I've got the scars from tomorrow and I wish you could see...That you're the antidote to everything except for me.
86%
dealer/fałszerz
name:
Lewis Morrison
alias:
Levi
age:
29
height / weight:
187/83
Wysłany: 2019-02-06, 20:26 You've got to change your evil ways, baby
1 Rok na Giftedach!
Przeraźliwie głośna, hałaśliwa muzyka wręcz wdzierała się do uszu, niszcząc bębenki i trwale uszkadzając słuch masy spoconych, przeładowanych energią ludzi, którzy ocierali się o siebie na ciasnym parkiecie. Ostre, migoczące światła mieszały się ze sobą, nawet całkowicie zdrowych ludzi doprowadzając do czegoś na kształt padaczkowego transu, a strumienie alkoholu nie przestawały oblewać mokrego, lepkiego blatu baru, o który opierał się Lewis. O dziwo - a może jednak wcale nie? - żadna z tych rzeczy kompletnie mu nie przeszkadzała.
Wręcz przeciwnie, znajdował się w swoim żywiole, z szerokim uśmiechem flirtując z dziewczyną przebraną w obcisły, zdecydowanie przyciasny kostium seksownej laborantki... Tylko po to, by zaledwie moment później dyskretnie wsunąć niedużą, starannie zafoliowaną paczuszkę wprost za pasek od jej pończoch, ponownie szeroko się do niej uśmiechając. Taaak... Zdecydowanie był w swoim żywiole i nie sądził, by szybko z niego wypadł. Noc była w końcu młoda, a w Halloween... W Halloween ludzie robili wszystko, by jak najlepiej się bawić.
Zresztą... Połowa z obecnych tu ludzi właśnie z tego powodu wybrała opuszczony szpital psychiatryczny na kompletnym pustkowiu - tu nie przyjeżdżały gliny, tu sąsiedzi nie łomotali do drzwi, a upiorny klimat był jeszcze bardziej dostrzegalny, przyprawiając ich o ciarki na skórze i napędzając ciało adrenaliną. Mówiono, że to miejsce było nawiedzone, że ludzie, którzy schodzili do piwnic, nigdy stamtąd nie wychodzili i że nie należało przebywać tu po zmroku. I właśnie dlatego w tym konkretnym dniu, w którym granica pomiędzy światami miała być jeszcze bardziej cienka, a ryzyko śmierci jeszcze bardziej prawdopodobne... Cóż, pojawiła się tu cała śmietanka towarzyska Albuquerque.
Prócz dawnej kafeterii, jaka została prowizorycznie przerobiona na najbardziej imprezową część budynku, można było do woli poruszać się po budynku, teraz - z racji kompletnego braku prądu - oświetlonego wyłącznie kilkudziesięcioma latarkami i świeczkami, których obecność teoretycznie groziła pożarem...
Ale kto by się tym przejmował, prawda? Zwłaszcza w miejscu, gdzie najarane pary ochoczo bzykały się na tych samych brudnych materacach, na których niegdyś leżeli psychicznie chorzy pacjenci, a porwane pasy bezpieczeństwa nadal zwisały z metalowych poręczy. Tutaj nikt nie myślał o takich rzeczach, tu po prostu szło się na całość...
