To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

S. Ackerman - #1

Artemis Danvers - 2018-04-21, 14:28

- W końcu przejdzie. - Wyciągnęła spod kołdry rękę, którą chwilę wcześniej wcisnęła tam Sage i oparła przegub na czole, mozolnie krążąc wzrokiem po pomieszczeniu. Uwaga była zbywająca, jakby gorączka nie miała większego znaczenia i tak właściwie było w ciągu rozumowania Danvers, bo wykończona nie przejmowała się niczym szczególnie. Co najwyżej umrze, zdarza się. Może dostanie swoje siedemdziesiąt dwie dziewice. Może jedna nawet będzie wyglądała jak Sage? Można gdzieś takie zamówienia składać?
Skupiła w końcu spojrzenie na dziewczynie, która dalej się nad nią pochylała, więc wywróciła oczami (co w tym stanie było jedynie dłuższym przymknięciem powiek) i odchyliła rąbek kołdry, sugerując, żeby tamta się w końcu położyła.
- I tak nic z nią nie zrobisz, chodź spać. - Uwaga wypowiedziana słabym głosem, ale wystarczająco wymowna. Nie chciała się przejmować, chciała spać. Przed trzecią, znaczy ojciec jeszcze był w domu i stanowił potencjalne zagrożenie, więc ciężko będzie zdziałać cokolwiek, nawet gdyby cała sytuacja miała się skończyć wrzucaniem artemisowego truchła do rzeki, to i tak trzeba było poczekać na odpowiednią okazję.
Zawierciła się, by trochę wydostać się spod kołdry, bo nawet gdyby miała docenić troskę Sage, to w chwili obecnej znacznie bardziej przejmowała się tym, że jest jej za ciepło i najchętniej to by się znalazła na tej kołdrze, a nie pod nią. Cóż, dobry znak, przynajmniej gorączka przestała rosnąć - to jak wysoka była pozostawało zupełnie inną kwestią, na którą, ponownie, Artemis nie miała siły, ani ochoty.
- Grzeczna dziewczynka - wymamrotała, kiedy Sage w końcu znalazła się obok niej i dopiero wtedy pozwoliła sobie na przymknięcie powiek oraz niemal natychmiastowe zaśnięcie.
Sny miała niespokojne i nieprzyjemne, jedne z takich, po przebudzeniu z których nie pamiętasz niczego, poza poczuciem pustki, straty i strachu. Wymamrotała coś niezrozumiale, jak poczuła obok siebie ruch, w odpowiedzi na swoje imię jedynie machając zbywająco ręką w powietrzu. Nawoływanie jednak się powtórzyło, a na jej ramieniu pojawił się delikatny dotyk, więc niechętnie otworzyła oczy, już gotowa powiedzieć coś o tym, że jeżeli Sage tak bardzo chce ją rozbierać to proszę bardzo, ale czy mogą to robić, kiedy Artemis w końcu się wyśpi. Uwaga nigdy nie opuściła jej ust, bo twarz, którą Danvers zobaczyła, wcale nie należała do dziewczyny, tylko kompletnie obcej kobiety. Ułamek sekundy i brunetka już była w gotowości do walki, podrywała się na łokciu (całkowicie ignorując obolałe ciało) i rozglądała nieprzytomnie po pomieszczeniu, by zobaczyć, czy poza obcą osobą... Sage. Dobrze.
- Co kurwa - zapytała elokwentnie, próbując się usunąć spoza zasięgu kobiety, bo ociężałe mięśnie nie reagowały dostatecznie, by mogła ją ogłuszyć (jak podpowiadał jej instynkt).

Sage Ackerman - 2018-04-21, 18:53

Telefon wykonany do znajomej lekarki był pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po przebudzeniu koło siódmej nad ranem z bliżej nieokreślonego powodu. Złota myśl ją ruszyła, aby wziąć sprawę w swoje ręce i po prostu pozwolić rozsądkowi podziałać, zwłaszcza, że Jemma Johnson znała sytuację w domu Ackermanów od podszewki – i to nie tylko tej związanej z nieobecną Phillis. Będąc matką nastoletniego mutanta, obrała ścieżkę instynktu obronnego własnej pociechy, w tajemnicy lecząc nosicieli genu X, którzy odwdzięczali się trzymaniem straży nad nastoletnim Trevorem. Gdy usłyszała od jednego z nich, że pacjentka wpisana na listę lekarza rodzinnego J.J. zajmuje się ukrywaniem tych, których sama ratowała, nie pozostała obojętna, wychodząc z propozycją współpracy. Mały półświatek Sage Sendlerowej powoli zyskiwał więcej członków, jakich niewielu, bo nie każdy ryzykował nadstawianie własnego karku w dosłownym znaczeniu. Czego jednak nie robi się dla syna?
- Bez nerwów – rzuciła nonszalancko, stojąc przy nogach łóżka i opierając ramieniem o ścianę z założonymi rękami. W lewej dłoni trzymała kubek z zimną już kawą. – To doktor Johnson, przyszła obejrzeć twoją ranę. – wyjaśniła, wskazując krótko palcem na czterdziestoletnią kobietę o blond włosach i zielonych oczach schowanych za oprawkami połówkami. Z całego towarzystwa była chyba najniższa, bo mierzyła zaledwie metr sześćdziesiąt pieć.
Kobieta uśmiechnęła się łagodnie do Danvers, skinąwszy głową w geście przywitania. Miała miętową marynarkę i stetoskop przewieszony przez szyję, który aż prosił się o pociągnięcie.
- Sage zadzwoniła po mnie rano – wyjawiła spokojnie, cofając pół kroku w bok, aby dać przestrzeń Artemis. – Powiedziała, że ktoś incognito potrzebuje kontroli lekarskiej. Ponoć dalej gorączkujesz, pomimo antybiotyku? – złączyła dłonie przed sobą, jak uczniak ze zmartwioną miną, roztaczając ciepłą aurę.

