Jane jakby zgadła jak jest Inez. Chociaż destruktywna, bardziej do niej pasowało. Ale to zostawiłem dla siebie. - Oj tak zdecydowanie jest żywiołowa. - żebyś mogła wiedzieć jak bardzo. W tym momencie żałowałem, że mutanci są tak piętnowani. Mógłbym jej opowiedzieć jak Inez omal nie zabiła naszych rybek eksplodując akwarium.
- Czuje się w takim razie zaszczycony. - zrobiłem teatralny ukłon. Nie wiem czy fajnie mieć własne wizytówki, raczej nie były i nigdy w życiu nie będą mi potrzebne. Jednak możliwość podarowania komuś takiej musi być miła. Daje pewien rodzaju prestiż i klasę, A te dwie rzeczy bardzo lubię. Chyba jak każdy. - I są naprawdę ładne. Lubię taki klasyczny minimalizm. - powiedziałem szczerze, przekręcając parę razy kartonik w dłoniach. Moi rodzice też mieli wizytówki, ale widziałem je może raz, dwa razy w życiu i na pewno nie były takie ładne. Schowałem go do wewnętrznej części kurtki. Miałem nadzieję, że się nie pognie. - To pierwsza wizytówka jaką ktoś mi podarował. - uśmiechnąłem się. Fajnie. Mój pierwszy raz - jej pierwszy raz. Może tylko dla mnie, ale takie rzeczy budowały jakąś więź. Lubiłem mieć z kimś wspólnego takie małe pierdółki.
Trochę zrobiło mi się niezręcznie jak zaproponowała, że może sprzedać i swój telefon. Lubiłem radzić sobie sam i nie prosić o pomoc. Z drugiej strony... Lepsze kupno niż kradzież. Co ja gadam. Przecież nie mam pieniędzy! Musiałbym je ukraść, żeby zapłacić Jane. Jednak kradzież portfela, niosła mniejsze ryzyko niż kradzież telefonu ze sklepu. Jednak najbardziej przekonującym argumentem było to, że mógłbym ją jeszcze raz zobaczyć. - Naprawdę mogłabyś? Było by super! Życie byś mi uratowała! To towarzyskie oczywiście! - zażartowałem. Moje jedyne życie towarzyskie poza ekipą to ona, ale tego już nie dodałem nie chciałem wyjść na totalnego lamusa co nie ma nie tylko telefonu, ale też znajomych. Miałem nadzieję, że nie robiła tego, bo się nade mną litowała. Miałem nadzieję, że już dawno chciała sprzedać swój stary telefon i to był najczystszy zbieg okoliczności.
Wstałem i strzepałem nieistniejący pył z moich spodni. Jakoś nie wiedziałem co zrobić z rękoma. Nie chciałem już iść, ale nie mogłem przesadzać z nieobecnością w vanie. Zaczęliby się martwić, szukać mnie i niepotrzebnie się narażać. - Muszę się już zbierać. Będą się martwić o mnie. - wytłumaczyłem się z nie udawanym smutkiem w głosie. Już tak mam, że nie umiem udawać i można czytać ze mnie jak z kartki. Od razu widać kogo lubię, a kogo nie. - Za dwa dni o tej samej porze by Ci pasowało? A i powiedz ile pieniędzy przynieść. - wziąłem torby z zakupami do rąk jednak nie ruszyłem się czekając na odpowiedz.
Zaśmiała się widząc teatralny gest Leonardo i odkłoniła mu się. Miło było pogadać z kimś tak ekspresywnym. W dodatku pochwalił jej projekt wizytówki, co dało mu kolejnego plusa.
-Zatem mamy razem swój pierwszy raz.- może i zabrzmiało głupio, może i zaleciało podtekstem, ale już tego zdania nie cofnie. Zresztą nie żałuje go. Nie widziała nic złego w tym niewinnym żarcie. Na pewno nie w tej chwili. A rano będzie bardziej zajęta walką z kacem. Nie miała zbyt wielu teorii o przyjaźni, ale za to miała przemyślenia o życiu, a to na pewno było o wiele bogatsze gdy napotykało się w nim czasem na takie małe miłe rzeczy. Ot, drobny kartonik z numerem telefonu i imieniem zrobiony w możliwie najbardziej minimalistycznym stylu przekazany do ręki nowego znajomego. Być może przyszłego przyjaciela.
-Oczywiście, to nie problem.- zapewniła. I tak miała go wystawić na sprzedaż tylko przez pare zmartwień zapominała o tym. Mogła zatem odsprzedać jemu. Ba, widziała to nawet jako formę inwestycji w swoje szczęście. Ktoś, do kogo można się odezwać. Nie podpisany nickiem avatar na jakimś forum tylko fizyczna osoba. Taka, której twarz znała i polubiła. I z kim może w przyszłości jeszcze się spotka. Znaczy, na pewno. Będzie musiała mu jakoś przekazać telefon. Stąd cena, którą podała była lekko zaniżona. Wciąż nie było to 5 dolarów za telefon, ale mniej niż planowała za niego dostać na ebayu.