Nigdzie nie mogła znaleźć swojego Vincenta Vegi. Zniknęła w toalecie na dosłownie dwie minuty, a ten gnojek znowu gdzieś przepadł i nieważne jak bardzo wytężałaby swój wzrok, unosząca się chmura dymu i neonowe światła wydawały się idealnie maskować miejsce pobytu Aarona. Nie lubiła gdy to robił. Tak po prostu znikał bez żadnego ostrzeżenia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że halloweenową imprezę traktował jak łatwy zarobek, ale o wiele bardziej wolała, by wciąż obmacywał ją do dźwięków tej okropnie głośnej, rytmicznej muzyki, niż zostawiał na pastwę losu. Cholera, potrzebowała czegoś mocniejszego. Znowu swędziała ją skóra, znowu potrzebowała poczuć jak heroina kojąco rozprzestrzenia się w jej żyłach. Kokaina… kokaina to nie było to samo. Kostium Mii Wallace wymusił na niej wciągnięcie kreski, ale umówmy się… to w żadnym stopniu nie mogło się równać z kompotem. Problem był tylko taki, że nigdzie nie mogła go dostać. A Aaron… cóż… po ostatnich incydentach został całkowicie wyłączony z rozprowadzania heroiny. A to nie sprzyjało ich związkowi. Kłócili się jeszcze częściej, w pewnym momencie orientując się, że tak właściwie nie mają już z czego jeść. Talerze zastąpili więc kartonami, a w ruch weszły o wiele mniej przyjemne przedmioty. Ale tego wieczoru… tego wieczoru wydawało się być dobrze. Być może Whitemore jedynie chciał zaznaczyć swój teren, ale cholera - Wallace już dawno nie czuła się przez niego tak obściskiwana i obcałowywana. W uszach wciąż brzmiała jej ta niezbyt subtelna propozycja udania się wspólnie do piwnicy, ale na to… na to była jeszcze za mało pijana. Matilde, a raczej Mia Wallace, rozpięła kilka guziczków swojej białej, poplamionej sztuczną krwią, koszuli, energicznie skacząc do dźwięków nieznanej jej piosenki. W zasadzie to od jakiegoś czasu muzyka w ogóle do niej nie dochodziła. Brunetka mogłaby przysiąc, że jej mózg roztaczał jakąś dziwną tarczę, zamykając dziewczynę w jakimś dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, ale w zasadzie to wcale jej to nie przeszkadzało. Po prostu starała się dobrze bawić. Z Aaronem, czy też bez niego. I wtedy… on jej spadł z nieba. Matilde przyglądała się jak Morris zabawia się z tą niesamowicie napompowaną lalą. Z jakiegoś powodu była przekonana, że miał to czego potrzebowała. On zawsze to miał. Kąciki jej ust mimowolnie się uniosły ku górze, a nogi zaczęły sunąć w jego kierunku. Matilde zaszła chłopaka od tyłu, obejmując go w pasie w taki sposób, by wsunąć głowę pod jego ramię i przy okazji musnąć jego żuchwę swoimi rozmazanymi czerwoną szminką ustami.
– Naprawdę wiele jej brakuje do nowej Monici Bellucci, Lewis – mruknęła, śmiejąc się nieco złośliwie pod nosem. Ta dziewczyna nie była wystarczająco dobra na Monicę Bellucci. Bądźmy szczerzy. On też to musiał wiedzieć. – Twój gust ostatnio chyba moooocno szwank… – wypowiadając te słowa, spoglądała już na Lewisa. Co było nieco ciężkie, biorąc pod uwagę pozycję w jakiej się znaleźli. I to, że wciąż na niego spoglądała tymi zaćmionymi, rozszerzonymi oczami. Ugh, dodatkowo chciało jej się kichać. Cholerna kokaina. Pewnie wyglądała komicznie z tym zaczerwienionym nosem. – Liczyłam, że mi zaproponujesz coś do picia – powiedziała po chwili, kompletnie tracąc wcześniejszy wątek. Nie miała też zamiaru poświęcać więcej uwagi tamtej dziewczynie. Mogła sobie iść. W końcu Levi już znalazł sobie towarzystwo. A Wallace… wykorzystując bliskość z mężczyzną wsunęła mu dyskretnie rękę do kieszeni kurtki, by znaleźć to po co właściwie tutaj przyszła.
I've got the scars from tomorrow and I wish you could see...That you're the antidote to everything except for me.
