Poprzedni temat «» Następny temat
Billy Sanders
Autor Wiadomość
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-02-11, 18:23   Billy Sanders
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


William "Billy" Sanders
urodzony w Arnette, Texas 17.02.1982 roku, mieszka Seattle od 15 lat, przynależy do G.C, piastuje stanowisko dowódcy oddziału, wizerunku użycza Ben Barnes
historia

- William Torrence Sanders. Urodzony siedemnastego lutego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku w Arnette, stanie Texasas. - zaczynam swoją opowieść rzeczowym tonem, patrząc prosto w oczy mojej przełożonej. To tylko standardowa procedura. Nie jestem zestresowany. Wygodnie rozkładam się na metalowym krześle,
poprawiając mankiety mojego garnituru. Uśmiecham się w myślach, bo widząc swoje odbicie w lustrach patrzę na eleganckiego mężczyznę, który tak łudząco przypomina mój ideał z dzieciństwa - Jamesa Bonda. Szkoda tylko, że moja służba nie jest tak honorowa jak ta agenta jej królewskiej mości. Kobieta siedząca na przeciwko mnie chrząka cicho,
patrząc na mnie z wyczekiwaniem. Tym razem uśmiech pojawia się również na mojej twarzy. Koci, godny drapieżnika. - Przepraszam, jestem po prostu pod wrażeniem.
- rozglądam się po pomieszczeniu, kończąc swoją obserwację na rzuceniu jej długiego spojrzenia. Zatrzymuję wzrok na niej i widzę jak jej usta drgają w lekkim uśmiechu. Jakby chciała się do mnie uśmiechnąć, a nie mogła. Wiem, że chciała. Wiem, że chciałaby być tą, która wywarła na mnie takie wrażenie. Uśmiecham się nieco szerzej i nie wyprowadzam jej z błędu.
Wypuszczam lekko powietrze, rzucając jeszcze jedno krótkie spojrzenie na panoramę Seattle zanim zacznę i skupię swój wzrok na mojej rozmówczyni.



- Więc tak jak mówiłem urodziłem się w Texasie. Ojciec prowadził farmę, matka dorabiała sobie w okolicznym szpitalu. Miałam młodszą o dwa lata siostrę - Jolene. Swojego czasu byliśmy średnio zamożni, ale mój ojciec kompletnie załamał się po pożarze do jakiego doszło na farmie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku. Miałem wtedy dziesięć lat i wtedy stan majątkowy naszej rodzinie nagle się pogorszył. Moja matka zaczęła brać dodatkowe zmiany, a ojciec pogrążył się w alkoholizmie...
- Czy ojciec stosował w stosunku do was przemoc? - zapytała, przerywając mi. Uśmiecham się niemrawo.
- Tak. Głównie w stosunku do matki. W stosunku do mnie również, rzadziej w stosunku do mojej młodszej siostry. Ja i matka mieliśmy niepisaną umowę, żeby ją przed tym chronić. Nie zawsze nam to wychodziło. Szczególnie, gdy moja matka zerwała warunki uciekając jakieś dwa lata później z dwudziestodwuletnim mężczyzną. Nigdy jej więcej nie zobaczyłem. Po tym wszystkim zostaliśmy w domu tylko mój ojciec, ja i moja siostra. Nie powiem, że był to dobry okres w moim życiu. - unoszę lekko brew. - Dużo zawdzięczam siostrze mojego ojca - mojej ciotce Judith. Jej mąż nas nie tolerował, ale ona zawsze dbała o to, żebyśmy mieli co jeść i w czym chodzić. W tym czasie zachowanie mojego ojca pogorszyło się. - podsuwam jej teczkę z dokonaniami mojego rodziciela. - Był wielokrotnie zatrzymywany przez policję. W roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym trafił do szpitala w skutek pobicia. Nigdy nie wpłynęła na policję żadna skarga, ale pouczono mnie, żebym był z panią szczery. - wypuszczam głośno powietrze. Cała historia trzyma się kupy. Chroniłem siostrę. Kochałem siostrę i dbałem o nią najbardziej w świecie. Od zawsze. Dlatego tutaj jestem. Najlepsze kłamstwa mają w sobie najwięcej prawdy. - Do bójki między mną, a ojcem doszło po tym, gdy zauważyłem że moja siostra ma rozbity łuk brwiowy. On był pijany, a ja byłem dość spory jak na piętnastolatka, grałem w rugby. Po tym wydarzeniu ojciec nigdy nie wrócił do domu, a ja wraz z Jolene zostaliśmy odesłani do domu dziecka. Mąż mojej ciotki nie chciał zgodzić się na adoptowanie nas, więc dopiero po jego śmierci już tylko moja siostra trafiła pod opiekę ciotki, ja byłem już pełnoletni. Niestety, ale Judith była bezpłodna więc wszystkie pieniądze jakie miała inwestowała w nas. Mimo opłakanej sytuacji w domu, miałem zawsze bardzo dobre oceny, więc namawiała mnie na to, żebym poszedł na jakieś dobre studia. Wysłała mnie do Dallas przez co na kilka lat praktycznie straciłem kontakt z moją siostrą. Ukończyłem college, w którym swojego czasu odbywałem zajęcia z dziedziny kryminalistyki, biologii i chemii. Ciotka chciała, żebym po ukończeniu go poszedł na medycynę i kształcił się na koronera. W trakcie studiów zmieniły się moje plany. Po odebraniu dyplomu, zaciągnąłem się do akademii wojskowej, którą ukończyłem, a następnie odbyłem obowiązkową służbę. - Podsuwam jej kolejną teczkę, w której znajdują się moje referencje, opinie jakie zostały wystawione mi przez moich przełożonych. Wiem, że dobrze o mnie świadczą. - Nigdy jednak nie wiązałem mojej kariery z wojskiem. Po powrocie do domu od razu zgłosiłem się do FBI, przeszedłem wszystkie niezbędne testy, następnie odbyłem szkolenie, a potem zostałem przeniesiony do Seattle, gdzie jak pani wie mieszkam do dzisiaj.