Artemis Danvers - 2018-04-22, 10:51

- Czy ciebie do końca popierdoliło?!
Artemis było bardzo daleko do "bez nerwów", bo jej paranoja zawyła głośno, stawiając ją w stan gotowości. Ufała Sage, o czym najlepiej świadczyło to z jaką łatwością zapadała tutaj w sen i fakt, że nie odskakiwała na pół metra, ilekroć dziewczyna niespodziewanie się zbliżyła, o wszelkich zabiegach przeprowadzanych na ciele Artemis nawet nie wspominając (bo chociaż z początku sytuacja zmusiła ją do szukania pomocy i pozostania akurat tutaj, to wizyta wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby kobieta miała chociaż cień podejrzenia, że Sage może mieć coś wspólnego z rządem, czy DOGSami). Z musu jej paranoja tolerowała też Młodego, chociaż Danvers podchodziła doń mocno sceptycznie, przekonana, że taki szczeniak prędzej czy później chlapnie słowo, czy dwa za dużo, wpędzając samego siebie i siostrę w kłopoty (kto przy zdrowych zmysłach ufał nastolatkowi, na Zeusa?).
Ale sprowadzanie innego człowieka? To już było coś zgoła innego i wymordowana Artemis była gdzieś na granicy paniki. Pluła sobie w brodę, jednocześnie czując jak poprzednie zaufanie do Sage teraz gwałtownie zanika, zastąpione poczuciem zdrady. Słowa kobiety jej nie uspokoiły, wręcz przeciwnie, sprawiły jedynie, że napięła się jeszcze bardziej, nie odrywając nieprzyjemnego, pełnego wściekłości wzroku od kobiety, którą czujnie lustrowała, szukając jakichkolwiek oznak mogących zdradzić coś więcej. Kontrast między spokojem lekarki, a spanikowaną wrogością Danvers bił po oczach.
Oparta plecami o ścianę, zupełnie jakby to mogło pomóc, analizowała sytuację, starając się na szybko ułożyć plan dyktowany przez poczucie zagrożenia, które wręcz paliło ją pod skórą. Pozbyć się ich dwóch za pomocą mocy, znaleźć jakiekolwiek ubrania, kluczyki, plecak i się stąd zwinąć. Do motelu i tam postarać się ściągnąć do siebie kogoś, może Żołnierzyka. Powinno się udać. Nie miała pojęcia, czy jej moc w ogóle zadziała teraz, czy nie zostanie zniwelowana przez okulary kobiety i czy zadziała na dwie osoby na raz, ale nie pozostało jej nic innego, jak spróbować i liczyć, że się uda.
- Nie gorączkuję, nigdy o mnie nie słyszałaś, wróć do domu - rzuciła szybko, wyjątkowo spokojnym, biorąc pod uwagę okoliczności, głosem, patrząc kobiecie prosto w oczy, zaraz potem przenosząc bystry wzrok na Sage. Już otwierała usta, by kazać jej spadać, kiedy się zawahała i w końcu, zła na samą siebie, że nie może się na to zdobyć, wywróciła oczami, potrząsając głową.
- Gdzie moje rzeczy? - zapytała jedynie ostro, już się przesuwając po łóżku, by móc spuścić nogi na ziemię. W całym procesie zatrzymała się tylko na ułamek sekundy, zaciskając powieki, bo gwałtowny ruch wystarczył, by zakręciło jej się w głowie.

Sage Ackerman - 2018-04-22, 13:01

Blondyneczka została uprzedzona przed wejściem, że może napotkać niekoniecznie przyjemną reakcję ze strony Artemis, ale nawet Sage nie spodziewała się takiego obrotu wydarzeń. Przede wszystkim, samo użycie mocy na lekarce było kompletnym zaskoczeniem i choć nadal nie wiedziała dokładnie, jak to działało, krótkie komendy mówiły same za siebie.
Johnson bez słowa zamrugała wielkimi, zielonymi oczami i w swoim tempie odwróciła się na pięcie do wyjścia. Naprawdę? Ona tak na poważnie? Wodziła wzrokiem od Artemis do kobieta i z powrotem, dopóki Jemma nie znalazła się przy drzwiach.
- Nie, poczekaj! - nawet rękę wyciągnęła w jej kierunku, ale kobieta już wyszła na korytarz, nie zważając na protest Sage. Wytłumaczenie dla takiego postępku było tylko jedno, w dodatku nie musiała daleko go szukać, bo miał trzydzieści jeden lat i okupował jej łóżku kolejną dobę, której nie potrafiła dokładnie nawet zliczyć. - Zwariowałaś?! To zwykły człowiek! – uniosła się, idąc śladem za doktor Johnson. Wyjrzała w przejście akurat, wtedy, gdy lekarka skręciła ku schodom. – Cholera jasna. – była w potrzasku, iść za kobietą i upewnić się, że nic nie będzie miało złego miejsca czy zostać tutaj, aby zjechać Danvers od góry do dołu. Decyzję szczęśliwie ułatwił Heath znajdujący się w salonie, którego zdziwiło nagłe pojawienie Johnson, a słysząc ich rozmowę, miała przynajmniej pewność, że przynajmniej przez chwilę lekarka zostanie w ich domu, choć brzmiała na skonfundowaną.
Nie szczędziła sobie złych min, gniewnego spojrzenia czy podniesionego tonu, bo wszelkie granice zostały właśnie przekroczone do tego stopnia, że nie było co się powstrzymywać.
- Traktujesz tak wszystkich, co chcą ci jakoś pomóc? Mnie też zmanipulowałaś, abym cię do siebie wpuściła?– warknęła nieprzyjemnie, zamykając drzwi pokoju z impetem i pewnie miałoby to lepszy wyraz, gdyby z kubka nie ulała się niewielka porcja kawy na podłogę. – Zejdź z tego pieprzonego tronu paranoi, Danvers. Ona nie chciała ci zrobić nic złego. – w porządku, to była też jej wina, mogła wcześniej poinformować Artemis o swoim planie, jaki od razu napotkałby reakcję podobną do tej, jaka miała miejsce przed chwilą. Tak czy inaczej, byłaby to katastrofa, ale minimalnie liczyła na przychylność głupiego losu – gorączkę, przez którą kobieta nie ogarnie, że coś się z nią dzieje. Jak na złość, teraz musiało być akurat przez moment lepiej.

Artemis Danvers - 2018-04-22, 16:00

Och, z Artemis wcale nie było dużo lepiej, niż w nocy. Instynkty zrobiły swoje, pozbywając się bezpośredniego - w jej mniemaniu - zagrożenia, teraz jednak obolałe, wymęczone ciało ledwo radziło sobie z uniesieniem do pionu i próbą ustania, co tu dopiero mówić o oderwaniu się od szafki, o którą się ciężko oparła i zrobieniu paru kroków przed siebie.
- Moje rzeczy - powtórzyła jedynie w odpowiedzi na to całe "zwariowałaś", nawet przez ułamek sekundy nie przejmując się wyrzutami robionymi przez dziewczynę.
Zmusiła buntujące się ciało do ruchu, powtarzając samej sobie, że czas na cackanie się z samą sobą będzie później i przekuśtykała te parę kroków przez pokój, opierając się z ulgą o ścianę akurat w momencie, kiedy Sage trzasnęła drzwiami. Sugestia, jakkolwiek trafna, zabolała. W momencie podejmowania decyzji z poziomu "życie albo śmierć" Artemis nie miała żadnych oporów przed skorzystaniem z mocy, by przeżyć i doskonale o tym wiedziała, jednak myśl, że miałaby to samo zrobić z Sage była, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, nieprzyjemna. Szlag by to. Nie miała czasu tego analizować.
- Tego nie wiesz! - warknęła, czując, że nie ma siły na to starcie i tłumaczenie, że nie możesz ufać komuś tylko dlatego, że wygląda na kochanego, niepozornego członka społeczeństwa i kto wie, czy szanowna pani doktor już kogoś o tym nie powiadomiła?
Psia mać, oddałaby teraz nerkę za to, żeby jej moc działała na stan fizyczny, by móc samej sobie powiedzieć teraz, że czuje się dobrze. Czemu cholerne ruszanie się było takie trudne?
- Niech ktoś na ciebie poluje przez cztery lata, wtedy pogadamy o sposobie traktowania obcych.
Ledwo stała i czuła, że za chwilę poleci. Schody z pewnością stanowiły przeszkodę nie do pokonania w tym stanie, ale mimo to wiedziała, że nie może tu zostać i pora spierdalać jak najszybciej, więc oderwała bok od ściany robiąc kolejny krok, zatrzymując się tuż przy dziewczynie.
- Zjebkę możesz mi wysłać listem, teraz zejdź mi z drogi. - Przypilnowała, by na nią nie patrzeć. Skrupuły ją kiedyś do grobu wpędzą.
Ręką, którą nie przytrzymywała się ściany sięgnęła do jej ramienia, chcąc ją odsunąć i nie potrafiąc dłużej czekać. W końcu też uniosła wzrok na wściekłą Sage. Na jej bladej twarzy malowała się determinacja, ze szklistych od gorączki oczu przemawiał niepokój.
- Nie mogę tu zostać i czekać aż po mnie przyjdą, daj mi moje rzeczy, nie będę ci sprawiać więcej kłopotu - dodała szybko, desperacko i to wszystko byłoby o wiele bardziej poetyckie, gdyby przy próbie wykonania kolejnego kroku nie zakręciło jej się w głowie, sprawiając, że musiała na nowo oprzeć o ścianę. Wyrzuciła z siebie krótkie przekleństwo, ale strach nie dał jej odpocząć, zmusił do wznowienia ruchu i to już było za dużo dla wykończonego organizmu, który zdecydował się na odłączenie zasilania. Nawet nie zauważyła, kiedy poleciała na ziemię.

Sage Ackerman - 2018-04-22, 16:55

- Wiem!
Uparcie zamierzała trzymać się swojego, choć jeszcze nie dotarło do niej, że nie zdradziła Artemis najważniejszego argumentu, przemawiającego za skorzystaniem z pomocy kogoś takiego, jak doktor Johnson. Teraz już było na to za późno, poszatkowana noga z doczepioną do niej warczącą Artemis kuśtykała przez pokój, prawiąc morały z życia mutanta, o których nie miała pojęcia. Olimpiada? Cztery lata? Świetnie, kolejne szczątkowe informacje na temat osoby, jaką mogłaby wpisać do telefonu jako „enigma” i wcale nie zrobiłoby to różnicy.
Przywarła plecami do drzwi, dając stanowczo Artemis do zrozumienia, że nigdzie nie zamierzała się wybierać ani tym bardziej pozwolić jej opuścić dom, gdy była w takim stanie. Nawet ten desperacki chwyt na ramieniu nie miał tyle wyrazu, co zapewne Danvers chciałaby. Słaby, chybotliwy, nawet nie w pełni trzymający za biceps, który napięła w lichej obronie.
Pokręciła głową z niedowierzaniem, nie potrafią racjonalnie wyjaśnić nagłego skoku paranoi – bo jak inaczej to nazwać – u Artemis, a nawet ta głupia gorączka już przestawała wystarczyć za odpowiednie wyjaśnienie tego całego zrywu, choć tłumaczyła kompletny brak równowagi. Wystarczyło, że raz się zawahała na osłabionych nogach bez uprzedzenia – byłoby miło – aby całe to przedstawienie dobiegło końca, gdy wraz z opadającym ciałem Danvers, Sage poleciała w dół, lądując głucho na kolanach, tylko na centymetry przed podłogą obejmując głowę Artemis, aby, mówiąc jej językiem, nie przypierdoliła zdrowo. Kubek z resztką kawy zbożowej przetoczył się kilka centymetrów po podłodze, zostawiając jeszcze jedną, jasną plamę, dokładając do obowiązków Ackerman. Niech ten dzień się skończy…
Minęła chwila, nim dotkliwy brak powietrza zapiekł w płuca. Wstrzymała je, gdy pacjent na medal wywinął orła, tracąc przytomność.
- Zgłupiałaś – najpierw zwariowała, teraz odjęło jej rozum i świadomość – Po prostu zgłupiałaś… – wysapała nad nią, gdy dostrzegła ciężkie ruchy klatki piersiowej. Oddychała, tyle w tej historii dobrego, ale gorące czoło w kontraście z chłodną dłonią odpowiadało na wszystkie pytania, które teraz kotłowały się w umyśle Sage.
Wtoczenie Danvers na łóżko nie było proste. Podobnie, jak przegadanie Johnson przez telefon, aby pomogła komuś, kogo nawet nie pamiętała. Skończyło się na wymianie zdań, posłaniu brata do apteki po nowe, paskudne lekarstwo i zmianie opatrunku, gdy środek przeciwgorączkowy robił swoje. Po dwóch godzinach odlotu oraz kolejnym przebraniu ubrań Artemis, miała autentycznie dość. Dawno nie czuła się tak zdeptana, przeżuta i wypluta, że zaczęłaby kwestionować słuszność tego, co robiła.
Przetarła zmęczone powieki lewym nadgarstkiem. Zegarek na prawej ręce nie wskazywał jeszcze nawet trzynastej, a miała wrażenie, jakby spędziła tu przynajmniej sześć godzin od momentu nieplanowanego omdlenia Danvers.
Siedziała na krześle przy jej łóżku, okazjonalnie zmieniając okład na nowy, jednym okiem próbując zapamiętać cokolwiek z rozczłonkowanego scenariusza, który walał się po podłodze, a drugim zerkając raz po raz na śpiącą kobietę, choć twarz miała zamazaną.
- Nie teraz, do diabła… - mruknęła pod nosem, rozcierając lewe oko, ale i to też nie pomogło. Obraz nadal pozostawał ledwo widoczny, dlatego wdzięczna była, że wybudzenie Artemis polegało bardziej na ruchu nogami niż grymasie, bo na bank by tego nie dostrzegła. A może po prostu to było w drugiej kolejności i nadchodząca migrena nie pozwalała na dostrzeżenie tego swoją kapryśną naturą?
- Nie wstawaj za szybko – powiedziała ze słabym warknięciem z niemrawym wyrazem twarzy, odwracając na krześle w kierunku szafki i wyciągniętą ręką zamiast złapać za szklankę z wodą, trąciła ją. Ta zadygotała tylko ostrzegawczo, dając drugą szansę. – Dostałaś nowe leki – mówiła o czymkolwiek, byle nie dać Artemis dojść do głosu ani sposobności do nagłego wycieku złości, bo nadal tu była. – Ma być po nich lepiej. – i znowu, głupia szklanka. Tym razem się rozlała, a fiolka z lekarstwem cicho upadła na bok, przetaczając powoli pod butelkę. Przyłożyła dłoń do oczu, zamykając je mocno. Wdech, wydech. Znowu dziwne zapachy, według znajomej już rozpiski w następnej kolejności będzie obcy smak na języku, wycofanie tych wszystkich fenomenów i niemiłosierny ból głowy.
Schowała twarz w dłoniach.
- Przyniosłam twoje rzeczy – jęknęła ospale - Telefon ładuje ci się przy nogach.

Artemis Danvers - 2018-04-22, 17:50

Paranoja, która kompletnie nią zawładnęła wcześniej, po przebudzeniu pozostała jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem, które nadal ciężko zalegało na klatce piersiowej, ale nie uruchamiało już instynktu ucieczki. Powoli zamrugała, starając się zyskać ostrość widzenia i poruszyła głową, by móc spojrzeć w bok na majaczącą tam, lekko zgiętą sylwetkę Sage. Wspomnienie tego, co się działo wcześniej wróciło wraz z całym naręczem mieszanych uczuć, z czego każde kolejne nie było przyjemniejsze od poprzedniego, w pierwszym odruchu więc poruszyła się niespokojnie, szybko omiatając spojrzeniem resztę pomieszczenia. Strach niemal całkiem zniknął, ale idea, by się wynieść w nowe, bezpieczniejsze miejsce, pozostała. Psia mać, nie powinno jej tu być.
Myślała teraz przytomniej - nadal miała wrażenie, że działa na zwolnionych obrotach, ale przynajmniej starała się analizować sytuację. Znacznie wolniej i rozważniej, niż wcześniej. Uniosła się najpierw na łokcie jedną ręką ściągając okład z czoła, potem do pionu i zauważyła nowe ubrania, dzięki przyjemnemu zapachowi świeżego prania. Jakim cudem nie obudziła się podczas ich zmiany?
Już miała zapytać, kim była kobieta, która nowe leki przypisała, kiedy rozległ się brzdęk przewróconej szklanki. Spojrzała bystro na dziewczynę, która zamiast zabrać się za wycieranie rozlanej wody, jedynie schowała twarz w dłoniach. Danvers bez myślenia delikatnie ulokowała ręcznik od okładu na szafce, by chociaż częściowo powstrzymać skapywanie płynu na podłogę. Odruchowo spojrzała w stronę nóg, gdzie faktycznie leżał telefon, zaraz jej wzrok padł też na znajomy plecak. Wystarczyło, żeby poczuła się trochę bardziej komfortowo w całej tej sytuacji. Skinęła odruchowo głową w geście podziękowania, nie myśląc, że przecież Sage nie może tego zobaczyć. Chuj tam.
- Co się dzieje? - Głos miała zachrypnięty, wyschnięte gardło nieprzyjemnie zadrapało. Poprawiła się na łóżku tak, by móc sięgnąć po przewróconą szklankę i postarać się jeszcze bardziej ogarnąć bałagan, jaki się na szafce pojawił; na brzegu łóżka leżał jeszcze jeden ręcznik, zaraz wylądował w niewielkiej kałuży, która zrobiła się na ziemi. Wystarczająco na chwilę obecną, nie mogła się schylić.
- I kto to był? - dodała, łapiąc za tabletki i uważnie je lustrując wzrokiem. Etykieta niewiele jej powiedziała, paranoja mruknęła, że to może być niebezpieczne. Z westchnięciem położyła fiolkę na kolanach i złapała za butelkę z wodą, którą z ledwością odkręciła, o uniesieniu do ust nie wspominając. Podczas wszystkich tych czynności niezmiennie zerkała na Sage.

Sage Ackerman - 2018-04-22, 18:16

Może w nieco lepszym stanie podziękowałaby za wyręczenie jej w sprzątaniu tego bałaganu, który obecnie obchodził ją tyle, co nic, bo miała, dosłownie, inne rzeczy na głowie. I gdyby jeszcze zwróciła na to uwagę, wtedy to byłaby w ogóle bomba.
Głos nie był jeszcze drażniący, więc to nadal nie ten etap, kiedy wszyscy mieli spierdalać w podskokach z zasięgu Sage, bo inaczej wybuchnie i to nie w ten przyjemny, zbulwersowany sposób. Naczynia krwionośne w mózgu dadzą jej popalić, gwarantując kilka godzin nieprzerwanej przejażdżki kolejką górską, której nigdy nie chciała w swoim życiu, a dostała za darmo w genach. Przypominało to kogoś?
- Zemdlałaś. Gorączka. Jemma Johnson – wymamrotała blado w dłonie niewyraźnie, a po chwili wyprostowała się na krześle, rozcierając twarz. Mrugnęła dwa razy i nadal nic, nie widziała już nawet zdjęć na ścianie, tylko ciemne punkty, a Artemis zdawała się być po prostu pikselową masą bez wyrazu i mrużenie oczu na nic się zdawało. – Poprzestawiałaś trybiki w głowie mojej rodzinnej – dobijaj leżącego. A chuj z wyrzutami sumienia teraz… - Przychodzi czasami do nas, kiedy ktoś od was jest ranny albo chory. Ma córkę z genem X. – liczyła, że ta krótka prezentacja wyjaśni wszystko, czego potrzebowała , aby Danvers odpierdzieliła się i poszła z powrotem spać. Mogła? Mogła, więc niech to zrobi, Sage nie będzie narzekać za bardzo.
Oparcie krzesła cicho strzyknęło, gdy naparła na nie ręką za sobą, podnosząc na równe nogi. Uporczywie tarła te oczy na zmianę, świadoma, że to nic nie da. Odruch, zawsze tak było.
- Masz je wziąć o czwartej, a potem o dziesiątej. – machnęła na oślep, mając na myśli tabletki spoczywające gdzieś w nogach Artemis, nim podeszła do szafy, spędzając przy niej o wiele więcej czasu niż tego chciała, wpatrując tępo w ubrania, które zlewały się w jeden wielki twór. Zgaduj zgadula? Koszulkę do spania dorwała, czy magik w następnej kolejności wyciągnie białego królika? Koszulka, koszulka, koszulka… Jedna za drugą lądowały na podłogę, aż nie wytrzymała i z sapnięciem opierając dłonie o kant półki, odetchnęła głęboko, zwieszając głowę.
- Danvers – długa przerwa, język cierpnął - z której półki dałam ci spodnie do spania? – chciałaby, żeby to był żart, bo na takowy brzmiało. Nie pamiętać ani nie znać własnej szafy? Dajcie żyć.

Artemis Danvers - 2018-04-22, 18:45

Miała już na końcu języka cięte „zapytałam co się dzieje, nie stało”, kiedy dziewczyna pociągnęła wyjaśnienia dalej i nagle ją wcięło całkowicie.
- Trybiki? - zapytała dziwnie napiętym głosem, z wyczekiwaniem patrząc na Sage.
Przegięła? Była pewna, że to tylko krótka komenda, że nie zrobi nikomu krzywdy i nie musi się martwić o wszelkie konsekwencje. Gdyby naprawdę chciała zranić kobietę, to brzmiałaby inaczej i powiedziałaby coś innego. Całość nie powinna wywrzeć na lekarce większego wrażenia, może poza nieswoim samopoczuciem i zdezorientowaniem, jeżeli jednak Artemis coś zwaliła i faktycznie poprzestawiała w jej głowie… kurwa, myślała, że już zapanowała nad mocą dostatecznie, by nie mieć takich niespodzianek.
Kolejne informacje omal jej nie umknęły, ale wyłapała tę o córce - dla niej był to żaden argument, paranoja miała się dobrze i cicho kwiliła, że wśród Kundli znajdzie się parę mutantów i trzeba uważać. Zacisnęła szczęki, zła na siebie, że nie myślała wcześniej wystarczająco przejrzyście i pozbyła się kobiety, zamiast kazać jej się wyspowiadać ze swoich motywów. Jasna odpowiedź z pewnością byłaby stokroć lepsza i pozwoliłaby w spokoju zażyć tabletki, na które ponownie spuściła wzrok.
Skoro jednak do tej pory była w łóżku, istniała duża szansa, że zagrożenia nadal nie było i mogła zaufać. Tyle o ile. Zaryzykować z proszkami, nie miała za dużego wyboru. Potarła czoło, żałując, że nie może rozruszać otępiałego umysłu. Kiedy to się, u diabła, skończy i zacznie trzeźwo myśleć i kiedy przestanie być wiecznie zmęczona?
Uniosła wzrok na dziewczynę dopiero, kiedy głuchy odgłos uderzenia ubrania o podłogę rozległ się po raz kolejny. Bez słowa patrzyła, jak Sage wyrzuca kolejne ciuchy z szafy.
- Drugiej od dołu, co ty odpierdalasz? - pytanie było skonfundowane, nie agresywne, bo chociaż słowa przemawiały za tym drugim, to ton był wyraźnie mieszanką „co” i „nie mam siły na rzeczywistość”, bo nie była w stanie pojąć dziwnego, absolutnie nieswojego zachowania dziewczyny.

Sage Ackerman - 2018-04-22, 19:06

- Mhm. – nie miała ochoty tego teraz tłumaczyć, może później, a może wcale. Obecnie wolałaby tę drugą wersję, odrzucając myśl o Johnson na dalszy plan, bo i bez tego miała wystarczający Sajgon, którego nie dało się ogarnąć.
Zaczesała włosy do tyłu ze zirytowanym warknięciem. Dźwięki też już zaczynały przeszkadzać, choć nie był to etap, kiedy miała wrażenie, że z uszu wycieka krew wraz z płynem mózgowo-rdzeniowym. Wyobraźnia robiła jej figla, układ nerwowy cierpiał przez kaprysy krwionośnego i coś, co jajogłowi profesorowie nazywali depresją korową. To się leczyło u psychiatry? Jeszcze nikt jej nie skierował, a skoro w nazwie tkwiła depresja… Nie, bez sensu.
Spojrzała w dół, orientacyjnie oceniając, gdzie była ta rzeczona druga półka.Powiodła niżej dłonią, natrafiając na złożone, dresowe spodenki. Dla pewności poklepała je dwa razy przed wyciągnięciem i rozłożyła. Kształt się zgadzał.
- Nie widzę – odpowiedziała prawie tak, jakby stwierdziła, że na jutrzejszy obiad będzie spaghetti neapolitańskie. – Będę mieć migrenę, więc jeśli chcesz cokolwiek, mów teraz, dopóki nie leżę. Nie wiem, kiedy znowu wstanę na nogi.
Potem kontakt z nią zaginie na kilka ładnych godzin, okupowany pokój rodziców będzie przypominał ciemnicę przez ciężkie, granatowe żaluzje, chłód przez non stop otwarte okno oraz ciszę, jakby kogoś zabili i porzucili zwłoki w łóżku.
Szurnęła lewą stopą, zrzucając z niej koszulkę numer cztery, która kiepsko spadła. Walić ten drobny bałagan, ten pokój i tak miewał okresy, kiedy wyglądał o wiele gorzej, niż kilka ubrań na podłodze.
- Więc? – ponagliła z odrzucającą niechęcią jakkolwiek zamglony proces myślowy Danvers, przerzucając przypadkowy komplet nocnych ubrań przez lewe ramię i zamknęła szafę. Zostaną jeszcze nic nie dające leki, które i tak brała, bo lekarz kazał, i zapas wody, który wchłonie po wszystkim, jak gigantyczna, skacowana gąbka, która nie ogarnia wszechświata. Atak poprzedzający pojawienie się Artemis trwał kilka godzin, ale trafiała na loterii i te całodniowe, do nawet siedemdziesięciu dwóch godzin, więc jeśli umrze, ich szanowny gość oraz Heath będą skazani na przetrwanie we własnym towarzystwie.

Artemis Danvers - 2018-04-22, 19:45

Lekko zmrużyła oczy w odpowiedzi na to całe "nie widzę" z początku nieszczególnie w nie wierząc, dodana jednak kwestia o migrenie trochę rozjaśniła jej rzeczywistość.
Zmęczona, osłabiona i przekonana, że zaśnie, kiedy tylko zamknie oczy, Artemis miała jedno, niezmienne pragnienie: umrzeć. W tej chwili jednak ta szczeniacka odzywka w ogóle nie przeszła jej przez myśl, bo głowę miała zajętą ciągłym rozważaniem, co takiego mogła zrobić lekarce i czy faktycznie coś zrobiła, czy tylko Sage palnęła podobnym sformułowaniem bez zastanowienia, nawiązując do tego, że tamta wykonała polecenie wbrew swojej woli. Ostatecznie nie było znowu tak ciężko wpaść na podobne przenośnie, kiedy chodziło o moc Artemis.
Już na końcu języka miała "chcę wiedzieć, co się stało z tamtą kobietą", ale ostatecznie utknęło jej gdzieś w gardle, zatrzymane przez myśl, że to nie ma znaczenia. Nie teraz. Że w gruncie rzeczy, chyba nie chce wiedzieć i że przecież powinna mieć to gdzieś.
Szlag by to.
- Nic nie chcę. Młody jest w domu? - zapytała tylko, podpierając się jedną, mniej pokaleczoną ręką, bo nie była w stanie utrzymać się w pionie dłużej. Nie pytała ze względu na siebie, czuła, że jak się zaraz położy to znowu zaśnie i prześpi kolejne godziny (i chociaż obiecała sobie, że z tym skończy, że zacznie wracać do świata żywych, to ona swoje, a męczone gorączką i ciągłym bólem ciało swoje). Chciała wiedzieć, czy Sage, która nie widzi i zapowiada swój stan w taki, a nie inny sposób, będzie miała cokolwiek (już nawet nie kogokolwiek, bo doprawdy, ciężko zaliczać smarkaczy w kategorię ludzi) kontrolującego jej funkcje życiowe, bo Zeus świadkiem, że otumaniona Artemis się do tego nie nadawała w nawet najmniejszym stopniu.

Sage Ackerman - 2018-04-22, 20:21

I dobrze...
…bo tak naprawdę nie ufała teraz sobie w kwestii wypełniania cudzych życzeń, zachcianek, próśb czy potrzeb, więc wyszło tylko in plus dla całego towarzystwa z Sage na czele. Z tak czystym kontem mogła poddać się znajomemu mordercy, który weźmie ją za zakładnika na nieokreślony czas. Powinna dać znać menadżerowi, że nie przyjdzie jutro do pracy, ale napisanie wiadomości tekstowej bez błędów, co dopiero jakkolwiek zrozumiałej, graniczyło zwykle w tym stanie z cudem. Ile to już razy wysłała pokręcone smsy do znajomych, odwołując spotkanie przez powtórkę z rozrywki? Prawdopodobnie więcej, niż wypisała zwolnień bratu do szkoły, gdy zajmowali się mutantami w piwnicy.
- Jest.
Odparła krótko i już po chwili jej nie było.
„[…]powiedział, że musi tam iść; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie.”
Gdyby rzeczywiście jakiś Syn Człowieczy zawitał do jej pieczary, prawdopodobnie wepchnęłaby mu pięść do gardła wściekła, bo ona cierpiała bite sześćdziesiąt sześć godzin, a on spokojnie spał, żeby zrobić abra kadabra, przesunąć głaz i zniknąć gdzieś w przestworzach, okrzyknięty świętym. Nigdy nie była fanką historii religijnych. Jej ludzie nie nazwaliby boską, a uosobieniem żywego trupa, gdy po niepełnych trzech dobach pierwszy raz wyszła o własnych siłach z sypialni rodziców. Powłóczyła nogami, wspierając o ścianę, zmęczona, zmordowana, z potężnym mętlikiem w głowie, nie potrafiąc powiedzieć, jaki był dzień. Czuła się tak, jakby minął rok w pełnej izolacji, która polegała na bezustannym bólu głowy, kiepsko działających tryptanach, pozwalających na krótkie porcje snu i omdleniach ( tego akurat była prawdziwą fanką i zawsze wyczekiwała ich niecierpliwie).
Leniwie wpadające do salonu światło wraz z świergotem ptaków za oknem sugerowało, że był poranek albo przynajmniej późnie przedpołudnie. Głucha cisza w domu Ackermanów kazała myśleć, iż wszyscy dalej spali. Idąc do łazienki, zdążyła tylko zastanowić się czy dwójka podobnych sobie szałaputów pod kątem bycia wrednym i upartym jakkolwiek doszła ze sobą do porozumienia podczas jej mentalnego odlotu, czy może pozabijali się, ich trupy kisły na piętrze i stąd był taki spokój.
Najpierw kąpiel. Długa, ciepła, aby rozgrzać zziębnięte mięśnie i kości, zmyć z siebie ten cały bród po nierównej batalii z własną głową.
Popchnęła drzwi, gotowa rzucić rzeczy na zmianę na umywalkę, gdy zatrzymała się w progu ze spojrzeniem mówiącym samo za siebie „what the fuck?”.
- Sorry – powiedziała ochrypniętym głosem i zerowym przejawem jakiegokolwiek wstydu czy faktycznej skruchy. Wisiało jej, że właśnie naruszyła kąpiel Artemis, która chyba wyglądała lepiej, niż ostatnim razem, gdy się widziały. Albo to ciąg dalszy głupiego snu, ale nie wiedziała, skąd Danvers obok przedziwnych wyobrażeń kaznodzieja, prawiącego o zmartwychwstaniu Chrystusa. Nic się nie trzymało kupy, a ona nawet nie zamierzała pytać, wpuszczając bezczelnie zimne powietrze z przejścia do łazienki, bo opierała się o drzwi na wpółprzytomna. Awkward moments.

Artemis Danvers - 2018-04-22, 21:26

Leki, które ostatecznie zdecydowała się wziąć (chuj, nie ja będę musiała pozbywać się ciała, jak coś pójdzie nie tak), faktycznie pomogły. Nie można powiedzieć, że brała je tak regularnie, jak wcześniej nakazała Sage, ale pomimo tego wystarczyły, by zbić gorączkę, tym razem na stałe. Poobijane żebra nadal bolały przy gwałtowniejszych skrętach, podobnie jak ramiona przy próbie ich uniesienia, zaś rany na dłoniach nadal nieprzyjemnie paliły, kiedy próbowała zacisnąć pięść lub unieść coś cięższego, ale już bez większych problemów mogła się na nich oprzeć, czy złapać szklankę, co było wystarczającą poprawą.
Żeby jeszcze tylko to nieznośne osłabienie i wykańczający ból nogi dały jej spokój.
Ze zniknięciem Sage pozostała przy życiu dwójka poradziła sobie całkiem nieźle. Chłopaka Artemis bardziej bawiła i fascynowała, niż irytowała, bo najwyraźniej rzadko zdarzało się, by Heath miał do czynienia z człowiekiem mającym całkowicie wyjebane na to, czy go demoralizuje, czy też nie, a co za tym idzie - pewnie mógł się poczuć bardziej dorosły, szczególnie, że większość nieprzytomnego marudzenia kobiety było skierowane na rzeczywistość jako taką, a nie pod adresem Heatha.
A w drugą stronę? Dzieciak gadał stanowczo za dużo, jak na gust Danvers, ale też był zadziwiająco pomocny przy wyprawach do łazienki i trzy razy za dom, gdzie mogła zapalić (z plecaka wygrzebała pół paczki fajek i to znalezisko było najmilszą rzeczą, jaka jej się przytrafiła od tygodnia) i chyba to ostatnie najlepiej wpłynęło na jej podejście do niego. Podchodził też niezwykle dojrzale do całej sytuacji - przynajmniej jak na trzynastolatka - o migrenie Sage opowiadał za długo rzeczowo, o regularnym karmieniu Danvers pamiętał, podobnie jak o podmienianiu butelek z wodą na pełne, kiedy kobieta nie była przytomna.
Poza tym przede wszystkim spała. Cały. Czas. Wybudzał ją jedynie przenikliwy ból nogi, czy nieznośnie pragnienie, z którym ciągle wewnętrznie walczyła, mając na uwadze problemy związane z dotarciem do toalety.
kuwetę by jej wstawili
Tego dnia obudziła się w na tyle przyjemnym stanie, że po raz pierwszy ostatnimi czasy nie miała żadnych mroczków przed oczami, kiedy uniosła się do siadu. Uznając to za dobrą monetę, powoli wyczołgała się z łóżka gotowa skorzystać z tego, że jest dziewiąta rano i Młody w szkole, więc może zająć łazienkę na tak długo, jak wymaga tego sytuacja (znaczy na bardzo długo, biorąc pod uwagę z jaką zgrabnością się poruszała nasza piękna gazela). Sama przeprawa po schodach zajęła jej dobre parę minut, bo próba znalezienia odpowiedniego punktu między nieobciążaniem rannej nogi, a nieobciążaniem pokaleczonych dłoni z początku się nie powiodła i Artemis o mało nie zjebała się na mordę (czego wewnętrznie, ze złością, sobie pogratulowała).
No i nadal potrzebowała paru przerw pomiędzy, więc nim dotarła do łazienki minął co najmniej kwadrans, a w samej łazience poświęciła sporo czasu na metodyczne obejrzenie własnego ciała. Na żebrach po prawej stronie malował jej się wielki, sino-żółty siniak, kolorystycznie podobny do śladów znajdujących się na przedramionach i jednym z piszczeli. Na lewym bicepsie było parę mniejszych, na bank będących pozostałością po mocnym uchwycie mężczyzny, na barku dwa zadrapania stanowiły pamiątkę po jego paznokciach. Palcami przesuwała też wzdłuż obolałych ramion, tułowia i karku, by wyczuć te miejsca, które bolały, chociaż nie było na nich żadnych niepokojących śladów. Nie wyglądało to najlepiej, ale miała wrażenie, że było lepiej, niż w dobę po tym, jak tu trafiła.
Namydlona rozłożyła się w wannie pilnując, by ranna noga pozostała w miarę możliwości poza wodą i zastygła w jednej pozycji, z głową odchyloną do tyłu i przymkniętymi oczami. Błąd, bo najwyraźniej przysnęła, wyrwana z przyjemnego otępienia skrzypnięciem drzwi i z początku przestraszona poderwała głowę, z pewnym opóźnieniem rejestrując, że to Sage. Wpatrywały się w siebie przez chwilę, przy czym Artemis nie przyszło do głowy, żeby się zakryć, nie licząc nerwowego poderwania do góry lewej nogi. Dopiero po sekundzie zajarzyła, że leży w całej okazałości i chociaż nigdy nie była szczególnie wstydliwa, tak teraz poczuła się nieprzyjemnie odsłonięta.
Zwalała to poczucie na paskudne sińce, które bynajmniej ozdoby ciała nie stanowiły.
- Hej, żyjesz. Coś się stało? - zapytała w końcu, przerywając tę ciszę, próbując przyjąć jakąś bardziej strategiczną pozycję i niezmiennie wpatrując się w Sage wyczekująco, przekonana, że zaraz nastąpi jakiś ciąg dalszy poczynań dziewczyny, jak na przykład wyjaśnienie, czemu wparowała jej do łazienki bez pukania.

