Poprzedni temat «» Następny temat
Główna ulica
Autor Wiadomość
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-07, 00:03   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


To prawda nie miałam świadomości tego, że nie pomagałam Sami, ale miałam nadzieję, że dzisiaj wszystko przedyskutujemy. Pamiętam, że mówiłam jej że tu nie przyjadę, ale jednak to zrobiłam tylko i wyłącznie dla niej. Chciałam jej wszystko wytłumaczyć i powiedzieć jej co zdecydowałam. Kocham ją i tak jak obiecałam nigdy jej nie zostawię. Nie ważne co robiła gdy nie miałyśmy kontaktu to było w praktyce, gdy nie byłyśmy ze sobą, a przecież miłość wybacza. Nie ważne co teraz się działo chciałam pomóc Sami we wszystkim od ponowny związek po głupie ubieranie się przez tą nogę. Nie obchodziło mnie to co uważali inni zwłaszcza miałam gdzieś zdanie siostry. Jeśli ona uważa, że jestem balastem i musiała się dla mnie poświęcać to już tego robić nie będzie musiała.
Poczułam jak Sami się wzdrygnęła pod moim dotykiem. Nie wróżyło to niczego dobrego. Nie spodziewałam się, że tak szybko zajdę jej za skórę. Faktycznie może długo się nie odzywałam, ale miałam takie prawo po tym co mi oznajmiła. Spojrzałam na nią czule, ale też nie byłam pewna tego czy dobrze słyszę. Wyganiała mnie. Pokiwałam przecząco głową, zwłaszcza, że dosłyszałam się drżącego głosu. Spojrzałam jej w oczy i wzięłam głęboki wdech.
- Sami obiecałam Ci że Cię nie zostawię i gówno mnie obchodzi to co teraz o mnie uważasz. - mówiłam poważnie przytrzymując jej spojrzenie. - Kocham Cię, a to oznacza, że się stąd nie ruszę bez twojej pieprzonej dupy. Rozumiesz co do Ciebie mówię? - zapytałam trochę zła na samą siebie. Dobrze wiedziałam, że nie odzywanie się do Sami źle na nas wpłynie, ale wiedziałam też dobrze jak bardzo przeżywała zajście na polanie wzięłam głębszy wdech zamykając oczy żeby po chwili znowu spojrzeć na Sami.
- Jesteś moją dziewczyną i jeśli ty nie dasz rady sama, to masz mnie żebym Ci pomogła tak, więc szukamy rozsądnego wyjścia po tym jak już się uspokoisz. - oznajmiłam i rozejrzałam się. Tłum nadal szalał, a kolejne strzały nie pomagały mi w niczym. Odruchowo się wzdrygnęłam, ale nie na tym powinnam się skupić. Położyłam swoje dłonie na policzkach Sami zmuszając ją do spojrzenia na mnie, żeby skupiła się tylko na mnie i złożyłam krótkiego całusa na jej ustach.
- Wdech, wydech piękna. Myśl o tajskim jedzeniu. - oparłam swoje czoło o jej i uśmiechnęłam się lekko zjeżdżając dłońmi na jej ramiona. Miałam nadzieję, że choć trochę jej pomogę, bo jeśli nie to na siłę zaciągnę ją do auta.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-07, 01:01   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Mogła się tego spodziewać... Naprawdę mogła się tego spodziewać. Ba!, do cholery jasnej, przecież się tego spodziewała. A mimo to... Uległa, być może nawet zbyt łatwo dając się przekonać Lizzy, że będzie fajnie. Przecież powinna mieć jakieś pojęcie o życiu, czyż nie? To nigdy, przenigdy nie była bajka, niezależnie od intencji czy okoliczności. Marsz na rzecz praw mutantów był zaś prawdopodobnie ostatnim wydarzeniem, jakie mogłoby w ogóle przypominać dobranockę o wesołym przebiegu akcji i łagodnym, sennym zakończeniu.
Zamiast snów... Były omdlenia. Wybuchy mocy, szok i panika, której nawet ona - teoretycznie opanowana, doświadczona osoba; najwyraźniej ostatnio stała się bardziej miękka niż sądziła - zaczęła coraz bardziej ulegać. Wbrew pozorom, wcale nie stopniowo, nie tak jak powinien to robić ktoś o jej stopniu doświadczenia. Popłoch nadszedł dosłownie lawinowo, jeszcze szybciej niż ciało zemdlonej Elizabeth zaczęło upadać na ziemię.
Cassandra sama nie do końca wiedziała nawet, jakim cudem udało jej się złapać dziewczynkę. W jednej chwili wyciągała ku niej swoje ramiona, by w drugiej ją w nich zamknąć, ściskając trochę zbyt mocno - zupełnie tak, jakby obawiała się, że ktoś jej ją z nich wyrwie. I choć nie myślała w aż tak analityczny sposób, teraz już nie, działając dosyć instynktownie... Była to dosyć słuszna obawa, gdyż wokół nich nadal znajdowali się ludzie. W większości całkowicie nieznani Gardner, prawdopodobnie w znacznej mierze mający nie tak przyjacielskie zamiary. O ironio, była na paradzie organizowanej przez ludzi sprzyjających mutantom, jednak kompletnie nie wiedziała, komu powinna ufać.
Przynajmniej do momentu, w którym nie dostrzegła znajomej twarzy, drgając nieznacznie na dźwięk głosu Alison, której być może nie znała aż tak dobrze, jednak - przynajmniej ze wszystkich osób dookoła - zawierzała na tyle, aby nie odsunąć się od niej w obronnym geście. Wręcz przeciwnie, choć pytania wypowiedziane przez kobietę brzmiały dla Cassie nieco irracjonalnie, wręcz absurdalnie, zważywszy na okoliczności, Gardner nie tylko postanowiła usłuchać poleceń, unosząc Lizzy i jeszcze mocniej trzymając ją w ramionach, lecz także odpowiedzieć. W krótkich, dosyć żołnierskich słowach, ale zawsze jakoś.
- Ten wybuch mocy na scenie? To była ona. - Nie musiała chyba dodawać, iż dziewczynka nie miała nad sobą kompletnie żadnej kontroli, czy też - że zemdlała w skutek zbyt dużego wyczerpania sił. To było prawdopodobnie dosyć jasne, a one nie miały przecież wiele czasu. O ile w ogóle miały jakikolwiek, bo wyznanie Cassandry mogło być czymś nowym dla Alison, ale dla członków rządu z pewnością już takie nie było. Widziała drony, wiedziała, że obserwowali sytuację. Pytanie tylko, jak zamierzali uderzyć.
I choć z początku, dostrzegając nieznajomego mężczyznę zmierzającego w ich stronę, miała wrażenie, że to właśnie on mógłby być kimś, kto chciałby je usunąć... Najwidoczniej wcale tak nie było, a ona popełniła pomyłkę w ocenie, bowiem rządowiec z pewnością nie pozwoliłby sobie na wręcz malowniczą wywrotkę wprost na ziemię. Na dodatek, moment później, powieloną jeszcze przez jej znajomego - powietrznego chłopca aka ćwoka z kawiarni - któremu nawet nie zdążyła odpowiedzieć, nim on także wylądował u stóp jej i Alison.
Po prostu otworzyła usta, a potem... Wszystko jeszcze bardziej przyspieszyło. W jednej chwili stała z małą Lizzy trzymaną na rękach, chcąc zrobić co w jej mocy, by wydostać ich wszystkich z potrzasku. W kolejnej usłyszała zaś charakterystyczny odgłos, którego dźwięk zabrzmiał gdzieś ponad krzykami panikującego tłumu. A może tylko zdawało jej się, że tak było? Potrzebowała paru sekund, kilku błogich sekund, by pojąć, co się stało. Spuszczając wzrok na twarz Lizzy, czując nieprzyjemne, jakby kleiste ciepło spływające w dół ręki, którą trzymała przy głowie dziewczynki...
Zamarła. Zamarła niczym posąg, nawet nie mrugając. Nie zwracając uwagi na krzyki, na pajęczaki zmierzające w ich kierunku, na panikujących ludzi...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Seth Ambrose



Rozważyłem twoją ofertę i rozmyślam nad odpowiedzią pomiędzy: "Nie ma, kur**, mowy" oraz "Idźcie się jeb**!".

Brak

Dowódca Oddziału Taktycznego





name:

Seth Ambrose

alias:
The Game

age:
44

Wysłany: 2018-03-07, 22:24   
   Multikonta: Alycia Brooks


Seth po założeniu kombinezonu podszedł do szafki z bronią palną. Wyjął najzwyklejszą spluwę, a dokładnie pistolet typu Glock wraz z kilkoma magazynkami. Sprawnym ruchem jeden z nich wsadził do pistoletu, po czym w jego lewej dłoni pojawił się Iphone. Tam pomimo tego, iż był praworęczny nawet sprawnie napisał wiadomość sms do Sahira. Treść była następująca:
"Mam nadzieję, że się nie guzdrzesz i jesteś na miejscu. Nowy cel! Masz pojmać faceta, który sdo nogi będzie miał przyczepioną naszą maszynkę. Najprawdopodobniej jest w tłumie, który zmierza do wyjścia. Wiesz co masz dalej robić. Pojmij za wszelką cenę!!!".
Następnie Pan Amborse pospiesznym krokiem udał się do drzwi, które zdecydowanych ruchem i z należytym dla szefa impetem je otworzył. To co ujrzał na własne oczy było nie do opisania. Sytuacja wydawała się być istnie typowa dla ujawnień mocy mutanta. Panika, płacz, niemoc i niesprawiedliwość to jedne z kilkudziesięciu emocji, które mogły pojawić się w ludzkim sercu. I pomyśleć, że wystarczyło to tego dziecku ze zmutowanym genem. Nasz bohater miał nadzieję, że po tym wszystkim te kreatury natury zostaną obrani przez wszystkich za cel. Ambrose zanim jednak wpadł w tłum musiał przejść przez scenę, a dokładnie ją wyminąć. Los znowu go zaskoczył. Ujrzał jak dwie kobiety siłują się. Nie tak jak mężczyźni (pokaz siły), lecz targania za kudły i chęć zdominowania drugiej poprzez lepszą pozycję w parterze. Brakowało jedynie kisielu, czy też budyniu ale nie o tym teraz. W jednej rozpoznał funkcjonariuszkę, która najwidoczniej kompletnie ignorowała wszelakie polecenia, a tego okropnie nie lubił przywódca D.O.G.S. Ten niezwłocznie odblokował broń, po czym z wymierzoną w kierunku policjantki lufą powiedział stanowczym tonem swojego głosu.
- Masz dwa wyjścia Panno Vandom. Ale puścisz piękną damę, albo wyłapiesz kulkę! Nie żartuję, ponieważ cholernie nienawidzę nieposłuszeństwa! Grasz na własnych regułach, które nie są po kolei z moimi interesami i przez to pojawił się problem. Masz trzy sekundy. Gdy doliczę do trzech masz podjąć decyzję. Jeżeli tego nie zrobisz usłyszysz bum. - oznajmił całkowicie serio Ambrose, który natychmiastowo zaczął odliczać. Palec wskazujący przez cały czas miał na spuście. Zwarty i gotowy do wykonania ruchu. Był skupiony aby nie dać się zaskoczyć. W razie jakiegokolwiek ataku ze strony policjantki starał się oddalać dystans i wówczas starać się ją zranić, gdy ta dalej będzie go atakowała.
[Profil]
  [B+]
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-03-08, 00:38   

Widział zarys sceny przed sobą. Pięła się w górę - i tylko tą górę dostrzegał - i to ledwo co. Tłum ludzi zasłaniał wszystko, kiedy powoli zbierał się do głównego pogorzeliska - wprost przeciwnie do tych uciekających. Musiał tam iść. Musiał? Tak, zdecydowanie musiał. Chciał, bo tam nakaz Seth - więcej nie było mu potrzeba. Przesuwał oczami po poszczególnych sylwetkach, próbując którąś twarz dopasować do tej z załącznika, ale nie oszukujmy się - było to niemal niemożliwe. Znalezienie jednej osóbki pośród tak wielu. Nie bardzo wiedział, co tu się działo i tym mniej widział o tym, co jeszcze miało się stać. Zapach tragedii wisiał w powietrzu. Kloto trzymała linie w napięciu, widać je było gołym okiem - wszystkie cenne życia, które próbowały o siebie walczyć - siebie i siebie wzajem. Niektórzy nadal nurkowali w tłum i pchali się do przodu, w głąb sceny, z jakąś determinacją i strachem wypisaną na twarzach. Zaraz, zaraz… jaki to miał być marsz? Pokojowy? Nie jestem pewien. Sens zgubił się w żyłkach splatanych w dłoniach Kloto - jego resztki ginęły na nożycach Atropos.
Telefon w kieszeni Allisona zawibrował. Sięgnął po niego i odczytał kolejną wiadomość od dowódcy, unosząc czujnie spojrzenie na uciekających. DOGS ruszyło do działania? Dlatego mutanci uciekali. Nie obchodziło go, co było tego przyczyną - skutek był widoczny jak na talerzu i nadal - to przecież nie była jego sprawa. Mimo, że był jednym z nich, że powinien się z nim identyfikować, walczyć o wolność i przetrwanie młodych ludzi, którzy wiele się od niego nie różnili - dzielili przecież ten sam gen X. Nie było jednak poczucia świętej misji, rycerstwa jak u Cassandry, Lucasa, Leona i Alison - ale to przecież o takich jak oni właśnie pisali książki, czy nie tak? Tych utalentowanych bohaterach, którzy nie bali się sięgnąć po dłoń dziecka, które potrzebowało pomocy - tak rozpaczliwie..! Kliknęły nożyce.
Nie było już kogo ratować.
I wszystko to działo się poza polem widzenia Sahira - jaka szkoda.
- Viki? - Schował telefon do kieszeni, spoglądając na jedną z bardzo niewielu znajomych mu twarzy. Spojrzenie wilczych dołów nie miało w sobie typowej dla niego flegmatyczności, nie było tak nierealnie spokojne i wyzute z emocji - było skupione i czujne. Niezwykle twarde. Broń była schowana pod jego kurtką, nie groziło przypadkowe wydanie się ze swoimi pokojowymi zamiarami na pokojowym pochodzie. Tylko co Viki tu robiła? Też była mutantką? Czarnowłosy przeniósł spojrzenie na uciekających. Raczej wątpliwe, żeby trudno było namierzyć tych, którzy walczyli z robocikami. Wątpliwe, żeby ktokolwiek chciał przy celach robotów stać - i przy samych robotach. Chwilowo nie kłopotał się z odpisywaniem Sethowi. Poprzednie wiadomości nie dotarły? Dziwne. No cóż, zdarza się. Może zagubiły się tak samo, jak łatwo było zgubić się tutaj ludziom.
Sahir nawet nie był pewien, czy Viki go usłyszała. Wyciągnął przed siebie dłonie. Spod rękawów zaczęła wypływać na ziemię czarna maź, która wędrowała za każdym jego krokiem, tworząc pod jego nogami rozrastającą się kałużę formującą w ścieżkę. Niewzruszona na to, że po niej kroczył i obce buty po niej deptały - sunęła do przodu w tempie Sahira. Widział, że Viki się wycofuje, więc nie powinien teraz zawracać jej głowy. Dobrze, niech ucieka. Czy jest mutantem czy nie - nie miało znaczenia. To nie nią miał się aktualnie zająć. Ciągle przesuwał się bliżej ścian, by nie wpaść na tłum w owczym pędzie. Wypatrywał robocików i ich ofiar.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Amy Vandom



Bądź przygotowany na najgorsze, ale licz na najlepsze

Zamiana w dym

60%

Miłość, prawość i nadzieja





name:

Amy Vandom

alias:
Amy

age:
24

Wysłany: 2018-03-08, 22:38   

Udać się udało, choć i tak strzały padły. Ale ej! Były też plusy tej całej sytuacji! Miałam pod sobą strzelca, winowajczynię zamieszania. Poczułam się dumna, a zarazem silna. Miałam tylko nadzieję, że nikt nie został postrzelony. Może spudłowała, może jeszcze była nadzieja na łagodniejszy wyrok, może zdoła przybyć pomoc i uratować ewentualnych poszkodowanych! Było tyle opcji "może", ale przede wszystkim musiałam tą wredną morderczynię skuć i doprowadzić przed sąd. Skubana walczyła zawzięcie, ale ja również nie poddawałam się, walczyłam o swoje prawa, o prawo do życia, do zdrowia, do szczęścia. Też byłam cholernym mutantem! Równie dobrze mogłaby i mnie zastrzelić! Albo każdego innego mutanta! Nie mogłam przecież na to pozwolić, póki na mej piersi widniała odznaka.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten cholerny sukinsyn. Glock ma charakterystyczny dźwięk przy przeładowywaniu. Nie miałam pojęcia który ma model, bo jest tego wiele, ale wiecie co? Najbardziej wkurwiło mnie to, że nie padły żadne słowa typu " Uspokój się! Vandom, skuj ją, mam ją na muszce!". Ale ten cholerny chuj, skierował swoje słowa do mnie. Ośmielił się rzucać i grozić mojej osobie! I jeszcze celuje we mnie lufą. Znieruchomiałam z wrażenia. Nie dosłownie, bo dyszałam jak po i głęboko wdychałam zimne powietrze. Gdzieś podczas bijatyki zgubiłam gumkę do włosów, dlatego też, moje rude włosy żyły teraz swoim prywatnym życiem.
- Żartujesz sobie? Oddała dwa strzały. Mogła kogoś zabić, jeśli nie zabiła! - może nie powinnam reagować, ani tym bardziej go słuchać. Ale akurat bardzo lubiłam swoje życie, a kulka w co nie których narządach ciała może je utrudnić. Dlatego zaczęłam powoli się podnosić z ziemi i ciała dziewczyny. Podniosłam też lekko dłonie na wysokość ramion, a pomiędzy moimi palcami prawej dłoni merdały kajdanki. Bardzo mi się to nie podobało, wręcz uwłaczało mojej naturze i przepisom prawa, którym ślubowałam wierność. Ale nie miałam wyboru, byłam na muszce, nie ucieknę też w siną dal, nie zmienię się w dym, aby dać Pieskom satysfakcję. Obejrzałam się za siebie, powoli, aby spojrzeć morderczym okiem na tego sukinsyna, przez którego stracę jedynego zamachowca.
[Profil]
 
