To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

S. Ackerman - #1

Artemis Danvers - 2018-04-09, 21:17

- Wszystko na mnie dobrze leży, szczególnie piękne brunetki - poruszyła sugestywnie brwiami, szczerząc się do dziewczyny, wyraźnie nieprzejęta faktem, że została nazwana zwłokami. Dwuznaczne uwagi były u niej chlebem powszednim, podobnie jak takie zachowanie, pod warunkiem, że przebywała z kimś, kogo i tak zamierzała porzucić nad ranem albo kimś, kogo darzyła przynajmniej w pewnym stopniu zaufaniem. Znaczy teraz zdarzało się to przy czterech, może pięciu osobach. Sage byłaby szósta.
Z ciążącymi emocjami na klatce piersiowej, trochę bardziej wypoczęta i mniej obolała była zupełnie innym człowiekiem, niż parę godzin wcześniej. Ten stan pewnie nie utrzyma się długo i kiedy trochę - o ironio - otrzeźwieje, wróci do starej, dobrej, zamkniętej w sobie Artemis, która operuje złośliwymi półsłówkami. Teraz jednak wrzuciła na luz.
Lekki ruch głową był całym "przykro mi" jakie można było od Artemis otrzymać, bo może codzienne mechanizmy spały, ale nadal nie przepadała za zbędnymi słowami. Gdyby Sage siedziała odrobinę bliżej, ręka Danvers spoczęłaby na chwilę na jej ramieniu w pocieszająco-wspierającym geście, z powodu odległości tak się jednak nie stało. Już chciała zapytać "niedawno?", bo miała wrażenie, że radzili sobie bez matki dłużej, ale dziewczyna sama zdążyła jej odpowiedzieć na niezadane pytanie. Pełne irytacji i zdegustowania parsknięcie połączone z wywróceniem oczami było pierwszym, co jej się wyrwało.
- Ten kraj to żart - mruknęła, dla siebie zostawiając epitet "jebany", stosując siędo poprzedniej prośby. - Jaki był wyrok?
Poprawiła kołdrę, trochę ją podciągając do góry, bo zrobiło jej się chłodniej. Jej wzrok powędrował w bok na wiszące na ścianie zdjęcia i chociaż pod tym kątem nie widziała wszystkich dokładnie, to kontury były zarysowane wystarczająco wyraźnie.
- Masz ją gdzieś tutaj? - Miała wrażenie, że wcześniej w półmroku jej wzrok padłna jakieś zdjęcie rodzinne (rozpoznała Sage i jakiegoś smarkacza obok niej oraz dwójkę dorosłych, nie trzeba było geniusza, by się domyślić co fotografia przedstawia), ale teraz nie mogła go zlokalizować. Możliwe, że wisiało gdzieś nad jej głową, obecnie znajdując się całkowicie poza jej zasięgiem, bo wykręcenie się w ten sposób wymagałoby za dużo ruchu, którego nadal starała się unikać, jak tylko się dało.

Sage Ackerman - 2018-04-09, 22:02

Smooth criminal. To brzmiało o wiele lepiej, niż próba poderwania przez Bradley’a, która zakończyła się fiaskiem nie tak dawno w trakcie jej zmiany.
- Wow, mocne dwa na dziesięć za starania. – uniosła kciuk do góry, dodając swoje trzy grosze, byle nie pozostać dłużną, acz tym razem bardziej chodziło o zwyczajne odciąganie nieprzyjemnego tematu na dalszy plan, który i tak pozostawał na tyle w zasięgu, że nie sposób go zignorować. Drobne wtrącenia jednak pozwalały na trzymanie jako takiego fasonu czy, jak to nazywali jajogłowi, sanity level.
Skrzywiła się wyraźnie, potakując niechętnie, bo jeśli Ameryka kiedykolwiek była dowcipem tego świata, teraz została przemianowana na wyjątkowy blamaż.
- Pięć lat i dożywotnie odebranie prawa jazdy – ten typ i tak miał wyjątkowego pecha. – Złożyliśmy wniosek o zwiększenie kary i dostał dziesięć, ale jego krewni wydzwaniają do nas, abyśmy go wycofali. – znowu prychnęła, opuszczając dłoń na kołdrę, żeby dać upust złości miażdżeniu i miętoleniu materiału. Mogła zabrać papierosy na górę, wczoraj spaliła ponad połowę w drodze powrotnej z Downtown.
Przesunęła się odrobinę, schodząc z części pościeli, aby Danvers nie miała problemu z okryciem. Jej wciąż nie było na tyle zimno, ale wszystkie znaki na niebie wskazywały jednoznacznie na stopniowy koniec tego spontanicznego posiedzenia, w niczym nie przypominającego nocowania u koleżanki czy wspólnego wyjazdu na kolonię oraz narzekania na tego wrednego druha z podwójnym podbródkiem o imieniu Chip.
Zadarła odrobinę głowę, wiodąc wzrokiem po fotografiach, których nazbierało się łącznie jakieś trzydzieści dwie na szeroko rozwieszonych klamerkach. Mimowolnie uśmiechnęła się, pochylając w kierunku poduszki, która zasłaniała lewy kwadrat ściany.
- Tutaj – odsłoniła trzy fotografie zawieszone nie więcej, niż kilka centymetrów nad materacem. Odpięła klamerkę, przytrzymując kolorowe zdjęcie z uśmiechniętymi Ackermanami w komplecie, odzianych w grube kombinezony zimowe ze skuterami śnieżnymi w tle. – Rezerwat Indian Wind River w Wyoming, pojechaliśmy odwiedzić rodzinę mamy – wyjawiła zanim zdecydowała się zająć miejsce pod ścianą obok Artemis. Zapach zmiękczacza na koszulce koncertowej był teraz wyraźny, rumiankowy, przywoływał nostalgię. Podała jej zdjęcie. – Rdzenni Amerykanie, którym niestraszne są burze śnieżne, a pumy podchodzące pod okna to ich codzienność. – nawet gdyby o to nie zapytała, czuła potrzebę wyjawienia tego, kim była Phillis, której imię nie sugerowało jej pochodzenia.

Artemis Danvers - 2018-04-10, 11:49

- Dałabyś jedenaście na dziesięć, jakbym się postarała - Psotnemu mrugnięciu towarzyszył słaby, zmęczony uśmiech, po którym głowa zaraz znowu została oparta o ścianę, a oczy się przymknęły. Nie na długo, bo zaraz poderwała głowę, by spojrzeć czujnie na Sage.
- ... Robią, kurwa, co. - To nie było pytanie. To była pełna irytacji i niedowierzania uwaga, która wymknęła jej się niemal niekontrolowanie. Zmrużyła lekko oczy, bo szczerze wątpiła, by telefony były na głowie jej ojca i coś w Artemis ryknęło z irytacją, że dwudziestoparolatka nie powinna się z czymś takim w ogóle użerać. Powinna mieć problemy z szukaniem sensu w życiu, alkoholem, „on nie kupił mi takiego lizaka, jakiego chciałam, to nie jest miłość!”, może czynszem i gotówką na jedzenie, a nie z rodziną chuja, przez którego zginęła jej matka i nie z wychowywaniem młodszego brata.
Wcześniej tylko raz miała podobną refleksję dotyczącą Sage; nieco ponad temu, podczas ich pierwszego spotkania. Kiedy zobaczyła stosunkowo drobną dziewczynę w drzwiach spojrzała ponad jej głową, czekając na kogoś dorosłego z kim miała załatwić interes, ale zobaczyła jedynie jakiegoś zerkającego z zainteresowaniem dzieciaka. I usłyszała, że to tyle, nie ma tu nikogo dorosłego, nie w takim znaczeniu, w jakim oczekiwała tego Artemis. Ta dwójka smarkaczy ryzykująca poniekąd życiem, by pomagać mutantom, wywarła na niej wystarczające wrażenie, by zapaść głęboko w pamięć, chociaż w życiu tego nikomu nie przyznała. I pomimo tego, że przy kolejnych spotkaniach szybko się okazało, że w Sage jest z dzieciaka tyle, co nic, to pierwsze wspomnienie nadal było żywe w głowie Artemis. Wrażenie żywej, kolącej w oczy niesprawiedliwości, jakiegośbraku odpowiedniego porządku wszechświata.
Cały świat schodził na psy, ktoś powinien w końcu rozpierdolić całą ludzkość.
Przyjrzała się uważnie fotografii, która przedstawiała idealną familię. Jak z obrazka, pierdolona rodzina Kowalskich z idealnymi dziećmi, wielkim domem i czasem oraz możliwościami na podobne wycieczki, tylko flagi amerykańskiej brakowało gdzieś w tle i kundla na smyczy.
Gdyby była w wieku Sage, zazdrość by ją mocno zapiekła, bo sama nigdy czegoś podobnego nie miała, w swoim spierdolonym dzieciństwie miała co najwyżej kumpli z podwórka, bezpańskiego kota sikającego na wycieraczkę sąsiadów i setki myśli, że to nie fair, że nie ma normalnej rodziny, jak inni. Kochała matkę, były niezwykle blisko, w domu pomimo chronicznego braku gotówki była szczęśliwa i lubiła swoich kumpli z podwórka, ale nie trudno było zazdrościć idealnego rodzinnego obrazka, jaki przewijał się niemal codziennie w jej życiu, czy to w popkulturze, czy na ulicy. Z czasem nauczyła się, że to tylko iluzja, a w domu mało kto jest idealny i trochę nadziei na nowo zyskała po poznaniu Fishera oraz urodzeniu Remusa.
A potem ich też straciła, zaś razem z nimi - resztki nadziei na to, że kiedyś rodzinę zyska. Chuj, najwyraźniej nie było jej pisane. Dobrze, mniej pieniędzy na bachory, więcej na whisky.
Oddała jej zdjęcie, wracając myślami do rzeczywistości. Teraz już nie było w niej zazdrości, pogodziła się z brakiem takiego elementu w swoim życiu. Nieprzyjemnie jej się tylko zrobiło na myśl, że dziewczyna też to straciła.
Przekręciła głowę i przesunęła wzrokiem po jej profilu. Już wcześniej zauważyła jej poniekąd egzotycznąurodę, miło było mieć teraz dokładniejsze wytłumaczenie.
- Nie myślałaś, żeby rzucić to wszystko i jechać do nich, zakumplować się z pumami?

Sage Ackerman - 2018-04-10, 15:27

Rozbawione pokręcenie głową było bardziej wymowne niż jakikolwiek komentarz, który mógłby pojawić się w odpowiedzi na domniemane wykroczenie poza skalę. Myśli przez moment powędrowały w złym kierunku, przy czym na swoją obronę miała jedynie niepohamowaną wyobraźnię, a raczej domniemania, dotyczące tej całej pewności siebie i sposobu w jaki… Nie, wróć, obierz sterburtę, nie idź tą ścieżką.
Choć reakcja była jak najbardziej prawidłowa oraz zdecydowanie na miejscu, Sage nie mogła sobie podarować drobnej uwagi, jaką był…
- Język.
Ale i tak przypisała Artemis dodatkowe punkty na skali za odpowiednie odnalezienie się w sytuacji, poniekąd wyręczając dziewczynę z tą kolejną kurwą. Jeszcze gdyby mogła to powtórzyć przez telefon krewnym oskarżonego, byłoby świetnie. Dzisiaj wyjątkowo nie zadzwonili więcej, niż jeden raz, gdy akurat miała zmianę, więc może zaczęło coś do nich docierać, choć sam sposób, w jaki każdy telefon od nich śmierdział na kilometry bezwstydną desperacją, wskazywał na kompletnie inny tor zdarzeń. Położenie było o tyle nieprzychylne dla nich, że Ackermanowie dysponowali całym zastępem funkcjonariuszy policji, wystarczyło, aby tylko ojciec uśmiechnął się do kumpli, żeby uprzykrzyć życie rodzinie pijaka, gnijącego w areszcie do momentu przeniesienia. Więzienie federalne nie sprzyjało takim lekkoduchom, procentowi zabójcy mieli praktycznie tak samo przechlapane, jak pedofile i ta jedna rzecz pocieszała Sage. Nie życzyła nikomu źle, ale ten jeden przypadek był wyjątkiem, dlatego nie wzruszała się, gdy słyszała o dzieciach, które będą dorastać bez ojca przez dziesięć lat. Heath będzie dorastał bez matki już do końca swojego życia, a tamtego zwolnią zza krat za dobre sprawowanie. Nadal uważała, że wyrok był kiepsko zaostrzony, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Tak powtarzała matka.
Blady uśmiech powoli zamierał, gdy przyglądając się Phillis ze zdjęcia, odkryła, że jej pierwszą myślą była twierdząca odpowiedź, a kciuk wodzący po śliskim papierze nieumyślnie zasłonił twarz ojca.
- Czasami – powiodła wzrokiem po pokoju, natrafiając na niewielki łapacz snów, wiszący nad górną futryną okna. Przy otwartym oknie wiatr pięknie poruszał piórami. - Wtedy jednak przypominam sobie, że mogę sobie na to pozwolić za jakieś... pięć lat. Najwcześniej. I jakoś odechciewa mi się przygód na środkowym zachodzie z fajkami pokoju. – mruknęła z rezygnacją, decydując się odwiesić zdjęcie na swoje miejsce. – No i jest jeszcze Broadway. – dodała pośpiesznie, mocując klamerkę, przywracając pełny skład kolorowych zdjęć na ścianie. – A co z tobą? – rzuciła przez ramię, nim wróciła na swoje miejsce pod ścianą, odwracając głowę w bok, lustrując zmęczoną cerę Artemis. Była tak blada, że wystarczyłoby – Zostaniesz w Olympii czy wyjedziesz gdzieś na kraniec świata, jeśli to wszystko dobiegnie końca? – twardy realizm, „jeśli”, nie „kiedy”. W świecie, gdzie mutanci musieli spać z jednym okiem otwartym, nie było miejsca na złudny optymizm oraz pozytywne myślenie. Zresztą, zwyczajni ludzie też nie mieli wcale lepiej.

Artemis Danvers - 2018-04-10, 16:20

- Przepraszam, babciu - odparowała natychmiast, bo rozumiała, że przekleństwa mogły jej przeszkadzać (ok, starała się rozumieć i szanować), ale zwracanie uwagi w taki sposób zajechało do sposobu w jaki osoby starsze przywołują dzieci do porządku. - Ale wiesz, jak nie przestaną się naprzykrzać to daj mi adres. Złożę im wizytęi w uprzejmych słowach wyjaśnię, że to niegrzeczne odpierdalać podobne rzeczy. - Wulgaryzmu użyła rozmyślnie, by zarysować Sage jak te uprzejme słowa prawdopodobnie by brzmiały, chociaż, tak po prawdzie, nie poszłaby tam z awanturą. Z dużą dozą nienawiści i chęci uprzykrzenia im życia, jak najbardziej, ale nie po to mogła manipulować ludźmi, żeby na nich wrzeszczeć. Och nie, przeciwnie. Potrafiła zrobić coś, co byłoby piekłem, w porównaniu do samej awantury.
I nie posiadała szczególnie dużo skrupułów w takich sytuacjach.
Zawiesiła wzrok na jej ustach, kiedy uśmiech zaczął zanikać. Może to nie było najtrafniejsze pytanie, biorąc pod uwagę, jak dobrze szła im ta rozmowa, może powinna skręcić w delikatniejsze rejony, ale ostatecznie cała konwersacja była mocno słodko-gorzka - jakby nie patrzeć właściwie wyszły od tematu martwej matki, a sama Artemis wolała takie rozmowy, niż nudne do porzygu "co tam". W wybranych sytuacjach naturalnie, jeśli w ogóle zdecydowała się w rozmowie uczestniczyć i nie była w nastroju, kiedy na wszystko miała wywalone, z rozmówcąna czele.
Broadway. Okej, to tłumaczyło tę próbę, o którą wcześniej nie miała siły zapytać. Teraz, jak o tym pomyślała, kojarzyła, że temat wypłynął już wcześniej, do tej pory jednak nie poświęciła temu wystarczająco dużo swojej uwagi, uznając za nieistotne.
Milczała wystarczająco długo, by Sage mogła pomyśleć, że nie uzyska odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie. Jeszcze nie tak dawno temu miała przygotowaną odpowiedź, że najpierw znajdzie Fishera i syna, a potem zobaczymy, teraz jednak już zdążyła stracić nadziejęna odnalezienie ich dwóch. Powtarzała sobie, że nadal ich szuka, że stąd te wszystkie tułaczki od punktu do punktu, ale nie rozglądała się za nimi. Przestała widziećFishera w każdym łudząco podobnym do niego mężczyźnie, na jakich wpadała na ulicy, przestała szukaćich w różnych bazach danych. Gdzieśna granicy świadomości już zaakceptowała fakt, że już więcej ich nie odzyska i chociaż myślenie o scenariuszu, w którym obaj są martwi nadal było bolesne, to powoli pozwalała sobie na żałobęi myślenie, że to już nigdy nie będzie jej rodzina.
Co więc robiła teraz? Co planowała robić, kiedy jej praca do Bractwa przestanie miećjakiekolwiek znaczenie?
- Może na Islandię. To niemal koniec świata. Słyszałam, że jest tam co najmniej dwa razy więcej owiec, niż ludzi. Idealna proporcja. - Uśmiechnęła się słabo, dopiero teraz unosząc na twarz dziewczyny wzrok, który wcześniej wbiła w przestrzeń.
Byle daleko od duchów przeszłości.
- Jak poszła próba? - Wróciła do tego Broadwayu.
Trochę przeciągała rozmowę, trochę uciekała od tematu. Powinny obie iść spać, jedna wyczerpana, druga mająca przed sobą kolejny dzień w pracy prawdopodobnie i chociaż Artemis czuła, że nie powinna jej zatrzymywać tutaj dłużej, to jej egoistyczna część natychmiast uciszyła to całe "nie powinnam".

Sage Ackerman - 2018-04-10, 18:25

- Awww – przyłożyła dłoń do piersi, udając głębokie wzruszenie. - Wnusia chce przekrzywić innym twarzyczki – pociągnęła dramatycznie nosem – Tak szybko dorastasz, chlip… - i tym razem musiała naprzykrzyć się wystarczająco, bo uniknięcie drobnego prztyczka w ramię było prawie niemożliwe bez dodatkowego ”Ej!” i krótkiego śmiechu. W pewien sposób dzięki temu poczuła się lżej. Obrócenie tej całej sprawy jako tako w żart miało swoje plusy i jeśli taki był zamiar Artemis, powinna jej podziękować. Kiedyś.
Przez tę ciszę zaczęła podejrzewać, że powiedziała coś zdecydowanie nie tak albo pytanie było zbyt realistycznie ujęte, ale gdy miała obraz Danvers przed sobą, nie mogła nawet silić się na karmienie jej bzdetami pokroju „będzie dobrze” albo „może się uda”, bo nic nie było pewne w stu procentach. Była zatem prawie pewna, że za niespełna dwadzieścia umownych sekund wstanie, ogłaszając kapitulację na dzień dzisiejszy i pójdzie do sypialni rodziców dalej spać. Nawet ziewnęła ukradkiem, zasłaniając usta dłonią, gdy półgłos kobiety wybrzmiał obok. Widoczny uśmiech, nawet jeśli był lichy, dodawał trochę otuchy, że być może jednak nic nie zepsuła.
Uniosła jedną brew w zastanowieniu, układając usta w zastanowieniu.
- To ja mam się narażać dzikim kotom każdego dnia, a ty będziesz owce strzyc? Coś tutaj – wskazała na przestrzeń między nimi – chyba poszło nie tak. – uśmiechnęła się szerzej, próbując zobaczyć oczami wyobraźni pastereczkę Danvers w charakterystycznej sukience i kosturem. Absurd tego nie znał granic, podobnie jak następne pytanie, przez które wypuściła głośno powietrze ustami, zjeżdżając odrobinę po ścianie, aż przylegała do niej tylko łopatkami, a nogi wyjechały poza krawędź łóżka. - Uch, nawet nie pytaj!– potarła palcami prawą powiekę, gdy w wyobraźni znowu stanęła jej musicalowa scena walki z Lokim. – Jeśli w ten weekend nie spieprzę kluczowego momentu, jak dzisiaj, to może uchronię rolę w Waitress – lecz wątpiąc czy aby na pewno wyraża się dostatecznie jasno, dodała dla pewności: - Musical Sary Bareilles, bazuje na filmie Indie z dwa tysiące siódmego. Główna bohaterka to kelnerka, uwięziona w małym miasteczku, bezmiłosnym małżeństwie i gastronomicznej karierze u progu rychłego końca. Na dodatek zachodzi w nieplanowaną ciążę i schodom nie ma końca… – brzmiało znajomo? W niektórych aspektach. RagnaROCK powoli dobiegało końca i nie wymagano od aktorów aż tak częstych prób, ale po dzisiejszym numerze zdecydowanie będzie musiała wrócić do powtórzeń tego cholernego układu, jeżeli zależało jej na wykonie sztuki faktycznie z samych desek Broadwayu. W ten sposób znajdzie się o krok bliżej upragnionego celu, nawet, jeżeli to tylko jego namiastka. Nie chciała przecież grać śpiewającego wikinga do końca swojego życia.
- Powinnaś iść spać, jesteś zmęczona. – mruknęła, zadzierając odrobinę głowę do góry, aby wyłapać spojrzenie Artemis. – Chociaż, sam fakt tak długiej rozmowy ze mną o wszystkim i niczym, każe mi myśleć, że chyba jest ci trochę lepiej…? – żadna sugestia, drobne obserwacje. Wyglądała kiepsko, może nie jak na łożu (wannie) śmierci wczoraj, ale humor zmienił trochę trajektorię. Wyciągnęła rękę powoli i przyłożyła z głuchym plaskiem dłoń do czoła Danvers. Pokręciła nosem, przytakując sobie. – Zdecydowanie spadła. Nie będę cię faszerować dzisiaj już lekami przeciwgorączkowymi.

Artemis Danvers - 2018-04-10, 21:06

Nie wiem, co mi ta spacja odwala, przysięgam. Walczę jak mogę. :/
Parsknęła cicho w odpowiedzi na jej reakcję i odtrąciła ją łokciem, równie rozbawiona, chociaż zdradzał to jedynie trochę szerszy uśmiech. To rozluźnienie atmosfery pomogło też jej, widok rozbawionej Sage był miłym akcentem z ostatniej, absolutnie okropnej doby.
- Jak będziesz grzeczna to może zabiorę cię ze sobą - mruknęła wspaniałomyślnie półgębkiem, próbując sobie wyobrazić brunetkę walczącą z atakami dzikich zwierząt. Z jakiegoś powodu miała wrażenie, że tamta prędzej by je zadomowiła i zrobiła z nich swoich najlepszych kumpli, a nie zabiła i przerobiła na obiad, co byłoby najpewniejszym scenariuszem w przypadku wsadzenia na jej miejsce Artemis.
Uniosła brwi, bo absolutnie nie spodziewała się takiej reakcji. Użyty tytuł, podobnie jak nazwisko, był dla niej tajemnicą, więc rozjaśnienie fabuły było niezwykle mile widziane. Całość skomentowała dłuższym "mhm", próbując sobie wyobrazić Sage wcielającą się w przywołaną bohaterkę.
- Leki pomogły, ale wiem, że taki stan potrwa jeszcze parę dni. - Wzruszyła ramionami, poniekąd zdradzając, że już kiedyś przez to przechodziła i chociaż zwykle podobne uwagi nie były w jej stylu, to teraz miała wrażenie, że po całej przeprawie dziewczynie należy się jakieś ostrzeżenie przed tym, co może być dalej. Godziny snu, niezmienna potrzeba przy transporcie do łazienki, bo to za daleki dystans do przejścia, szczególnie z tą nogą, cholerne omdlenia... Omal nie skrzywiła się na samą myśl.
Szczególnie, że nadal planowała zostać tu góra tydzień i doczłapać się do swojego motocyklu, by ruszyć w dalszą drogę. Nie dlatego, że miała konkretne plany, tylko dlatego, że nie chciała zostawać w jednym miejscu, jak na upartego osła przystało.
- Będziesz mogła odzyskać swoje łóżko - dodała jeszcze szybko, nawiązując do tego całego „chyba jest lepiej”. Wiedziała, co się dzieje dookoła, czego nie można było powiedziećo jej stanie parę godzin temu i chociażnadal czuła się, jakby reagowała na wszystko z opóźnieniem to przynajmniej rejestrowała wszelkie zmiany w otoczeniu. Była pewna, że gdyby wczoraj pojawił się ktośprzynajmniej trochę podobny do Sage, by zmienićjej opatrunek, Artemis mogłaby nie zauważyć różnicy. Teraz jeszcze raz przesunęła wzrokiem po jej twarzy, mentalnie już się szykując na położenie się z powrotem i zapadnięcie w sen, chociaż dotychczasowa zmiana pozycji na siedzącą z pewnościąstanowiła przynajmniej znikomą ulgę dla jej poobijanych żeber.