Kobieta pokiwała głową i zrobiła krótki gest ręką na znak, że ma przestać mówić. -
Jesteśmy świadomi, że jak na swój wiek był pan, Sanders, bardzo dobrze zapowiadającym się agentem. Obserwowaliśmy pana przez dłuższy czas. Chciałabym,
żeby opowiedział nam pan o swojej relacji z siostrą. - spojrzała na mnie uważnie. Czuje jak jej wzrok drąży we mnie dziury. Uśmiecham się nerwowo i poprawiam marynarkę.
Takiej reakcji właśnie oczekuje. Chce zobaczyć, że źle reaguje na wspomnienie o siostrze. Przecież właśnie dlatego mnie wybrali. Oboje gramy w tą grę, chociaż ona nie do końca zdaje sobie sprawę, że ja przewiduje każdy jej ruch z uprzedzeniem. Jeszcze przez chwilę udaje zmieszanego, starając się w tym nie przesadzić, by nie zostać posądzonym o zbytnią emocjonalność.

- Cóż... - zaczynam, przełykając ślinę. - Jolene zawsze była problematyczna. W odróżnieniu do mnie nie radziła sobie dobrze z tym co się działo w domu. Dla mnie to była motywacja by sięgać po lepsze życie, dla niej wymówka by podążać drogą utartą przez rodziców. - rozkładam bezsilnie ręce. - Jeszcze w szkole mieliśmy problem z utrzymaniem jej w ryzach - ja i Judith, oczywiście, bo ojciec się tym nie interesował.
Ledwo zdawała z klasy do klasy, później zaczęły się problemy z narkotykami, ucieczkami z zajęć i alkoholem. Niestety, ale przez mój wyjazd na studia straciliśmy kontakt, a Judith nie radziła sobie z Jo. Gdy byłem w wojsku uciekła z domu, dopiero po powrocie miałem szansę ją odszukać i się z nią zobaczyć. Nie była w najlepszym stanie. Po śmierci ciotki to ja odziedziczyłem całą jej fortunę łącznie z jej domem w Arnette. Być może popełniłem błąd, ale nie podzieliłem się tymi pieniędzmi z siostrą, z uwagi na jej problemy. Nie chciałem wspierać tego co się z nią wtedy działo, próbowałem namówić ją na odwyk, ale ona nie chciała mnie słuchać. Dałem jej tylko pieniądze na przeżycie.
Po kilku miesiącach znów się do mnie odezwała, a potem znów... Z czasem coraz częściej. Nie podobało mi się, że jest posiniaczona. Zrobiłem prywatne śledztwo. Odkryłem, że ma chłopaka. Byłem pewien, że to on jest twórcą tych siniaków, więc postanowiłem mu pokazać gdzie jest jego miejsce. Właśnie w taki sposób wpadłem na mojego pierwszego w życiu mutanta. - zrobiłem krótką przerwę w moim wywodzie,
