak to jest obchodzić czyjąś rocznicę śmierci i odwiedzać grób, ale Viki znała tylko pierwszą część. Przychodziła na grób siostry, gdy jeszcze mieszkała w Los Angeles i gdy nie miała bladego pojęcia, że jest taką samą mutantką jak siostra, ale odkąd wyjechała - nigdy nie wróciła. I nigdy więcej tego grobu nie odwiedziła, nawet w samotności.
- Jej nikt nie musiał łapać. Wystarczyły obowiązkowe testy przed przyjęciem na studia - testy, które zrodziły wątpliwość, dlatego zabrano ją na dalsze badania. Z których wróciła po roku. Victoria też miała taki test, jednak nie przed studiami, a już po tym, gdy je rzuciła - w samej siedzibie DOGS, gdy pojechała tam ten jeden raz z siostrą. I wtedy była czysta. - I nikt nie musiał jej zabijać. Sama się zabiła - co Sahir chciał osiągnąć mówiąc jej, że łapie mutantów i ich zabija? Co, ostrzegał ją, że ją też może złapać i ją zabić? Już mu przecież powiedziała, że wystarczy jej to, że jej stąd nie zabierze. I że po nią nie przyszedł, a po prostu do niej. Chyba, że po prostu chciał jej to powiedzieć, bo chciał być z nią szczery. Teraz, po roku. Jeżeli tak to... Na Victorii o dziwo nie zrobiło to żadnego wrażenia. Śmierć była wszędzie, a DOGS właśnie tym się zajmowali. Łapali, a gdy nie mogli złapać, to zabijali. Tak wyglądał świat i nauczyła się tego przez te dwa lata patrzenia na niego zupełnie inaczej, niż przez całe życie.
- Winny czego? - tego, że jej nie powiedział? Rzeczywiście, mógł czuć się winny. Ale czy to źle, że jej nie powiedział? Nie staliby teraz w tym miejscu, nic by nie bolało, bo niczego by nie było. Nie byłoby tej znajomości, nie byłoby tej... przyjaźni, albo czegokolwiek co było między nimi.
- Czy zostaniesz czy nie. Od ciebie zależy co zrobisz dalej.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-03, 08:53   

Nie wpadł na to, by takim sposobem ją ostrzegać, nie musiał mówić niczego innego poza tym, że jest z DOGS - obojętne co tam robił, to było jedno wielkie ostrzeżenie. Mówił to, żeby wiedziała. Nie widział w tym niczego złego, było to tak samo normalne jak wypiekanie chleba czy wciskanie paniom wdzianek z wieszaków do rąk, żeby w końcu kupiły coś dla siebie - obojętne, czy będzie to na nie pasować, czy nie. Pieniądze zarobione, kasa wypełniona, podwyżka na koniec miesiąca wyższa - to się liczyło. Nie dobro klienta. Każdy chciał zarobić. Nie to, żeby brak pogoni za pieniędzmi była szczególnie dziwna i nadmiernie odstawała od norm. Ludzie żyli spokojnie ciesząc się z tego, co mieli - a jeszcze inni żyli bojąc się własnego cienia, co dopiero cienia innych i modląc, żeby ich wielkie sekrety pozostały sekretami do końca czasu, jaki będzie dane im przeżyć. W końcu ani Viki ani Sahir za zielonymi dolarami nie gonili.
Czarnowłosy wzruszył lekko ramionami w odpowiedzi na to, czego czuje się winny - no bo właśnie, czego? To pytanie już było trochę zbyt harde jak na jego możliwości w tym momencie. Po prostu winny. Posadzony na ławie oskarżonych o życie od samego początku - od wyroku nie było odwołań. Jego większe i pomniejsze kary przetaczały się w trakcie - ciekawe, co miało się stać na samym końcu. Viki wcale nie miała gorzej. Chyba każdy mutant był o to oskarżony, dlatego każdy musiał sobie radzić na swój własny sposób. Od razu pożałował tego ruchu. Przymknął oczy i ściągnął lekko brwi, łapiąc się za bark. Głupio było zapominać o tym, że zostało się postrzelonym, zwłaszcza, że to postrzelenie miało miejsce nie tak dawno temu - i ciągle bolało, cholera. Mógł tego nie pogarszać.
Sahir nigdy nie lubił dawania wyborów. Stresowało go to. Nakręcał się niepotrzebnie, bo zaczynał MYŚLEĆ. Zwłaszcza dawało to dysonans, kiedy przecież już powiedziała, że ma zostać - a teraz mówiła, że to jego decyzja. Z tym, że ona od początku nie mówiła tego jako rozkazu. Niczego zresztą przecież nigdy nie mówiła jako rozkazu. Fakt, gdyby to powiedział na początku - nie spotkaliby się więcej. Zresztą gdyby Sahirowi tak nie zależało to by jej powiedział, gdyby nie chciał jej zatrzymać przy sobie z myślą, że kiedy się dowie - odejdzie. Nie odeszła. Nie odtrąciła go. Powinno być wszystko dobrze, ale z jakichś powodów wcale się dobrze nie czuł.
- Zostanę. - Powtórzył. - Dzisiaj nie za długo, muszę wracać. - Zostanie, nie zniknie, nie odejdzie. Żaden kontakt nie zostanie zerwany. Czy to w ogóle było mądre? Nie było. Nie wydawało się ani mądre ani bezpieczne.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-03, 09:36   

Nie chciała go stresować, nie chciała sprawiać mu bólu... Ale tak się właśnie składało, że to nie była normalna, zdrowa sytuacja. Czasami ten wybór trzeba było podjąć. Ona już podjęła decyzję, ale nie mogła tego zrobić za dwie osoby. Nieważne, czy Sahir lubił czy nie brać odpowiedzialność na własne barki, ani czy lubił czy nie, gdy mu się mówiło, co ma robić - nie zamierzała robić tego za niego i brać wszystkiego na siebie. Czasami jednak trzeba było myśleć, a skoro potrafił wskoczyć do samochodu i tutaj przyjechać, to równie dobrze mógł się zastanowić, czy to jest pożegnanie, czy nie. Oczywiście, Victoria sama wolałaby, żeby nie było, przywiązanie to naprawdę zdradliwa sprawa, ale nie miała prawa decydować sama. Być może okaże się, że Sahir jednak będzie mądrzejszy i wyjdzie, z goryczą, ale również ze świadomością, że tak trzeba było zrobić.
Zostanę. Czyli jednak żadne z nich nie poszło po rozum do głowy. Victoria nie wiedziała czy się cieszyć, czy jednak smucić z tego powodu. Nie było żadnego westchnięcia ulgi, nic nie powiedziała, jedynie kiwnęła głową. Był niereformowalny... Jechał tutaj godzinę z kawałkiem tylko po to, żeby napić się herbaty i porozmawiać chwilę, bo będzie musiał niedługo wracać i marnować kolejną godzinę z hakiem. Równie dobrze mogli to załatwić przez telefon. Niby. Chociaż może rzeczywiście lepiej, że się widzieli. Czy nie? Victoria w tym momencie nic już nie wiedziała.
- Będziesz mógł prowadzić z tą ręką? Nie pogarsza się? - Tori powoli opadała z sił; adrenalina i nerwy znowu z niej schodziły, spływały, dlatego odsunęła sobie jedno z krzeseł i usiadła przy stole, tym samym znowu zmniejszając ten dystans między nimi. Czuła się zmęczona, jakby była przez tydzień na chodzie, a przecież było to ledwie kilka godzin. Kilka godzin, w których naprawdę sporo się wydarzyło... I jeszcze ten strach o Shivali... Sahirowi powiedziała, że CHYBA ją zabrali, a przecież wiedziała dokładnie, że została aresztowana.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-03, 10:18   

Nie było chyba takiego szaleńca, który lubił nieść na barkach odpowiedzialność... chociaż nie, wróć. Był. Na pewno musiał jakiś być, pewnie było ich nawet kilku, może na te 4 miliardy ludzkości, czy ile tych ludzi zalęgło się na ziemi, były ich nawet dziesiątki - takie pojedyncze indywidua, które celowo obciążały się wszystkim, czy mogli. Masochiści. Nie ranili swojego ciała - woleli rany głębokie, które nie broczyły krwią, a jednak bolały. Sahir nie był masochistą, ale nie był też osobą, która by przed tą odpowiedzialnością uciekała - cholera, przecież tu był. To nie strach przed tym, że będzie musiał dźwigać odpowiedzialność swoich decyzji i czynów, a strach, że podejmie złą decyzję. Ba! Strach, bo podświadomie wiedział, że podjął złą. Dlatego też nie potrafił dokładnie opisać kierunku tego stresu, chociaż znał przyczyny - w końcu cała ta sytuacja była przyczyną. Cały ten pochód, od którego zaczął się nowy rozdział w życiu. Coś się w końcu miało zmienić - nie wiadomo tylko, czy na lepsze czy na gorsze.
Sahir pokiwał głową i upił parę łyków herbaty, która cudownym ciepłem rozlała się po jego ciele. Przytrzymał kubek przy swoim czole - to ciepło było naprawdę zbawienne, wzbudzało przyjemne dreszcze, od których mięśnie się rozluźniały, chociaż wcale nie miał ich napiętych. Przynajmniej tak mu się wydawało do tej pory. Cholera wie, czy to miała być odpowiedź na oba, na pierwsze czy na ostatnie. To twierdzące kiwnięcie. Oboje chcieli po prostu czuć się dobrze. To nie grzech. Nie było nic złego w tym, że nie chcieli rezygnować z siebie wzajem... Och, przecież to przyniesie tyle tragedii.
- Słabo się czuję. Ale sobie poradzę. - Był przecież dużym, rosłym facetem. Niby. Bo dojrzał do wieku trzech lat, a potem już tylko rósł. - Moja mama mówiła, że samobójstwo to bardzo honorowa śmierć, bo nie pozwala innym odebrać ci honoru i godności. Twoja siostra musiała być bardzo odważna. I tak się spotkacie, więc dobrze, że już za nią nie tęsknisz i się nie upijasz.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-03, 10:40   

Nie oberwała, a sama czuła się słabo, mogła więc bez większych problemów wyobrazić sobie, jak czuje się Sahir. To znaczy na tyle, na ile miała dane. Może jego mutacja pomagała w takich sytuacjach? A może wszystko pogarszała? Różnie to bywało - a ona nie wiedziała, że nie szło to w ani jedną, ani drugą stronę. Zgadywała więc tylko, odnosząc jego ranę do siebie. Ona sama ledwo się teraz trzymała na nogach, właśnie z wyczerpania i to głównie psychicznego, całą sytuacją. Naprawdę marzyła teraz o tym, żeby zalec w wannie w długiej kąpieli. Albo może jednak walnąć się do łóżka i przespać cały dzień. I noc. Ale w końcu trzeba będzie wstać i się ze wszystkim zmierzyć, tylko... Tylko nie teraz. Siedziała więc na krzesełku na przeciwko Allisona i patrzyła na niego, a raczej na miejsce, gdzie ukrywał się jego opatrunek pod bluzą i kocem.
- Na pewno? Wiesz, że to nie wygląda dobrze... - nie to, żeby opatrunek wyglądał źle, ale chodziło jej o ból i to zimno, o którym mówił. I pewnie męczyłaby go o to dalej, gdyby nie reszta rzeczy, które miał do powiedzenia. Przestała przewiercać spojrzeniem jego bluzę, żeby spojrzeć na jego twarz.
- Sahir, ona nie miała już honoru i godności, bo wszystko jej już wtedy zabrali. Nie ma niczego odważnego w samobójstwie. W jej przypadku też nie. Nie widziała dla siebie żadnych perspektyw, pewnie cierpiała, nie wiem. Mało mówiła, praktycznie w ogóle - wyrzuty sumienia, że nie była przy niej, nadal ją gniotły. Wyrzuty sumienia, że siostra nie chciała mówić o tym, co ją spotkało, ani o tym, jak się czuje. Nie mówiła. Po prostu nie. Do jedzenia też musieli ją zmuszać. - Tęsknię za nią, zawsze będę.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-03, 10:56   

W tym wypadku to jak się czuł nie miało żadnego znaczenia. Musiał wrócić do DOGS, przez chwilę nikt nie zauważy jego nieobecności, nie żeby kiedykolwiek zauważali to, czy był czy go nie było - nie o to chodzi. Akurat dzisiaj, po takiej akcji, w siedzibie pewnie będą wszyscy wokół latać. Teoretycznie nikt nie potrzebował, żeby plątał się pod nogami, skoro jego robota była skończona, ale pewnie będzie musiał się tłumaczyć, gdzie zniknął, dlaczego ujęli tylko jedną mutantkę, czemu nie złapał tamtego kolesia - mnóstwo wytłumaczeń, a on dla nich i tak miał tylko wzruszenie ramion. Po prostu tak wyszło. Po prostu tak się stało. Biadolenie nad rozlanym mlekiem. Sahir tak na to nie patrzył - to nie było biadolenie nad rozlanym mlekiem, to był autentyczny problem, bo zawalił sprawę - i to naprawdę mocno. W dodatku musiał im powiedzieć, że puścił dwie mutantki. Znaczy - niby jedna mutantką nie była, ale on wszystkich członków pochodu nazywał mutantami. Tak było łatwiej. Po co sobie komplikować życie. Tak właśnie trzeba było sięgnąć po coś więcej niż zwykłe wzruszenie ramion. Najchętniej zawinąłby się w koc przy ciepłym kominku i zasnął. Był całkowicie wycieńczony, też ledwo trzymał się na nogach, droga do DOGS i od DOGS tutaj była bardzo mętna, wymagała więcej skupienia, niż chciał zaoferować, ale przecież było warto. Tak jak musiał wrócić do siedziby, tak musiał przyjechać tutaj, chociaż też prawda - łatwiej byłoby zadzwonić.
Pokręcił głową.
- I to, co jej odebrali, odzyskała. Jak prawdziwa wojowniczka. - Wiedział jak to jest kogoś stracić. Aż za dobrze. I nie skłamałby, gdyby powiedział, że za nimi nie tęskni, ale też nie powiedziałby prawdy. Teraz nie tęsknił. Umarli - taka naturalna kolej rzeczy, wszyscy umierali. Były jednak takie chwile, w których człowiek zostawał sam na sam ze sobą. Samotność i tęsknota potrafiły wtedy uderzać ze strojoną siłą. Nic nie odpowiedział więc na to, kiedy powiedziała, że tęskni, przynajmniej nie od razu. Cisza zapadła między nimi, ale nie była zła, tak się przynajmniej Allisonowi wydawało. Nie wyglądała, jakby tęskniła - a jednak. - Też bym za tobą tęsknił. Gdybyś odeszła.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-03, 11:22   

Oczywiście, że miało znaczenie. Co, jeżeli zasłabnie za kierownicą? Albo przyśnie? I wtedy wjedzie w jadący z naprzeciwka samochód, albo w drzewo, albo... Było dużo opcji i logika podpowiadała, że to całkiem możliwy scenariusz, jeśli za kierownicę siada ktoś zmęczony i osłabiony. Nie powinna mu pozwolić stąd wyjść, ale nie miała prawa mu mówić co ma robić. Zwłaszcza, że pewnie faktycznie mieli tam teraz niezły młyn. Nie to, by ktoś tak wycieńczony jak on na cokolwiek się przyda, nie? Ale nie powiedziała więc nic, choć swoje pomyślała. Ogólnie sporo myślała, tylko rzadko kiedy się tym dzieliła ze światem zewnętrznym, nie czuła takiej potrzeby.
- Chciałabym, żeby tak było - tylko teraz pytanie, czy chciała tego rzeczywiście dla siostry, dla jej ducha i pamięci, czy raczej dla siebie i dla uspokojenia swojej tęsknoty. Bo tak to było ze śmiercią... Przychodziła, koiła ból jednostki tylko po to, by całą resztę ludzi, dla których była ważna - zostawić z dziurą w miejscu serca. Z dziurą, która wcale nie chciała się zasklepić, jeśli ta śmierć przychodziła niespodziewanie, tak jak w przypadku Sophie. Nie byli na nią gotowi, ani rodzice, ani Victoria. Na co dzień nie tęskniła, bo nie rozmyślała o tym wciąż i wciąż, ale przychodziły momenty słabości, jak chociażby w rocznicę śmierci, albo... teraz... i tęsknota dawała o sobie znać. Nigdy jakoś do końca nie odchodziła.
Victoria splotła teraz dłonie, które dotykały jej czoła, a ręce opadła na łokciach na stole i patrzyła... na nic konkretnego właściwie.
- Ja za tobą też - przecież to było oczywiste. Nie znali się jednego dnia, tylko ponad rok - i to był rok, w którym jednak rozmawiali ze sobą, a nie rok milczenia. A dzisiaj nie było pierwszym spotkaniem po roku, bo ktoś kogoś zobaczył na pochodzie i sobie przypomniał.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-04-03, 22:14   

Odpowiedzialność. Ciężka z nią sprawa. Mniej ciężka niż z próbami ogarnięcia się. Po stracie do człowieka dopiero zaczynało docierać, jak wiele miał w swoich dłoniach rzeczy, których nie potrafił docenić - szkoda, że tak niewielu potrafiło to docenić odpowiednio wcześnie. Sahir nigdy nie docenił - chyba dlatego, że ciężko było tutaj cokolwiek doceniać. Teraz powinno być łatwiej - i chyba było. Samodecydowanie o sobie, własne decyzje, własne znajomości - układanie sobie życia po swojemu, kawałek po kawałeczku. Bez zbędnego pośpiechu. Czasami to tylko czas wymagał na nas przyśpieszenia, żeby nie stać jak kołek w jednym miejscu, kiedy on się obracał i sunął jak szaleniec do przodu. Wymógł to na nim, wymógł też na Viki - nie pierwszy już raz stali się ofiarą tej machiny, ale nie byli w tym sami. Wystarczyło przywołać twarze wszystkich obecnych na pochodzie, żeby uświadomić sobie, jak wiele tych ofiar było. Każda z nich miała swoje własne plany na przyszłość, swoją rodzinę, zostawioną daleko za sobą albo tuż przy swoim boku, o którą musieli walczyć. Oto świat stworzony przez Boga - trochę tragiczny, nie uważasz? Musiał tai być, skoro nawet z najpiękniejszych, jego najwspanialszych aniołów osunął się w cień. Okrzyknięto go diabłem.
- Dobrze, że nie musimy za sobą tęsknić. - Uśmiechnął się. Lekko. Naprawdę lekko, wyciągając jeden kącik warg w górę - przysięgam, chyba po raz pierwszy w swoim życiu. Niepewny, lekko drżący uśmiech, jakby jego twarz nie była pewna, czy jest w ogóle w stanie wygiąć tak zmarszczki mimiczne - ledwo przesunęły się w bok, już odigęły z powrotem, płynnie, nieszczególnie się śpiesząc. Viki nigdzie się nie śpieszyła - on też nie musiał. Dopił swoją herbatę i wstał, składając koc w pedantyczną kostkę, którą odłożył na krzesełko, na którym siedział. - Dziękuję za herbatę. I koc. Będę już jechał. - Zawsze miał powolne ruchy, ale dziś były wyjątkowo flegmatyczne, płynne w ten nie pozytywny i oczekiwany sposób. Tak płynne, jak płynne były ruchy zmęczonego człowieka, który powinien posadzić swoje dupsko na tapczanie i odpocząć. Można było jednak do niego mówić jak do ściany - jego obowiązki wobec DOGS zawsze były dla niego ważniejsze niż jego własne dobro.
- Jeśli będziesz się znowu bała - zadzwoń do mnie. Pomogę ci. - Zawsze przecież pomagał. Kiedy tylko czegoś potrzebowała - zawsze był na miejscu, chociaż wbrew jego woli nie zawsze od razu. Czasami nie było go w Seattle, czasami był zbyt zajęty swoimi... obowiązkami. Zatrzymał się w progu, spoglądając na nią i przysunął się znów do niej, żeby ją przytulić - tak krótko. Tak dziwnie. No bo przytulanie się było mimo wszystko dziwne.
Odwrócił się i zniknął na klatce schodowej.
[z/t]
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-04-03, 22:34   

Najwyraźniej to był dobry dzień na zmartwienia. Na marszu o Shivali, po marszu o Shivali i o siebie, w domu o Shivali i o Sahira. Była monotematyczna, bo bardziej obchodzili ją bliscy jej ludzie, niż te pierwszy raz widziane na oczy twarze, których zresztą już nie pamiętała. Shivali. Nie powiedziała Sahirowi, bo nie chciała mu zdradzić tajemnicy przyjaciółki, którą nie miała prawa szastać na lewo i na prawo. Mogła mu powiedzieć o sobie, że jest mutantką, zresztą i tak nie wiedział, co potrafiła, ale Shivali? Nie mogła jej zdradzić. Dlatego nic ponad "chyba ją zgarnęli" nie mogła powiedzieć, a wiedziała, że tak było. Czuła jej strach, kiedy prowadzili ją do samochodu - i ta dziwna wiadomość, którą posłała jej myślowo, nim straciła kontakt z więzią. Przestała ją czuć - to też trochę się dołożyło do paniki i paranoi. Ale domyślała się, co się stało: mutazyna. Domyślała się, chociaż nigdy nie miała jej w swoim organizmie, za to jej bliscy - niestety tak.
Victoria odwzajemniła ten lekki uśmieszek, chociaż sama nie miała na to najmniejszej siły. I ona uśmiechnęła się krótko, blado. W jakiś sposób było to pokrzepiające, prawda? Siedzieli tak jeszcze chwilę, dłuższą chwilę w ciszy, ale tak naprawdę to nie potrzebowali słów. Żadne z nich nie znajdowało w ciszy nieprzyjaciela, dobrze było pomilczeć, niż pieprzyć bez sensu o pogodzie. Dzisiaj nie rozmawiało się o dupie Maryni... Zresztą ta dwójka nigdy o tym nie gadała.
Sahir zaczął się zbierać, ale Viki nie byłaby sobą, gdyby jednak nie odwróciła się i nie sięgnęła do szafki, by dać mu tabletki przeciwbólowe. Nie te najsłabsze, bo nie takich używała; niestey jej przypadłość była na tyle irytująca, że gdy już potrzebowała, musiała brać znacznie silniejsze leki żeby uśmieżyć ból. Ale o tym Sahir nie wiedział wcześniej, no bo skąd?
- Weź, w razie czego, ok? - mogła się wkurzać, że jest z DOGS, ale na pewno nie przestała się martwić i troszczyć. Odprowadziła go do drzwi. - Jasne. A ty uważaj na siebie, dobrze? - chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby jednak teraz sobie coś zrobił, jakiś wypadek, czy coś... Bo przyjechał do niej, chociaż nie powinien, a ona go stąd wypuściła... chociaż nie powinna. Przytuliła go równie krótko, gdy znowu się przysunął, teraz nie było w niej takiego zaskoczenia jak wcześniej, chociaż zdecydowanie było dziwnie.
Zamknęła za nim drzwi, a sama nie wyszła już tego dnia z mieszkania. Położyła się na łóżku w sypialni i zasnęła.

[z/t]
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5