86%
dealer/fałszerz
name:
Lewis Morrison
alias:
Levi
age:
29
height / weight:
187/83
Wysłany: 2019-02-07, 20:20
1 Rok na Giftedach!
- Wszystko zależy od tego, jaką ilość alkoholu wypijesz. - Spoglądając z góry na swoją nową przyssawkę, gdy ta postanowiła z zaskoczenia zanurkować pod jego ramieniem, uśmiechnął się nieznacznie. Nie, całkowicie nie obchodziło go to, co teraz pomyślała jego towarzyszka. Prawdę mówiąc, szczerze wątpił w to, by w ogóle cokolwiek pomyślała. Była na to zdecydowanie zbyt zjarana, najprawdopodobniej marząc wyłącznie o kolejnej dawce narkotyków i lepieniu się do jakiegoś frajera, z którym mogłaby skoczyć w bok.
W normalnych okolicznościach najprawdopodobniej nawet nie pomyślałby o tknięciu jej palcem, jednak okazja czyniła dilera. Takie osoby zazwyczaj dosyć dobrze płaciły i z łatwością dawały się okręcić wokół palca. Bogate, spuszczone ze smyczy, rozpuszczone księżniczki, dla których melanż trwał praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę. O wiele lepsze w kontaktach, aniżeli nawet najlepsi kupcy z parszywych dzielnic miasta. To właśnie dlatego kręcił się w jej towarzystwie, flirtując i raz po raz stawiając kolejne drinki... Opłacane jej własnymi pieniędzmi. Znalazł ofiarę i, cholera, było mu to na rękę. Przynajmniej nie musiał zaczepiać innych imprezowiczów.
Za to oni zdecydowanie zaczepiali jego. Matilde była wyłącznie kolejnym przykładem kogoś znajomego, kto jakimś cudem wypatrzył Lewisa w tłumie i... Cóż, ze wszystkich ziomków, z którymi zetknął się tego wieczoru, to z nią najbardziej chciał przebywać. Oczywiście, o ile nie zamierzał towarzyszyć jej ten parszywy ogon w postaci Aarona Whitemore'a, którego Levi najzwyczajniej w świecie nie trawił. Nie chodziło już nawet o to, iż obracali się w kręgach innych gangów. Nie, Aaron sam w sobie był dostatecznie olbrzymim kutasem, by zapracować sobie na szczerą nienawiść ze strony Morrisona. A Tilda doskonale to wiedziała. Mimo to, nie dostrzegając Whitemore'a, uśmiechnął się do niej po raz kolejny, wolną dłonią czochrając ją po czubku przekrzywionej peruki.
- Twój też od dawna nie jest dobry, Dee. - Zwrócił się do niej, kompletnie ignorując dalsze umizgi ze strony jego wcześniejszej towarzyszki. Chwilowo ani trochę go nie interesowała. No, przynajmniej do czasu, kiedy nie przyszło mu postawić im kolejnych trzech drinków... Z kieszeni laborantki, a jakżeby inaczej. Przesuwając jednego w kierunku Wallace, spojrzał na nią kątem oka, nieznacznie unosząc przy tym brwi.
- No to salut. - Stwierdził głośno, starając się przegadać muzykę i jednym pociągnięciem wypijając zawartość kieliszka.
– Musiałbyś mi postawić całe morze tequili – skwitowała, wciąż sceptycznie przyglądając się tej panience. Wallace mogłaby przysiąc, że te uwypuklone, uwięzione pod obcisłym i o wiele za małym kostiumem piersi były zrobione z silikonu. Ale przykuwały wzrok, nie? Chyba w tym wszystkim tylko o to chodziło. Nieważne. Nie tylko to zwracało na siebie uwagę. Wallace nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała tyle cellulitu na czyichś udach. I nie, to nie tak, że uważała się za lepszą, po prostu… huh… tak. Była o stokroć lepsza. A Levi nie powinien marnować czasu na tą wywłokę. I tu wcale nie chodziło o jakąś zazdrość. To po prostu było nieestetyczne. I niesmaczne. Cholernie niesmaczne.
– Naprawdę nie rozumiem czemu aż tak go nie lubisz – zmarszczyła nos, nie odrywając błyszczących oczu z twarzy Leviego. Bo niby jakie miał powody? Oprócz tego, że pracowali dla kompletnie innych gangów? Nie, Levi nie miał żadnego powodu. To Aaron miał powody, a Wallace… Wallace nie zamierzała mu tego ułatwiać, specjalnie pchając się w relację z Levim. Wiedziała, że Aaron był zazdrosny. Wiedziała, że szlag go trafiał, kiedy tak otwarcie spoufalała się z Morrisem. I zdecydowanie nie zamierzała tego zmieniać. Nie po tym, jak Whitemore wskoczył do łóżka tamtej wywłoce. I to co teraz robiła nijak się nie równały z jego okropnymi uczynkami. Ale znęcanie się nad Aaronem było naprawdę warte tego wszystkiego. Już widziała minę tego gnojka, gdyby tylko zobaczył jak Matilde po raz kolejny muska policzek Leviego, zostawiając na jego skórze resztki swojej szminki.
– Oprócz tego, że jest największym chujem jakiego spotkałam – parsknęła cichym śmiechem, wykorzystując moment, by zacisnąć palce na małej foliowej saszetce i dyskretnie wyciągnąć ją z kieszeni kurtki Leviego. Potem było o wiele łatwiej, wystarczyło tylko – pod pretekstem poprawienia paska – włożyć zdobycz do kieszeni swoich spodni. Cóż, to chyba była najtańsza heroina w jej życiu. Wystarczyło tylko za chwilę ulotnić się w tłumei i zrobić sobie zastrzyk. Ale to musiało poczekać. Przynajmniej kilka minut. Nie chciała przecież wzbudzać podejrzeń. Zwłaszcza, że Levi był taki hojny. Matilde chwyciła do ręki szklaneczkę z trunkiem, po czym poruszyła zadziornie brwiami.
– Salut – odparowała, chcąc dorównać Lewisowi, ale w jej przypadku… Cóż, nie umiała wypić tego na raz. W połowie picia drinka, z prawego kącika jej ust spłynęła kropla alkoholu, która stoczyła się prosto na jej dekolt. Oderwana od rzeczywistości Matilde po prostu parsknęła śmiechem, ponownie przychylając szklaneczkę i wypijając swój alkohol do końca. W uszach jej nieco zaszumiało, ale to nie miało znaczenia. Nie, kiedy z jej ust padły spontaniczne i wypowiedziane po hiszpańsku słowa: –zatańczmy – i nawet nie czekała na odpowiedź. Po prostu chwyciła Morrisona za rękę i pociągnęła na ten prowizoryczny parkiet.
I've got the scars from tomorrow and I wish you could see...That you're the antidote to everything except for me.
86%
dealer/fałszerz
name:
Lewis Morrison
alias:
Levi
age:
29
height / weight:
187/83
Wysłany: 2019-02-07, 22:33
1 Rok na Giftedach!
Słysząc stwierdzenie, jakie padło spomiędzy umalowanych warg Wallace, Levi parsknął głośnym śmiechem. Cóż, zdecydowanie nic nie brał - najwyraźniej w przeciwieństwie do Dee - jednak nie oznaczało to, że nie mógł się napić. Wręcz przeciwnie, był już całkiem mocno wstawiony, zwłaszcza że i tak nie nastawiał się na zbyt dużą potrzebę łowów, jeśli chodziło o klientów. Blondi w obcisłym stroju zdecydowanie mu wystarczała, zatem mógł sobie pozwolić na naprawdę wiele.
- Ja ci nie postawię, ale moja droga koleżanka... - To mówiąc, przerwał na moment, by zaczepnie mrugnąć do naćpanej, najaranej i napitej kokietki, która chichotała w najlepsze, a następnie dodatkowo musnąć ją opuszką palca po odkrytym kolanie. - Moja droga koleżanka stawia nam w najlepsze, prawda? - Cóż, być może to był szczyt bezczelności, zwłaszcza że obgadywali ją na jej własnych uszach, jednak dopóki tego nie pojmowała, dopóty zabawa trwała w najlepsze... A zdecydowanie zbyt drogi alkohol z dziwnego źródła lał się strumieniami.
- Huh? - Cóż, zdecydowanie nie ogarniał na tyle, by od razu pojąć, o kogo chodziło. Zwłaszcza wtedy, gdy jego myśli wciąż obracały się wokół dziewczyny w obcisłym stroju i jej zasobnych kieszeni, z których raz po raz wypływały pieniądze na alkohol czy narkotyki. Zdecydowanie nie mógł lepiej trafić. Nie sądził, by wiele osób na tej imprezie miało aż takie możliwości finansowe, jak jego najdroższa towarzyszka. Dopiero po krótkiej chwili pojął, że Matilde całkowicie przeskoczyła do tematu Aarona i... Cóż, zdecydowanie zgadzał się, co do chujowatości tego.
- Daj spokój. - Parsknął, wodząc spojrzeniem po sali pełnej ludzi, jakby spodziewał się, że Aaron zaraz wyskoczy zza jakiegoś napalonego nastolatka... Co, tak w gruncie rzeczy, było nawet całkiem prawdopodobne, jak na jego oko. - Typek jest po prostu niedorozwinięty. Sorki, Dee, ale ktoś musiał to powiedzieć. - Wzruszając ramionami, po prostu przeszedł do tego, co najlepiej robił - zamawiania kolejnych porcji alkoholu.
I pewnie nadal pozostałby w tym miejscu, gdyby nie nagła propozycja - a może raczej decyzja - ze strony wyjątkowo rozpromienionej Matilde, której po prostu głupio mu było odmówić. Pociągnięty na parkiet, rzucił jeszcze tylko obojętne spojrzenie w kierunku swojej byłej ofiary, nawet nie mrugając przy tym okiem. Cóż, niespecjalnie żałował bycia oderwanym od niej, skoro i tak wystarczająco się już nachapał. A tak się składało, że naprawdę lubił dobrą zabawę.
- A gdzie zgubiłaś swojego Vincenta, Mia? - Spytał z przekorą w głosie, bez zastanowienia obracając Tildę w rozbawionym piruecie.
– Och, więc może jednak nie jest aż taka zła – mruknęła, wydymając usta w podkówkę, jakby właśnie rozważała opcje, że blondyna mogła posiadać jakieś pozytywne cechy. Bo hej, bycie bogatą z całą pewnością było wartościową cechą. Huh. Czy Wallace powinna się z nią zaprzyjaźnić? Może akurat laska lubiła obdarowywać swoich przyjaciół wszelkiego rodzaju dobrodziejstwami. Może… może całkiem przypadkowo zaoferowałaby się do kupienia jej zapasu heroiny? Matilde z lekkim rozbawieniem śledziła te subtelne a jednocześnie odważne ruchy ręki Leviego. Mogłaby przysiąc, że tej blondynie robiło się wręcz mokro. Ale czemu tu się dziwić? Morrison był niczego sobie facetem i posiadał naprawdę dużo interesujących zalet. Między innymi był źródełkiem bez dna, a sam ten fakt czynił go o stokroć atrakcyjniejszym.
– To ty daj spokój – mruknęła, ponownie parskając śmiechem. W tym momencie nie mogła mu przyznać racji. Nieważne jak chujowy był Aaron, w tym momencie musiała stanąć po jego stronie. A fakt, że ostatnimi czasy coraz częściej dostrzegała te wszystkie jego niedorozwinięte zachowania, niczego jej nie ułatwiał. – Jest po prostu… umęczoną duszą – po raz kolejny wydęła usta w podkówkę, zastanawiając się przy tym, czy to w ogóle miało sens. Ale po części rozumiała dlaczego Aaron był taki jaki był. Pochodził z patologicznej rodziny. A ona… ona się po prostu w to wszystko pchała, by zrobić ojcu na złość. Sęk w tym, że nie było stamtąd drogi powrotnej.
To gadanie nie służyło niczemu dobremu. O wiele lepiej było się przenieść na parkiet i pogrążyć w tej szalonej zabawie. Potrzebowała tego po tych wszystkich stresach i kłótniach. Musiała wyluzować. Poza tym… lubiła spędzać czas z Levim. Cholernie się różnił od jej pozostałych znajomych.