by nabrać powietrza. - Nie powiem. Nie wyszedłem na tym zbyt dobrze. To było przed dwa tysiące czternastym. Nawet się tego nie spodziewałem. Przerzucił mnie siłą umysłu przez pokój jakbym był szmacianą lalką. Nie miałem żadnego przygotowania do starcia z nim. Trafiłem do szpitala, a kilka dni później zostałem powiadomiony, że odnaleziono ciało mojej siostry. W jej własnej sypialni. Z obrażeniami jakby spadła co najmniej z dziesiątego piętra.
Powrót do zdrowia zajął mi kilka tygodni. Jeszcze przed wyjściem ze szpitala odwiedził mnie członek G.C. Zaproponował mi układ. Głowa mutanta, który zabił Jo za współpracę z Organizacją. Oczywiście zgodziłem się. - uśmiecham się niewesoło. Nie wspominam o tym jak wiele profitów mi wtedy zaproponowano w zamian za pomszczenie oprawcy siostry i rozpoczęcie szpiegowania FBI. Śmierć Jo zawsze była moją kartą przetargową, chociaż nie do końca dlatego zdecydowałem się pracować z tymi fanatykami. FBI w tamtych czasach mnie ograniczało. Nie miałem znajomości, ani pieniędzy, a Biuro było miejscem gdzie drzwi otwierano dla tych, którzy owe pieniądze i znajomości mieli. Ciężko pracowałem na każdy sukces, a w momencie rozdawania awansów zbyt często byłem pomijany na korzyść gorszych agentów, którzy mieli wpływową rodzinę. Miałem tego dość, a za G.C stali ludzie z pieniędzmi, którzy chcieli mnie wesprzeć. Co myślałem wtedy o sprawie mutantów? Nie miało dla mnie znaczenia czy ten gnój był mutantem. Mój ojciec był potworem i był człowiekiem. Jedyne czego chciałem to patrzeć jak cierpi, dokładnie tak jak cierpiała moja siostra. Bez znaczenia jakiej rasy był.

- Uważam, że zawsze wywiązywałem się z moich obowiązków. - zaznaczam, rzucając jej długie spojrzenie, bo właśnie teraz przechodzimy do sedna. -Byliście zadowoleni ze sprawy Cassandry Gardner. Nie mam sobie w tej kwestii nic do zarzucenia. - dodaję stanowczym tonem. - Od samego początku postępowałem według wytycznych. Rozpocząłem naszą znajomość. Zbliżyłem się do niej, sprawiłem że mi zaufała. Wyznała mi prawdę o sobie i wielokrotnie rozmawiała ze mną o Bractwie. Każda informacja zdobyta przeze mnie w ten sposób trafiała bezpośrednio na biurko prezesa. Wiem, że sposób w jaki je uzyskiwałem był dość niekonwencjonalny, ale nie możecie zaprzeczyć, że nad wyraz skuteczny. - kończę nieskromnym uśmiechem i cudem powstrzymuje się przed bezczelnym rechotem. Zabawne jak można zamknąć tak wiele w zaledwie kilku zdaniach. Cassandra Gardner miała być tylko zleceniem, które udało mi się wykonać. Dzięki niej przez kilkanaście miesięcy byli na kilka kroków przed Bractwem. Cassie ufała mu bezwarunkowo, do momentu, gdy pewnego dnia przestała i on wiedział, że to jest moment w którym musi zareagować.

- Właśnie co do tych niekonwencjonalnych metod mamy wątpliwości. - Patrzę jak unosi wysoko brwi w geście dezaprobaty jakby przez chwilę włączyła się w niej kobieca solidarność. - Otóż nigdy nie odnaleziono ciała panny Gardner, co nasuwa przypuszczania, że osoba tak skuteczna jak pan pozwoliła sobie na emocjonalne przywiązanie do tej... kobiety.
- Bzdura. - przerywam jej zirytowany. - Owszem. Nie udało mi się pozbyć Gardner, gdy stała się bezużyteczna, jednak... - uśmiecham się sztucznie. - Była pani kiedyś w wojsku? Pracowała pani w terenie? Cokolwiek? - pytam, unosząc wysoko brwi i niejako małpując jej wcześniejszą minę. Kręci głową. - Nie zawsze wszystko idzie tak jak sobie zaplanowałyśmy, a to nie Pani Gardner była naszym celem. Skupiłem się na wykonaniu misji, śmierć... Cassandry - staram się za wszelką cenę nie powiedzieć "Cassie" - miała być tylko dopięciem wszystkiego na ostatni guzik. Panna Gardner jest mutantką, która nie włada ofensywną mocą. O ile mi wiadomo, tacy mutanci skrywają się w szeregach bractwa po tym jak ich przykrywka zostanie spalona. Jeśli nie wróciła do Bractwa, mogła wrócić do ojca, handlarza narkotyków. Według moich źródeł wywiadowczych nigdy tak się nie stało. Obserwujemy "interesy" Gardnera i Cassandra nie wróciła do Nowego Meksyku. Przypuszczam, że ukrywa się z innymi mutantami. Co jest tylko kwestią czasu, bo wszyscy chyba wiemy, że te szczury nie będą ukrywać się tam wiecznie. Dokończę to co zacząłem. Uważam jednak, że mam ważniejsze rzeczy na głowie niż praktycznie już martwa mutantka. Nie wiemy też jak została potraktowana jej zdrada w Bractwie. Bardzo możliwe, że panna Gardner nie żyje już od dawna, a my marnujemy tylko nasz cenny czas.

Kobieta przez chwilę milczy, wpatrując się we mnie przez dłuższą chwilę. - Rozumie pan, że został pan wydalony z FBI. - Kiwam głową.
- Chociaż nie jestem fanką niedomykania tak ważnych spraw, ma pan wpływowych przyjaciół na górze, którzy mimo wszystko są bardzo zadowoleni z pana obecności w naszej organizacji, Sanders. Jak do tej pory pan nas nie zawiódł, a my doceniamy oddanie Organizacji. Dostanie pan własny oddział, bezpośrednio podlegający dowództwu. Wiemy, że ma pan doświadczenie w terenie i jest pan oddany naszej sprawie. Ameryka zasługuje na genetycznie czystych obywateli! - zakończyła, zakładając nogę za nogę.
17.08.2016

Obecnie Billy Sanders jest dowódcą oddziałów terenowych G.C. Dość wysoko postawionym na szczeblach organizacji, szanowanym za swoje osiągnięcia. Jak do tej pory nie udało mu się odnaleźć Cassandry Gardner. Ponieważ GC jest organizacją pozarządową, odświeżył stare znajomości za czasów FBI i pomaga w zaopatrzeniu Organizacji, często bronią z nielegalnych źródeł. Nieoficjalnie część zysków leci do jego kieszeni, ale o ile pieniądze się zgadzają, a Organizacja ma dostęp do wysokiej jakości broni nikt nie ma nic przeciwko. Billy to dość ambitny człowiek, a bycie szarym dowódcą nigdy go nie satysfakcjonowało.
charakter
smart like devil and twice as pretty
» pycha » chciwość » nieczystość » łakomstwo » zazdrość » gniew


