To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

zakończone - Can you save my heavy dirty soul?

Scott D'Amico - 2019-04-29, 17:44

To w sumie zrozumiałe - wiele było na świecie takich osób, które zwyczajnie nie potrafiły uwierzyć w siebie, w swoje umiejętności.
Scott naprawdę był pełen podziwu, gdy usłyszał czym się zajmuje. Wiedział doskonale jak wiele pracy to wymaga, medycyna to ciężki kawałek chleba, prawda?
Nie zwrócił uwagi na jej reakcję spowodowaną puszczeniem jej oczka. I całe szczęście, bo może jeszcze wpadłoby mu do głowy, by skomentować to w jakiś durny sposób - niestety taki właśnie był. Czasami najpierw coś mówił, a dopiero potem myślał... Zwłaszcza wtedy, gdy znajdywał się w nowej dla niego sytuacji - tak jak teraz.
- Nie prawda, Caroline. - odparł sucho odwracając od niej wzrok. Zacisnął dłoń w pięść i przymknął na moment oczy.
- Chodzą po tym świecie ludzie źli do szpiku kości. Tacy, którzy urodzili się tylko po to, by krzywdzić innych, by zadawać im ból. Ludzie bez kręgosłupa moralnego, którym radość sprawia ludzkie cierpienie. Wiem coś o tym. - dodał po chwili. Wspomnieniami wrócił do lat spędzonych w więzieniu, oraz tych na ulicy. I wreszcie do Julie - a konkretnie do jej ojca. Chociaż może ten ostatni nie był do końca, Scott prędzej stwierdziłby, że chory. Z drugiej strony jednak - skąd mógł mieć pewność co tak naprawdę działo się w rodzinnym domu Jules... Mógł tylko podejrzewać.
Na całe szczęście już po chwili ponownie wrócili do tematu sztuk walki - o wiele przyjemniejszego (przynajmniej dla Scotta) niż rozprawianie o złych ludziach.
- Chętnie Ci pokażę, następnym razem, uhm... Czy tam kiedyś... - odparł znów trochę zakłopotany. Skąd mógł wiedzieć, że będzie jakiś kolejny raz? Pewnie, bardzo tego chciał, ale czy ona też?
Przy tych wszystkich rozmowach nie zwalniali tempa jeśli chodzi o alkohol. Być może powinien zwrócić uwagę na to jak wiele wypiła tego wieczoru Caroline, ale nie mógł wiedzieć jak wiele potrafi wypić. No, tak czy siak - po kilku kolejnych szklankach i jemu szumiało delikatnie w głowie. Może nawet trochę bardziej niż delikatnie. Nikt nigdy nie twierdził, że barmani mają żelazne głowy.
Rozmowa stała się o wiele bardziej swobodna, wesoła. Scott coraz częściej pozwalał sobie na drobny flirt, aż wreszcie wpadł na fantastyczny pomysł.
- Chodźmy stąd, Caroline. Chciałbym Ci coś pokazać. - rzucił i właściwie nie dając jej zbyt wielkiego wyjścia podniósł się i wyciągnął dłoń w jej stronę. Może i zbyt odważnie... Ale tak właśnie działa alkohol.

Caroline McCoy - 2019-04-29, 21:15

W każdym była mała cząstka dobra. Chciałam w to wierzyć. Tak... Tak musiało być. Tylko w nie każdym to niewielkie ziarenko mogło zakwitnąć. Do tego potrzeba było czasu i najczęściej - pomocy z zewnątrz. Dokładnie tak samo, jak w przypadku delikatnych kwiatów - sama obecność cebulki nie wystarcza na to, by ten mógł zakwitnąć pełnią swoich barw i kształtów.
Czy myślenie o ludziach jak o takich pięknych kwiatach było takie złe?
- Może nigdy nie dostali szansy na bycie dobrym? - Zapytałam, raczej retorycznie, zerkając na krawędź swojego kieliszka, palcem kręcąc kółka po jego krawędzi. Westchnęłam też ciężko po raz kolejny, nim znowu wciągnęłam w siebie kolejne łyki trunków.
A te... Robiły swoje. Moja głowa była lekka, choć żołądek stawał się coraz cięższy. Moje mięśnie - jak z waty - nie do końca już robiły to, czego bym chciała, a moje reakcje były wyraźnie opóźnione.
I nie wiedzieć czemu - miałam coraz większe wrażenie, że jemu mogę zaufać. Że przy nim mogę sobie pozwolić na to, na to nigdy sobie nie pozwalałam. Jak choćby to upicie..
Spojrzałam za mężczyzną, gdy ten zrobił coś tak niespodziewanego wyciągając w moją stronę swoją dłoń. Potrzebowałam chwili, by przetrawić to, co właśnie się działo.
- C-co? - Mruknęłam, mało wyraźnie, mrużąc na niego swoje zmęczone już oczy. Po chwili jednak uśmiech wdarł się na moje usta i kiwnęłam z aprobatą swoją głową. Zaczęłam grzebać w swojej torebce, wyciągając z niej banknot - o zdecydowanie za dużym nominale, względem nabitego przez nas rachunku. Ale... Chyba nie miało to dla mnie teraz znaczenia. Nie chciałam czekać ani marnować już czasu na oczekiwanie, aż kelner łaskawie wystawi rachunek, no halo.
- Dobra. Idziemy! - Odparłam niby pewnie, choć słychać było w moim głosie lekkie zawahanie. Wtedy też sama wstałam i dość nieporadnie próbowałam zarzucić na własne ramiona swój płaszcz, a na szyję - apaszkę, którą od niego odzyskałam.
Co też było na mnie dziwne - złapałam go za tę dłoń, która wciąż tak cierpliwie była wyciągnięta w moją stronę, by po chwili - samej pociągnąć go do wyjścia. I dopiero, gdy chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, odwróciłam się znów w jego kierunku.
- W sumie... Co chciałeś mi... pokazać? - Zaczkałam w połowie zdania, ledwie powstrzymując śmiech z samej siebie.

Scott D'Amico - 2019-04-29, 21:35

Bardzo ładnie to wszystko ujęłaś, ale wątpię, by Scott się z tym zgodził. Według niego niektórzy po prostu tacy już byli - mogli próbować być kimś lepszym, albo udawać kogoś kim nie są, ale koniec końców zawsze pokazywali swoją prawdziwą twarz.
Widział tak wiele ludzkiej krzywdy w swoim życiu, sam również mnóstwo jej zadał. Pracował dla najgorszych mętów, dla ludzi dla których nie liczyło się nic poza pieniędzmi, oraz władzą. Stąd takie podejście.
- Zawsze jest taka możliwość. Niektórzy po prostu nie chcą z niej skorzystać. - sam nie uważał się za dobrego człowieka, chociaż też nie miał samego siebie za jakiegoś najgorszego potwora. Nienawidził się tylko za to, że w pewnym momencie swojego życia był zbyt słaby, by coś zmienić. By ją uratować.
Uśmiechnął się pod nosem widząc jej zakłopotanie, gdy wyciągnął do niej dłoń. Sposób w jaki się zachowywała sprawiał, że miękło mu serce. Było coś fantastycznego w jej delikatności... Jakby nigdy nie doświadczyła niczego złego. Gdyby tylko Scott wiedział jak bardzo się myli...
Skrzywił się jednak ledwie zauważalnie, gdy ujrzał jak zostawia na stole pieniądze. Raz, że było to o wiele za dużo, a dwa, że nie mógł przecież pozwolić na to, by po raz drugi zapłaciła.
Niczym rasowy złodziej (którym z resztą był) poczekał na moment, aż odwróci zwrok i w ciągu paru sekund zabrał ze stołu banknot podmieniając go na taki o znacznie mniejszym nominale - adekwatnym do ich rachunku. Później, gdy już złapała go za dłoń wsunął jej do kieszeni jej pieniądze i uśmiechnął się sam do siebie pod nosem. Dla niego to było takie mini - wyzwanie. Zaskoczyła go swoją nagłą pewnością siebie i tym, że w ogóle odważyła się złapać go za dłoń. Swoją drogą... Jej dotyk był sprawił mu ogromną przyjemność. Miał ochotę trzymać ją tak za rękę do końca świata i nie puszczać już nigdy...
- Zobaczysz. - rzucił cicho i rzucił jej rozbrajający uśmiech numer pięć, po czym to on przejął inicjatywę i zaczął ją prowadzić w bliżej nieznanym kierunku. Mimowolnie zaczął delikatnie przesuwać kciukiem po wierzchu jej dłoni.
Mijali kolejne budynki, ale Scott nie zatrzymywał się aż nie znaleźli się przy najwyższym w okolicy. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął coś w stylu wytrycha. Uporał się z drzwiami i otworzył je.
- Tylko się nie bój, nie robimy właściwie nic złego. - rzucił jeszcze tylko, a potem już czekał, aż wejdzie do środka.

Caroline McCoy - 2019-04-29, 22:24

Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie wszędzie można liczyć na te promienie słońca i radość, nie wszędzie dobro jest widoczne na pierwszy rzut oka. W końcu nawet moja praca była najlepszym tego przykładem. Robiliśmy wiele dobrego, działaliśmy dla dobra ogółu - nawet, jeśli nie zawsze łączyło się to z właściwym postępowaniem wobec jednostki.
Ale... Tak trzeba było.
Nie czułam jednak teraz ani potrzeby, ani nie byłam w nastroju, by musieć mu się z tego tłumaczyć. Dlatego odpowiedziałam jedynie wzruszeniem ramion na jego słowa.
- Możliwe. - Wyrzuciłam z siebie, czując, jak alkohol mimo wszystko ściska mnie w żołądku. Nie chciałam jednak dać po sobie tego poznać. Z jakiegoś powodu nie chciałam przy nim wypaść na tą małą, delikatną i zbyt łatwo upijającą się Carolcię. Chciałam pokazać, że stać mnie na coś więcej - nawet, jeżeli w rzeczywistości mocno się to mijało z prawdą.
Nie zauważyłam nawet, jak mężczyzna zaczął majstrować mi przy kieszeni. Wina tych promili, czy może rzeczywiście jego kunsztu? W najbliższym czasie z pewnością miałam się tego nie dowiedzieć...
Czułam się dziwnie, dając się tak mu porwać. Pozwalając, by mnie prowadził w znanym jedynie sobie kierunku. To było... Połączenie podniecenia i strachu - przed nieznanym, w jego towarzystwie, tak zupełnie beztrosko.
To... To nie było do mnie podobne. Ale z jakiegoś powodu - dziwnie mi się podobało.
Trochę powłóczyłam za nim nogami. Mimo wszystko - w głowie wyraźnie mi szumiało i ciężko mi było utrzymać prosty krok. Mogłam się jednak cieszyć, że wciąż miałam na sobie względnie płaskie buty - przynajmniej miałam pewność, że za chwilę nie skończę ze złamaną nogą.
Cała ta euforia szybko jednak ustąpiła miejsca zmartwieniu, gdy tylko te niewinne gesty i pędzenie za sobą wzdłuż ulicy zmieniły się w coś, z czym ciężko było mi się pogodzić.
Mimowolnie splątałam swoje dłonie i przycisnęłam je do własnej klatki piersiowej, nerwowo rozglądając się na boki, gdy brunet zaczął coś majstrować przy tych drzwiach. Czy muszę wspominać, że zamglony wzrok wcale nie poprawiał mojego samopoczucia?
- Jezu, Scott, co Ty robisz... - wyrzuciłam z siebie szeptem, a w moim głosie - prócz wyraźnego upicia - dało się też wyczuć realny strach. Mimo wszystko jednak - szybko wskoczyłam do środka, gdy tylko drzwi zostały otworzone, głupio chyba licząc, że wtedy jest mniejsza szansa na to, że ktoś nas zauważy.
- Jak to nic złego?! - Wymamrotałam, zapewne ledwo wyraźnie, i niemal czułam, jak cała zawartość żołądka zaczyna mi wędrować do gardła ze strachu. - My... My się właśnie tu włamaliśmy! - Dodałam po chwili, jakże odkrywczo, zasłaniając swoja usta dłońmi i zawieszając wzrok na swoim towarzyszu zbrodni.

Scott D'Amico - 2019-04-29, 22:35

Jak widać mimo wszystko mieli trochę inne postrzeganie świata. No, ale to nie miało znaczenia - podobno przeciwieństwa się przyciągają.
Temat dobra i zła na całe szczęście już się urwał i mogli zająć się o wiele przyjemniejszymi rzeczami. No, jeśli włamania można było nazwać czymś przyjemnym. Z drugiej strony... Każdy taki zamek do pokonania, czy banknot, który trzeba było ukraść sprawiał Scottowi jakąś dziwną radość. Już taki nie był, ale... No cóż, chyba lubił sprawdzać czy jeszcze to wszystko pamięta. Jak widać - pamiętał. Poradził sobie z zamkiem bardzo szybko, schował wytrych do kieszeni i wpuścił kobietę do środka ignorując na chwilę jej przerażenie.
Zamknął za nią drzwi i przekręcił zamek. Milcząc udał się w prawą stronę i otworzył skrzynkę rozdzielczą. Poprawił pozycję kilku przełączników i zamknął ją, a potem wcisnął włącznik światła. W budynku zapanowała jasność. Gdy już Caroline się po nim rozejrzy dojdzie pewnie do wniosku, że kiedyś był to biurowiec - i że jest od dawna opuszczony.
- Taak, włamaliśmy się. Do budynku, którego nie używano od lat, myślę, że to nic złego. - rzucił rozbawiony jej strachem. Mimo wszystko miał nadzieję, że spodoba jej się to co wymyślił.
- Chodźmy. - rzekł i ruszył w kierunku schodów - tym razem już nie odważył się złapać jej za dłoń, ehm... No, zwyczajnie nie wiedział, czy powinien. Miał wrażenie, że nie.
Zaczęli się wspólnie wdrapywać na górę - mimo tego, że światło jeszcze funkcjonowało (Scott zadbał o to, by wymienić te kilka żarówek, które umożliwiały wdrapanie się na górę po schodach) winda dawno temu przestała działać. Dlatego musieli się przemęczyć.
- Musimy wejść na samą górę. Gdybyś nie dawała rady powiedz - jeśli trzeba będzie zaniosę Cię. - powiedział i zaśmiał się cicho. Wyobraził sobie tą wizję - Caroline uwieszona na jego plecach i oblana rumieńcami ze wstydu.

Caroline McCoy - 2019-05-03, 16:56

Opuszczone, nie opuszczone - to dalej włamanie! Ten przybytek dalej był czyjąś własnością, na którą my bezczelnie wkroczyliśmy - i byłam w stanie to wywnioskować nawet mimo nie do końca trzeźwego umysłu!
Co jednak ciekawe - w normalnych okolicznościach, gdy tylko bym zauważyła, że - bądź co bądź - obcy mi mężczyzna wpakowuje mnie do opuszczonego budynku, zamykając za sobą porządnie drzwi - ogarnęłoby mnie przerażenie. Teraz jednak z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, strach czułam wyłącznie przez kwestię wtargnięcia na nieswoją własność. Policzyłam jednak w myślach do dziesięciu - a raczej próbowałam to zrobić - nim światła rozbłysły zdecydowanie zbyt jasnym dla mnie światłem. Przymrużyłam powieki, dopiero teraz zauważając, jak moje reakcje uległy opóźnieniu. Głównie przez to, że nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zaprotestować, brunet już zaczął wspinać się po schodach, a ja - jak ta przerażona myszka - zamiast cokolwiek powiedzieć, po prostu pognałam za nim. Mimo wszystko - było to lepsze, niż pozostanie tutaj samej, prawda?
- Masz pewność, że nikt tu już nie przychodzi? - Zapytałam z wyczuwalnym strachem wymieszanym z promilami, trzymając się mocno barierki. Nie ufałam już własnym nogom, ale zdecydowanie - było to bardziej komfortowe, niż wtulanie się w jego osobę, gdy ten miałby mnie nieść. Na samą myśl o takim scenariuszu oblałam się czerwienią na twarzy... O rany, to byłoby zawstydzające!
- Dam radę! - Odparłam wyjątkowo pewnie, a jednak w nerwach - co z całą pewnością nie umknęło jego uwadze. - Tylko co tam jest? Mam nadzieję, że nie laboratorium Frankensteina. - Dodałam po chwili, dokładnie skupiając swój wzrok na każdym mijanym stopniu. W końcu ostatnie czego chciałam, to piękna gleba na tak wysokich schodach, prawda? A fakt, że przytoczone przeze mnie miejsce o dziwo kojarzyłoby mi się za bardzo z pracą? oj tam, oj tam...

Scott D'Amico - 2019-05-05, 20:50

On patrzył na to w zupełnie inny sposób, ale z drugiej strony - był przecież złodziejem, niby jak miał patrzyć? Dla niego to coś kompletnie niewinnego. Miał pewność, że nikt ich tutaj nie przyłapie, więc... No cóż, nie widział żadnego problemu. Odwrotnie do Caroline - co było dla niego trudne do pojęcia.
Mimo wszystko zaufała mu na tyle, że odważyła się wejść za nim do środka, a samo to było czymś nowym. Przeważnie... Cóż, Scott był raczej człowiekiem od którego ludzie chcieli się trzymać jak najdalej. To było coś nowego i chyba... Chyba miłego. Cieszył się, że ją poznał. O rany, cholernie się z tego powodu cieszył.
- Tak, nikt tutaj nie przyjdzie, spokojnie. - odparł. Nie zastanowił się wcale nad tym w jaki sposób to zabrzmiało. Zupełnie jak 'nikt nie usłyszy Twoich krzyków', czy coś w tym stylu... Ekhm. No trudno, może nie odbierze tego w taki sposób. Oby.
Po raz kolejny zaśmiał się pod nosem, gdy dziewczyna zapewniła go o tym, że da sobie radę sama. Od kiedy była taka pewna siebie i odważna?
Zerknął na nią tylko przez krótką chwilę i wrócił do wspinaczki.
Po paru dłuższych chwilach wreszcie znaleźli się na samej górze.
Scott ruszył w głąb jednego z korytarzy - jedynego oświetlonego. Gdy doszli końca wskazał jej na szczebelki zamocowane w ścianie i prowadzące do włazu na dach.
Wszedł pierwszy, by go otworzyć i poczekał na nią na górze, by ewentualnie podać jej dłoń, gdyby potrzebowała pomocy.
Gdy już oboje znajdą się na górze Caroline ujrzy piękny widok na sporą część miasta. Znaleźli się naprawdę wysoko, przez co wszystko na dole wyglądało jak mrówki. Gwiazdy też prezentowały się całkiem nieźle.
- No więc... Może to nic specjalnego, ale przychodzę tutaj, żeby pomyśleć. - Miał nadzieję, że to wszystko nie wygląda jak jakiś tani chwyt na podryw z marnej komedii romantycznej.
Wskazał jej dość szeroki murek na którym mogli usiąść. Co ciekawe zaraz obok niego stała butelka whisky. Oczywiście należała do niego.

Caroline McCoy - 2019-05-05, 22:47

Chyba na jego szczęście - ja tych słów tak nie odebrałam. Dla mnie był to bardziej przejaw... Troski? I chyba słuchania moich własnych słów. W końcu to ja się obawiałam, ja miałam wątpliwości i to mnie stres zjadał od środka. Do tego... Dalej coś kazało mi w niego wierzyć. Dalej jakaś niezrozumiała dla mnie siła mnie do niego ciągnęła. Zupełnie, jakby coś chciało mi powiedzieć "zaufaj mu, on chce dla Ciebie dobrze". I nie zmieniała tego nawet jego aura wręcz bijąca byciem "typem spod ciemnej gwiazdy".
- Yhym... - Mruknęłam cicho, nie odrywając swojego wzroku od stopni. Mimo wszystko - w mojej głowie dalej wirowało a ten spacer po schodach wcale tego nie wspomagał. Podobnie, jak mojego ścisku w żołądku- który uspokoił się dopiero, gdy z tego podłużnego korytarza wydostaliśmy się na zewnątrz, gdzie chłodne, nocne powietrze niemal od razu uderzyło nas w twarz. Na krótką chwilę zmrużyłam swoje powieki, kierując się wciąż do krawędzi budynku. Do mojego gardła pchało się krótkie wow, nim mój wzrok jakkolwiek się uspokoił, pozwalając mi dostrzec, jak wysoko się znaleźliśmy.
- O rajuśku... - Pisnęłam ledwo słyszalne, cofając się dwa kroki i niemal natychmiast wpadając w ramiona - bądź co bądź - dużo wyższego bruneta. Nogi się niemal pode mną ugięły - i to bynajmniej za sprawą jego siły. Przez chwilę więc tak trwałam - jakbym chciała się upewnić, że pomimo upicia i ledwo utrzymującej się prostej postawy - dalej stoję na własnych nogach, a nie spadam gdzieś w dół, w stronę latarni ulicznych.
- Prze... Przepraszam... - Wyrzuciłam z siebie po chwili ledwo słyszalnie, gdy jednak moje stopy dalej dotykały powierzchni tego dachu, samej odlepiając się od mężczyzny i znowu zalepiając się rumieńcem. Teraz jednak już nie wiedziałam, czy to wina tej bliskości, czy jednak - mojej własnej głupoty.
Zerknęłam ze zmartwieniem w stronę murka, dostrzegając przy nim tę butelkę. I - nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego miało dojść - ale teraz musiałam się napić.
- Czy... Czy to bezpieczne? - Zapytałam, podnosząc swój wzrok na swego towarzysza zbrodni a dłonią wskazując na to potencjalne siedzisko. Co jak co - ostatnie o czym marzyłam, to skok bez bungee. Tylko kurcze - z jakiegoś głupiego powodu czułam, że za nim to i w ognie piekielne bym się wpakowała...

Scott D'Amico - 2019-05-05, 23:04

Oczywiście, że troszczył się o nią. A przynajmniej o to, by nic jej się nie stało w jego towarzystwie. Ta dziwna więź, która ich połączyła go do tego zmuszała, to poczucie, że powinna pojawić się w jego życiu już dawno temu. To wrażenie, że zna ją od wielu lat i to pieprzone podobieństwo do zjawy z jego przeszłości... To wszystko sprawiało, że nie mógł pozwolić na to, by stała jej się krzywda. To, że zwyczajnie mu się podobała jako kobieta też odgrywało w tym wszystkim swoją rolę.
Mężczyzna odetchnął głęboko świeżym powietrzem i uśmiechnął się sam do siebie. Zabawne - nigdy jeszcze nikogo tutaj nie przyprowadził. Do tej pory traktował to jako swoje prywatne miejsce. Potrafił przesiadywać tu godzinami i rozmyślać nad wszystkim co uczynił. Czasem brał laptopa i szukał informacji, innym razem zwyczajnie upijał się tu do nieprzytomności. Bywało również tak, że tutaj spał - gdy było cieplej. A zanim usnął godzinami wpatrywał się w gwiazdy i wyobrażał sobie, że być może Julie w tej chwili robi to samo, może czeka na to, aż ją odnajdzie... Jak widać nie zapominał o niej nawet w takim miejscu - towarzyszyła mu niemalże podczas każdej chwili jego życia.
Z rozmyślań wyrwał go jej głos - wyraźnie znowu czegoś się przestraszyła. Po chwili już wpadła w jego ramiona, a on... Zdziwił się, ale odruchowo przycisnął jej ciało do siebie. To było... Cholernie przyjemne, zupełnie jakby idealnie pasowała kształtem do jego ramion, jakby one były tak ukształtowane tylko po to, by ją chronić.
Tym razem to on poczuł jak jego policzki płoną czerwienią, ale ledwie przez parę chwil - miał nadzieję, że zdołał to przed nią ukryć.
- Nic... No wiesz, nic się nie stało. - mruknął drapiąc się po głowie i odwracając od niej wzrok.
Jak to możliwe, że z sekundy na sekundę coraz bardziej odpowiadało mu jej towarzystwo? Jak to możliwe, że tak szybko go zdobywała?
Stał tak jeszcze przez parę chwil starając się uspokoić oddech, który nieznacznie przyśpieszył, aż wreszcie odwrócił spojrzenie w jej kierunku akurat w odpowiedniej chwili, by odpowiedzieć na jej pytanie.
- Nie pozwoliłbym Ci tam nawet podejść, gdyby to nie było bezpieczne. - ten kawałek betonu na którym tak często przesiadywał był na tyle oddalony od krawędzi dachu, że nawet gdyby upili się do nieprzytomności i z niego pospadali naprawdę ciężko byłoby spaść na dół.
Alkohol cały czas szumiał mu w głowie, więc złapanie jej za dłoń wydało mu się czymś kompletnie normalnym. Poprowadził ją do wyżej wspomnianego miejsca i sam usiadł.
Dopiero gdy ona zrobiła to samo puścił jej dłoń i sięgnął po butelkę. Odkręcił korek i podał jej nie pytając nawet czy ma ochotę na więcej alkoholu. Nie był pewien czy dobrze zrobił, że ją tutaj przyprowadził. Nawet głupi zauważyłby, że Scott nagle jakby... Stracił humor. Zmarkotniał, wspomnienia po raz kolejny w niego uderzały. Z drugiej strony cieszył się, że może siedzieć obok Caroline, dzięki temu było mu... Jakoś lżej. Chociaż odrobinę.
- Jesteś pierwszą osobą, którą tutaj przyprowadziłem, wiesz? - rzucił cicho sięgając w międzyczasie po paczkę papierosów do kieszeni. Wyciągnął z niej jednego i rozpalił za pomocą benzynowej zapalniczki.

Caroline McCoy - 2019-05-05, 23:27

W sumie całe to zajście rzeczywiście było swego rodzaju dziwne. Z jednej strony oboje wiedzieliśmy, że jesteśmy dla siebie obcy. Że to, co się dzieje nie powinno tak wyglądać. Że wszystko co robimy nie jest dla nas normalne.
A przynajmniej ja tak odczuwałam...
Z drugiej jednak strony - w ten dziwny, niezrozumiały sposób do siebie pasowaliśmy. Miałam dziwne wrażenie, jakbym już kiedyś była w takiej sytuacji. Jakby DejaVu krzyczało i kopało w drzwi wejściowe nakazując, bym w końcu sobie coś przypomniała. A mimo tego - dalej pustka. Wciąż tego nie rozumiałam. Ale niepokój w moim wnętrzu narastał z tą samą siłą, co uczucie komfortu, gdy chowałam się przed całym światem pod jego ramionami.
Zgarnęłam swoje włosy za ucho, gdy tylko się od niego uwolniłam. Nie wiedziałam, jak się tłumaczyć, a wyraźnie czułam że i jego wprawiło to w zakłopotanie. O rany, Caroline, czemu jesteś taką idiotką!?
- Ja.. Ja naprawdę nie chciałam. Ne wiem, Nie wiem co się stało. Ja normalnie tak nie ten, to tylko, no... Światło... I ciemno... I w ogóle... - Zaczął mi się plątać język ze stresu, gdy stawałam się coraz mniejsza i mniejsza - zupełnie jakbym chciała zniknąć i nie sprawiać sobie więcej wstydu. A moją jadaczkę przymknął dopiero ten jego prosty, wywołany alkoholem gest. Czując ciepło jego dłoni dosłownie zamilkłam - chyba pierwszy raz dzisiejszego wieczoru nie ze względu na wiecznie odczuwany strach przed dotykiem, ale... Uspokojona. Zupełnie, jakby ten jeden, krótki chwyt przywrócił mi względną jasność umysłu.
Poszłam za nim. Nie miałam się już nawet po co opierać. Przysiadłam na chłodnym, betonowym murku podobnie, jak on zrobił. I wszystko byłoby spoko, gdybym tylko nie zdębiała na jego kolejny akt hojności.
- Ale że... Tak z gwinta? - Zapytałam wyraźnie w szoku. Mimo wszystko ominął mnie cały okres buntowniczy w trakcie dorastania. Czy właśnie dlatego przeżywałam wszystko, co się teraz dzieje tak... Poważnie?
Mimo wszystko wyciągnęłam swoje dłonie po butelkę by po chwili pociągnąć z niej dwa łyki. Napój był wyraźnie gorzki i palił w gardło. O tej jednak porze i po takiej ilości alkoholu nie robiło mi to większej różnicy. Oddałam mu butelkę, nim ten jeszcze wyciągnął swoje papierosy, samej odkaszlując chłód trunku.
- Dla równowagi, jesteś pierwszą osobą, z którą odważyłam się robić takie rzeczy. - Odparłam na jego słowa, chyba samej się uśmiechając pod nosem. W tym momencie... Moje policzki chyba cały czas były już zaróżowione.
- Martwi Cię coś? - Zapytałam, choć wyczuwalny już był brak mojej intonacji. A Scott z całą pewnością - choćby ze względu na specyfikę swojej pracy - mógł rozpoznać, że wcale wiele mi nie brakuje do klasycznego urwania filmu...

Scott D'Amico - 2019-05-05, 23:41

To wszystko jest przerażająco dziwne, ale już jakiś czas temu Scott zaczął się do tego przyzwyczajać i co najważniejsze - akceptować to. Co mógł zrobić więcej? Najlepiej zwyczajnie się temu wszystkiemu poddać. Nawet jeśli nie rozumiał co właściwie się dzieje.
Miał podobne odczucia do niej - miał wrażenie, że coś mu umyka, że powinien zwrócić na coś uwagę... Musiało istnieć logiczne wytłumaczenie tego wszystkiego, ale gdzieś mu znikało.
No nic. Pozostało tylko czekać na dalszy rozwój wydarzeń i liczyć na to, że ich znajomość nie urwie się tak szybko jak się zaczęła.
Zabawne, że tak szybko udało mu się zamknąć jej usta. A, no i to, że po raz pierwszy po takim geście z jego strony jej policzki nie stały się szkarłatne. Tym razem przyjęła dotyk całkowicie spokojnie i pozwoliła się poprowadzić - jakby kompletnie się już nie bała. Jakby uwierzyła wreszcie w to, że Scott zamierza zadbać o jej bezpieczeństwo.
Jak wiele musiała przejść skoro była tak nieśmiałą i wycofaną osobą? Nawet wpływ alkoholu nie zmienił tego w stu procentach - a przecież widywał mnóstwo pijanych ludzi, wiedział jak się zachowują. Ona była jednak kompletnie inna - inna niż wszystkie kobiety, które poznał. I przez to wszystko chciał ją poznać, chciał być blisko niej.
Usiedli spokojnie na murku, a Scott pokręcił głową z niedowierzaniem słysząc jej pytanie.
- Tak, tak z gwinta. Nie pochowałem tu nigdzie szklanek, wybacz. - odparł, ale nie było w tym ni krzty złośliwości. Może trochę go to rozśmieszyło, ale ona była... Taka urocza w tym wszystkim, że nie mógł się powstrzymać od delikatnego uśmiechu.
Odebrał od niej butelkę i wziął kilka łyków, po czym odstawił ją na bok i zaciągnął się papierosem. Wypuścił dym i przez chwilę obserwował jak miesza się z powietrzem znikając.
Miło by było, gdyby wraz z tym dymem mógł wypluć z siebie te wszystkie złe emocje, które właśnie zagościły w jego sercu.
Nie spojrzał na Caroline, gdy zadała mu kolejne pytanie. Wymownie przesunął palcami po koralikach na nadgarstku i uśmiechnął się smutno.
- Martwi mnie wiele rzeczy. Moja przyszłość, przeszłość... Świadomość, że nigdy mogę nie znaleźć tego na czym mi naprawdę zależy. Widzisz... Nie jestem tym za kogo mnie masz, nie jestem kimś dobrym. - odparł cicho wyraźnie akcentując ostatnie słowo. Chyba potrzebował jej to powiedzieć, może tylko dlatego, że sam wypił już dość sporą ilość. Może też dlatego nie zauważył, że dziewczynie niewiele brakuje.

Caroline McCoy - 2019-05-05, 23:59

Jak zabawne by się to nie wydawało - czułam się przy nim kilka lat młodsza. Czułam się wolna. Czułam się inna - zupełnie, jakbyśmy przekraczając próg tego budynku weszli na zupełnie inną linię czasową. Jakbym znowu była tą gówniarą w szkole średniej, która wymyka się spod kontroli swoich rodziców. Która daje się ponieść emocjom i własnym zachciankom - nie tylko próbując spełnić nad wyraz wysoko postawione oczekiwania. Jakbym... Jakbym w końcu miała panowanie nad przebiegiem własnego życia.
Gdy oddawałam mu butelkę, po raz kolejny zgarnęłam niesforne kosmyki rozwiane przez wiatr za własne ucho.
- Możesz się śmiać, ale serio nie piłam nic, poza piwem z gwinta. - Wyznałam, chyba śmiejąc się pod nosem z samej siebie. Mimo wszystko - w domu zawsze mieliśmy cały komplet szkła do poszczególnych rodzai alkoholu a wujostwo - poza faktem, że przez długi czas nie pozwalali mi pić wcale - gdy już do tego dochodziło pilnowało, by zawsze odbywało się to przez odpowiednie naczynia. Może właśnie dlatego to proste upijanie tak bardzo mnie cieszyło?
W końcu nawet we własnych czterech kontach starałam się powtarzać wyuczone schematy, które przy Scotcie... Po prostu przestawały istnieć.
- Nie możesz wiecznie tkwić w przeszłości. - Odparłam na jego słowa, choć pewnie coraz gorzej było mnie zrozumieć. - A za kogo mam Cię mieć? Widziałam, jak przygniatasz łeb jakiegoś creepa do baru do krwi. Na Boga, widzimy się... Drugi raz na oczy. Nie znamy się, Scott. - Dodałam po chwili, niby chichocząc pod nosem, ale w sumie nie wiedziałam, co mnie tak bawi w tej sytuacji. - I już Ci mówiłam. Każdy jest dobry. Nie każdy ma tylko możliwość, by to udowodnić. Gdybyś był zły... Nie bylibyśmy tutaj, prawda? Nie spędzalibyśmy tak czasu. - Stwierdziłam dość pewnie, nabierając powietrze do własnych płuc i skupiając swój wzrok na mężczyźnie, dymie który wypuszcza ze swoich ust jak i koralikach, które wzbudzały coraz bardziej moją ciekawość.Zbliżyłam się do niego, z całą pewnością - aż za bardzo, na moje dotychczasowe normy - ale tak bardzo chciałam zobaczyć, co kryje się za tą bransoletką. Zamiast tego jednak, podparłam się mimowolnie o jego ramię, przez co niemal natychmiast podniosłam swój wzrok na jego twarz. Moje policzki wciąż były przyozdobione lekkim rumieńcem, gdy całkowicie zatopiłam się w jego spojrzeniu.
Czy jego oczy zawsze były takie... Przeszywające?
Miałam wrażenie, jakbym po prostu zniknęła w tej chwili, a czas stanął w miejscu. Jakby wszystko przestało mieć znaczenie i poniekąd - przerażała mnie ta wizja. To nie był schemat, którego byłam nauczona. To nie była sytuacja, na którą byłam gotowa. A w teorii - tak bardzo nie lubiłam zmian.
Tylko czy teraz to też odnajdywało prawo bytu w rzeczywistości?

Scott D'Amico - 2019-05-06, 15:08

Jeśli chodzi o te 3 lata, które ich różniły... Cóż, one w ogóle nie miały znaczenia. W tym wieku ta granica już się gdzieś zacierała. Inna sprawa to doświadczenie - prawdopodobnie byli wychowywani w dwóch kompletnie różnych środowiskach, poznali inne życie. Być może dlatego Caroline odnosiła takie wrażenie. A jemu wcale nie przeszkadzało to, że przy nim może poczuć się o wiele młodziej. A tymbardziej to, że może odkryć rzeczy, których wcześniej nie znała. Oczywiście nie mógł jej pokazać wszystkiego, ale bez problemu mógł pomóc w oderwaniu się od rzeczywistości - choć na kilka chwil. Tak jak teraz. Teraz nie istniało nic poza nimi, gwiazdami i butelką niezbyt dobrej whisky.
- Gdzieś Ty się uchowała...? - odparł również ze śmiechem na ustach. Nie potrafił zrozumieć jakim cudem ominęło ją to wszystko - wagary, picie alkoholu z gwinta, wymykanie się z domu i tak dalej... Widocznie wychowywała się gdzieś, gdzie nie było miejsca na takie wybryki. Może to i lepiej?
W głębi duszy miał nadzieję, że ominęło ją całe to zło, którego on doświadczał już od najmłodszych lat. Gdyby tylko wiedział jak cholernie się mylił...
- Chyba nie umiem inaczej. - skwitował pierwszą jej wypowiedź i kolejny raz uniósł papierosa do ust. Wysłuchał jej i wbił na moment wzrok w podłoże. To prawda, już na pierwszym spotkaniu pokazał jej co potrafi... Chociaż jak to było niewiele, ledwie wierzchołek góry lodowej.
- Gdybym nie przygniótł łba tego 'creepa' do baru to pewnie zrobił by Ci krzywdę. Masz rację... Nie znamy się, nic o sobie nie wiemy, a jednak... - urwał nie potrafiąc wyznać co przy niej czuje. Przecież nie powinien mówić takich rzeczy komuś tak naprawdę obcemu, naprawdę zależało mu na tym, by jej nie spłoszyć. Mimo tego, że dziewczyna się śmiała jemu dawno przestało być do śmiechu. Oczywiście był świadom tego, że jej dobry humor w takiej chwili jest zasługą alkoholu.
Zignorował jej następne słowa, a raczej... Nie dała mu szansy by odpowiedzieć. Zbliżyła się do niego i oparła głowę na jego ramieniu, a Scott wzdrygnął się lekko i przeniósł na nią wzrok. Ich spojrzenia spotkały się, a on poczuł się jakby znalazł się dokładnie tam gdzie powinien być.
Nie potrafił się powstrzymać - wolno podniósł dłoń do jej twarzy i delikatnie zaczesał te kilka niesfornych kosmyków włosów za jej ucho. Przesunął palcami po policzku Caroline i zbliżył się do niej. Musnął delikatnie wargami jej usta mając nadzieję, że go nie odepchnie.

Caroline McCoy - 2019-05-06, 17:27

Nie wiedziałam, czy to wina tego miejsca? Czy aura, która je przeszywała zmuszała do takich wewnętrznych rozterek? A może za tym wszystkim jednak stał alkohol?
Zawstydziłam się, gdy zadał mi to tak durne pytanie - nawet, jeśli było zadane przez śmiech. Bo w sumie... Miał rację. To wyglądało jakbym dosłownie wyszła po 20 latach mieszkania w piwnicy na światło dzienne. I niby byłam w stanie zrozumieć troskę wujostwa, ale jednak... Czy mnie swoim zachowaniem nie skrzywdzili?
- Większość życia spędziłam w Albuquerque. - Odparłam dość zmieszana, przez chwilę przyglądając się podłożu. - Działo się tam wiele podejrzanych rzeczy w pewnym okresie, i... - Nawet nie dokończyłam, bo zdałam sobie sprawę, że przecież nie o to teraz chodzi. Nie powinnam się rozklejać. Nie powinnam się tłumaczyć. Tym bardziej - nie teraz, gdy moja wrażliwość była wyraźnie podniesiona przez płynące w mojej krwi promile. Machnęłam więc jedynie dość niezgrabnie ręką, przywołując już samej nerwowy śmiech na swoje usta. - Ale to chyba historia na następny raz. - Stwierdziłam w końcu, nim temat powrócił na kwestie... Bardziej mrocznej przeszłości.
On nie potrafił się z niej uwolnić, gdy ja - nie potrafiłam jej odnaleźć. Wciąż duży ułamek mojego życia był dla mnie tajemnicą - wciąż od nikogo nie mogłam się dowiedzieć, kim tak naprawdę byłam.
- Wolałbyś o tym wszystkim zapomnieć? - Zapytałam dość lekko, samej rozważając, co jest lepsze. Tak w sumie... Czy dzisiaj byłabym w stanie zaakceptować swoją przeszłość?
Wzdrygnęło mną jednak, gdy Scott wspomniał na nowo o tamtym typie i o tym, że mógłby mi zrobić krzywdę. Sama myśl o tym była wręcz nie do przełknięcia i chyba... Nawet mimo tego, że nie pochwalam takich rozwiązań, cieszyłam się, że do niego doszło.
Czyżbym pierwszy raz zwątpiła w to, że dobro jednostki nie ma znaczenia?
Też nie zdążyłam nic więcej pomyśleć, gdy po prostu zniknęłam w tej chwili. To było takie nierozważne i niepodobne do mnie. Przecież... Przecież on był obcy. Nie znaliśmy się. Robił złe rzeczy. Czemu więc przy nim czułam się bezpiecznie? Czemu miałam wrażenie, że mogę mu ufać? Czemu czułam się, jakbym znała go od zawsze?
Normalnie te pytania nie dałyby mi spokoju, ale teraz.... Teraz gubiłam się w jego objęciu, gdy przyjemne ciarki przechodziły moje ciało za każdym muśnięciem jego palców. Czy to właśnie wokół chwil takich jak ta skupia się każde romansidło?
Tak, byłam gotowa uwierzyć w magię. Otaczający nas chłód jakby przestał istnieć, moje złe samopoczucie zupełnie wyparowało a wirowanie w głowie jakby dało sobie na chwilę spokój. Przymknęłam swoje powieki, odwzajemniając to, co mogłam w tym momencie uznać za swój - bądź co bądź - pierwszy, poważny pocałunek? Tak, chyba tak było, gdy to jego krótkie muśnięcie wargami odwzajemniłam, samej wtulając się w niego jeszcze bardziej. Nie chciałam przestać, to było takie... Takie ekscytujące, a zarazem dające niezwykły spokój ducha. Jakbym właśnie znalazła się we właściwym miejscu i we właściwym czasie.
Jak widać - chyba nie tylko jego modlitwy były wysłuchane.

Scott D'Amico - 2019-05-06, 17:53

Dach na którym się znaleźli z pewnością prowokował do wspominek, oraz szczerych rozmów. Cisza, która tu panowała mimo tego całego zgiełku znajdującego się kilka dobrych pięter pod nimi sprawiała, że Scott czuł się jakby był w kompletnie innym świecie. Wszystko odchodziło gdzieś na bok, a on mógł pogrążyć się we własnych myślach. No, przynajmniej przeważnie tak było - dzisiaj mógł podzielić się tymi myślami z nią. Można chyba śmiało stwierdzić, że w momencie w którym pokazał jej swój prywatny azyl oddał jej cząstkę swojej duszy. Poza tym... Cholera, nie zdarzyło mu się jeszcze rozmawiać z kimkolwiek w taki sposób. Nawet nie pamiętał kiedy ostatnio uśmiechał się przez tyle czasu.
- Nawet nie mam pojęcia gdzie to jest. - wzruszył ramionami z delikatnym uśmiechem. Z zainteresowaniem wysłuchał następnej części zdania i chociaż chętnie pociągnął by dalej temat tych 'podejrzanych rzeczy' postanowił odpuścić. To była jej prywatna sprawa. Podobnie jak bransoletka na jego ręce, oraz historia z nią związana. Nie miał pojęcia czy będzie w stanie kiedykolwiek wyjawić jej swoją przeszłość, ale... W sumie to mogło być dobre wyjście. Gdyby zrzucił z siebie ten cały ciężar... Z drugiej strony nie wiedział czy ma prawo obarczać kogokolwiek innego tym wszystkim. Jak to się mówi - każdy swój krzyż niesie, nie?
- Miło słyszeć, że będzie następny raz. - wyszeptał posyłając jej rozbrajający uśmiech. Autentycznie się z tego cieszył - chciał by tych następnych razów było o wiele więcej. Właściwie mógłby się widywać z nią codziennie, takie oderwanie od szarej codzienności było naprawdę przyjemne.
Nie skomentował jej następnych słów. Nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi. Czasami o tym myślał - gdyby było możliwe tak po prostu wymazać to wszystko ze swojej pamięci... Nie wiedział czy by się na to zdecydował. Czy Julie na to zasługiwała? By o niej tak po prostu zapomnieć - po tym wszystkim co wspólnie przeszli, po tych uczuciach, którymi ją obdarzył? Z drugiej strony... Szukał jej przez całe swoje pieprzone życie i czasami naprawdę już miał wrażenie, że nigdy jej nie odnajdzie, to go cholernie męczyło, nie dawało mu normalnie funkcjonować. Więc tak - nie znał odpowiedzi na to pytanie.

Poczuł się nieco śmielej, gdy Caroline odwzajemniła jego pocałunek. Pogłębił go jeszcze bardziej i objął wolną dłonią dziewczynę w pasie przyciągając ją nieco mocniej do siebie i tym samym odwrócił się w jej kierunku.
Jeśli przyprowadzając ją tutaj oddał jej kawałek duszy, to właśnie w tej chwili oddawał jej kolejny. Ona... Scott nie spodziewał się, że ktoś będzie w stanie tak szybko zawrócić mu w głowie. Nigdy nie spodziewał się, że będzie czuł się tak jak teraz - jakby Caroline została idealnie do niego dopasowana, jakby ich usta, oraz ciała tworzyły harmonię. Jakby dopiero teraz dowiedział się czym jest prawdziwy pocałunek. I nie była to zasługa alkoholu, ani romantycznej scenerii. Ona po prostu była idealna. Dla niego absolutnie idealna i skoro przez całe życie nie prosił o nic Boga, to teraz miał chęć to zrobić. Poprosić o to, by ten czar nigdy nie prysł i żeby nigdy mu nie umknęła.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group