-Za dwa dni to będzie… niedziela.- stwierdziła odkrywczo.-Nie sądzę by pozwolili mi wyjść z domu…- zastanowiła się. Wyraźnie ją to martwiło. Po chwili wydobyła z głównej komory torby piórnik, a z niego jakiś długopis.
-Mogę jeszcze na chwilę?- poprosiła wyciągając rękę po wizytówkę. Gdy ją odzyskała, na pustym odwrocie zapisała namiary swojego domu w West Seattle -Przyjdziesz pod ten adres. Cały dzień będę w domu, ale dobrze żebyś przyszedł przed 17. Jak coś to udawaj, że się nie znamy i przyszedłeś tylko odebrać telefon, ok?- nie chciała, żeby w domu dowiedzieli się o nowym znajomym. Nie była pewna co jej rodzice czy nawet gosposia zrobiliby wiedząc, że to z nim widziała się tego feralnego wieczoru w swoje urodziny. Najpewniej nawet nie daliby wyjaśnić.
-Ja też powinnam wracać. Trzymaj się. Do zobaczenia w niedzielę.-uśmiechnęła się jeszcze na pożegnanie. Jednak gdy chłopak zniknął jej z oczu nie odwróciła się żeby powrócić do domu. Zaczekała aż sami po nią przyjadą. Na bank już po nią jechali.
Cieszyłem się, że udało mi się wywołać uśmiech na twarzy Jane. Lubiłem poprawiać humor ludziom. Miałem nadzieję, że chociaż będzie miała jakieś malutkie miłe wspomnienie z siedemnastych urodzin. Wyszczerzyłem się na jej żart. Dokładnie też to chodziło mi pogłowie. To było miłe, że nadawaliśmy na podobnych falach. Może byliśmy do siebie podobni bardziej niż mi się wydawało. Cieszyłem się, że od tak dawna miałem możliwość poznania kogoś nowego i okazało się, że to naprawdę super osoba.
Ucieszyłem się, że to nie problem. Intuicja podpowiadała mi, że nie robi tego z litości. Chciałem w to wierzyć. Zmarszczyłem brwi na wiadomość, że ktoś nie pozwoli jej wyjść z domu. Miała, aż tak restrykcyjnych rodziców? Może dlatego była taka smutna? Nie było miłe nie móc wyjść z domu kiedy się chce. Szczególnie w mojej obecnej sytuacji ciężko byłoby mi się z tym pogodzić. Mogłem teraz robić co mi się podoba i kiedy podoba. No może nie do końca. Ale i tak chyba bardziej niż Jane. Oddałem posłusznie wizytówkę i wysłuchałem wszystkich instrukcji. Cena też była w porządku. - Wiesz jeśli to problem możemy się spotkać kiedy indziej. - mi się nigdzie nie śpieszyło. A nie chciałem jej sprawiać problemów. Swoją drogą ciekawe czy dziś mogła wyjść z domu, czy może wymknęła się po kryjomu.
Miałem tylko nadzieję, że to nie była kwestia, że się mnie wstydziła. Nie była brudny, śmierdzący, ani zaniedbany. Może miałem trochę za długie włosy, ale w moim mniemaniu nie wyglądało to źle. Jeśli zaproponowała inny termin - zgodziłem się, jeśli trzymała przy poprzedniej wersji też się zgodziłem. W sumie nie miałem wyboru, jeśli chciałem się z nią ponownie spotkać. - To do zobaczenia. - dodałem już z mniejszym uśmiechem i pomachałem na pożegnanie. Trochę zmartwiłem się jej sytuacją, ciekawiła mnie jej historia, ale na razie postanowiłem nie drążyć tematu. Poszedłem w swoją stronę nie mogąc doczekać się kolejnego spotkania.
-Nie, niech tak zostanie. Lepszych terminów może nie być w najbliższym czasie.- zdecydowała by termin pozostał taki jak ustalili na początku. Nie wiedziała jak długo rodzice będą odreagowywali te urodziny. Jane nie miała jak go poinformować o ewentualnym opóźnieniu, a nie chciała by Leonardo czuł się jakkolwiek zapomniany czy wystawiony. Lepiej więc postawić na nieco mniej przyjazne, ale za to pewne rozwiązanie.
-Do zobaczenia.- pomachała mu na pożegnanie. Nie musiała długo czekać nim znalazł ją szofer zatrudniony przez Państwo Hills. Zabrał dziewczynę do domu ucinając wszelkie dyskusje jeszcze zanim brunetka zdążyła choćby pomyśleć o jakimkolwiek sprzeciwie.