Sage Ackerman - 2018-04-10, 22:21

Luuuuuz… Długie słowa przypominają mi niemiecki. To nic wielkiego, tylko takie war flashbacks… :”D
Zdumiona, za to z niewyjaśnionym zadowoleniem, spojrzała na Artemis, jakby miała do czynienia z propozycją bardzo nie do odrzucenia, która zmieniłaby jej życie na dobre. Bo by tak było. Wynieść się na Islandię paść owce? Opcja tak bardzo odległa od jej zamiarów, że miała w sobie coś urzekającego – jak wszystko, co nigdy nie dojdzie do skutku, ale podumać zawsze mogła. Tyle jej w tym szarym życiu.
Cicho westchnęła, zgadzając się z werdyktem, na który szykowała się od momentu, gdy Artemis pierwszy raz odpadła po ich małej parodii zabiegu medycznego. Była przygotowana na nawrót gorączki, przynajmniej tej podręcznikowej, która z dnia na dzień powinna znikać, ale jeżeli utrzyma się powyżej trzech dni… Cóż, wolała nie wiedzieć, jak bardzo będzie zła Danvers, gdy przyprowadzi jakiegoś lekarza do domu, aby obejrzał jej nowe trofeum wojenne i stwierdził, że bez antybiotyku celowanego mogą sobie najwyżej dupę pocałować, o ile zdążą przed sepsą.
Zmarszczyła brwi nagle – w takim tempie dorobi się poważniejszych zmarszczek jeszcze przed ćwierćwieczem – krzywiąc usta z powątpiewaniem. Bynajmniej odzyskanie łóżka nie było tego powodem, akurat na to by nie narzekała za bardzo.
- Dopiero, jak wyleczysz nogę i ściągniesz szwy. – odparła natychmiast, trochę podniesionym tonem, który nie znosił sprzeciwu, jakby przeczuwając, co nastąpi dalej. Cztery, pięć dni i będzie ze mną dobrze – bullshit. To potrwa o wiele dłużej, rana była głęboka i paskudna, proces gojenia się będzie powolny i nieprzyjemny. Swędzenia, wycieki, mrowienie, cała gama dobrodziejstw przed nimi. Liczba mnoga – bo kto inny, jeśli nie Sage i Heath będą mieli z tym do czynienia? Artemis nie liczyła, ona nie miała w tym nic do powiedzenia pod dachem Ackermanów.
- Chyba pora już na mnie, ale muszę tu jeszcze wywietrzyć – zakomunikowała z wolna, ale przez następną chwilę nie uczyniła nic, co wskazywałoby na realizację zamiarów, a nawet wprost przeciwnie. Przejechała dłonią po stygnącej kołdrze, wodziła wzrokiem po przestrzeni, napotykając prawie pustą szklankę przy łóżku. – Nic nie masz do picia. Przyniosę ci butelkę wody.– zanotowała kolejny punkt na swojej liście, odwracając głowę w bok i odrobinę do góry, spoglądając na Artemis. Nie czekała na żadne pozwolenie, ale poinformowanie jej o swoich zamiarach było dość rozsądnym posunięciem, które i tak nic nie wnosiło do tego. – Chcesz coś jeszcze, zanim wyjdę? Czy masz mnie dość na tyle, że mam wyjść od siebie? – dopytała dla czystości sumienia, a drobny, trochę zadziorny uśmiech, sugerujący ewidentne przekomarzanie zatańczył na jej twarzy przez moment. Ze świecą takiej dziewczyny szukać.

Artemis Danvers - 2018-04-11, 13:33

Machnęła ręką leniwie w bardzo czytelnym i zbywającym geście „tak, tak, jak uważasz kochanie”, bo wyleczenie nogi w jej głowie to była chwila i nie ona teraz utrudniała całą egzystencję Artemis, a tylko cała reszta objawów, takich jak gorączka, czy poobijane żebra i niezagojone ręce, które przecież przejdą jej w ciągu tygodnia. Gdy tylko znikną, ona będzie mogła zniknąć stąd.
Zgodziła się cichym pomrukiem, odruchowo wiodąc wzrokiem do okna, które zostało wspomniane. W pomieszczeniu faktycznie było nieprzyjemnie duszno, tak charakterystyczny zapach postgorączkowy drażnił nozdrza. Zerknęła na Sage, kiedy tamta się nie ruszyła i uniosła pytająco brwi. Nie miała zamiaru poganiać, raczej zastanowiła się skąd to ociąganie przed pójściem do łóżka na odpoczynek, którego przecież pewnie potrzebowała. Czyżby jednak sen był na tyle kiepski, by nie chciała już do niego wracać tej nocy?
Skinięciem zakomunikowała, że przyjęła do wiadomości informacjęo wodzie i teraz, jak o tym pomyślała, ogarnęła, że jest cholernie spragniona - złapie za szklankę i opróżni ją do końca, jak Sage się zmyje, teraz musiałaby poprosić (mogła być zmęczona i obolała, ale szanujmy się) albo przechylać się przez dziewczynę, co nie miało sensu, skoro tamta już wstawała. Nawet jeżeli szło jej tak topornie, jak - nomen omen - w obecnym stanie Artemis.
Nie spiesz się, wszystko spoko, jak umrę z pragnienia to przynajmniej będziemy miały zaskakujący zwrot akcji.
- Żebyś potrzymała mnie za rączkę jak będę zasypiać - parsknięciu towarzyszyło wywrócenie oczami, a zaraz potem trąciła ją ponaglająco łokciem, co chyba w końcu poskutkowało, bo rozbawiona dziewczyna zsunęła się na podłogę.
Zdążyła otworzyć okno i wrócić z butelką wody (której widok wystarczył, żeby niechętne do bycia obciążanymi w jakikolwiek sposób dłonie, zaczęły boleć), a Artemis w tym czasie ledwo się przeczołgała do pozycji leżącej, z głową na poduszce i przynajmniej połową ciała okrytą. Poruszanie się na materacu nie było najłatwiejsze, jeżeli nie mogła za bardzo obciążać rąk.
- Dziękuję, babciu - rzuciła sarkastycznie, kiedy Sage nalała jej wody do szklanki, chociaż sarkazm jedynie przykrywał prawdziwą wdzięczność; jej samej zajęłoby to o wiele więcej czasu. - Jeszcze mi kołderkę popraw.

Sage Ackerman - 2018-04-12, 18:52

- Uważaj – ostrzegła przy odstawianiu butelki z wodą obok pełnej szklanki – może jestem wilkiem udającym babcię? – a w obecnym stanie Artemis nie zrobiłaby wiele, gdyby okazała się być zwyrodnialcem D.O.G.S. i chyba to powinno wystarczyć, jako refleksja dla nich obu, choć Sage traktowała to bardziej jako bez związkowy żart, poparty złapaniem krawędzi kołdry i zarzucenia jej do góry, aż zakryła całą Danvers, łącznie z głową. – Proszę, wnusiu. – dwoje mogło grać w tę grę. Otrzepała dłonie teatralnie, dumna ze swojego małego podsumowania, burczenia wydostającego się spod warstwy pościeli, niewątpliwe należącego do Artemis, po czym zamknęła okno, odcinając dźwięki buczenia lamp ulicznych i zabrawszy z szafy ubrania na następny dzień, wyszła z pokoju, gasząc światło wraz z krótkim „dobranoc”. Drzwi zostawiła przymknięte.
Tupot małych stóp rozniósł się po górnym piętrze, gdy znerwicowany Heath wleciał do tymczasowego punktu nieterminalnie chorych za to terminalnie marudnych, dokładnie o siódmej czterdzieści dwie.
- Obudź się! – syknął nerwowo, doskakując do łóżka i śpiącej królewny w warkoczu. – Hej, słyszysz! Wstawaj! – złapał za kawałek kołdry, pod którym wyczuł jakąś część ciała Danvers i szturchnął ją kia razy. – Ojciec zaraz tu będzie! Musisz się obudzić! Wonder Woman, wstawaj, do diaska!– oznajmił półgłosem, zerkając cały zdenerwowany na otwarte przejście za sobą. Sage mignęła, jak strzała ze starym zestawem pościeli. Odkąd starszy Ackerman dał im znać, że wyjazd szkoleniowy został odwołany i że będzie rano, najstarsza latorośl wychodziła z siebie, aby doprowadzić piętro do stanu, jaki zazwyczaj zastawał policjant, co oznaczało między innymi wyniesienie się z sypialni rodziców, zatarcie śladów po sobie, a także…
Wleciała do pokoju z plecakiem brata, przebrana w krótkie, czarne spodenki sportowe i tego samego koloru top na cienkich ramiączkach.
- Jest przed werandą – rzuciła pobudzona, podrzucając Heath’owi jego własność. – Kiedy go miniesz, powiedz, że miałam migrenę i śpię. Spróbuj się dowiedzieć czy zostaje na dłużej, czy nie.
Chłopiec skinął głową, przerzucając plecak przez plecy. Szczęk zamka u dołu był ostatnim sygnałem ostrzegawczym, a chwilę później dźwięk radosnego przebierania łap Sinary po panelach i stukot ciężkiego obuwia wywołał u wszystkich demo zawału.
- Zamknij drzwi! – syknęła prawie szeptem, żywo gestykulując ręką za wychodzącym bratem. Klamka odskoczyła, kiedy Sage złapała za krawędź kołdry i uniosła ją do góry, na moment ignorując fakt, że Artemis jest całkowicie skołowana czynami młodszej. – Na boga, przesuń się trochę! I zrób wszystko, aby nie zauważył, że tu leżysz.
Łatwiej powiedzieć niż zrobić? Trudno, musiały współpracować, bo z korytarza już słyszała rozmowę Heath’a z ojcem, a także podekscytowanie uradowanego na widok chłopca futrzaka.

Artemis Danvers - 2018-04-12, 20:26

Wiązanka przekleństw, jaka się wyrwała z gardła Artemis była godna niejednego marynarza, ale w końcu jej spowolnione zwoje mózgowe zajarzyły co się dzieje i otworzyła oczy, zawierzając wzrok na Młodym. Gdyby nie była przyćpana trochę lekami przeciwbólowymi pewnie zaalarmowana jego tonem głosu poderwałaby się już przy pierwszym syknięciu, teraz jednak potrzebowała więcej czasu i dopiero informacja o ojcu sprawiła, że uniosła sięna łokciu, starając sięwymyślić najlepszy tok postępowania, inny, niż wczołgiwanie się pod łóżko. Zanim jednak doszła do czegokolwiek Sage jużbyła w pokoju, wydawała gorączkowe polecenia bratu i nagle znalazła się tuż obok łóżka, każąc jej sięposunąć.
Ciężko jest zniknąć pod kołdrą, kiedy ma się ponad metr siedemdziesiąt i obolałe plecy, a to, za czym masz się schować jest mniejsze i drobniejsze od twojego ciało. Ułożyła się na boku, przodem do dziewczyny, z twarzą na wysokości jej biustu - czy raczej, trafniejsze będzie powiedzenie "z twarzą schowaną w jej biuście", bo głowę musiała mieć sporo poniżej górnej linii kołdry. Gdyby nie słyszała tak szybkiego bicia serca dziewczyny oraz wcześniej zdenerwowania w jej głosie, bez pudła rzuciłaby jakąś dwuznaczną uwagąo tym, że gdyby wiedziała, że są tutaj takie warunki traktowania gości to wpadałaby o wiele częściej. Lewą nogę wsunęła między kolana dziewczyny, by zajmować możliwie jak najmniej miejsca - prawej, na której leżała i tak nie była w stanie zgiąć, całe szczęście, że Sage zdążyła tam rzucić zwinięty koc, który skutecznie zasłonił wystającą kończynę. Ramię przerzuciła przez talię dziewczyny, przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie, wtulając się jak najbardziej w jej właściwie półnagie ciało, żeby zniknąć możliwie jak najbardziej.
Pozycja łamała każdą możliwą barierę jaką wyznaczała przestrzeń osobista i Artemis nic nie mogła poradzićna to, że przez jej głowę przewinęła się jedna (góra siedem) nieprzyzwoita myśl, krążąca wokół przyjemnego zapachu dziewczyny i jej gorącej, miękkiej skóry. Nieprzyzwoita Myśl bardzo chciała ruszyć lewym kolanem trochę do góry, by podrażnić Sage i przejechać paznokciami po jej niemal nagich plecach, ciekawa jaką to wywoła reakcję i czy kogoś dziwi, że (znowu rozgorączkowana) Danvers myślała o seksie, a nie o fakcie, że w każdej chwili może ją znaleźć facet, który w najlepszym wypadku strzeli jej z miejsca w łeb? Bo generalnie nie powinno.
Pozostała jednak w bezruchu, kiedy drzwi się uchyliły - jedynie wstrzymała oddech, który i tak już był płytki i krótki.

Sage Ackerman - 2018-04-12, 21:12

W porządku, ten plan nie był idealny i wcale nie dlatego, że ukrycie kogoś we własnym łóżku w rzeczywistości wyglądało dokładnie tak, jak na komediach romantycznych czy dramatach – nie działało w żadnym calu – stąd liczyła, że ojciec nie wpadnie na pomysł wejścia do środka, aby wykazać się szczątkowymi odruchami rodzica i sprawdzić czy Sage faktycznie nie umiera z powodu migreny. Jeszcze był pies, który na bank wyczuje obecność kogoś obcego w domu (jak dobrze, że nie był na tym szkoleniu, inaczej prawdopodobnie rozszarpałby i tak poszatkowaną Danvers), a ta myśl miała taki sam dyskomfortowy wymiar, jak to, że przestrzeń między nią, a trzydziestoletnią kobietą teraz nie istniała. Jej gorący oddech łaskotał w nieodpowiedni sposób, kolano między nogami przeszkadzało w spokojnym leżeniu, a ramię dookoła talii zdawało się ważyć tonę.
Drzwi skrzypnęły w charakterystyczny sposób, sprawiając, że serce zabiło jeszcze szybciej, a spetryfikowane momentalnie ciało stało się napięte do granic tak bardzo, że dłoń schowana pod kołdrą złapała za luźniejszy kawałek koszulki Artemis. Próbowała ustabilizować oddech, udawać głęboki i wyczerpany, a wypieki na policzkach były jedynym znakiem, który mógł sugerować, że coś jest nie tak.
Cholerny nawyk bycia ojcem miesiąca raz na ruski rok. Musiał się uprzeć… Nawet nie ściągnął butów, które cicho stukały po podłodze, gdy stawiał powolne kroki. Brakowało mniejszych, więc Sinara została gdzie indziej. Powietrze przeszył zapach papierosów oraz starej wody kolońskiej. Była pewna, że gdyby teraz odwróciła się i spojrzała na ojca, miałby paczkę czerwonych Marlboro, wystającą z kieszeni koszulki polo, bo w żadnych innych nie chodził (co Phillis w nim widziała?). Cisza trwała krótko, zapewne tylko rozejrzał się po pokoju, zerknął na córkę dla spokoju duszy i gotów opuścić rewir Sage, gdy wielka dłoń spoczęła na jej czole bez ostrzeżenia i dłoń ściskająca koszulkę lekko pociągnęła za materiał. Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa… Gdyby Artemis czytała w myślach, byłaby zdziwiona ile znajomych Ackerman właśnie wywoływała w umyśle. W końcu śmierdząca papierosami dłoń zniknęła z jej czoła, a powolne kroki zastąpił cichy szczęk zamka u drzwi.
Odczekała jeszcze dziesięć sekund, nim poderwała kołdrę do góry z lekko zaczerwienionymi policzkami, spoglądając w dół na Artemis.
- Możesz się odsunąć – wcale sama nie trzymała jej nadal za koszulkę nieświadomie, najwidoczniej pochłonięta nerwami. – Cholera, było blisko… - odetchnęła drżącym oddechem, unosząc odrobinę głowę znad poduszki. Zerknęła w kierunku wejścia, nim zestresowana opuściła ciężko czerep i przetarła twarz. Brawo one, tę rundę wygrały.

Artemis Danvers - 2018-04-12, 21:46

Potarła lekko palcami napięte mięśnie pleców, kiedy poczuła jak dłoń nerwowo zaciska się na jej koszulce, wiedząc, że to jedyny sposób w jaki może w ogóle próbować uspokoić dziewczynę. Sama była niemal zrelaksowana, pełna wiary w swoją moc i możliwość zasugerowania mężczyźnie, że przecież niczego tutaj nie widział, a tak w ogóle to od tygodnia marzył o wyjeździe na ryby. Do Kanady najlepiej.
No i cycki. To zawsze był niezły bufor, jeśli chodzi o stres.
Z cichym jęknięciem obróciła się na plecy, kiedy tylko usłyszała, że może się odsunąć, a jedna z rąk natychmiast powędrowała do palącej rany. Drugie przedramię wylądowało na przymkniętych powiekach, zęby zacisnęły się na dolnej wardze, kiedy Artemis bardzo starała się nie jęknąć o wiele przeciąglej i głośniej. Notatka do samej siebie - nigdy więcej nie kłaść się na niedawno rozerwanym kawałku skóry. Ani w ogóle go nie dotykać. Gdzie są jej proszki, których ograniczenia w dawkowaniu można zignorować, wątrobę i tak już ma do wyrzucenia, może połknąć jeszcze ze dwa.
- Zabawnie będzie, jak będę musiała iść do łazienki.
„Zabawnie” było prawdopodobnie ostatnim przymiotnikiem, jaki powinien znaleźć się w tym zdaniu, ale Artemis zawsze miała to swoje wisielcze, „ależ oczywiście, że trafiłyśmy na najgorszą drogę z możliwych” poczucie humoru - szczególnie w takich sytuacjach. Szczególnie teraz, kiedy jedną nogą już zwisała w przepaść „wyjebane, co ma być to będzie”, stanowiące bardzo niezdrową i mocno przeinaczoną interpretację maksymy „carpe diem”. Rzecz w tym, że na chwilę obecną faktycznie powinny się cieszyć, że ledwo co w siebie przyjmowała i do tej łazienki wędrować nie musiała. Jeszcze.
Opuściła ramię, by spojrzeć w górę na dziewczynę. Nadal leżały nieprzyzwoicie blisko siebie, stykając się w paru miejscach ciałami, Artemis jednak szczególnie to nie przeszkadzało. Sięgnęła prawą dłonią do biodra dziewczyny, by lekko je poklepać w pocieszającym geście, ot, zrobiła cokolwiek by spróbować ją rozluźnić.
- Jakoś poszło, ośle, jakoś poszło - zacytowała Shreka, którego parę dni temu widziała w pokoju hotelowym podczas wyjątkowo paskudnej nocy, jak nie mogła zasnąć. To miało miejsce kiedy, dwa, trzy dni przed jatką w barze?, a nie potrafiła pozbyć się wrażenia, jakby wydarzyło się w innym życiu. - A teraz bądź tak miła i podaj mi tę ładną fiolkę stojącą na szafce obok ciebie - dodała, podciągając się odrobinę do góry, by znaleźć się z twarzą mniej więcej na tym samym poziomie, co Sage, chociaż skłamałaby, gdyby powiedziała, że poprzednia pozycja jej się nie podobała.

Sage Ackerman - 2018-04-13, 12:18

Zduszony jęk bólu i niezadowolenia dotarł do jej uszu, powodując poważne wyrzuty sumienia, ale sytuacja wymagała wybrania mniejszego zła. Nie miała przygotowanej historyjki na obecność Artemis w ich domu, co dopiero w jej łóżku, a ojciec lubił węszyć. Nie potrzebowały dodatkowego stresu, związanego z jego pasją do dręczenia obcych.
- W takim razie już teraz zacznij pić mniej. – brzmiało to jak kiepski slogan motywujący uczestników spotkań kółeczka różańcowego do porzucenia grzesznego życia dyktowanego przez procenty i pewnie miałoby to większy sens, gdyby butelka stojąca obok szklanki faktycznie zawierała w sobie whisky. Śmiechem, żartem, ale wychodzenie do łazienki faktycznie może stanowić wyzwanie, dlatego niecierpliwie czekała na wiadomość od brata. Telefon w kieszeni spodenek uparcie milczał.
Zerknęła w dół, marszcząc brwi, gdy usłyszała znajomy cytat, chyba bardziej zaskoczona jego pojawieniem się z ust Artemis niż tym, że całe to zamieszanie obyło się bez ani jednego warknięcia czy sarkastyczno-cynicznej przywary.
- Boli cię? – zapytała półgłosem, odsuwając się dopiero wtedy, gdy Danvers przesunęła się nieco do góry. Omiotła na szybkiego jej twarz wzrokiem, szukając oznak niezadowolenia lub cierpienia wywołanego przez rany i nawet nie zamierzała sprzeciwić się prośbie – jak na nią – wsparcia tabletkami szczęścia, dlatego obróciwszy się odrobinę do tyłu, zamierzała sięgnąć po fiolkę, gdy blokada przy ramieniu oderwała ją od tego pomysłu. Spojrzała w dół, zdumiona stwierdzając, że dłoń dalej trzyma za koszulkę, jakby od tego zależało życie ich obu – syndrom obcej kończyny? Nerwy, same nerwy… Skupiła się i palce odpuściły, a zmiętolony kawałek ubrania pozostał poza jej zasięgiem, gdy podniosła się na łokciu i złapała pomarańczowe opakowanie ze środkami przeciwbólowymi.
Pod kątem przy wpadającym świetle przez okno wyglądało na mniej pełne niż wczoraj, co wzbudziło wątpliwości. Wstrząsnęła opakowaniem nim zbliżyła je do twarzy i zmrużyła oczy.
- Brałaś je w nocy? – obróciła głowę w bok i ostrożnie podsunęła tabletki Artemis, na chwilę odrzucając postawę tej rozsądnej oraz odpowiedzialnej.

Artemis Danvers - 2018-04-13, 14:40

Jedyną rzeczą poprawiającą jej teraz samopoczucie, jeśli chodzi o wyprawę do łazienki, była myśl, że pewnie będzie w stanie przespać cały dzień - przy każdej pobudce było jej trochę łatwiej utrzymać przytomność, ale powieki niezmiennie ciążyły, a obolałe ciało dalej dopominało się zalęgnięcia w łóżku i unikania wysiłku. Prawdopodobnie rwący ból był jedynym, co ją trzymało przytomną tak długo.
No i - w chwili obecnej - adrenalina, która trochę kopnęła, kiedy mężczyzna zatrzymał się tuż obok łóżka.
- Nie, kurwa, skoro nie piję, to chcę sobie wykończyć wątrobę w inny sposób - syknęła przez zaciśnięte zęby i w jej głowie pojawiła się myśl, że to mogłoby być naprawdę bliskie prawdy, gdyby nie fakt, że wysiadająca wątroba nie była procesem, który zabijał szybko i przyjemnie. Najprawdopodobniej jednego dnia albo strzeli sobie w łeb albo podkurwi nieodpowiedniego człowieka. Grupę. Pewnie skinheadów, jeśli jeszcze gdzieś uda jej się podobnych znaleźć.
Złapała tabletki i natychmiast połknęła dwie, dopiero wtedy odpowiadając na pytanie, że tak, brała też w nocy - wcześniej nie miała zamiaru ryzykować, że Sage zabierze je poza jej zasięg w imię całego "to niezdrowe, blablabla, jaka byłaby ze mnie Matka Teresa, gdybym ci je dała" pierdolenia, na które Artemis bardzo nie miała teraz siły, ani ochoty.
Gwoli ścisłości - ochoty nie miała nigdy.
Wsunęła fiolkę pod poduszkę, by mieć ją pod ręką i opadła z powrotem na materac naciągając na siebie kołdrę, bo było jej nieprzyjemnie zimno.
- Dobrze, że lubię tę piwnicę - wymamrotała, chociaż wiedziała, że jeżeli mężczyzna będzie planował zostać w domu na dłużej, to nie ma sensu ryzykować (bo tu już nawet nie rozchodziło się o jej życie, a o problemy, jakie mogło mieć to szalone rodzeństwo z syndromem pierdolniętego dobrego samarytanina) i będzie musiała się wynieść nie tylko z pokoju dziewczyny, ale z domu Ackermanów generalnie. Może Artemis ściągnie Fowlera, żeby pomógł jej się przetransportować do jakiegoś miłego motelu, w którym spokojnie będzie mogła wylizać rany.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group