Sage Ackerman - 2018-04-22, 22:06

W normalnej sytuacji zamknęłaby drzwi od razu po przeprosinach, zapewne spalając przy okazji soczyście krwistego buraka, a potem próbowała przez cały dzień unikać drugiej osoby, bo czułaby się z tym niezręcznie. Tylko nic w tym, co miało tutaj miejsce nie było i nie będzie już nigdy normalne, bo tamta płochliwa dziewczyna zniknęła gdzieś te pięć lat temu, wychodząc z domu po bułki do Tesco i już nigdy więcej nie wróciła, bo tak. Bo ktoś wziął w dyby, ktoś okazał się być dupkiem, kto inny ledwo odrastał od ziemi i musiał ktoś nowy wpaść, aby ogarnąć ten burdel. Ktoś, kto podszywał się pod Sage, wyglądając, mówiąc, poruszając i zachowując, jak ona. Trzymała mutantów w piwnicy, cierpiała na wkurzającą przypadłość oraz wchodziła innym do łazienki, jakby była na kacu, nie robiąc sobie nic z tego, że druga osoba mogła odczuwać jakikolwiek dyskomfort.
- Zmartwychwstałam? – wzruszyła ramieniem, rozglądając po pomieszczeniu, dostrzegając walające się ubrania na podłodze i te świeże przewieszone przez krawędź umywalki. – Albo rozczarowałam samą siebie i po prostu się obudziłam – burknęła, ostentacyjnie zerkając na odsłoniętą nogę Artemis. To nic, przecież już widziała ją w taki sposób kilka razy, gdy pomagała tej zgorączkowanej kobiecinie się przebrać w stanie bardziej lub mniej wskazującym na przytomność i… dotarło do niej, że to przecież norma, a ona naprawdę potrzebuje jak najszybciej wejść do wody, dlatego zamknęła za sobą drzwi po wejściu do środka. Niezależnie od tego, co o tym mogła powiedzieć albo pomyśleć Danvers, Ackerman w drodze do zlewu wymamrotała zmęczone: - Nie masz nic, czego wcześniej nie widziałam – po czym odłożyła swoje ubrania na szafeczkę z kosmetykami, przenosząc również te przeznaczone dla kobiety.
Odkręciła kurek z zimną wodą i nabrawszy do złączonych ze sobą dłoni, oblała sobie nią twarz dwa razy. Nie spojrzała lustro. Wiedziała, że wygląda strasznie. Otarła krople, które wytarła o krótkie spodenki, po czym kompletnie bez związku z czymkolwiek, doczłapała się do krawędzi wanny – była bliżej, niż cokolwiek innego, a musiała usiąść, czując sztywność karku.
Pokręciła głową na boki, zadarła, zgięła, mrucząc pod nosem z niezadowoleniem, kiedy kręgi szyjne nie chciały strzelić.
- Ile mnie nie było? – to pytanie było głupie, zważywszy, że jej pamięć zatrzymała się na etapie nieogarniającej przestrzeni Danvers. Przekrzywiła ciężką głowę w bok i spojrzała na nią spod lekko przymrużonych oczu, ostentacyjnie mierząc ją od góry do dołu, bo, hej, nadal była „przyćpana” przez efekt po migrenie (super doświadczenie, polecam… ta…). – I jak noga?– odchyliła się odrobinę, wyciągając nieznacznie szyję, aby dojrzeć ranę na udzie. To paskudne szycie będzie ją prześladować w snach.

Artemis Danvers - 2018-04-23, 13:00

- Hej! - zaprotestowała, bo ej, mogła przynajmniej zapytać, nie? To jednak niemiłe wparować komuś do łazienki bez uprzedzenia w ogóle nie pytając go o zdanie. Ostatecznie jednak wywróciła oczami na zachowanie dziewczyny i jedynie ułożyła jedną rękę w trochę strategiczny sposób, dzięki któremu w końcu się rozluźniła ponownie.
Na nowo oparła głowę o wannę, wzrokiem przesuwając po twarzy i sylwetce dziewczyny, która wyglądała jakby coś ją przeżuło, wypluło prosto pod samochód i potem kazało jeszcze wrócić do świata żywych. Sama Artemis, nadal niezdrowo blada i poobijana, była ostatnią do osądzania tego stanu w jakikolwiek sposób, ale czy możemy poświęcić chwilę temu jak niesprawiedliwe to było, że nawet w takim stanie Sage była fuckable? Dziękuję.
Uniosła brwi w ni to pytającym, ni wyzywającym wyrazie twarzy, kiedy wzrok dziewczyny tak bezczelnie przesunął siępo jej ciele i ponownie - czułaby sięo wiele lepiej bez śladów. Kilka blizn, jakie zdążyła nazbierać przez ostatnie lata też co prawda nie stanowiło szczególnej ozdoby, ale je w pewnym sensie Artemis lubiła i nie miała z nimi problemu, tak samo jak z całą resztą swojego ciała (bo umówmy się, ciężko mieć problemy z czymś takim). Krwiaki były nowe, nieprzyjemne i nie pod kolor.
- Skarbie, ja nawet nie wiem, jak długo tu jestem, czego oczekujesz - wymamrotała przymykając oczy. Jej standardowy podział miesiąca szczególnie nie dotyczył i zdarzało się, że nawet nie wiedziała, jaki jest dzień tygodnia, teraz więc tym bardziej nie czuła potrzeby sprawdzenia w jakim momencie rzeczywistości się znajduje. - Napierdala. Jak głowa? - Odpowiedź prosta i szczera, palce lewej dłoni mimowolnie przesunęły się po szwie i dookoła niego po wrażliwej skórze, wywołując dodatkowe, nieprzyjemne doznania, na co nieznacznie się skrzywiła i opuściła rękę z powrotem do wody.
- Wszystkim gościom wparowujesz do łazienki? - dodała leniwie, na chwilę uchylając powieki, by na nią zerknąć. Lekki przytyk, ale obecność dziewczyny nie przeszkadzała jej się zrelaksować, na co najlepiej wskazywały te przymknięte ślepia i łagodny wyraz twarzy.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group