 
Shivali Nyberg



If your heart was full of love, could you give it up? 'Cause what about Angels? They will come, they will go, make us special.

więź telepatyczna

72%

zbieg





name:

Shivali Nyberg

age:
24 lata

height / weight:
177/55

Wysłany: 2018-03-09, 01:16   
   Multikonta: Hopper, Donny
  

   Anioł Stróż w hinduskim wydaniu

  

   Pisze dobre wąteczki!

  

   #FPTP

  

   Podróżnik w czasie


Nagle, w jednej chwili poczuła jak ból rozsadza jej czaszkę. Złapała się za głowę, nie była pewna czy zaczęła krzyczeć, nie słyszała, za bardzo piszczało jej w uszach. Upadła na kolana. W zasadzie nie była pewna, gdzie była. Wróciła do siebie? Ciągle była gdzieś blisko Tori? Nie była w stanie wystarczająco się na tym skupić, nie była w stanie w ogóle pomyśleć na co patrzy. Istniał tylko ten okropny, okropny ból roztrzaskujący jej czaszkę.
A zaraz to wszystko zniknęło. Nie tylko ból, wszystko. Jakby ktoś zabrał fragment jej świata, oderwał i spalił jej kawałek duszy, a na jego miejscu była tylko przerażająca, czarna, pustka.
- Lizzie? - zapytała słabo.
Ale jej już tam nie było. Nie było jej obok, nie było jej gdzieś po drugiej stronie linii, nawet nie było jej nieprzytomnej. Nie było jej. Przestała istnieć, została brutalnie wyrwana z tego świata razem z kawałkiem Shivali. Nie żyła. Ona nie żyła.
Do Shiv jak przez mglę docierało, że siedzi gdzieś na ziemi przy swoim stoisku z herbatą. Gdzieś obok, na ziemi leżały rozrzucone kubeczki, w śniegu była wytopiona przez gorącą herbatę dziura. Ona nie żyła. Gdyby Shivali zaczęła ją uspokajać wcześniej, nie straciłaby przytomności. Mogłaby pomóc jej uciec. Mogłyby teraz siedzieć na kanapie i oglądać Zwierzogród. A ona nie żyła. Miała pięć lat.
Shiv nie była w stanie zapanować nad drżeniem swoich rąk ani nad potokiem łez. Ona miała tylko pięć lat. Miała przed sobą całe życie, wszystko czego nigdy nie zobaczy, nigdy nie poczuje. Shivali słyszała gdzieś w oddali hałas panikującego tłumu, ale nie była w stanie się tym przejmować. Ona nie żyła, nie żyła, nie żyła...
Gdyby Shivali od razu pobiegła w jej stronę, mogłaby zdążyć. Zabrałaby ją gdzieś, gdziekolwiek. Lizzie nie powinna była ginąć. Nie zasługiwała na to, nie mogła. Nikt nie mógł.
Była taka radosna, pomimo tego wszystkiego co ją spotkało...
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Victoria Johnson



Fairy tales are more than true: not because they tell us that dragons exist, but because they tell us that dragons can be beaten.

blokada mocy

57%

księgowa w korpo





name:

Victoria Johnson

alias:
Tori

age:
28

Wysłany: 2018-03-09, 02:39   

Mówiła jej, żeby stamtąd uciekała. Mówiła, że zaraz zaczną się problemy. I nie pomyliła się. Victoria nie słyszała żadnych strzałów, nie było na to szans - tłum skutecznie zagłuszał dźwięki dobiegające spod sceny, poza tym powoli, metodycznie się stamtąd oddalała. Nie miała szans wiedzieć co się dzieje, prócz tego, że tłum zaczął bardziej panikować - ale że była to zasługa pająkowatych robotów od DOGS? Tego też nie wiedziała.
Już miała znowu naprzeć na tę ich więź i spróbować zmusić Shivę, żeby jednak porzuciła to stoisko i uciekła, zanim zdarzy się coś jeszcze, ale nie zdążyła. Bo to do niej zaczęły przenikać emocje z drugiej strony. Kompletna panika, histeria, jakiś dojmujący i obezwładniający żal, zupełnie jakby na jej oczach zginął ktoś jej cholernie bliski, jak rodzina. Ale to nie była rodzina. To była mała dziewczynka - Vica tego nie wiedziała, nie potrafiła odczytać wszystkiego, co nadawane było po więzi, zwłaszcza, że najwyraźniej moc Shivali w tym momencie wymknęła się spod kontroli, ale to wystarczyło, bo Johnson wiedziała, że jest źle. Że coś jest cholernie, cholernie nie tak.
- Kurwa mać - zaklęła pod nosem i zatrzymała się. Tłum napierał na jej plecy, ale nie stała tak jakoś bardzo długo. Co, miała ją tak zostawić? Samą? Z czymkolwiek co się stało, co nią targało? Miała pozwolić, by mogło coś jej się stać? - Kurwa mać - powtórzyła, ale nim zdążyła się odwrócić, uniosła głowę i w tym momencie skrzyżowała spojrzenie z kimś, kogo kompletnie nie spodziewała się tutaj zobaczyć. Nie słyszała co mówi, mogła jedynie czytać z jego ruchu warg, ale w jej umyśle przekołatała się jedna myśl - jedno słowo: Sahir? Szedł w drugą stronę - to znaczy nie uciekał, a parł do przodu, pod scenę, idąc pod prąd. Wyprzedził ją znacznie nim i jej udało się odwrócić i zacząć przeciskać w stronę, z której tutaj przyszła. Była teraz rozdarta - Sahir, ostatnia, osoba, której by się tutaj spodziewała i nie miała pojęcia co teraz myśleć. Ale czy w ogóle było o czym? Czarne myśli napierały na ściany jej umysłu, przypominając dokładnie co miała zrobić i wypierając konsternację dotyczącą faceta, który jakimś cudem zawrócił jej w głowie i czasami miała wrażenie, że on kompletnie nie zdaje sobie z tego sprawy... Ale miała przecisnąć się do Shivali - i wydawało jej się, że ona w ogóle nie ruszyła się z miejsca, więc wiedziała mniej-więcej gdzie iść. Z trudem bo z trudem, ale jednak.
_________________


Victoria Johnson



[Profil]
 
 
Louanne Marie - Henning



Życie to zagadka, nie trać czasu, bo jej nie rozwiążesz.

nigdy w życiu

antropolog sądowy/ Wicedyrektor DOGS





name:

Louanne Marie - Henning

alias:
Prinsessa

age:
29

height / weight:
159 / 55

Wysłany: 2018-03-09, 17:28   
   Multikonta: Esther/Rocky/Lasair
  

   Ucieszyła MG, bo dobrze strzela!

  

   Masz talona na Aarona i balona!


Spodziewała się, że znajdzie się osoba, która będzie próbowała ją powstrzymać. Jednak obserwowała jak pierwsza kula trafia w cel. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Kiedy po raz kolejny naciskała spust broni. Poczuła dwie rzeczy jak ktoś się dosłownie na mnie rzuca oraz broń wystrzela. Szczerze liczyła, że kula nie trafi nie winną osobą. Ponieważ nie chciała mieć na dłoniach krew niewinnej osoby. Próbowała zachować równowagę niestety ten rudzielec całym impetem uderzył w nią iż obie wylądowały na ziemi. Pf... bohaterka się znalazła. Serio nie miała kiedy zgrywać bohatera jak właśnie w tej chwili.
Oczywiście, że się broniła, przecież nie na da się zakuć byle komu. Zwłaszcza, że nie raz współpracowała z policją i FBI więc wiedziała jak się należy się bronić. Po za tym ta tutaj popełniła masę błędów. Nim jednak kobieta założyła jej te srebrne bransolety. które w ogóle nie pasowały Lou do stroju. Z pomocą jej przyszedł rycerz może nie tak ślącej zbroi, ale jednak w zbroi. Gdy tylko ta ruda pozwoliła jej podnieś się z ziemi. Otrzepując sobie ubranie.
Postanowiła nic nie mówiła jedynie obserwując jak rozegra się sytuacja pomiedzy tą dwójką.
_________________

LOUANNE MARIE - HENNING




Anioły najczęściej schodzą na ziemię, wcielając się w role córki - Yvonne Naomi Henning.


[Profil]
  [B-]
 
Leon Hawthrone



Everybody waiting for the fall of man Everybody praying for the end of times Everybody hoping they could be the one I was born to run, I was born for this

Aerokineza

70%

xxx





name:

Leon Hawthrone

alias:
Leo

age:
25 lat

Wysłany: 2018-03-09, 18:16   
   Multikonta: Nie


W jednym momencie chłopak stał, próbując pomóc dziewczynie w przeszmuglowaniu dziecka przez tłum ludzi, w drugim, widział po swoich stronach parę czyichś rak, próbujących zrobić dokładnie to samo, a potem usłyszał świst i gwałtownie wylądował na plecach. Jakaś siła odrzuciła go do tyłu, jakby jakaś niewidzialna dłoń olbrzyma popchnęła go jak kukiełkę. Ni to sapnął, ni to syknął, dźwigając się na łokcie, zdezorientowany (Co to było, do cholery...) i spróbował zlokalizować wzrokiem kobietę z małą dziewczynką. Jego uwaga została jednak bardzo szybko skierowana na to, że w jego stronę podążało coś na kilku nogach - bardzo szybko i bardzo zwinnie. I to skutecznie podziałało - zerwał się na równe nogi i wyciągnął pistolet. Wystrzelił w stronę pajęczaków kilka pocisków, mając nadzieję, że to zadziała. A potem szybko uskoczył przed jednym z nich, który szedł prosto na niego.
- Hej! - doskoczył szybko do Cassandry. - Musimy się stąd zwijać! Pamiętasz mnie, co nie? - powiedział, łapiąc ją za ramię. Zerknął na dziecko i dopiero teraz połapał się, do czego doprowadziły wcześniejsze strzały. Przeklął siarczyście. - Już jej nie pomożemy, musimy iść! - powiedział głośno, mając w planach baaaardzo szybkie zwinięcie się stąd.
_________________

And now it's time to build from the bottom of the pit, right to the top


Leon Hawthrone


[Profil]
 
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-03-09, 21:13   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Co za tłum! Pchali się i prędzej skłonni byli się wzajemnie pozagniatać, zamiast sprawnie stąd ewakuować. Za nic nie chciałbym być odpowiedzialnym za ochronę, bo bym chyba dostał szewskiej pasji. Cholera, bydło! Choć myślę, że gdybym dał tu popis ogniowy, to wiele patrzałek zwróciłoby się w moim kierunku… póki nie nastąpiłby jeszcze większy chaos.
Przekląłem więc jedynie pod nosem, idąc pod prąd. Nigdzie nie dostrzegałem Sam. Modliłem się w duchu, żeby jej tu już nie było, żeby była bezpieczna, patatajając sobie do domku. Nie miałem nawet pojęcia, w jaki sposób dotarła do Seattle. Może brakowało jej powrotu? Może potrzebowała pomocy? Może nie była zdolna kicać gdziekolwiek była? Chyba raczej nikt jej nie strato… Dobra, stop! STOPSTOPSTOP, AARON. SKUP SI?.
- Widzisz ją? – zapytałem, przystając i pytając się Alby na uszko. Och, przygryzałbym, gdyby nie ten chaos. Tylko, no, był chaos i mi już oczka chodziły po tłumie za Albą, czy gdzieś nie było tej krótko przystrzyżonej fryzurki, która by tak, no, chodziła góra-dół przez kuśtykanie. Nikogo jednak nie widziałem.
Powróciłem wzrokiem do przestrzeni przede mną. Pewnie Alba zdążyła mi już odpowiedzieć… i pewnie już nie pamiętałem, co mi powiedziała, bo ludzie zaczęli jeszcze szybciej wiać i panikować, bo na horyzoncie pojawił się ten paskudny dron na mutanty. I tyle w temacie bycia incognito… szedł prosto na nas. Niechybnie.
Ścisnąłem mocniej rękę Alby. Być może nawet za mocno. Drugą już miałem w kieszeni. Ba!, już ją z niej wyciągałem, by nadać swojemu życiu pełniejszego obrazu. PŁOMYCZKI! Yay! Tylko że jakoś się tym zanadto nie jarałem, bo jebane tłumy, bo zwracanie większe na siebie uwagi, bo bestia biegnąca w moim kierunku, w NASZYM kierunku. Nie dam za nic skrzywdzić Alby.
Pomknęła chmura ognia w kierunku pająka. Starałem się stać pewnie w miejscu, by skupić się na tej lecącej chmurce. Zamierzałem celować w to ciałko? pajęczaka i je tak podgrzać, bo mój ogień, to żadna plazma czy co. To ogień, więc miałem nadzieję, że dosyć szybko przesmaży mu kabelki czy tam inną elektronikę.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Lucas Hope



I'm invisible until someone needs me

Syreni Śpiew

54%

Model





name:

Lucas Hope

age:
20

height / weight:
188 / 77

Wysłany: 2018-03-09, 22:08   
   Multikonta: Magnus
  

   #GayPride


Ał. Zabolało kiedy upadłem jednak szybko wstałem na nogi. Rozejrzałem się i pobladłem kiedy zobaczyłem ciało małej dziewczynki z raną postrzałową i powiększającą się czerwoną plamą krwi na ubraniu. Miała jeszcze szansę na przeżycie więc ruszyłem w jej stronę tym razem uważając by się nie przewrócić.
-Chcę pomóc. Musicie jak najszybciej stąd zwiewać- Powiedziałem kiedy dotarłem do kobiety i dziewczynki. Wyjąłem z kieszeni telefon i szybko wystukałem wiadomość do swojego agenta. Jej treść brzmiała "Przyjeżdżaj szybko. Robi się gorąco a mi się na cmentarz nie śpieszy" Po wysłaniu wiadomości schowałem telefon i zerknąłem na kobietę.
-Mój agent powinien niedługo przyjechać i zabrać mnie stąd. Możecie jechać ze mną. Małej przyda się opieka medyczna- Zaproponowałem chcąc jakoś pomóc. Samochodem łatwiej będzie stąd zwiać niż pieszo no i szybciej.
[Profil]
  [A+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-09, 23:22   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Od kilku dni analizował organizację pochodu. Obserwował wszystko z daleka, starając się nie zbliżać zanadto by nie wzbudzić niczyich podejrzeń, ale wystarczająco by móc wybrać sobie odpowiednie miejsce, odnaleźć luki, które mogłyby zostać przeoczone przez organizatorów.
Udało mu się bez większych przeszkód zejść ze schodów. Czuł, że każdy mięsień jego ciała jest gotowy do obrony lub ataku. Wiedział, że ten moment może nadejść bardzo szybko. Jego zmysły były wytężone, starał się w stu procentach kontrolować sytuację, ale wiedział też jak wiele czynników jest niezależnych od niego. Że czasami o wszystkim decyduje zwykłe zrządzenie losu. Udało mu się dotrzeć do wyjścia z budynku. Słyszał chaos panujący na zewnątrz. Teraz musiał wtopić się w tłum i po prostu zniknąć. Jeśli jego lokalizacja została wykryta, wiedział że potrzebuje dobrego odwrócenia uwagi. Był na to przygotowany.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-03-10, 01:51   
   Multikonta: Lidia Foney


I dopiero teraz czuła, jak bardzo jest krucha i bezbronna w obliczu siły tego tłumu. Gdyby nie Aaron i jego troska, to pewnie porwaliby ją ze sobą i stratowali. Czuwał jednak i nie pozwolił im jej podeptać. Udało im się podejść dość blisko do sceny ale nie widzieli tego biednego dziecka. Oboje gorączkowo rozglądali się za Sam, na odnalezieniu której Aaronowi zależało najbardziej teraz. Delgado liczyła na jego bystre oko, ponieważ dla niej wiele tutaj było dziewcząt w krótkich włosach i zbyt szybko przemykały je przed oczami, by mogła ujrzeć ten błysk Bartowskich.
- Aaron, obawiam się, że teraz jej nie znajdziemy – wypowiedziała, otulając łapkami całą jego rękę. Gdyby tylko mogła, to schowałaby się w nim mocno i przeczekała ten sztorm. Nie powinna jednak być tak biedna. Jaka szkoda, że jej moc jest w ogólnie nieprzydatna… Chociaż! Może potrafiłaby tych ludzi trochę opanować? Tylko jaki to miało sens, skoro oni chcieli tylko uciec i powrócić do swoich spokojnych domów. I oni, Alba i Aaron powinni postąpić tak samo, ale jednak coś ich ciągnęło do serca tej akcji. Akcji, o której nie mieli żadnego pojęcia.
- Co to jest? - zapytała, otwierając oczka szeroko. Jakieś okropne stworki, roboty? Albo inne nieziemskie dziwności? Nim jednak serce Alby zdążyło stanąć, Aaron już figlował tymi płomykami, które dzielnie podążały za celem. Był taki potężny i nie tracił głowy, jak ci wszyscy mijający ich ludzie. Jednak jako członek Bractwa miał za sobą lata szkoleń i walki z prawdziwym wrogiem - potrafił się bronić, a ci uciekający ludzie byli całkiem bezbronni. - Aaron, jest coraz gorzej – szepnęła, czując, że nie do końca sobie radzi z emocjami tych ludzi, na które nie potrafi się zamknąć. Może to przez to, że źle się czuła i osłabienie organizmu oznaczało także mniejszą kontrolę nad mocą. Wokół sceny nie brakowało ludzi pełnych strachu, podekscytowanych albo głodnych krwi. Aż za dobrzeto odczuwała.
Gdy Aaron skupiał się na eliminowaniu zagrożenia, ktoś pociągnął Albę i popchnął gdzieś dalej, przez co ich dłonie się rozłączyły. Świat jej poważnie zawirował przed oczami.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-10, 11:39   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Za dużo, za dużo, za dużo...
Wszystkiego tu było za dużo.
Strach wciąż mnie paraliżował, a słowa Roseberry były w tym wypadku marnym pocieszeniem. Yay, jak bardzo mogłam się cieszyć z tego, że jednak wszystko sobie przemyślała i chciała ze mną być! Kto by tego nie robił, mając przed sobą wizję szybkiej śmierci? Oh, ale przynajmniej w ramionach ukochanej osoby...
Pierwszy szok - Padły kolejne strzały a ja kolejny raz poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Ja pierdole... Tam coś się dzieje... Ktoś na pewno jest ranny... A Ty Sam, siedzisz tutaj jak ostatnia ciota i nie wiesz, co ze sobą zrobić... Brawo, bohater roku. Wypełniasz wszystkie swoje obowiązki, kurde bele. Tym bardziej jako członek organizacji, która całe to piekło zorganizowała...
Drugi szok – wargi brunetki przyklejające się do moich. Nie powiem, to dziewczynie wyszło. Byłam tak zaaferowana tym, co zrobiła, że na chwilę nawet zapomniałam o całym tym chaosie, który odgrywał się po drugiej stronie sceny. I już jej chciałam odpowiedzieć, już chciałam za nią ruszyć...
Gdy nastąpił szok trzeci. Ten dźwięk. Te szumy płomieni, słyszalne nawet z tej odległości. Aaron. Był tu. I musiał użyć mocy. To nie wróżyło nic dobrego. Spojrzałam wymownie na Ricky, wierząc, że zrozumie o co mi chodzi. Nogi wciąż miałam jak z waty, wierzyłam jednak, że razem, damy radę okrążyć tą scenę. Ja... Tylko musiałam się upewnić, że nic złego (haha) się nie dzieje...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-03-10, 13:06   

Nastał dziś smutny dzień w Seattle.
3 osoby martwe, kolejne ciężko zranione i wcale nie zapowiadał się koniec tej tragedii. Pod sceną już niemal nie było ludzi. Zostały ostatnie osoby, które nie zdołały się szybciej przecisnąć przez tłum, oraz nasi kochani, choć ogarnięci smutkiem mutanci.

Cassandra czując krew dziecka spływającą po jej dłoni, zamarła. Nie była w stanie nic zrobić a i ludzie wokół niej średnio jej w czymkolwiek pomagali. Po prostu stała, nieruchomo, bijąc się z własnymi myślami. Wielka to szkoda, gdyż niestety – pająk, który wcześniej mknął prosto na Lizzy, za swój nowy cel obrał właśnie ją – skacząc ku kobiecie.
To był ułamek sekundy, gdy maszyna podskoczyła i złapała nie tylko małą dziewczynkę, ale i jej opiekunkę. Gardner boleśnie upadła na ziemię, czuła, jak cienkie nóżki robota wbijają się w jej skórę. Jeśli nie będzie z nim walczyć, prawdopodobnie zostanie tylko przyszpilona do ziemi. Czy było to jednak możliwe w chwili, gdy widziała przed sobą, na ziemi, twarz dziewczynki, z otwartymi, pustymi oczami? Ten obraz był tak niepokojący...

W podobnej sytuacji był Leon – na niego jednak chrapkę miały aż dwie maszyny.
Kule wystrzelone przez mężczyznę bez problemu przebiły się przez płyty na ciele maszyny. Szkoda więc, że Hawthrone nie pomyślał o tym, by podobnie postąpić z drugim pająkiem – bowiem ten nic sobie nie zrobił z odskoku, atakując nogi mutanta. Bez szybkiej reakcji, i on wyląduje na ziemi...

Biedny jednak nasz supermodel, Lucas, którego prawdopodobnie dopadł syndrom wyparcie. Uparcie twierdził, że dziecko wciąż jest w stanie to przeżyć, mimo że widział jego ranę, lejącą się krew. Było jednak w tym coś dobrego – we własnym szaleństwie zdołał przyspieszyć przyjazd swojego agenta. Musi się jednak do niego jeszcze dostać! W wiadomości zwrotnej mógł przeczytać:
- Jestem na miejscu. Zaparkowałem od zachodu.
Nasza lodowa księżniczka prawdopodobnie również źle zniosła śmierć dziecka, gdyż podobnie do Cassandy – zamarła w miejscu, stając się łatwym celem na ewentualne dalsze ataki.

Nieopodal nich rozgrywała się jednak dość nieprzyjemna bójka, między mordercą dziecka a funkcjonariuszką prawa, która prawdopodobnie zapomniała, jak ten świat działa. Gdy Seth im przeszkodził, we wszystkich krótkofalówkach rozbrzmiał komunikat:
- Uwaga, wszystkie jednostki. Otrzymaliśmy informację, że funkcjonariuszka Vandom, współpracuje z terrorystami. Powtarzam, funkcjonariuszka Vandom wspiera terrorystów.
Co? Właśnie uznali Amy za współwinną atakowi terrorystycznemu, tylko dlatego, że chciała ochronić biedne dziecko?
Niestety, nasz świat nie zawsze działa jak chcemy, a my, za nasze wybory musimy ponieść konsekwencje.
Louanne wstała po tej bójce, patrząc z dumą na zniesławioną policjantkę, gdy ta, wciąż z kajdankami w dłoni stała niczym kaczka na strzelnicy Ambrose'a.

Nie zapominajmy jednak o naszych kochanych gołąbeczkach, które przecież dołączyły do całego wydarzenia. Rozlgądali się za kimś, nie mogąc nic dostrzec, gdy ten przebrzydły pająk postanowił obrać sobie za cel mężczyznę. Zanim to się jednak stało, Alba brutalnie została odsunięta od swego partnera i porwana dalej w tłum, co ponownie spowodowało duży spadek jej opanowania – a przecież jej moc wciąż działała, prawda?
Aaron na to odpowiedział wściekłością, atakując swym płomieniem maszynę.
Bez problemu skierował swoje płomienie na robota, znacznie go spowalniając. Mógł widzieć, jak materiały, z których wykonany był pająk topią się pod wpływem jego mocy. Niestety... wynalazek nie padł całkowicie. Poruszał się jednak tak wolno, że nawet starzec byłby w stanie przed tym umknąć.
Niestety, taki pokaz wzbudził bardzo duże zainteresowanie i jeszcze większą panikę w tłumie. Bartowski może się spodziewać, że jutro stanie się gwiazdą wydarzeń, zaraz za młodą panienką Addams...

I pomyśleć, że osoba, za którą tak bardzo rozglądała się ta para wyżej wciąż ukrywała się za sceną, walcząc z własną traumą, wspierana przez swą dawną miłość. Widać jednak, strach o siebie jest niczym, gdy w grę wchodzi również strach o swoich bliskich, bowiem ignorując wszelki zdrowy rozsądek – Samantha, przy pomocy Ricky chciała się dostać na przód, w centrum wydarzeń. Jeśli Roseberry zgodzi się jej pomóc – w następnej akcji będą już przed sceną.

Kto by się jednak spodziewał, że w takim tłumie można dostrzec dawne sympatie? Na pewno nie Sahir oraz Victoria, którzy właśnie tego doświadczyli. Allison parł dalej przed siebie, z mazią pod nogami i bez problemu mógł już dostrzec wszystko, co działo się pod sceną – w końcu sam już do niej dotarł, nieprawdaż?
Panienka Johnson w tym czasie walczyła z wewnętrznym dylematem – facet, czy przyjaciółka? Ostatecznie chyba jednak wybrała to drugie, więc wbrew woli tłumu, zaczęła przeciskać się z wolą łososia płynącego w górę rzeki. W ciągu kilku chwil odnalazła stoisko, przy którym miała dziś pracować hinduska.
A ta... Skrywała się za ladą, pochłonięta płaczem i walcząca z niemożliwym bólem głowy.
Rzeczywiście, dzisiejszego dnia mała część Shivali odeszła na zawsze...

W najlepszej sytuacji znalazł się chyba Billy, który zdołał już bez problemu wybiec z budynku i dołączyć do tłumu. Był przygotowany na każdą ewentualność. Miejmy jednak nadzieję, że nie będzie musiał się posunąć do tak drastycznych kroków...
A to wszystko mogła obserwować Zoella w swojej furgonetce, która już chyba nawet nie wiedziała, co ze sobą robić, gdy nie otrzymywała prostych rozkazów od swego przełożonego...

______________________________________
Utrata opanowania 2x K20: Cassandra, Shivali
Utrata opanowania K20: Lucas, Amy, Alba
Utrata opanowania K10: Samantha, Aaron, Victoria
Do eventu wciąż mogą dołączyć uczestnicy pochodu!
Postaci, które do tej pory nie dołączyły do tematu, przy wprowadzeniu postaci muszą brać pod uwagę poczynania osób przed nimi - muszą też się dostosować do wyznaczonej liczby akcji.
Postaci, które już biorą udział w evencie, a nie odpiszą do kolejnego udziału mistrza gry, otrzymają ujemny modyfikator do reakcji na rzeczy, które mogą ich dotyczyć.

Rzuty:
Ukryj: 
Statystyki:
Ukryj: 

Numer porządkowy: 1
Dane: Lucas Hope
Rola: Organizator
Żywotność: 97%
Opanowanie: 90%
Inne: Syreni śpiew [3/1], modyfikator -1 do wszystkich rzutów (marznie)
Numer porządkowy: 2
Dane: Zoella Oaks
Rola: Ochrona
Żywotność: 100%
Opanowanie: 89%
Inne: Telepatia [5/3], astma wysiłkowa
Numer porządkowy: 3
Dane: Shivali Nyberg
Rola: Organizator
Żywotność: 100%
Opanowanie: 49%
Inne: Więż telepatyczna [1-9/1], boi się pożarów, modyfikator -1 (opanowanie)
Numer porządkowy: 4
Dane: Billy Sanders
Rola: Ukryty agent
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Numer porządkowy: 5
Dane: Seth Ambrose
Rola: Ochrona
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Numer porządkowy: 6
Dane: Amy Vandom
Rola: Ochrona/Policja
Żywotność: 100%
Opanowanie: 88%
Inne: Zamiana w dym [1-2/1]
Numer porządkowy: 7
Dane: Alba Delgado
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 78%
Inne: Empatia [3/1]
Numer porządkowy: 8
Dane: Alison Blake
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Kriokineza [3/2]
Numer porządkowy: 9
Dane: Aaron Bartowski
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 93%
Inne: Pirokineza [5-8/1-3]
Numer porządkowy: 10
Dane: Lizzy Addams
Rola: Uczestnik
Żywotność: 0%
Opanowanie: 0%
Inne: MARTWA; Opiekun [3/2]
Numer porządkowy: 11
Dane: Samantha Bartowski
Rola: Mówca
Żywotność: 90%
Opanowanie: 70%
Inne: Złamana kość biodrowa.
Numer porządkowy: 12
Dane: Cassandra Gardner
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 65%
Inne: Manipulacja snami [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 13
Dane: Leonard Rathaway
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Zmiana w nietoperza [5/2-8/1]
Numer porządkowy: 14
Dane: Leon Hawthrone
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Aerokineza [???], szybki. [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 15
Dane: Louanne Marie - Henning
Rola: Ukryty Agent
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: -
Numer porządkowy: 16
Dane: Victoria Johnson
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 90%
Inne: Blokada mocy [4/2]
Numer porządkowy: 17
Dane: Ricky Roseberry
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Bariera ochronna – fizyczna [5/3]-
Numer porządkowy: 18
Dane: Sahir Allison
Rola: Wsparcie ochrony
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Czarna materia [10m/ak. (20max)]
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5