Jolene kiedyś powiedziała, że nie jesteśmy złymi ludźmi. Że my tylko pochodzimy ze złego miejsca. Być może po części miała rację. Na pewno pochodziliśmy ze złego miejsca, jednak nie znała mnie na tyle, by móc powiedzieć, że nie jestem złym człowiekiem. Byłem. Jestem. Będę.
Wszystko co mam wyrywałem z uścisków losu ze wszystkich sił. Wyrywałem, wyszarpywałem, z mięsem. Gryzłem aż do kości. Bo gdy rodzisz się z niczym i przez całe życie nic nie posiadasz, właśnie w taki sposób musisz działać. Ja zawsze chciałem wszystkiego i wiedziałem, że mi się to należy. Byłem lepszy od tych głupków w tej zapyziałej dziurze Arnette. Zawsze wiedziałem, że jestem przeznaczony do wyższych celów i jedyne co mnie ograniczało to świat w jakim żyłem. Nie ukrywam. Chęć zysku i ambicję to właśnie to co mną kieruje. Nie ważne są środki, ważny jest cel. Zawsze byłem gotowy iść po trupach do celu i właśnie tak robiłem przez całe moje życie. Nikt nigdy się mną nie przejmował, więc musiałem walczyć o wszystko sam. Emocję były tym co mnie ograniczało. Przywiązanie do siostry było zawsze moją piętą achillesową. Był czas, gdy zrobiłbym dla niej wszystko... Wszystko oprócz pozwolenia pociągnięcia się ze mną na dno. Czy obwiniam się o to co się jej stało? W jakiejś części tak. Mogłem ją przed tym ochronić, ale zawsze wiedziałem, że to czyny definiują człowieka, a Jo... Była po prostu słaba. Zbyt krucha by żyć na tym brutalnym świecie. Zbyt głupia, by zadbać o własne dobro. Mówię to z przykrością, bo gdybym mógł cofnąć czas uratowałbym ją. Jednak to nie moje wybory doprowadziły ją do takiego końca.
Jestem drapieżnikiem. Takim mnie zaprojektowano. Popatrz na mnie. Elegancki garnitur, pachnę drogą wodą kolońską, moja fryzura wygląda jak z okładek czasopism. Kobiety obracają się za mną na ulicy, a ja wiem że w myślach rozbierają mnie wzrokiem. Wiem i jeśli tylko istnieje ku temu sposobność wykorzystuje to. Jestem czarujący, łatwo zjednuje sobie ludzi. Jestem wilkiem w owczej skórze. Moralność jest tylko ograniczenie, które mnie nie dotyczy. Każdego dnia chcę więcej i po to sięgam. Nie dam się powstrzymać. Jestem uparty i zdecydowany by osiągnąć swoje cele.
Przez lata patrzyłem na dzieciaki bogatych rodziców, synów bogatych polityków. Tych, którzy dostali dobry start. Zazdrościłem im i to zawsze motywowało mnie do sięgania po więcej. Nie lubię się dzielić. To co jest moje, należy do mnie.
Grunt to panować nad emocjami. Właśnie one są słabością. Nawet mi się zdarza. Moment, gdy musisz nacisnąć na spust, gdy przed tobą stoi kobietą, którą... co? Którą kochałem? Która była po prostu moja? Ten moment, gdy wiesz że jakiś skurwiel skrzywdził twoją siostrę i nie możesz nic z tym zrobić. Czasami nawet ja tracę zimny osąd.
Nie angażuje się emocjonalnie. Dla mnie nie jest ważne czy przede mną stoi mutant, czy człowiek. Walczę dla siebie. Wszystko co robiłem, robiłem zawsze dla siebie. Robię to co muszę i nie czuję się z tego powodu winny. Oni muszą uciekać, a ja muszę ich gonić.
Pojęcie lojalności to dość skomplikowana sprawa. Nie jestem lojalny. Jedynymi, których cenię są moi ludzie. Dla nich byłbym gotowy zrobić wiele, bo wiem że oni zrobią wiele dla mnie.
ciekawostki
» ma charakterystyczny teksański akcent, którego nigdy się nie pozbył.
» mówi płynnie po hiszpańsku
» nie stroni od alkoholu, lubi zakończyć dzień szklaneczką whisky.
» dość często zdarza mu się popalać, ale robi to zwykle w stresowych sytuacjach.
» pochował swoją siostrę w Seattle i systematycznie odwiedza jej grób.
» udało mu się odnaleźć jego matkę, która kilka lat temu dostała wylewu. Jej młody kochanek ją porzucił, ale kochany syn zajął się jej opieką medyczną, którą opłaca. Odwiedza ją w szpitalu zwykle po odwiedzeniu grobu Jolene. Lekarze twierdzą, że chociaż pani Sanders nie może się poruszać rozumie wszystko co się do niej mówi. Billy robi to bardzo często. Ma nadzieję, że ta stara wywłoka będzie cierpieć do końca swojego marnego życia.
» niestety nigdy nie udało mu się odnaleźć ojca.
» wszyscy mówią do niego Billy.



[Profil]
  [A+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-17, 19:22   
  

   2 Lata Giftedów!


Karta zaakceptowana!
Poziom opanowania Twojej mocy to: nie dotyczy
Sprawdzanie takich poprawnych i pięknie napisanych kart, to prawdziwa przyjemność! Zupełnie nie mam się do czego przyczepić, tylko wiesz, nie rozwal mi Bractwa i nie pozabijaj wszystkich mutantów! :angry: Miłej gry <3
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 5