– Są trzy opcje – odparła z szerokim uśmiechem, kołysząc się w tańcu. To zabawne, że wciąż tak naprawdę nie dochodziła do niej żadna muzyka, a mimo tego tak dobrze się bawiła. – Pracuje, ćpa albo za bardzo wziął sobie do serca swoją postać i… no wiesz – posłała mu znaczące spojrzenie, śmiejąc się przy tym dźwięcznie. Śmierć nie powinna być tematem do żartów, ale to była Wallace. Cholernie naćpana Wallace. Poza tym, nie spodziewałaby się śmierci po Aaronie. To nie było w jego stylu. Matilde zarzuciła Leviemu ręce na szyję, jednocześnie odchylając się maksymalnie do tyłu. Nie zwróciła nawet uwagi, że w będąc w takiej pozycji malutka saszetka wypadnie jej z kieszeni spodni…
I've got the scars from tomorrow and I wish you could see...That you're the antidote to everything except for me.
86%
dealer/fałszerz
name:
Lewis Morrison
alias:
Levi
age:
29
height / weight:
187/83
Wysłany: 2019-02-23, 01:07
1 Rok na Giftedach!
- Jest zajebista. Prawda, Cadence? - Uśmiechając się do jego pijanej, naćpanej i zdecydowanie coraz bardziej napalonej towarzyszki, otwarcie klepnął ją w pośladek, wywołując falę niekontrolowanego chichotu ze strony panny. - Naprawdę wartościowa kobieta. - Cóż, jeśli brało się pod uwagę stopień wypchania portfela jego koleżanki, z pewnością nie miała sobie równych, a przynajmniej nie w tym miejscu.
Była bogata, była hojna, była totalnie nierozsądna, jeśli chodziło o dobór nowych znajomych... I właśnie dlatego tak bardzo mu teraz pasowała. W przeciwieństwie do faceta Matilde, który nie miał nawet tyle, by mógł zrekompensować wszystkie swoje paskudne wady. Był biednym wieśniakiem i Lewis nie zamierzał zmienić swojego zdania. Po prostu nie łykał Aarona.
- Dyskutowałbym o tym, czy on w ogóle ma duszę. - Stwierdził, praktycznie przewracając przy tym oczami i kilka razy kląsając językiem o podniebienie. - Nie bierz tego do siebie, Dee, ale jest najbardziej parszywym rodzajem dilera. Uwierz mi, coś o tym wiem. - Co prawda, nigdy nie widział Whitemore'a w prawdziwej akcji, ale wielokrotnie doświadczył prób podjebania mu klientów... I był świadkiem tego, jak zmarnowani powracali do jego źródełka, skarżąc się na kawałki opony czy domieszki sody do pieczenia dodawane do narkotyków. Aaron był dupny, nawet jeśli chodziło o dilerkę.
Nie zamierzał jednak głębiej w to wnikać. Nie teraz i nie, jeśli Wallace tak bardzo upierała się, co do umęczenia niewinnej duszy jej chłopaka. Skoro Whitemore dostatecznie dobrze ją traktował, nie było powodu, by Levi jeszcze bardziej na niego najeżdżał. Nie, gdy mógł go wkurzyć w inny sposób. Na przykład zabierając jego partnerkę na parkiet, obracając ją w tańcu i zdecydowanie nie trzymając jej na dystans.
Przynajmniej do czasu, gdy butem nie trącił małej paczuszki, jaka zdecydowanie wypadła z ubrania Matilde... Niedużej, malutkiej paczki, której bez dwóch zdań by jej nie sprzedał.
- Gdzie to kupiłaś? - Spytał nagle, zatrzymując ją w połowie obrotu i powoli pochylając się, by podnieść porcję narkotyku. Jeśli ktoś jej to sprzedał... Miał zdrowo przesrane. W końcu była skreślona z listy klientów, Lewis osobiście o to zadbał...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum