To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

S. Ackerman - #1

Sage Ackerman - 2018-04-07, 13:22

Kto tu jest dzieckiem?
Dzisiaj pobije rekord wywracania oczami na cudze słowa, czyny i sam sposób bycia, a zaszczyt ten przypadnie nikomu innemu, jak tej burczącej kocicy, w której słowniku przekleństwa zdecydowanie już dawno zamieniły się miejscami z przecinkami, a dzisiaj wiodły prym nawet jako wykrzyknienia. To oraz kiepskie pogrywanie, wprawiające w ruch dłoń, bo inaczej nie mogła już tego skomentować poza niemym, ewidentnym płaskim strzałem w czoło.
- Ty to masz… Czemu ja w ogóle z tobą rozmawiam? – rzuciła z politowaniem, zakładając ręce, bo nie zostało jej nic innego, jak przez chwilę podziwiać to kuśtykanie godne najprawdziwszego pożałowania. Skrzywiła się, jakby i ją zabolało, gdy Artemis zaczęła ściągać koszulkę, a przyłapana na zbyt długim oglądaniu konstelacji siniaków, zostawiła Zosię Samosię ze swoją niezależnością. Słyszała ją w tych rzucanych kurwach na prawo i lewo w liczbie trzech - bo czwarta nie dosięgnęła jej wrażliwych uszu - przygotowując śniadanie, z którym powędrowała na górę, zostawiając na biurku we własnym pokoju. Spora miska jogurtu z owocami i orzechami. Jeżeli nauczyła się czegokolwiek z okresu przebywania mutantów we własnym domu, to tego, że ci, którzy na starcie dostali białkową dietę, szybciej dochodzili do siebie, a rany ziarnowały znacznie lepiej i tego właśnie, według Sage, Artemis potrzebowała. To oraz doprawienie sokiem pomarańczowym powinno załatwić sprawę. Na aspirynę nie było co liczyć.
Zdążyła wrzucić pocięte ubrania i kurtkę do worka, który zostawiła w piwnicy, podobnie jak zakrwawioną pościel - wyrzuci ją w nocy, byle sąsiedzi nie widzieli – i wracając na górę, natknęła się na wychodzącego gbura z parującej łazienki. Tak, w tej chwili zdecydowanie miała ją za gbura, burka i psa ogrodnika, który ma kaprysy z byle powodu. Gorzej, niż chory facet, bo charakterna strona Artemis wcale nie dawała za wygraną, nawet wtedy, gdy zamykała drzwi prowadzące do sekretnego leża mutantów pod ziemią.
Uniosła brwi niby to w kompletnym braku jakiejkolwiek wiedzy na ten poważny, alkoholowy temat.
- Wydawało ci się.. – mruknęła pod nosem, próbując to wszystko jakoś ugryźć, aby nie wyszło od dupy strony, a białe kłamstwo nie odnalazło brutalnego zdemaskowania w wykonaniu detektyw Danvers vel Żłop Łiskasa. Szarpnęła za klamkę, upewniając się, że drzwi są dokładnie zamknięte i dopiero wtedy zajęła się niespodziewanym gościem. – Chodź, druga runda przed tobą. – machnęła ponaglająco dłonią, podstawiając się po stronie chorej nogi i objęła kobietę w pasie, bezczelnie przerzucając jedno z ramion na zmordowane barki. Jeżeli tak czuł się Jezus podczas wnoszenia krzyża, to chętnie by go zastąpiła, bo jego zbity kawałek desek przynajmniej nie marudził na każdym kroku, wyzywając stopnie, zakręt na półpiętrze i generalnie cały świat. Już się rozbudziła? Świetnie, więcej męczenia. – Musisz tyle przeklinać? Wiem, że cię boli, ale to nijak poprawia twoją sytuację, a mnie… – zaczęła zirytowanym tonem, gdy przekraczały próg pokoju, balansując mniej lub bardziej zgrabnie w drodze do łóżka – …też zaczyna wkurwiać. – przyganiał kocioł garnkowi, a garnek opadł na łóżko, które już wyglądało znacznie lepiej. Wypluła kosmyk włosów, jaki wpadł podczas tego manewru do kącika ust i zaczesała całą grzywę do tyłu, dając sobie chwilę przed wyprostowaniem pleców. Jak nic dzisiaj zejdzie w pracy, a rygorystyczny brak kawy, jaki sobie narzuciła, wcale nie poprawiał nastroju. Poklepała plecy na wysokości lędźwi z cichym stęknięciem, marszcząc charakterystycznie nos. Starzeje się, pora na siłownię albo zwinięcie tego całego biznesu, z jakiego w zasadzie nie miała nic… Poza tą wyparzoną gębuszką, która właśnie kokosiła się na jej łóżku. Omiotła ją wzrokiem, zatrzymując na lekko zsuniętym opatrunku na wysokości uda. Szara bluza chociaż zasłaniała te wszystkie siniaki i ślady u góry, ale krótkie, dresowe spodnie bezsprzecznie zdradzały zbrodnię przeciwko staraniom Sage.
- Jezu, Danvers, Ty tak poważnie? – jęknęła z wyrzutem, przykładając dłoń do skroni, rozcierając skórę w nerwach, a skonfundowanie na twarzy Artemis tylko ją bardziej rozzłościło. – Zamoczyłaś szew? – bo dłoni nie było w stanie uratować przed działaniem wody, z tym akurat się liczyła, dlatego przyniosła apteczkę wraz ze śniadaniem tutaj na zaś, ale żeby jej pierwszy w życiu poważniejszy, średniowieczny zabieg potraktować tak bez serca wodą?

Artemis Danvers - 2018-04-07, 14:21

Ponowne wejście po schodach było mordęgą, ale na szczęście miała tyle instynktu, żeby mówić, że muszą się zatrzymać, kiedy robiło jej się ciemno przed oczami. Ostatnie czego potrzebowały, to jej nagłego zemdlenia w połowie drogi i polecenia do tyłu oraz możliwe, że pociągnięcia za sobą Sage.
Wzmianka o dużej ilości przekleństw na chwilę wybiła ją z rytmu wściekłego wyklinania wszystkiego - wystarczająco, by dało się odczuć zmianę. Faktycznie wulgaryzmy były u niej na porządku dziennym, chociaż rzadko kiedy na taką skalę, jak obecnie. Raczej służyły jej za środek stylistyczny, kiedy za pomocą mocniejszego słowa chciała coś podkreślić - albo kiedy ktoś jej zaszedł za skórę i dobitnie nakreślała obraz tego, co konkretnie o danym osobniku myśli. Nie zwracała już na nie uwagi, nie bywała w towarzystwie, w którym to było potrzebne od dłuższego czasu.
A teraz? Teraz to było najłatwiejsze ujście i nawet nie myślała o tym, jak często „kurwa” gości na jej ustach. Ale przymknęła się trochę, kiedy dotarły na szczyt, jeszcze tylko raz rzucając jakimś „pierdoleniem” pod nosem, bo ktoś by mógł pomyśleć, że posłuchała innego człowieka, a to przecież ujma na honorze. [właśnie dostałam od niej z kopa w płat potyliczny za taką narrację]
Poprawiła się trochę na łóżku dusząc w gardle kolejne stęknięcie i towarzyszące mu przekleństwo, zarazem marząc tylko o tym, by paść mordą w poduszkęi nie wstawać do rana (chociaż bez żadnego przeciwbólowego czegokolwiek czuła, że zaśnięcie nie będzie takie łatwe, a głupia nie poprosi). Właściwie to marzyła jeszcze o wspomnianej wcześniej whisky, ale absolutnie nie miała siły myszkować po domu po wyjściu gospodyni do pracy, żeby przekonać się, czy tamta jej nie okłamuje z tym całym „wydawało ci się”, a czuła, że ponowne upomnienie się spełznie na niczym, podobnie jak dwa poprzednie, jakimi uraczyła ją gdzieś w połowie schodów.
Rzuciła okiem na dziewczynę, kiedy tamta znowu pomasowała się po plecach i zaraz spuściła wzrok na swoje poranione dłonie, krzywiąc się lekko. Nawet durny masaż nie wchodził w grę w tej chwili. Och, już dawno nie czuła się aż tak jak bezużyteczny śmieći szlag ją trafiał, że nie ma jak zmienić tego stanu rzeczy teraz.
- Niczego nie zamoczyłam - zaprotestowała jak dzieciak, łapiąc za kołdrę, żeby zakryć nogę, bo „pierdolić”. Naprawdę starała się ochronić nogę, ale bardziej skupiona na bólu, zimnie i poczuciu, że w każdej chwili może jej się zakręcić w głowie, nie wkładała w to za dużo energii. Poza tym Sage powinna się cieszyć, że szwy podczas całego procesu wychodzenia z wanny nie puściły, bo to już zakrawało na piekielny cud.
- Na którą masz do tej pracy? - Rozmyślnie nie siliła się na uprzejmość, kiedy wbijała wzrok w twarz dziewczyny. Przekaz „daj mi spokój, kobieto, idź sobie” był nad wyraz jasny i bynajmniej nie pojawił się w ich relacji po raz pierwszy - Artemis już wcześniej nie raz próbowała spławić dziewczynę, kiedy coś nie szło po jej myśli.
Próbowała. Już niemal zapomniała, jak uparta bywała Sage i jak to mówią? W innych najbardziej wkurzają nas nasze własne wady? Och, upór dziewczyny irytował Danvers niezmiernie, szczególnie teraz, kiedy ciągle była na przegranej pozycji.

Sage Ackerman - 2018-04-07, 15:06

Ostentacyjnie zmierzyła ją od pasa w górę, jak te licealne lafiryndy, które oceniają nowe mięso wraz z początkiem roku szkolnego i bez słowa poszła po pozostawione na biurku jedzenie. Szklanka ze stuknięciem skończyła na szafce przy łóżku, tuż obok apteczki, a sok w środku aż wzburzył się pod nieustępliwością dziewczyny.
- Ta informacja niczego nie zmieni w twoim życiu, więc się nie wysilaj – odparła zgryźliwie, wtykając jej do rąk miskę z jogurtem i wystającą groźnie łyżką. Może przy odrobinie szczęścia wybije sobie nią oko ta marudna raszpla. – Jedz i skończ jojczyć. – polecenie kapitańskie, proszę wykonać bez ociągania się. Nie po to stała nad tym jogurtem i kroiła owoce, aby teraz dziecięce usposobienie dorosłej baby miało wszystko zepsuć. Sięgnęła jeszcze po zestaw pierwszej pomocy, żeby w następnej sekundzie podciągnąć kołdrę do góry, odsłaniając nogę z bandażem. Surowym spojrzeniem nakazała memłającej w białej masie Artemis siedzieć cicho. Trafił swój na swego, ona też potrafiła być nieprzyjemna, jeżeli tego akurat sytuacja wymagała. Usiadła na krawędzi, tuż przy kolanie prawej nogi i od razu zabrała się za odwijanie wilgotnego bandaża, obwój za obwojem, aż zobaczyła swe poranne dzieło. Chirurgiem nie była, co do tego nikt nie miał wątpliwości, ale nitki ze sztucznego tworzywa i tak nieźle utrzymywały płaty skóry w jednym miejscu.
- Masz tu kogoś, kto będzie mógł to obejrzeć? – podniosła pytający wzrok znad szwów. Potrzebowała profesjonalisty, który oceniłby stan nogi, rany i ogólnie stwierdził czy już trzeba kopać grób dla Danvers, czy może jeszcze trochę pożyje. Nie musiała wspominać, że nie zeszłaby na jej warcie, choćby własnoręcznie miała ją wpakować do taksówki i zawieźć do szpitala, gdyby zaszła taka potrzeba, ale wolała, żeby bardziej doświadczeni ludzie mieli na głowie ten trudny przypadek. Dlaczego wszyscy sanitariusze musieli przebywać w Olympii, całe sto kilometrów od Seattle?
Znajoma, niebieska tubka z antybiotykiem i środkami do gojenia ran pojawiła się w jej dłoniach. Wycisnęła odrobinę przezroczystej mazi na palce, a następnie ostrożnie i starannie naniosła specyfik na ranę, nie omijając niebieskich nitek, tak na wszelki wypadek. Robiła to powoli, żeby nie sprawić jeszcze więcej bólu, poruszyć krawieckim szkaradzieństwem – gwarantującym na bank bliznę – czy jakkolwiek zaszkodzić. Raz wymamrotała ciche, ale stanowcze „nie ruszaj nogą”, gdy Artemis poprawiła się na łóżku i po skończonym smarowaniu, zasłoniła rozciętą skórę opatrunkiem. Zrobiła mentalną notatkę, aby napisać do Heath’a z nową listą zakupów. Będą potrzebować więcej środków, jeżeli chcieli, aby rana zasklepiła się bez problemów. Czyli jeszcze skórzane pasy do krępacji kostek i nadgarstków. Yup, totally.

Artemis Danvers - 2018-04-08, 16:01

Rzuciła okiem na zawartość miski. Już teraz wiedziała, że było tego za dużo i nie ma szansy, żeby zjadła wszystko, bo i tak ją mdliło. Darowałaby sobie jedzenie w ogóle, gdyby nie wiedziała, że częściowo jej żołądek buntuje się z głodu, a z doświadczenia wiedziała, że potem jest tylko gorzej. Ostatni raz jadła burgera na obiad. Już w barze była głodna, ale darowała sobie zamawianie, przekonana, że dostalaby jakieś przeterminowane frytki z zamrażalnika, które mogłyby chcieć jej uciec z talerza, a te, które zdążyłaby zjeść, bez pudła by ją przyprawiły o zatrucie.
Nie, żeby teraz zatrucie mogło jeszcze zmienić cokolwiek na gorsze.
- Sage, na litość! - Wzdrygnęła się, kiedy kołdra zniknęła, bo może z początku chciała tylko zakryć bandaż przed wzrokiem dziewczyny, ale dalej trawiona gorączką skóra doceniała każdą warstwę. Teraz niepocieszona Artemis jedynie łypnęła spod oka i niezgrabnie manewrując jedna ręką, bo w drugiej dalej trzymała miskę, naciągnęła sobie kołdrę na plecy, słowem nie komentując pomocy ze strony dziewczyny, która uporała się z całym procesem odkrywania kołdrą w dwie sekundy.
Kiedy ruch przy nodze wzmógł nieznacznie ból, zacisnęła szczęki marząc o jakimkolwiek znieczuleniu, ni to brodząc łyżką w jedzeniu, ni obserwując kątem oka Sage. Rzeczą, na którą wcześniej nie zwróciła uwagi, a która teraz ją uderzyła, był fakt, że rana znajdowała się mniej więcej w połowie uda, przez co odwiązywanie bandaża wiązało się z częstym zaczepianiem wrażliwszych części jej nóg, dodatkowo drażnionymi przez delikatny dotyk dziewczyny. Nagle doceniła niezmiennie łupiący ból, który skutecznie uniemożliwiał jej skupienie się na czymkolwiek na dłużej.
- Wygląda nieźle - skwitowała, sięgając jedną ręką do nogi. Nie bezpośrednio do rany, ale lekko przesunęła palcami po nabrzmiałej, wrażliwej skórze. Nie wyglądało to dobrze w żadnej mierze, ale biorąc pod uwagę warunki zajęcia się tym oraz totalny brak doświadczenia Sage, to całość prezentowała się na naprawdę przyzwoitym poziomie.
Wolała nie myśleć, jak by to wyglądało, gdyby nie użyła swojej mocy i chociaż jeszcze wczoraj obiecała sobie, że ją za to przeprosi, to teraz po szybkim rzuceniu na Sage okiem, momentalnie z tego zrezygnowała. Nie będzie przepraszać za konieczność. (khm, tchórz, khm)
- Nikogo, nie ma potrzeby. Wygląda dobrze.
Wiedziala o tym niewiele więcej, niż sama Sage, ale nie zamierzała się nad tym cackać dłużej, niż potrzeba. Było zszyte, działało, wyśpi się i ruszy w dalszą drogę.
Chwilę jeszcze pomieliła łyżką w jogurcie, w końcu jednak wychyliła się lekko w stronę szafki, żeby odstawić tam miskę. Wymamrotała, że no przecież siedzi spokojnie i faktycznie, odchyliła się powoli do tyłu, kładąc na plecach i przymykając oczy, poddając się dotykowi dziewczyny.
- Sage - zaczęła zmęczonym głosem kiedy tamta zabrała się za opatrywanie jej dłoni - wszystko mnie napierdala, błagam, powiedz, że masz cokolwiek, co pomoże. Chociażby whisky - uchyliła powiekę, żeby zerknąć w dół na dziewczynę (cholera, nie miała siły się podnieść z powrotem do pionu, ale jak została o to poproszona to tylko prychnęła, że nie ma mowy, tu jest jej dobrze, zamiast się przyznać do tego, że nie jest w stanie tego zrobić).

Sage Ackerman - 2018-04-08, 18:40

Znowu miała wrażenie, jakby ktoś założył jej na barki ołowianą kurtkę. Czy każda wymiana zdań z Danvers musiała kończyć się skrajnie przeciwnym mniemaniem, doprawionym przewijanym między akcentami niemym wyrażeniem „daj se, kurwa, siana, lala”, kiedy kosa napotykała kamień?
- Nie wygląda. – westchnęła pod nosem zrezygnowana, starannie manewrując bandażem pod udem i z powrotem nad nim ostatnie dwa razy. Jednak tyle należało do Sage, bo nic innego nie miało prawa przejść w starciu z tą amazonką, przypominającą teraz trochę bardziej człowieka. Poza tym, naprawdę uważała, że przydałaby się fachowa opinia, to nie zwykłe otarcie po upadku z niskiego murka.
Zdecydowanie była w opozycji, ale w zasadzie kiedy nie stała po przeciwnej stronie barykady, nawet, jeżeli z Artemis się jako tako dogadywały? Psy nie wystarczyły jako jedyny przeciwnik, nie, kobieta musiała odnaleźć jeszcze upodobanie w zdecydowanym brnięciu pod prąd nawet w towarzystwie Ackerman, która już dawno powinna rzucić to wszystko w cholerę, a mimo to nie potrafiła.
- Zapomnij – odparła bez entuzjazmu w połowie ostatniego, kluczowego słowa w całym zdaniu. Brązowe tęczówki tylko na chwilę skonfrontowały się z nieprzychylnym spojrzeniem Artemis. – Dawałaś nad ranem gorzej niż gorzelnia, już wystarczy. – niech ten jej racjonalizm szlag jasny trafi, o wiele łatwiej byłoby zostawić Danvers z butelką Danielsa sam na sam, aby choć na moment zapanował względny spokój. Ta myśl zadziałała jej na nerwy, nawet czoło nachmurzyła. – Poza tym – ciągnęła dalej, zawiązując ostrożnie kokardę przy nadgarstku lewej dłoni, którą zaraz też jak gdyby nigdy nic wypuściła. A niech spada nawet na nogę. – Zachciało ci się szaleć to teraz masz za swoje – o tak, wiercenie dziury w (nie)całym było jej konikiem – Do szczęścia w tym dniu wariata już tylko potrzebuję, abyś się nawaliła albo wymieszała alkohol z proszkami. – głos wybrzmiał surowiej, o wiele chłodniej, niż miała w zwyczaju, gdy była zła, zwłaszcza, gdy tak ostentacyjnie wrzucała opakowania po gazikach z powrotem do apteczki, decydując się wysprzątać ją na dole, z dala od Danvers. – Mam wystarczająco swoich rzeczy na głowie, żeby jeszcze przejmować się tym czy cię zastanę na wpół żywą w moim domu po tej cholernej nocy, czy może całkiem wstawioną we własnym łóżku. - zatrzasnęła czerwone pudełeczko, aż podskoczyło na pościeli. Nawet nie zorientowała się, że jej oddech gwałtownie przyśpieszył, a szczęka zacisnęła. Whisky powoli wkraczało na listę rzeczy tabu, a wszystko przez zajechanie od wczoraj i choć bardzo chciała być teraz wyrozumiała, nie mogła przy tak pyskatym, denerwującym nastawieniu Artemis.
Zamknęła oczy. Spokojnie, Sage, spokojnie. To przecież normalne, a ty jesteś zwyczajnie wyczerpana przez brak snu i zabawę w paramedyka. Głęboki wdech, wydech... Wcale nie było lepiej.

Artemis Danvers - 2018-04-08, 19:38

Wywróciła oczami na wytknięcie tego, ile wypiła poprzedniej nocy, bo tego wcale nie było dużo - i Zeusowi dzięki, bo kto wie, jak by skończyła, gdyby miała opóźniony przez alkohol refleks. Gdyby nie dokończyła zawartości butelki w tej swojej DIY taksówce, to Sage nawet nie miałaby się do czego przyczepić, ale nie trzeba było geniusza, by wiedzieć, że podobny argument teraz nie pomoże.
Syknęła cicho, bardziej z zaskoczenia, niż bólu, kiedy dziewczyna gwałtownie opuściła rękę i zaraz odruchowo przygarnęła dłoń do klatki piersiowej. Ostatnie na co miała siłę, to wykłócanie się, po tym przeklętym prysznicu ledwo oddychała, a co dopiero mówić o reszcie. Czemu po prostu nie mogła zamknąć jadaczki?
- Jakby mi sięzachciało szaleć, to bym wjechała motocyklem w drzewo, nie wpisywałam starcia z nożownikiem w grafik na poprzedni wieczór - prychnęła, bo może kiedyś spróbuje być cicho, ale to najwyraźniej jeszcze nie jest ten dzień.
Jeszcze ten przeklęty motocykl i torba leżąca w motelu. Dobrze, że miała zapłacone za trzy dni z góry, nie musiała teraz się tym przejmować i do „przejmować” zaliczało się wspomnienie o tym Sage, bo czuła, że kolejne dwa dni prędzej prześpi, niż dokuśtyka się do zajazdu.
- Chwilowo nie mam z czym go mieszać - mruknęła pod nosem, zupełnie jakby umykała jej cała reszta przekazu, od pozostałej części zaczynając, a na tonie dziewczyny kończąc. Artemis dalej leżała z zamkniętymi oczami, zupełnie jak wcielenie cholernej oazy spokoju. W rzeczywistości żadnym wcieleniem spokoju nie była, mało czym była teraz, poza obolałym kawałem mięsa z niepowstrzymaną potrzebą wkurzania wszystkich dookoła. Zdawała sobie sprawę z tego, jak na wpływa na dziewczynę, a mimo tego nie do końca potrafiła się przestawić na tryb potulnego szczeniaka.
Czy normalnie funkcjonującej jednostki w społeczeństwie.
Nie, z jakiegośpowodu im gorzej jej było z samą sobą przez swoje zachowanie, tym gorzej się zachowywała. O ironio.
Ostatnie zdanie też ją kopnęło i w końcu otworzyła oczy, kiedy w pokoju zapadła cisza. Jej wzrok przesunął się po sylwetce dziewczyny w dół i z powrotem w końcu na dobre zatrzymując się na wyczerpanej, skrzywionej nieprzyjemnie twarzy. I gdzieś w środku wiedziała, że powinna odpuścić. Przeprosić, a jeśli nie to, to przynajmniej zostawić to bez komentarza i zwinąć się pod kołdrą, bo przynajmniej śpiąca nie będzie pogarszać sytuacji.
- Mam zejść do piwnicy, żeby było ci łatwiej?
To by było na tyle, jeśli chodzi o niepogarszanie sytuacji. Pytanie było ni złośliwe, ni retoryczne, ni chuj jeden wie co, ale padło sugerując, że to tylko zajmowanie łóżka jest tutaj problemem.
- Nie ruszę alkoholu, dopóki tu jestem. - Dodana obietnica była niecierpliwa, rzucona trochę na odczepnego, zanim Sage zdążyła zareagować na poprzednie słowa.
Danvers bardzo się nie podobało, że w całej tej wymianie zdań leży w najbardziej bezbronnej ze wszystkich pozycji i zacisnęła zęby, żeby podciągnąć sięz powrotem do siadu, z niemałym trudem wciągnąćnogi na materac i zaraz opaść na bok, na poduszkę. Nadal ją mdliło, ale jużnie była pewna, czy z powodu stanu fizycznego jako takiego, czy przez to, co właśnie wyprawiała, nie potrafiąc się powstrzymać.
Ostatnie zdanie było jednak najmilszym „przepraszam” na jakie było ją stać i chociaż wiedziała, że zaraz może wylecieć z łóżka przez okno to było jej w tym momencie bardzo wszystko jedno na wszystko. Niech ją wywalą przez okno, przynajmniej będzie spokój.

Sage Ackerman - 2018-04-08, 20:29

Gdzieś ta gorycz musiała znaleźć ujście, przecisnąć przez szczeliny generalnie całkiem nieźle utrzymywanej do tej pory fasady stoickiego spokoju. Każdemu zdarzał się gorszy dzień, tydzień, miesiąc czy życie. Na chwilę obecną to tylko jedna noc i część dnia w plecy mogłaby zapisać na po stronie tych nieudanych. Jeśli tylko odpocznie, a zbliżająca się godzina trzynasta miała nastąpić dopiero za kolejne sto osiemdziesiąt minut, powinno być lepiej. Ta perspektywa dodawała trochę otuchy.
Ledwo otworzyła usta, a obietnica tymczasowej abstynencji zderzyła się z kąśliwą uwagą, która nie uciekła na zewnątrz, podyktowana podniesieniem ciśnienia. Przez chwilę tylko podejrzliwie wodziła wzrokiem po twarzy Artemis, ostatecznie dając za wygraną, gdy znowu potarła czoło dłonią i przejechała językiem po zębach.
- Nie, zostań tu – brzmiała tak, jakby robiła jej łaskę, więc prędko dodała: – Na dole jest zimno. Masz temperaturę. – musiała o tym przypomnieć samej sobie jeszcze raz, aby faktycznie w afekcie nie wywalić Danvers na dół. To nadal człowiek, posiniaczony, poharatany, pobity i zmęczony. W ostatecznym rozrachunku, Sage miała całkiem nieźle ze swoją migreną i tępym, trochę stłumionym bólem głowy, który nie przemijał od momentu zostawienia Artemis na górze na pierwsze trzy godziny snu.
Zeszła z łóżka, wsuwając apteczkę pod pachę, byle mieć jedną rękę wolną, gdy sięgnęła jeszcze po stary, czarny koc, który służył do tej pory jako wygodne siedzisko na krześle. Bez słowa skierowała się do drzwi, w duchu nie pragnąc niczego innego, jak tej krótkiej drzemki na kanapie w salonie, której potrzebowała przed pracą. Zatrzymała się w progu. Wyrzuty sumienia… Ile razy jeszcze będą jej uprzykrzać życie? Czasami naprawdę była zazdrosna o podejście Danvers do błahych spraw.
- Powiem Heath’owi, aby ci przyniósł coś przeciwbólowego, gdy już wróci – zerknęła przez ramię, trzymając wolną ręką za klamkę, jakby tylko to ją powstrzymywało od opuszczenia pokoju z buntowniczą kobietą po trzydziestce. – Połóż ręcznik na czoło, zanim zaśniesz. – kiwnęła głową na pozostawionego, puchatego jegomościa, który leżał przy parapecie, czekając na powrót tymczasowej właścicielki, odkąd zeszła na dół doprowadzić się do jako takiego stanu używalności i wyszła z pokoju, przymykając drzwi.
Zeszła na dół, czując każdy centymetr sześcienny mięśni, każde pojedyncze włókienko, kiedy opadła na kanapę, jak kłoda. W myślach powtarzała na przemian, aby zmienić koszulkę pracowniczą, żeby nie pognieść jej przed pracą i o dodatkowych opatrunkach z apteki w drodze powrotnej. Próbowała natomiast ze wszystkich sił nie zastanawiać się nad losem mutantki tkwiącej piętro wyżej, gdy przekręciła się dwa razy, a kiedy pozorny spokój i sen zaczęły nadchodzić, budzik nakazał powstanie. Już minęły dwie godziny? Ledwo zmrużyła oko. Przed wyjściem nasłuchiwała dźwięków z góry i gdyby nie ten pozostawiony na podłodze w łazience ręcznik, stwierdziłaby, że pojawienie się Artemis to po prostu pokręcony sen, który nie miał miejsca w świecie jawy.
Zabrała torbę, ubrała kurtkę i melancholijny przemarsz wojsk do dzielnicy Downtown rozpoczął się wraz z wyjściem na oślepiające, przyjemnie grzejące słońce. Dom nie spłonie przed jej powrotem, o ile brat nie zdecyduje się spełnić przedziwnych zachcianek Danvers, jak zrobienie frytek czy odpalenie papierosa nad kuchenką.
Zatrzymała się przy pierwszym skrzyżowaniu, wyciągając z bocznej kieszonki kurtki mały kartonik Wstrząsnęła opakowaniem i dwa cienkie papierosy mentolowe pojawiły się u wylotu. Ile minęło od ostatniego palenia? Trzy tygodnie? Wystarczająca przerwa, zasłużyła na jednego po tym szalonym poranku.

Artemis Danvers - 2018-04-09, 10:26

Wzmianka o czymś przeciwbólowym sprawiła, że w Artemis zawyła ochota, by wyciągnąć dzieciaka ze szkoły, by jak najszybciej wrócił do domu, ostatecznie jednak nie miała ani kontaktu z nim, ani - ku ścisłości - z kimkolwiek innym, biorąc pod uwagę fakt, że jej telefon pewnie znajdował się daleko poza jej obecnym zasięgiem. Może gdzieś w okolicy worka, do którego Sage wrzuciła resztki spodni. Danvers jedynie przeszła przez myśl nadzieja, że obok telefonu znajdują się kluczyki i ta reszta gotówki, która jej została po poprzednim wieczorze i że naprawdę będzie musiała ten temat poruszyć przy następnej okazji.
Telefonu i gotówki potrzebowała, ale strata kluczy poważnie zaboli.
Zasnęła niedługo po wyjściu Sage. Ręcznik został na parapecie.
Nie wiedziała, jak długo spała. Przebudziła się raz, kiedy Młody wszedł do pokoju - musiał narobić sporo rabanu, żeby ją obudzić - i dał jej proszki, które przełknęła z wdzięcznością, darowując sobie popijanie czymkolwiek i chociaż dzieciak jeszcze próbował jej cośpowiedzieć, to zasnęła znowu tuż po przyłożeniu głowy do poduszki. To był pierwszy dzień od wielu lat, kiedy tak bezproblemowo zasypiała i trudno powiedzieć, czy to kwestia tak bliskiego wykrwawienia się nad ranem, czy tego, że czuła się tu bezpiecznie-…j, niż w innych miejscach.
Drugi raz przebudziła się w środku nocy. Z początku zdezorientowana potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie wszystko, co się działo wcześniej i gdzie się znajduje, a kiedy nie udało jej się zasnąć z powrotem, uniosła się do pionu, by sięgnąć do szafki po tabletki. Ledwo się powstrzymała przed wzięciem jednej za dużo. Dopiero wtedy zarejestrowała, że ktoś położył jej, teraz już ledwie wilgotny, ręcznik na czole, który cicho opadł na pościel obok. Na kołdrze spoczywała dodatkowa warstwa, a ubrania, w których była, były przepocone, więc strzelała, że w ciągu ostatnich godzin gorączka jej znowu podskoczyła, ale nie pamiętała, żeby poprosiła kogoś o jeszcze jeden koc.
Rozejrzała się dookoła, ciesząc się, że w pomieszczeniu nie panuje całkowita ciemność, dzięki światłu z ulicy. Nie czuła się najlepiej, kiedy nie mogła nic zobaczyć, paranoja dawała jej się w takich chwilach we znaki. Przesunęła wzrokiem po wiszących nad łóżkiem zdjęciach i chociaż z początku niektóre wywołały u niej mimowolny uśmiech, to szybko przeszła do nieprzyjemnego poczucia naruszania prywatności Sage i nie tyle chodziło tutaj o przyglądanie się fotografiom, ile o fakt, że była w jej pokoju. Gdzie w ogóle spała dziewczyna?
Uniosła dłoń, żeby przetrzeć twarz dłonią, ale dotyk szorstkiego materiał opatrunku na skórze odwiódł ją od tego pomysłu, więc zamiast tego Artemis westchnęła ciężko i podjęła, nadal frustrująco bolesną i powolną próbę ściągnięcia bluzy przez głowę. Próbę, bo potrzebowała dwóch podejść, nim w końcu jej się udało. Chłód na nagle odsłoniętym ciele nie był przyjemny, ale zdecydowanie wolała go od przepoconych ubrań.
Rzuciła bluzę w nogi łóżka, uznając, że to na chwilę obecną wystarczy i ostrożnie opuściła stopy na ziemię. Mnąc w ustach przekleństwa podniosła się do pionu, próbując jakoś przekuśtykać do szafy, z której wyciągnęła pierwszą lepszą koszulkę - cokolwiek na zmianę. Przez chwilę chciała zatrzasnąć drzwi i wrócić do łóżka, ale bałagan, który zrobiła na półce podczas poszukiwań patrzył oskarżycielsko, więc z cichym stęknięciem zabrała się za układanie go na nowo.
Koszulka musiała być za duża na Sage, bo na Artemis była w sam raz. Brakowało jej jeszcze… bingo. Jakaś zagubiona gumka do włosów leżała na biurku; musiała je spiąć, że kosmyki paliły jej się do rozpalonej skóry. Ruszyła zranioną nogą, chcąc znowu się na niej oprzeć, tym razem jednak noga odmówiła posłuszeństwa, boleśnie ugięła się pod ciężarem i Artemis poleciała na krzesło, boleśnie łupiąc zdrowym kolanem w ziemię, w ostatniej chwili podpierając się na nim rękami i kurwa, mogła poczuć, że jeszcze nie do końca zasklepione rany otwierają się na nowo. Zacisnęła oczy, starając się nad sobą zapanować i po paru sekundach podciągnęła się na oparciu krzesła, by znowu wrócić do pionu. Złapała tę nieszczęsną gumkę i zaraz używając siedzenia jako podparcia, wróciła w dwóch bardzo niezgrabnych susach do łóżka, gdzie wykończona ledwie nasunęła na siebie kołdrę i bezskutecznie spróbowała zebrać włosy do kupy - obolałe ramiona jednak nie chciały współpracować, a dłonie piekły mocniej przy próbie jakiegokolwiek manewru.
Miała szczerą nadzieję, że nikogo nie obudziła tym rabanem, ale nadzieja nie trwała długo, bo zaraz w drzwiach zamajaczyła jej sylwetka Sage, a zapalone bez uprzedzenia światło oślepiło Artemis na chwilę.
Szlag by to wszystko.
- Przepraszam, nie chciałam… wracaj do spania. - Potrzebowała przerwy w połowie, bo jej głos brzmiał niezwykle płaczliwie, ale nic nie mogła poradzić na to, że miała tak piekielnie dość. Dość tego, że nawet nie może związać głupich włosów, bo wszystko ją za bardzo boli i dość tego, że ciągle stawia na nogi Sage, która wyglądała, jakby została wyciągnięta z grobu. Nie powinno jej tu w ogóle być. - Musiałam zmienić koszulkę. Nie chciałam cię obudzić. Nic się nie stało - dodała jeszcze trochę bełkotliwie, zamykając oczy, by zapanować nad sobą i kolejną falą przekleństw.

Sage Ackerman - 2018-04-09, 15:04

W trakcie wyjątkowo spokojnej kolacji z bratem, zastanawiała się czy w podobny sposób wyglądały dni dla ich mamy. Czy też gnała po pracy, ile sił w nogach, aby upewnić się, że dom jeszcze stoi a uparte dziecko nie wyszło na dwór z gorączką? Obrabowywała aptekę z dobrodziejstw, zostawiając plik kilku dolarów, aby nie zabrakło lekarstw i opatrunków, kiedy działo się coś złego? Pamiętała to jak przez mgłę i bardziej, jako widz, bo jakimś cudem choroby trzymały ją na dystans, odnajdując upodobanie w dręczenie najmłodszego Ackermana. Ile razy widziała matkę siedzącą przy jego łóżku późno w nocy albo wstającą, jak na warcie, w regularnych odstępach czasu? Już ją przypominała? Zważywszy, że leżała w łóżku rodziców, pochłonięta płytkim snem, który i tak musiał przypomnieć o Phillis w momencie, gdy była najbardziej bezbronna. Cały ten dzień, noc obecne i poprzednia, wyglądały jak pasmo wyjątkowego pecha, o jakiego wcale się nie prosiła. Chciała tylko odpocząć po próbie, mając w umyśle perspektywę jutrzejszego, ciut lżejszego planu zajęć, lecz zwątpiła czy faktycznie tak będzie.
Raban wyrwał ją z nieprzyjemnych wizji, nawiedzających zmęczony umysł. Zdezorientowana rozejrzała się po pokoju rodziców, nie dostrzegając jednak niczego, co mogłoby znacznie różnić się od tego, co zastała wieczorem, więc źródło hałasu nie pochodziło ani spod łóżka, ani szafy, gdzie potwory rezydowały. Zrzuciła kołdrę i bosymi nogami podreptała na ciemny korytarz, nie dostrzegając jednak żadnego kształtu. To nie włamywacz. Zostały dwie opcje i intuicja mówiła, że nadszedł ciąg dalszy powtórki z rozrywki.
Wpadła do pokoju, od razu uderzając włącznik na przywitanie, a skulona przez oślepiające światło postać pojawiła się na łóżku, jak gdyby faktycznie nigdy nic się nie wydarzyło. Czy to nie koszulka… Tak, to ta.
Zmrużyła lekko zaszklone oczy, a zorientowawszy się że coś w nich wezbrało, zatrzepotała kilka razy powiekami i… spokojnie odetchnęła, układając usta w płaską linię. Jak Phillis to robiła bez mrugnięcia i z takim poświęceniem, pozostawało dla córki Ackermanów zagadką, ale widząc oraz słysząc sposób w jaki prezentowała się ta dumna, brawurowa kobieta, chyba zaczynała pojmować przynajmniej część matczynego instynktu. Z tą różnicą, że zajmowała się starszą o prawie dekadę od siebie, plującą jadem i pijącą alkohol mutantką, a nie własnym dzieckiem. To nie robiło różnicy.
- Uhm... - głos zawahał się krótko, więc natychmiast odchrząknęła. Gula w gardle i tak została. - I tak miałam przyjść zmienić ci okład za… - zerknęła na nadgarstek, zaskoczona, że nie ma na nim zegarka. Dotknęła miejsca, gdzie powinien być. Wczoraj wymieszało się z dzisiaj skutecznie. – W każdym razie, niedługo. – mruknęła apatycznie i zamknęła za sobą cicho drzwi, mając niespożytą ochotę pokręcić głową z politowaniem dla samej siebie. Szczęśliwie, bardziej poturbowana przez los osoba wystarczająco odpędziła Sage od tego pomysłu. Blada twarz mieniła się drobinkami potu, a spocona bluza, tkwiąca w nogach łóżka, mówiła sama za siebie, podobnież ta ściskania w dłoni gumka do włosów. Leki zaczynały działać, temperatura tymczasowo opadła po nagłym wzroście. Mały sukces, który nawet ją ucieszył gdzieś tam w środku.
W pomieszczeniu było gorąco, więc podchodząc do łóżka, poruszyła luźną, białą koszulką, zapamiętując, aby wywietrzyć przed wyjściem. Jednak zamknięcie drzwi nie było takie znowu najmądrzejsze.
Usiadła za Danvers ostrożnie i wyciągnęła rękę nad jej ramieniem, ruchem palców sugerując, aby oddała cienką gumkę, co o dziwo tym razem nie napotkało aż tak wielkiego oporu, jak do tej pory. Pewnie, ostatecznie sama musiała ją zabrać z opatulonej białymi opatrunkami dłoni, ale poszło znacznie sprawniej.
Powoli zaczesała palcami gęste, ciemne włosy, które po prysznicu i ekstremalnych warunkach gorączkowych przypominały bardziej fale Dunaju, najpierw z lewej strony, potem z prawej. W ciszy podzieliła sekcje na trzy i zaczęła pleść płaski warkocz, w odpowiedzi na ewentualne psioczenie rzucając tylko „to albo dredy”, gdzie do tego drugiego wcale nie było tak znowu daleko, jeżeli Artemis wyleży odpowiednio długo w łóżku z temperaturą, przewracając z boku na bok.
- Powinnaś zmierzyć temperaturę – nie musiała mówić głośno, znajdowała się praktycznie zaraz za Danvers. – Tak na wszelki – i wtedy chłodną dłoń przyłożyła do jej spoconego karku, na moment przerywając zaplatanie. Podumała krótką chwilę. – Ale chyba teraz jesteś najzimniejsza.…ą suką. (that’s what she said) zauważyła łagodnie i powoli dokończyła warkocz, trzema sprawnymi ruchami mocując gumkę na końcu. - Done - ogłosiła z niewielką dumą, przekładając sznur ciemnych włosów do przodu, aby sama mogła ocenić. - To ci ułatwi sprawę na jakiś czas.

Artemis Danvers - 2018-04-09, 16:13

Gumkę oddała bez słowa, nie odrywając zmarnowanego wzroku od ziemi, chociaż zgarbiona sylwetka wyprostowała się nieznacznie, kiedy dłonie Sage zaczęły palcami przeczesywać skołtunione włosy. Nawet głowa została lekko odchylona do tyłu, poddając się dotykowi.
- Nie jestem gówniarą, żeby nosić warkoczyki - rzuciła niechętnie, kiedy poczuła, że dziewczyna kombinuje coś więcej, niż zwykłe związanie wszystkiego w kok, nie protestowała jednak więcej. Zawsze lubiła jak ktoś bawił się jej włosami, chociaż w gruncie rzeczy mało kto o tym wiedział. Kiedy był ostatni raz, jak ktoś to robił? Dwa lata temu podczas tych paru tygodni, które spędziła z Sam, zanim od niej zwiała? To były jedne ze spokojniejszych dni w jej „mutanckim” życiu i wśród całej tej beztroski było między nimi dwiema trochę czułości, ale czy na tyle, by Artemis dzieliła się takimi pierdołami, jak „lubię, kiedy ktoś mnie czesze”? Nie pamiętała, ale chyba nie, obstawiała, że ostatnią tak bliską osobą był Fisher, jeszcze w czasach, kiedy wszystkie problemy z mutantami jej nie dotyczyły bezpośrednio. Cholera, nie miała pojęcia, kiedy ostatni raz była wystarczająco blisko z kimś, choćby w przyjacielskiej relacji, by sobie pozwolić na takie gesty. Ponownie bezwiednie uniosła rękę do góry, by przetrzeć twarz i ponownie opuściła ją na kołdrę.
- Rozgościłam się w twojej szafie, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko - Przerwała ciszę cicho odchrząkując przy okazji. Bywały chwile, kiedy nie lubiła ciszy i to była jedna z nich. Teraz, kiedy czuła się odsłonięta i miała wrażenie bycia tak bardzo… nie u siebie, stanowienia balastu w życiu wymęczonej dziewczyny.
Poruszyła ramionami, kiedy dłoń niespodziewanie spoczęła na jej szyi i cicho westchnęła, bo chłodny dotyk był naprawdę przyjemny. Jej wymęczona głowa, poruszona przez wspomnienie ciepłych chwil z Rybem, uruchomiła podstawowe instynkty i teraz domagała się odchylenia się do tyłu i oparcia o dziewczynę w poszukiwaniu bliskości. Jak dzieciak, ech. Wywróciła oczami na samą siebie i pozostała w niezmienionej pozycji, jedynie mrucząc „cieszę się” w odpowiedzi na werdykt.
Krótkie zerknięcie na warkocz przywołało wspomnienie jednego wieczoru z Fisherem, kiedy tamten uparł się, że nauczy się wiązać jej włosy (nie pamiętała już czemu temat w ogóle pojawił się na tapecie) i zmusił ją do siedzenia w miejscu przez kolejne dwie godziny, które spędziła głównie popijając piwo, oglądając jakiś film i śmiejąc się z jego nieudanych prób. Przerzucenie włosów przez ramię ze słowem „done” było dokładnie tym samym, co zrobił wtedy mężczyzna, chociaż w jego głosie było o wiele więcej radości i dumy. Szczęśliwe czasy.
Obróciła się do tyłu (poobijany tułów zaprotestował), by podziękować, ale kiedy spojrzała na Sage, coś w niej drgnęło na widok jej wyrazu twarzy. Zmarszczyła lekko brwi, starając się ocenić jakie konkretnie emocje się na tam odmalowują, ale wyraźne zmęczenie utrudniało osąd. Nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że patrzy dokładnie na to, co czuje i zdurniała, nie wiedząc, czy projektuje własne uczucia, czy nie.
- Coś się stało? - Zdawało się być lepszym pytaniem, niż idiotyczne „czy wszystko w porządku”, które zwykle się zbywało, nawet jeśli w porządku nic nie było.
Ostrożnie pochyliła się do przodu i podparła na mniej poranionej ręce, żeby odrobinę się przesiąść, bo dłuższe zerkanie przez ramię na dziewczynę było nieprzyjemnie bolesne.
Zdusiła w sobie godną żałosnego milenialsa myśl, że całe jej życie było nieprzyjemnie bolesne.

Sage Ackerman - 2018-04-09, 17:42

Burek powrócił, a już zaczynały tę noc dobrze. Całą atmosferę szlag trafił.
- Zauważyłam.
Jedno słowo, nic więcej, tyle wystarczyło, aby zapewne dać Danvers zielone światło do grzebania w jej szafie. I faktycznie, nie miała nic przeciwko, bo nie posiadała nic do ukrycia. Żadnych zabawek erotycznych, sekretnych szkatułek z narkotykami, nielegalnej broni czy pliku wypranych pieniędzy – nic. Tylko stos ubrań dostosowanych do jej wieku, rozmiaru z wyłączeniem tej jednej, feralnej koszulki, którą akurat przypadkiem miała na sobie Artemis i leżała na niej, jak ulał, dumnie prezentując ikonę soft rockowego geniusza Prince'a z napisem "Purple Rain Tour '85". Powinna ją zakopać pod stosem wszystkich starych rzeczy albo wynieść do piwnicy - ubranie, nie Danvers, chociaż jedno i drugie wychodziło prawie na to samo.
Niepewnie ściągnęła brwi w pytającym wyrazie, gdy padło pytanie zamiast sugestii, aby już wyszła, czego szczerze oczekiwała. W ogóle, przejaw przejmowania się innymi był rzadkością. Powinna już zapisać tę datę w kalendarzu? „Awanturniczka ma przebłyski ludzkich odruchów – koniecznie sprawdź czy dostała dobre leki
- Kiepski sen – skłamała jak z nut do The Waitress, które dzisiaj otrzymała od dyrektora. – Przeszło. – wzruszyła ramionami dla efektu, ale wcale nie było lepiej. Im dłużej patrzyła na tę koszulkę, tym bardziej miała ochotę wyjść, a jednak… - Nie miewasz czasami takich? Choćby teraz? – przechyliła delikatnie głowę w bok, skutecznie markując własne oszustwo. Szkoła aktorska robiła swoje. – W gorączce często dziwne rzeczy się widzi. – dodała jeszcze, jakby to miało nadać więcej wiarygodności i złapawszy za kawałek odsłoniętej kołdry, palcami potarła dyskretnie materiał. Trochę wilgotny, jeszcze musiał pamiętać dreszcze Artemis. Wystarczy, że obróci pościel na drugą stronę i sprawa załatwiona.

Artemis Danvers - 2018-04-09, 18:35

- Koszmar? - dopytała, bo użyty epitet nie musiał odnosić się przecież do jakości snu.
Jej wzrok przesunął się jeszcze raz po twarzy dziewczyny, a w głowie pojawiło się pytanie, czy Sage każe jej spadać, zbagatelizuje temat, czy może przytaknie. Po części spodziewała się opcji numer dwa, chociaż bez względu na to, jaka odpowiedź by nie była, Artemis liczyła na to, że będzie ona szczera (chociaż szatan jeden wiedział, że na to nie zasługiwała). Chciała mieć pewność, że nic się nie dzieje, a jeśli jednak - to sprawdzić, czy może jakoś pomóc. Bo zwyczajnie lubiła dziewczynę, bo czuła się zobowiązana, bo musiałaby być bezduszną suką, żeby nie okazać cienia zainteresowania stanem osoby, która uratowała jej życie. Niepotrzebne skreślić. Mogła być chamskim i złośliwym tworem, ale nie była też całkowicie niedostosowana do życia w społeczeństwie.
Chwilęzwlekała z odpowiedzią, bo coś w niej zaśmiało się cynicznie i zapytało, czy istnieje w ogóle coś takiego jak nie-kiepski sen. Bezproblemowo zasypiała jedynie wtedy, kiedy zapiła mordę, a i to wtedy wymagało chwili. Od wielu miesięcy sypiała lekko, budząc się kilkukrotnie w środku nocy i rano potrzebowała czasu, kawy i cierpliwości otoczenia, żeby się rozbudzić (a nie skończyć z twarzą rozpłaszczoną na ścianie, bo chociaż zwykle znosiła je w ciszy nie wadząc nikomu, to potrafiła być nieznośna, kiedy w grę wchodził kac, brak kawy albo za duża ilość pytań od osób trzecich).
- Zdarzają się - zgodziła się w końcu, spuszczając wzrok na zabandażowane dłonie i ruszając nimi na próbę, przyglądając się małym plamkom krwi, które pojawiły się w miejscach zranionych podczas upadku. Nie czuła się sama ze sobą lepiej ani na jotę. Może dlatego teraz ciągnęła rozmowę z Sage? Żeby skupić się na tym, a nie na tej bezsilnej złości na cały wszechświat, jaka ją wypełniła przed paroma minutami i ciężko zaległa na klatce piersiowej? Westchnęła, łapiąc sięna myśli, że zwyczajnie nie chce zostawać sama. Nie pozwalała sobie często na podobne refleksje i w myślach kierowała do samej siebie „weź nie pierdol”, ale teraz była na to zbyt wyczerpana (fizycznie i psychicznie).
- Ale nie teraz, spałam jak zabita, a przynajmniej nie pamiętam, żebym się budziła - dodała, lekko poruszając ramionami i unosząc wzrok z rąk na twarz Sage. - Najwyraźniej zakrwawienie połowy twojej łazienki wykończyło mnie skutecznie. Przepraszam za to. Za cały ten burdel. - Jej wzrok zatrzymał sięna bluzie i koszulce rzuconych na ziemię, bo chociaż nie referowała tylko do chaosu, do jakiego do tej pory doprowadzała każde pomieszczenie, w którym ją zostawiano, to ubrania z pewnością też się do przeprosin zaliczały. A może powinna dziękować, zamiast przepraszać?
Ech, emocjonalne pierdolenie, w którym już dawno straciła wprawę.
Ponownie spojrzała na dziewczynę, która co i rusz wracała wzrokiem do wybranej przez Artemis koszulki. Uniosła brwi i lekko trąciła podwinięte kolano Sage wierzchem dłoni.
- Gapisz mi się na cycki. - Wytknęła ze słabo uniesionym kącikiem ust, bo z podobnymi uwagami czuła się o wiele bardziej komfortowo.

Sage Ackerman - 2018-04-09, 19:19

Poruszyła głową w zaprzeczeniu, bo choć nie mówiła ze swojej perspektywy o faktycznym śnie, niektóre obrazy czy refleksje mogły wydawać się koszmarne. Rozmyślanie o matce w chwili całkowitego wyczerpania nie należało do tej kategorii, ale zdecydowanie nie było też przyjemne. Kiepskie, jak to ładnie określiła i w tym akurat tkwiła cała prawda.
Dopiero gdy Artemis zwróciła sama uwagę na własne dłonie, dziewczyna zauważyła drobne, czerwone punkciki. Nawet na chwilę nie można jej zostawić samej. Spasuje z tym do jutra. Nic się nie stanie, krew zakrzepnie, a dopóki prawie fachowo wykonane opatrunki nie będą przeciekać w drastyczny sposób, nie było sensu katować i tak zmordowanych rąk. Mięśnie przedramion z wolna się skurczyły i odpuściły, kiedy pomyślała o tym, jak te rany cięte musiały boleć w momencie ich zadania. Rzeczywistość wojny Bractwa z rządem spływała czerwienią, a po ostatnim marszu pokoju, który określono atakiem terrorystycznym, zrzucając całą winę na mutantów, nie wyglądało na to, aby prędko sprawy miały ulec zmianom.
Wyprostowała się trochę jak surykatka z rosnącym wewnątrz niej szokiem. Czy ona właśnie przeprosiła? Naprawdę użyła tego słowa na „p” i w dodatku nie zrobiła przy tym zdegustowanej miny? Zmiana planów, cokolwiek Artemis zażyła wcześniej, powinna brać to częściej.
- Nie ma sprawy. – założyła kosmyk włosów za ucho, szukając jakiegoś haczyka, ale postawa Danvers tym razem chyba naprawdę zakładała szczere przeprosiny. Pomalowała łazienkę na czerwono, podniosła skutecznie ciśnienie i zajęła pokój, a jednak Sage mogła puścić wszystko mimo uszu oraz oczu, bo właśnie nadeszła przełomowa chwila. Utkwiła wzrok w purpurowej twarzy Prince’a na koszulce, nie powstrzymując lekkiego uniesienia kącików ust. Cieszyła się, jak nieśmiałe dziecko w lunaparku, które dostało właśnie obiecaną watę cukrową. Zaskoczyła ją na tyle pozytywnie, że zdołała odpłynąć chwilowo, aż tknięcie w kolano przywróciło dziewczynę na ziemię.
Poruszyła szybko powiekami, uśmiech zniknął, gdy spojrzała na nią z ewidentnym „co?”, dopóki nie dotarły do niej słowa Artemis. Prychnęła, odwracając głowę w bok z rozbawieniem i objęła się jedną ręką, łapiąc za bark.
- Powiedziałabym, że jest na co, ale wtedy miałabym tylko na myśli jego – podłapała bezczelną szczerość, wskazując brodą na wokalistę. – Ale hej, wykonują świetną, optyczną iluzję – sięgnęła do krawędzi koszulki i pociągnęła ją lekko w swoim kierunku, napinając materiał. – Widzisz? Sprawia wrażenie, jakby miał większe oczy od reszty twarzy. A te brwi? – uśmiechnęła się szerzej, zabierając palce i Purple Rain wróciło na swoje miejsce. To było tylko odrobinę śmieszne, ale w jakiś sposób nadało odrobiny lekkości w ich zbyt ciężkiej atmosferze, ciągnącej się jak flaki z olejem od wczoraj. – Osiemdziesiąty piąty, koncert w Nashville – mruknęła z lżejszym wyszczerzem, układając podbródek na kolanie dla wygody. – Należała do mojej mamy. Ponoć pojechała w niej do szpitala, gdy się rodziłam. – zamilkła na moment, brązowe tęczówki znowu stały się nieobecne, a w następnej chwili Sage zaśmiała się pod nosem, przytulając policzek do kolana. – Miałam być z października, ale tak wyszło, że miesiąc wcześniej mama wstała w nocy i zobaczyła, że pralka wyjechała na środek łazienki. Wiesz, to były jeszcze te stare z kółkami, okrągłe – ręką nakreśliła kształt w powietrzu dla wizualizacji – więc wystarczyło ją popchnąć, aby wróciła na miejsce. Była tak uparta, że nie poczekała do rana na powrót ojca ze zmiany z tym. Frania trafiła znowu pod ścianę, a mamie odeszły wtedy wody. Od tamtej pory byłam znana w rodzinie, jako cudowne dziecko z pralki. – niemożliwe? A jednak i nieważne, ile razy o tym opowiadała, za każdym razem ta historia bawiła ją tak samo, po czym następowała chwila smutnej nostalgii i ponownego godzenia z rzeczywistością.

Artemis Danvers - 2018-04-09, 19:59

Wywróciła z rozbawieniem na kwestię o świetnej iluzji optycznej i znowu się przesunęła, tym razem dalej, tak, żeby oprzeć się plecami o ścianę, ostrożnie wyciągając przed siebie nogi i zakrywając je kołdrą. Proszki robiły swoje, ciało już nie paliło żywym ogniem przy każdym najmniejszym ruchu. Wrażliwsze miejsca tępo pulsowały i noga nie dawała o sobie zapomnieć, ale poza tym było niebo lepiej, niż po pierwszej pobudce. Teraz mogła się całkiem skupić na dziewczynie, której słuchała w ciszy, nie licząc może jednego stęknięcia, jakie jej się wyrwało podczas przypilnowania, czy nie ściągnie przez przypadek lampek, bądź któregoś ze sznurków ze zdjęciami.
- Nie wiedziałam, że łapiękawał sentymentu, mam znaleźć cośinnego? - zerknęła jeszcze raz w dół na koszulkę, której nie poświęciła wcześniej uwagi, poza samym sprawdzeniem rozmiaru. Nie słyszała w głosie dziewczyny pretensji, ani wyrzutu, ale hej, skoro już przeprosiła to mogła też zadać pytanie emocjonalnopodobne. Taki z niej dobry gburek, zasłużyła na kość w nagrodę. Gdzieś w połowie historii odchyliła głowę do tyłu i przymknęła oczy, ot, starając się rozluźnić.
Wydała z siebie rozbawiony pomruk, kiedy usłyszała o cudownym dziecku z pralki i uchyliła powieki, by zerknąć na dziewczynę, zaraz uśmiechając się trochę szerzej, nie do końca nieświadomie swoją drogą, na widok tak ciepłego wyrazu twarzy.
- Po niej masz upór? - pytanie częściowo retoryczne. Nie wiedziała na ile Sage faktycznie była uparta, ale chociażby w ciągu ostatniej doby wykazała się tą cechą raz, czy dwa. - Co się właściwie stało?
Wiedziała, że rodzeństwo jest głównie samo. Słyszała zdawkowe informacje o ojcu-policjancie, którego nie ma, wiedziała, że to Młody trzyma tutaj jeszcze dziewczynę i że matka nie żyje, ale nie znała dużo więcej szczegółów. Nawet nie wiedziała jak długo cała sytuacja trwa, nigdy nie miała ani czasu, ani okazji wnikać - zwykle z mutantami to było tylko "dzień dobry, ja po towar, do widzenia", a jak sama potrzebowała schronienia, to siedziała cicho i burkliwie z telefonem, czy alkoholem, zaś rozmowy dotyczyły głównie polityki, czy sytuacji w mieście. Czasem historii o innych mutantach, ale do tej pory nigdy nie pojawiło się nic osobistego.

Sage Ackerman - 2018-04-09, 20:52

- Nie, nie – zaprzeczyła krótkim ruchem dłoni od niechcenia. - Dobrze na tobie leży, nawet jeżeli przypominasz zwłoki. – z kim poprzestajesz, takim się stajesz, jeszcze chwila i zacznie rzucać wulgaryzmami na prawo i lewo, jak rasowy żeglarz lub Artemis Danvers. To były synonimy.
Spojrzała na nią tak, jakby chciała ją zgromić niezadowolonym wzrokiem – oczywiście tylko w żartach, co zaraz poparła zdecydowanym ruchem głowy.
- Do pięt jej nie dorastam. Już prędzej Heath ma to coś w sobie. – pod tym względem była bardziej podobna do ojca. Jeżeli coś zaczynało ją przerastać albo stawało się zbyt upierdliwe, robiła dwa kroki w bok, jeden do tyłu i pozostawiała nędzników na pastwę losu, aby sami kombinowali ze swoim biznesem, bo ona w kaszę nie da sobie dmuchać. Nie musiała nikomu udowadniać swojej wartości. Akurat za tę jedną cechę charakteru była wdzięczna staruszkowi, ale oprócz tego przejęła też tendencję do uciekania w pracę. Może jeszcze nie tak bardzo chorobliwie, bo jednak żelazne godziny funkcjonowania teatru oraz grafik w Hard Rock Cafe nie pozwalały na całodniowe zniknięcia z domu, no i był jeszcze ten trzynastolatek dwa pomieszczenia dalej.
Spuściła z tonu, pozwalając sobie na dłuższą przerwę, bo to nadal nie było takie proste, choć minęło pięć lat od tego tragicznego dnia. Potrafiła o tym mówić, emocje trochę odpuściły, dzięki czemu głos nie łamał się już na pierwszych sylabach, ale pustka w sercu wciąż doskwierała.
- Pijany kierowca strącił ją na pobocze – podciągnęła odrobinę wyżej ręce, opatulając kolano wysoko i przyciągnęła je do siebie, chowając usta za lewym przedramieniem – Wracała z delegacji w Portland i przed wjazdem do miasta facet próbował ją wyprzedzić. Wjechał przodem w bok, gdy zmieniał pas. – ciche parsknięcie wydostało się zza ust, a lwia zmarszczka delikatnie zarysowała między brwiami. – Właściwie to miesiąc temu skończył się proces - uniosła wzrok na sufit, ewidentnie winiąc cały świat za ten popieprzony żart, który nawet nie był śmieszny. Ten pijak przeżył, dostał szansę na „resocjalizację”, a co Ackermanowie? Wydatki na pogrzeb, odwiedziny żałobników w ich domu i wywrót życia do góry nogami. - Od dwa tysiące trzynastego - klepnęła od niechcenia dłonią w łokieć, uśmiechając gorzko. - Cicho obstawiałam, że dobijemy do drugiej olimpiady. – zerknęła przelotnie na Artemis, szukając jakiejś reakcji, nie mając w tym momencie nic przeciwko soczystej „kurwie”, która wyraziłaby jak bardzo popieprzony był amerykański system sądownictwa, odkąd uwzięto się na mutantów, choć nie obwiniała ich za to. Sprawiedliwości ostatecznie stało się zadość, tylko szkoda, że wyrok był tak… niesatysfakcjonujący.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group