Następny dzień zaczął się dla niej źle ponownym wykładem od wszystkich domowników jakie to po nieodpowiedzialne i jakie to by problemy mogło wywołać gdyby szofer nie odnalazł jej o sensownej godzinie. Jane jednak skupiła się na tym, że od jutra będzie miała kontakt z nowym znajomym, a w przyszłości pewnie przyjacielem.
//przeskok czasowy: 17 luty
Jak to na tą porę roku przystało było zimno. Kolor nieba też nie napawał jakąś specjalną chęcią na opuszczenie ciepłego domowego zacisza więc Jane nawet nie ciążył aż tak ten szlaban na wychodzenie. Wręcz przeciwnie. Czekała na Leonardo odrabiając lekcje, słuchając muzyki i generalnie robiąc różne rzeczy w swoim pokoju.
Poinformowała gosposię, że ktoś przyjdzie w sprawie jej ogłoszenia o sprzedaży telefonu więc Ruth nie powinna być zaskoczona jeśli na dźwięk dzwonka przy bramie odebrała telefon i usłyszała w słuchawce głos młodego chłopaka, którego zresztą mogła zobaczyć przez okno stojącego przy bramie. Oczywiście go wpuściła typowym "domofonowym" brzęczykiem, po czym otworzyła drzwi frontowe by go wpuścić.
Zaprosiła go uprzejmie proponując coś do picia i prowadząc przez rezydencję Państwa Hills na piętro i do pokoju Jane. Powiedzieć, że dom był bogaty to niedopowiedzenie, a pokój Jane nie odbiegał pod tym względem od reszty pomieszczeń choć był dostosowany do wieku swojej rezydentki. Mimo młodzieżowego charakteru pokoju, przepych nadal był widoczny chociażby w jakości wykonania mebli, sprzęcie czy rozmiarach samego pomieszczenia. Dziewczyna miała nawet miejsce na przestrzeń pełniącą funkcję małego salonu. Ot, nieduża kanapa z puchatą narzutą, fotel z tego samego zestawu i stoliczek kawowy. Pudełko z telefonem i wszystkim co do niego potrzebne spoczywało na biurku obok laptopa i notatek z zajęć.
-O, cześć.- brunetka przywitała się wstając znad zadania z matmy.
//przeskok czasowy: 17 luty
Zerknąłem jeszcze raz na wizytówkę z dopisanym adresem. No nie mogłem się pomylić. Ta wielka willa przede mną miała odpowiedni adres. A co jeśli się pomyliłem co do Jane? I wpisała mi jakiś randomowy adres, żeby mnie spławić. Co prawda wyglądała wtedy w parku na zadbaną osobę, ale zdecydowanie nie zachowywała się jak milionerowa snobka. Chociaż może teraz ja szufladkuje ludzi. Poprawiłem gitarę na plecach, schowałem wizytówkę do kieszeni i zadzwoniłem dzwonkiem. W domofonie odezwał się damski głos, ale na pewno nie należał do Jane. -Dzień dobry. Ja do Jane. Przyszedłem w sprawie telefonu. - powiedziałem niepewnie. Odetchnąłem z ulgą na dźwięk odblokowanej furtki. To nie mógł być, aż taki zbieg okoliczności, więc trafiłem dobrze. Otworzyła mi kobieta, powiedziałbym że gosposia, zaproponowała coś do picia, na co grzecznie odmówiłem i poprowadziła mnie przez ogromny dom. Wszystko tu było bogate, ktoś chyba lubi wydawać pieniądze. Byłem pod wrażeniem. Również byłem pod wrażeniem pokoju Jane, który był większy niż niejedno mieszkanie w bloku. - Wow. Ale masz dom! - powiedziałem na powitanie. Jakoś nie mogłem się powstrzymać w wyrażeniu mojego podziwu.
Oczywiście, gosposia pokazała też wieszak na kurtkę, o czym wcześniej narrator zapomniał. Kobieta kiwnęła głową gdy chłopak odmówił napoju. Był w końcu tylko na chwilę. Obgadają może jakieś parametry, młodzieniec się upewni, że telefon działa i tyle. W pokoju zerknęła na Jane, która skinęła głową w jej kierunku.
-Dziękuję, Ruth. Przynieś nam herbaty, proszę.- powiedziała. Miała swobodę w proszeniu gosposi o takie rzeczy jak właśnie przyniesienie napoju gdy ma gości albo przygotowanie czegoś do jedzenia. W końcu robiła tak całe życie. Tak była uczona. Spojrzała jeszcze na Leonardo -Masz jakieś preferencje?- spytała żeby Ruth przypadkiem nie przyniosła napoju, którego chłopak nie lubi albo na który miałby uczulenie. W końcu niewiele wiedziała. Oczywiście wiedziała, że gosposia na pewno zapytała, ale tylko Leonardo. Tymczasem sama Jane uznała, że chciałaby herbaty do tej rozmowy. Zimno w końcu. Jeśli chłopak nie wyraził żadnych życzeń, poprosiła o "tą zimową". Ruth zapewniła, że zaraz przyniesie i zostawiła ich samych. Leonardo skomentował miejsce gdzie Jane żyła.
-Dzięki.- uśmiechnęła się miękko -Dobrze, że Ruth tu jest, bo goście by się gubili.- domyślała się, że dom mógł robić wrażenie. W końcu niewiele osób mieszka w takiej willi lub nawet miała okazję spędzić w takim budynku choćby jedną noc. Co do rozmiaru pokoju... No, może niektóre kawalerki miały podobny metraż, ale żeby rozmiarów mieszkania to bez przesady. Jednak wciąż większy od vana.
-Może najpierw usiądźmy.- zaproponowała biorąc do ręki pudełko z telefonem, które położyła na stoliczku kawowym gdy już usiadła. Pchnęła opakowanie w stronę chłopaka żeby mógł sam zweryfikować czy wszystko jest.
-Jak minął Ci weekend?- zagadała. Może suchar, ale ledwo się znali. Trudno było lepiej zacząć rozmowę. Przynajmniej dla Jane.
Mimo, że wcześniej podziękowałem o napój, chętnie na niego się zgodzę. To zawsze kilka minut więcej możliwości spędzenia razem czasu. -W tym wyborze zaufam Paniom - uśmiechnąłem się szczerze. Bo w sumie o jaką mógłbym poprosić? Czarną. zieloną i owocową. Tylko takie przychodziły mi do głowy, a jakoś proszenie o takią zwykłą herbatę nie pasowało mi do całej aury jaką rozisewał dom. Tu napewno nie ma zwykłych rzeczy. Dodałem jeszcze niby w kierunku gosposi, ale jednak do obu pań -Dziękuje. - bo nie wiem komu mam właściwie dziękować, Gosposi, która napój przygotuje czy Jane, która o napój poprosiła dla mnie. Zdecydowanie nie byłem przyzwyczajony do takich sytuacji.
Usiadłem na kanapie, zdejmując przez głowę gitarę w fuerale i kładąc na fotelu o ile był blisko. Mam nadzieję, że w tym domu instrumenty też mogą siadać na fotelach i nie jest to brak szacunku.
- Oj tak, wątpię czy bym cię tu znalazł. - przyznałem racje. Z drugiej strony ciekawe czy sama się tu czasem gubi. To by było słabe gubić się gdzieś gdzie powinieneś czuć się bezpieczny - w domu. Wziąłem pudełko i otworzyłem, sprawdzając pobieżnie czy wszystko jest. To w sumie tylko formalność. Nie sądzę by Jane chciała mnie oszukać. Nie wyglądała na taką. Z drugiej strony... Jej sytuacja, życiowa wskazywałaby, że nie musi sprzedawać starych telefonów. Mogłaby wyrzucić go do kosza, a jej finanse by tego nie odczuły. Może jednak sprzedawała mi go z litości. Odgoniłem szybko tą myśl od siebie. Może była wyznawczynią trendu nowaste.
- Hmm? -Trochę zdziwiłem się jej pytaniem. Zdecydowanie pasowało do tego wszystkiego. Było takie hmm... formalne. - O nic ciekawego się nie działo. Żadnych więcej nielegalnie pijących alkohol dziewczyn. - zażartowałem. Oby to trochę rozluźniło atmosferę. Pominąłem fakt, że okradłem jednego gościa, aby zdobyć kasę na telefon. Złapałem go jak wychodził z baru. Był pijany, niemiły i zaczepiał kobiety na ulicy. Zero wyrzutów sumienia. Schowałem wszystko z powrotem do pudełka i odłożyłem ponownie na stolik. Wyciągnąłem dokładną sumę pieniędzy z kieszeni i wyciągnąłem w kierunku Jane. - Dzięki jeszcze raz. - spojrzałem się na nią i uśmiechnąłem się znowu.
Ruth kiwnęła głową potwierdzając, że przyjęła prośbę dziewczyny do świadomości po czym wyszła żeby przygotować herbatę.
- W takim razie dobrze, że jest.- uśmiechnęła się. Ona nie miała problemu z gubieniem się tutaj. 17 lat to dość czasu by nauczyć się układu pomieszczeń. Wszystko co normalnie jest w zestawie z telefonem znajdowało się w pudełku. Telefon, ładowarka, kabel do ładowarki, instrukcja. Prócz tego znajdowała się tam także szybka w razie jakby chciał sobie wymienić, karta jakiegoś operatora oraz słuchawki douszne, które w sumie też były elementem zestawu telefonu. Jak słusznie Leonardo się spodziewał, dziewczyna nie miałą żadnego interesu w oszukiwaniu go. Natomiast co do tego całego “litowania się” to Jane i tak sprzedałaby ten telefon, może ewentualnie nieco drożej. Nie miała po co go trzymać, a wyrzucać wciąż działający i to całkiem dobrze działający telefon było szkoda. Równie dobrze mogła go sprzedać komuś kto ma mniej funduszy od niej i ucieszy się z rocznego telefonu za pół oryginalnej ceny. To była kwestia pewnego utylitaryzmu, który miała wpojony przez rodziców. To co się robi ma być przede wszystkim użyteczne. Z wspomnianego picia piwa zaśmiała się zasłaniając usta dłonią.
-Widzisz, byłam widokiem jedynym w swoim rodzaju.- dorzuciła swoje trzy grosze do tego drobnego żartu.
-Nie ma sprawy. I tak nie miałabym co z nim zrobić gdybym nie znalazła kogoś kto by go kupił. Nie ma sensu żeby kurzył się u mnie.- wzruszyła ramionami. Wyraźnie uważała to za nic wielkiego. Ot, normalny obieg produktów na świecie. Ideę zakupu i sprzedaży przedmiotów wymyślono na długo przed pojawieniem się Ameryki czy nawet państw Europejskich na mapie. Spojrzała na gitarę chłopaka.
-Grasz czasem?- zainteresowała się. Zwróciła wcześniej uwagę na instrument, ale jakoś tak zaczekała do teraz z pytaniem.
Niedługo po tym przyszła gosposia niosąc tackę z zestawem do herbaty: biały, prosty dzbanek i filiżanki oraz nieduży talerzyk z ciastkami i jakimiś czekoladkami. Nalała dla nich pierwszą porcję. Potem będzie samoobsługa. Ruth nie zawracała im głowy. Miała swoje zajęcia. Jak na przykład podsłuchiwanie pod drzwiami na wypadek jakby w pokoju zaczęło się dziać coś niepożądanego.
- Oj tak zdecydowanie. - była widokiem jedynym w swoim rodzaju, po części też dlatego, że była pierwszym samotnym nastolatkiem spotkanym przeze mnie od dawna. Zwykle młodzież chodzi w stadach, a to niosło większe niebezpieczeństwo. Tak zapewne będę jeszcze bardzo dużo razy zaznaczał, że dawno nikogo nie spotkałem nowego w swoim wieku! Nie wiem czemu. Może dlatego, że najbardziej mi tego brakuje.
Uśmiechnąłem się. Czyli nie zrobiła z tego z litości. To był czysty zbieg okoliczności. - W takim razie nasze spotkanie nie mogło być przypadkiem! Los zesłał Ci kupca pod sam nos! - zażartowałem. Może to faktycznie przeznaczenie? Tylko czy ja wieże w takie rzeczy? Musiałbym się nad tym głębiej zastanowić, a teraz nie miałem głowy do takich poważnych przemyśleń. Teraz chciałem miło spędzić czas.
Spojrzałem na futerał. No już myślałem, że nie spyta. - Nie. Noszę ją, żeby imponować dziewczyną. - powiedziałem z szelmowskim uśmiechem. Ten żart mi się udał! Zaraz dodałem już trochę zawstydzony - Właściwe to specjalnie ją przyniosłem. Miałaś urodziny, a ja nie dałem ci żadnego prezentu, więc pomyślałem że może zagram coś dla ciebie. - teraz trochę się zarumieniłem. Nie miałem wiele nie kradzionych rzeczy, ale gitara była jedną rzeczą, którą zabrałem ze starego życia. Nie chciałem dać Jane nic co było nie moje. Tylko piosenkę mogłem jej zaoferować. Szybko też dodałem - Tylko nie wiem czy mogę skoro przyszedłem tylko kupić telefon. - nie chciałem sprawiać kłopotów, jednak chciałem wiedzieć, że coś dla niej mam. Żeby było jej miło, bo urodzin zdecydowanie nie miała udanych. Byłem też ciekawy czemu nie mogę być przestawiony jako jej przyjaciel, ale postanowiłem nie wtykać nos w nieswoje sprawy. Może po prostu w tym domu panują zasady pod tytułem "żadnych męskich przyjaciół młoda damo!"
Zaraz przyszła gosposia z herbatą i nalała nam po filiżance. Napój bardzo ładnie pachniał, ale grzecznie czekałem aż dama pierwsza sięgnie po swoją herbatę.
-O tak. Z nieba mi spadłeś.- zaśmiała się tym razem głośniej -Jak tak dalej pójdzie to okaże się, że jesteśmy sobie przeznaczeni.- dodała nadal rozbawiona.
-Działa?- uniosła brew. Pytała rzecz jasna o gitarę. Mówił, że jego życie towarzyskie się ostatnio nie rozwija. Poczuła jak robi jej się ciepło na serduszku gdy dowiedziała się, że przyniósł instrument dla niej. W sensie nie żeby jej dać, ale z myślą o niej. Chciał jej coś zagrać.
-Myślę, że jedną czy dwie piosenki nie będzie problemu.- stwierdziła. Ta jasne, na pewno skończy się na dwóch. Chociaż kto wie, Jane się pilnuje w wielu kwestiach, może w tej też? W końcu Leo nie wiedział skąd u niej ta cała konspiracja i dlaczego to dla niej takie ważne by nikt w domu nie skapnął się, że rozmawiała z nim w piątek. A znajomi raczej do niej nie przychodzili. Może nie było tego widać po pokoju, ale sama dziewczyna wyglądała na taką co nie jest gwiazdeczką towarzyską.
Zanim napiła się herbaty przyniesionej przez gosposię poczekała aż chwilę przestygnie. W końcu jednak wzięła filiżankę i zwilżyła usta.
-Skąd jesteś?- spytała losowo. Może się myliła, ale raczej nie wyglądał na kogoś z północy Stanów -Oczywiście o ile to nie problem, że pytam o takie rzeczy?
Uśmiechnąłem się. Fajnie by było gdybyśmy byli sobie przeznaczeni. Nadawaliśmy na podobnych falach i bardzo dobrze czułem się w jej towarzystwie. Ale moja obecna sytuacja i to, że nie zostawaliśmy długo w jednym miejscu mogło mi przekreślić dłuższą znajomość z kimkolwiek.
- Nie wiem czy działa. Ty mi musisz powiedzieć. Działa? - zażartowałem ponownie. Jane chyba miała lepszy humor niż wtedy. Wyglądała bardziej promiennie i żartowała częściej. Już wtedy zaskarbiła sobie sporo mojej sympatii, ale teraz zyskała jej jeszcze więcej. Tamten dzień naprawdę musiał być dla niej nieudany. Tym bardziej się jeszcze ucieszyłem gdy jednak okazało się, że mogę dla niej zagrać. Od razu wyciągnąłem gitarę i zagrałem jedną z moich ulubionych piosenek, którą zagrałbym nawet z zamkniętymi oczami. Zaśpiewałem też, co podobno wychodziło mi nie najgorzej. Przynajmniej tak twierdziła moja siostra. Oby nie mówiła tak tylko ze względu wspólnego DNA. Starałem śpiewać w miarę cicho, aby nie narobić nam kłopotów. Dzięki temu, że grałem tą piosenkę milionowy raz mogłem co chwilę zerkać na Jane i śpiewać w jej kierunku. Miałem nadzieję, że jej się spodoba. To najwięcej co mogłem jej dać.
Gdy skończyłem też wziąłem łyka herbat. To był dobry wybór - Mmm... jaka dobra. - przyznałem na głos. Dodałem po chwili - Masz może jakąś ulubioną piosenkę? Może przypadkowo ją znam - gdyby tak było to byłoby już przeznaczenie. Ale uważałem, że szansa była całkiem spora. Czułem, że mamy podobny gust. Jane powiedziała, że mogę zagrać jedną lub dwie piosenki, więc to miało być też trochę przyzwolenie z jej strony, żebym mógł zagrać kolejny utwór.
Odstawiłem filiżankę i powiedziałem wzruszając ramionami - Urodziłem się w Los Angeles. Ładne miasto byłaś może kiedyś? - potem się trochę zawstydziłem, ale uważam że musze to dodać, aby Jane była przygotowana, że za długo mogę nie pobyć w Seattle - Teraz mieszkam tu, ale często się przeprowadzam. - przypomniało mi się też jej wcześniejsze pytanie, więc i ja się spytałem - A tobie jak minął weekend? - grzeczność nakazywała, aby też zadać takie pytanie rozmówcy. Szczególnie, że uświadomiłem sobie, że mówię głównie o sobie i nie interesuje się co słychać u Jane.
-Już i tak zdążyłeś zrobić pierwsze wrażenie.- zauważyła -Ale… może ociupinkę…- tutaj bardziej go podpuszczała. Jakkolwiek gitara nie była zbyt skomplikowanym instrumentem ani jakoś szczególnie egzotycznym, to sam fakt konkretnego zainteresowania pozytywnie wpływał na to, co myślało się o takiej osobie. Gdy zaczął grać, bardzo szybko rozpoznała piosenkę. I tak, podobało jej się. Siedziała z ledwo otwartymi oczami, lekko się kołysząc. Przy ostatnim powtórzeniu refrenu nawet się przyłączyła choć zdecydowanie nie była śpiewakiem. Nie więdły może uszy, bo śpiewała jeszcze ciszej niż Leonardo, ale… lepszy był z niej matematyk niż śpiewak. Po skończonym utworze chłopak zrobił sobie przerwę na piciu. No i dobrze. Spróbował, nawodnił się, pochwalił. I spytał o jej ulubioną piosenkę. Tutaj musiała się zastanowić.
-Nie mam chyba ulubionej…- stwierdziła -Znasz Blackbirds? O, albo “Here comes the sun” Beatelsów.- aż jej się oczy zaświeciły. Jeśli znał to super. “Here comes the sun. dudududu… here comes the sun...” mogłoby spokojnie wypełnić pokój.
-Nie, nie miałam nigdy okazji. Tata obiecywał mnie zabrać na jedną ze swoich konferencji tam, ale… nie zabrał.- jasne, rozumiała. Pan Hills był poważnym biznesmenem i kilkuletnie dziecko na takim zjeździe byłoby mu wybitnie nie na rękę. No i młoda by się niesamowicie nudziła tam, wśród poważnych dorosłych omawiających poważne sprawy biznesowe. Na informację, że chłopak często się przeprowadza Jane się zmartwiła. Oznaczało to jakieś kłopoty.
-Czyli czeka nas związek na odległość?-spytała lekko zawiedziona. Po chwili została spytana co u niej przez ostatnie kilka dni.
-W domu. Po piątku nie chcieli mnie za bardzo nigdzie puścić.
Moje ego zostało miło połechtane. Fajnie, że zrobiłem na niej dobre wrażenie. Nawet jeśli było tylko "ociupinkę" lepsze to wciąż lepsze! Progres jest tym co cieszy!
Chyba spodobał się Jane wybrany repertuar. Nawet zaśpiewała ze mną kawałek. Muzyka była taka przyjemna. Dzięki niej zapominałem o obecnych problemach. Liczyło się tylko tu i teraz.
Znałem Blackbird jeśli chodziło o kawałek Beatlesów, jednak nie za dobrze i bałem się, że mogę pomylić tekst lub akordy, a na lamusa nie chciałem wyjść. Także odetchnołem z ulgą gdy podała drugi tytuł o wiele bardziej mi znany. - Beatlesi to klasyk! Jasne, że znam! - powiedziałem i zagrałem Here Comes The Sun. Całkiem łatwy kawałek z powtarzającymi się akordami i tekstem. Tak jak poprzednio zaśpiewałem i zerkałem co chwilę na Jane ciekawy czy i to ze mną zaśpiewa. Mieliśmy bardzo podobny gust. Skończyłem grać, ale nie odłożyłem od razu gitary tylko zostawiłem ją na kolanach. Żeby wiedziała, że jestem gotowy grać tu jeszcze 10 godzin aby poprawić jej humor. Nie chciałem się jednak narzucać i robić koncertu na cały dom.
Potaknąłem na informacje, że nigdy nie była. To co mówiła było zrozumiałe. Dorośli rzadko chcieli włączać dzieci do swojej pracy. A jeśli chcieli to pewnie mieli złe intencje. Takie przynajmniej były moje doświadczenia, ale nie można wrzucać wszystkich do jednego wora.
Usłyszałem magiczne słowo związek akurat jak brałem łyk herbaty i zakrztusiłem się. O mało się nie udusiłem. Trochę to słowo pojawiło się za szybko. Znaczy... może miałem to cały czas z tyłu głowy, ale... Była fajna i w ogóle. Ale moja pewnego rodzaju bezdomność i kryminalność mogła by nie pasować do jej świata. No nie wiem to nasze drugie spotkanie. Trochę mnie zaskoczyła. Nie wyglądała na osobę, która od razu chce związku. Pozory co prawda mogą mylić... Chociaż, nie mogłem tu przyjść jako znajomy, więc wątpię czy mógłbym jako chłopak. Zdecydowanie się zarumieniłem i nie wiedziałem przez chwilę co powiedzieć. Podrapałem się w głowę, zdenerwowany - Mmmm… No tak. Jeśli byś chciała... - bo co miałem powiedzieć. Nie powiem "Ej hola hola nie tak szybko". Nie byłem asertywnym typem szczególnie do dziewczyn. Nie chciałem też jej urazić, albo zasmucić. - Będę często odwiedzał Seattle jeśli chcesz... - dodałem jeszcze cały czas mocno zmieszany.
- Dostałaś S Z L A B A N ? - przeliterowałem jakby to było zakazane słowo. W sumie za nielegalne picie alkoholu, można się było tego spodziewać. Ale fakt, że miała urodziny był łagodzącymi okolicznościami. W sumie zależało od surowości rodziców. Nie pamiętam czy moi kiedykolwiek dali mi szlaban. Raczej byłem grzecznym dzieckiem, lubiącym siedzieć na tyłku w domu.
Na Beatelsów zareagowała jeszcze bardziej entuzjastycznie niż na pierwszą piosenkę. Za zespołem po prostu przepadała, ale ta konkretna piosenka była naprawdę świetna. Taka… lekka i miła. Najchętniej poprosiłaby o co najmniej dziesięć bisów. W niektóre dni jeśli zdarzyło się, że akurat na playliście puściło jej “Here comes the sun” to miażdżyła przycisk replay. Dobrze, że nie robili koncertu na cały dom chociaż pewnie przechodząca regularnie pod drzwiami gosposia słyszała grającą cicho gitarę. A była jedyną obecną teraz w domu osobą, która mogłaby na to coś powiedzieć. Jednak na szczęście Ruth, jakkolwiek w wielu konfliktach była po stronie rodziców dziewczyny, tak domyślała się jak bardzo musi jej brakować towarzystwa rówieśników. Widziała przecież, że przez ostatnie 3 lata jej kontakt z ludźmi w ogóle ograniczył się niemal tylko do zajęć w szkole. Nie zamieżała więc przeszkadzać parce nawet jeśli chłopak nie wydawał jej się partią, z której Państwo Hills byliby jakoś szczególnie zadowoleni.
Zresztą sam Leonardo był bardzo zaskoczony wspomnieniem o “związku na odległość”. Na widok reakcji chłopaka Jane w pierwszej chwili wybuchnęła śmiechem, ale zaraz jakby sobie przypomniała, że nie powinna wyglądać na zbyt szczęśliwą zasłoniła usta ściszając śmiech do ledwie chichotu. Nie spodziewała się, że po tylu żartach jakie miały miejsce akurat ten konkretny zostanie wzięty na poważnie.
-Spokojnie, to miał być żart.- wyjaśniła -Może i jesteśmy sobie przeznaczeni, ale trochę za wcześnie na taką decyzję. Choć obietnica częstego odwiedzania Seattle dla mnie jest dość kusząca.
Na wspomnienie o szlabanie wzruszyła ramionami.
-U mnie to jest bardziej norma. I tak nie mam za bardzo gdzie wychodzić. Czasem pozwalają mi wyskoczyć na jakieś zakupy czy coś.- doskonale wiedziała, że jej rodzice jako tacy nie mieliby żadnego problemu gdyby nie Departament niemal dyszący im na karki i gotowy w każdej chwili zarzucić im nie spełnianie warunków umowy czego oczywistą konsekwencją było zabranie Jane. Jednak mimo tego, że rozumiała powody, było jej po prostu przykro.
Drugi utwór też się Jane spodobał. Byłem z siebie dumny. Chyba poprawiłem jej humor, więc to był dobry prezent! Udało mi się.
Najpierw zdziwiła mnie jej reakcja. Roześmiała się na cały głos, a po chwili przysłoniła usta ręką. Jak prawdziwa dama! Przez chwilę nie wiedziałem, czy to reakcja na moje oplucie się, czy może że ze mnie drwi. Ale po chwili wszystko wytłumaczyła. To był po prostu żart! Nie powiem ulżyło mi! To że wziąłem na poważnie te słowa świadczyło o moich intencjach, że jak najbardziej brałem na poważnie tą znajomość. Moja reakcja chyba trochę obnażyła moje podejście do Jane. Nie wynikało z tego raczej nic złego oprócz tego, że dziewczyna miała nade mną przewagę. - Bardzo śmieszne! - powiedziałem z udawanym nadąsaniem - Dla mnie to żaden problem, jestem dość...- zamyśliłem się. Mieszkanie w vanie z grupą nastolatków, zostawiało spore pole do manewru jeśli chodzi o wybór miejsca zamieszkania. Jeśli będziemy regularnie zmieniać miejsca postoju raczej nie będzie problemu w dłuższym pobycie w okolicach Seattle. - ...mobilny
Kiwnąłem na znak, że raczej jest typem domatora. Ja też kiedyś byłem więc doskonale ją rozumiem. Miałem bardzo mały krąg prawdziwych przyjaciół i wolałem siedzieć w domu niż szlajać się bez celu. Ironicznie jak teraz moje życie się różni. - Nie mów, że nie spodobało Ci się na tyle nielegalne picie piwa w parku, żeby wpisać to tygodniowy grafik. - zażartowałem, Trochę ją jeszcze pomęczę tamtym wieczorem. Wpadłem na coś jeszcze - Właściwie to czemu piwo? Masz tyle lepszych alkoholi do wyboru! - nie to żeby był jakimś znawcą, ale spróbowałem już parę rodzajów, zarówno przed jak i po ucieczce. Zdecydowanie piwo miało najgorszy smak. Wina były w porządku, giny, wermuty, whisky już wódka była lepsza. Ale piwo? Nawet drinka z tego nie zrobisz, a smakuje jak... no jak coś niedobrego!
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum