I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
wizje astralne
50%
powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie
name:
Sally Halloway
alias:
vision
age:
25
Wysłany: 2018-02-02, 23:24
Wygrała, bo Ronnie nie patrzył
Siedziała w swoim domku jak na szpilkach. Wszyscy wiedzieli o dzisiejszej akcji Bractwa, które miało przejąć potrzebne artykuły od organizacji F.P.T.P! Sally znowu była zła na samą siebie, że w żaden sposób nie mogła przydać się przy wykonywaniu zadania. Nie naszła ją żadna wizja w związku z tym wydarzeniem i nic nie pomogły szczerze uściski członków grupy. Chyba łudziła się, że może wtedy jej moc postanowi się odblokować i być może uda jej się zapobiec katastrofie. Jednakże tak się nie stało. Moc robiła różne figle Halloway, być może to z powodu zbliżających się urodzin starszej siostry dziewczyny, a może po prostu, postanowiła pokaprysić. Prawda była taka, że nie miała ochoty na wychodzenie z domku i jakiekolwiek rozmowy z innymi. Wychodziła tylko wtedy kiedy musiała i rozmawiała najczęściej ze swoimi współlokatorami. I to wszystko.
Teraz, chociaż żadna wizja nie pojawiła się to Sally miała naprawdę złe przeczucie. I jakby wykrakała. Członkowie bractwa wrócili w bardzo osłabionym składzie. A brak Daniela? Naprawdę nią wstrząsnął. No i jeszcze Levi, to naprawdę okrutne i niesprawiedliwe. Gdy dostała wiadomość od Colleen jednocześnie poczuła ulgę, a także poziom adrenaliny gwałtownie skoczył. Po raz kolejny urządziła sobie szybki sprint do miejsca, w którym leczyli tych poważniej chorych i rannych. Dotarła do pomieszczenia cała zdyszana, od razu zakładając parę białych rękawiczek. I przygotowując wszystko co będzie jej najprawdopodobniej potrzebne. Zdążyła przed nimi. Siedziała jak na szpilkach, wpatrując się uparcie w drzwi.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-05, 20:28
2 Lata Giftedów!
Byłam wycieńczona, ale nie mogłam o tym teraz myśleć. Tylko Levi się liczył, tylko jego życie było dla mnie ważne w tym momencie. Przez całą drogę był nieprzytomny, nie byłam w stanie przywrócić mu świadomości w żaden sposób, a krzyczałam, płakałam, mówiłam do niego, robiłam wszystko i nic zupełnie nie działało... Gdyby nie fakt, iż czułam jego oddech, byłabym pewna, że nie żyje. Nie mogłam nic zrobić. On nadal krwawił, a ja mogłam jedynie skupić się na tym, by trochę pobawić się jego polem magnetycznym, co sprawiało, że jego rany nie krwawiły tak mocno. Nie umiałam ich zaleczyć, oczywiście, że nie, ale mogłam sprawić, że mi się nie wykrwawi po drodze.
Co do naszego spaceru... Wydawało mi się, że trwa wiecznie, a my nie zbliżamy się ani na jeden krok do Bractwa. Na całe szczęście jednak z każdym krokiem byliśmy przecież co raz bliżej, aż w koncu udało nam się dotrzeć. Miałam nadzieję, że smsy do sanitariuszy Bractwa do nich dotarły, mimo słabego zasięgu. Potrzebowałam ich. Sama nie byłam w stanie pomóc Leviemu, a on potrzebował naprawdę pilnej pomocy. Miałam wrażenie, że wystarczyły godziny, a bym się spóźniła, a on byłby martwy... Pierdolone Genetically Clean!
Bądź co bądź w końcu udało mi się dotrzeć do szpitaliku, a na miejscu już czekała na mnie Sally.
- Sally! - krzyknęłam z ulgą na jej widok i z pomocą dziewczyny ułożyłam chłopaka na leżance. Byłam cala zapłakana i spocona, miałam też na sobie ślady krwi Leviego.
- Znalazłam go na piachu, porzucili go, musimy mu pomóc jak najszybciej. - spojrzałam na dziewczynę, czekając na jej polecenia, bo to ona znacznie lepiej przecież znała się na byciu sanitariuszką niż ja.
Żył? Nadal oddychał, ale nie odzyskiwał przytomności. Walczył sam ze sobą, gdzieś tam w środku, słyszał to wszystko, co się wokół niego działo, ale nie mógł się obudzić. Jeszcze nie teraz. Za chwilę. Jeszcze chwilę pośpi, odzyska siły, aby po otwarciu oczu od razu wstać i iść w stronę GC, aby ponownie godnie chronić Bractwo.
Colleen uratowała mu życie. Gdyby przybyła na miejsce chwilę później... Pewnie nie byłoby co zbierać. Mimo tego, że nie miała zbyt wiele siły, postanowiła targać jego nieprzytomne ciało do Bractwa, by dać mu jak najszybciej pomoc sanitariuszy.
Śmieszne, czyż nie? Chichot losu. Levi zawsze mówił, że będzie pomagał wszystkim rannym. Chciał być jak najbardziej sprawny fizycznie, by w razie jakiegokolwiek wypadku, być zwartym i gotowym do pomocy. A teraz? Teraz on jej najbardziej potrzebował.
Pomóc jak najszybciej... Pomóc jak najszybciej...
Lewa, zdrowa dłoń drgnęła. Powieki poruszyły się nieznacznie, klatka piersiowa rozszerzyła się natychmiastowo pod próbą wzięcia głębszego wdechu.
Ból. Ból go ocucił. Otworzył usta, starając się wypowiedzieć jakieś słowo, ale nie mógł. Światło... Ten znajomy zapach... Gdzie on się znajdował? Nadal w siedzibie GC?
Zamrugał parę razy, aby wyostrzyć obraz. Znowu się skrzywił. Nie mógł wykonać najmniejszego ruchu, bo ból był tak okropny, że od razu zaczął płakać. Łzy spływały mu kaskadami po policzkach, a pocięte ciało zaczęło drżeć. Zauważył twarz Colleen. I Sally.
Starał się wyciągnąć rękę do Przywódczyni, dziękując jej, wyrażając wielką radość, że znowu mógł ich zobaczyć, ale nie dał rady.
I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
wizje astralne
50%
powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie
name:
Sally Halloway
alias:
vision
age:
25
Wysłany: 2018-02-08, 20:53
Wygrała, bo Ronnie nie patrzył
Stresowała się, tak bardzo się stresowała. Przekładała co chwilę rzeczy z jednego kąta, w drugi. Zerkała na drzwi, jakby w ten sposób miała sprawić, że Colleen wraz z Levim pojawią się szybciej na miejscu. Wcześniej sprawdziła w kartotece medycznej grupę krwi chłopaka. Być może będzie potrzebna, a także na wszelki wypadek znalazła kroplówkę z morfiną i odżywczą. To wszystko mogło się jej zaraz przydać. W końcu przywódczyni pojawiła się na miejscu razem z Levim, podbiegła do nich i ułożyła go na łóżku. Wiedziała, że teraz zaczynała się walka o jego życie. Zaczęła delikatnie oglądać jego obrażenia; oznaki pobicia, połamane palce, rany w dłoniach i plama krwi na brzuchu. Uniosła spojrzenie na jego twarz, a kiedy zorientowała się, że Griffin ocknął się, uśmiechnęła się do niego łagodnie. - Jesteś tu bezpieczny Levi, wróciłeś do domu - powiedziała. Przystąpiła do działania. Zajęła się najpierw krwawiącymi ranami, aby Levi nie wykrwawił się jej na łóżku. Musiała oczyścić rany z wszelkich drobinek, aby nie wdało się zakażenie. W między czasie poinstruowała Colleen, co ma jej podać i przygotować do usztywnienia złamanych palców. - Nie ruszaj się, proszę, odpoczywaj - w jej głosie nie było paniki, chociaż w środku cała się trzęsła to na zewnątrz zachowywała powagę. Głos Sally był przyjemny dla ucha, kojący. Nie znam się na tak zaawansowanych czynnościach w zakresie pomocy medycznej, ale z pewnością Sally wiedziała o tym sporo i wiedziała co robi oraz w jakiej kolejności miała wykonywać te skomplikowane operacje.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-08, 23:06
2 Lata Giftedów!
Panikowałam, płakałam i miałam ochotę krzyzeć, jednocześnie też bardzo chciałam zabrać samochód, podjechać pod pierdoloną siedzibę Genetically Clean i zajebać tych wszystkich skurwysynów, którzy przyłożyli rękę do cierpienia Leviego - najwspanialszego, najlepszego i najbardziej delikatnego mutanta na świecie. Nie mogłam sobie wybaczyć, że to się stało, że on w ogóle był na tej polanie, że go porwali... Byłam wściekła na siebie, na Aarona też z resztą byłam, bo był jedynym mutantem z wystarczająco ofensywną mocą - dlaczego go do kurwy nie obronił, co? No tak, znalazł swoją ukochaną siostrę, a pierdolone dramaty rodzinne były ważniejsze dla niego. A, no i dzień wcześniej jebał się z Albą, więc miał ewidentnie trochę zaburzony światopogląd i co go w zasadzie obchodził jakiś Levi, co nie? Najważniejsze, że jego mała kurwa mu się dała.
Bądź co bądź cała aż się trzęsłam - ze złości, strachu, żalu... Odczuwałam sto tysięcy emocji jednocześnie.
- Nie krwawi już tak mocno, zatamowałam mu największe krwotoki, więc nie powinien się wykrwawić. - powiedziałam, informując Sally, że już trochę pobawiłam się polem magnetycznym chłopaka i zdecydowanie nie krawił już tak mocno, jak wtedy, gdy go znalazłam. Gdybym wierzyła w Boga, pewnie teraz zaczęłabym się modlić, zeby chłopak się obudził, bo już nie mogłam patrzeć na to, że jest nieprzytomny, że nie daje żadnych oznak życia i wtedy... i wtedy się ocknął.
- Levi? Levi, jesteśmy przy tobie, wszystko będzie okej. - od razu zareagowałam, przykładając swoją dłoń do jego policzka, chcąc, by czuł moją obecność. Wyglądał tragicznie... Cały połamany, zakrwawiony, płakał, a ja płakałam przez to jeszcze bardziej. Co on komukolwiek kiedykolwiek zrobił złego, ze spotkał go taki okrutny los?
Wykonywałam każde polecenie, które rzucała mi Sally. Wiedziałam, że dziewczyna zna się na rzeczy, więc jedyne co mogłam robić, to pomagać jej tak, jak tylko mogę i miałam nadzieję, że to wystarczy, by postawić chłopaka na nogi...
Słysząc słowa Sally, zawył głośno, jakby chciał wyrzucić z siebie to całe zło, które wyrządziło mu Genetically Clean. Był w domu. Znowu był w kochanym Bractwie i znowu mógł ujrzeć ich miłe twarze. Pochłaniał buźkę Sally niebieskimi oczami, potem wpatrywał się w Colleen, jakoby ze strachem, że te słodkie mary zaraz odpłyną. Że sen się skończy, a on znowu obudzi się w czterech ścianach, na zimnej podłodze, słysząc głos kobiety, znowu widząc jej twarz, czując zapach potu tego osiłka, który go trzymał...
Wzdrygnął się mocniej, kiedy Sally zaczęła opatrywać jego rany. Po obmyciu brzucha oczom dziewczyn mógł ukazać się wielki napis, który zapewniła mu ta wstrętna jędza.
YOU'RE NEXT
Chciał się wtulić w Przywódczynię, chciał ją pocieszyć, bo nie mógł patrzeć, jak ona płacze. Nie chciał, żeby płakała przez niego i starał się siebie sam uspokoić, ale nie mógł. Łzy spływały po jego policzkach, a on nadal cały się telepał- od emocji, które się w nim kłębiły i od bólu, który przypominał, że żyje i że jeszcze chyba trochę na tym świecie będzie istniał.
Przełknął ślinę, choć miał wrażenie, że wcale jej w ustach nie ma. Zmarszczył brwi, skupiając się na jednej, jedynej czynności.
-N-n-nie płacz, Colleen...- Wymamrotał. Dziewczyny mogły go nawet nie zrozumieć, bo rzekł to tak cicho, ledwo otwierając usta. Ponadto nadal ryczał. Ryczał jak małe dziecko, nie odrywając wzroku od przyjaciółki, posyłając jej jak najbardziej wdzięczne spojrzenie, na które było go teraz stać.
I find it kinda funny, I find it kinda sad The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
wizje astralne
50%
powiedz mi, powiedz swoje lęki i fobie
name:
Sally Halloway
alias:
vision
age:
25
Wysłany: 2018-02-16, 00:39
Wygrała, bo Ronnie nie patrzył
Wzdrygnęła się kiedy zobaczyła napis na brzuchu poszkodowanego. Jej oczy zaszkliły się i poczuła kluchę w gardle, ale starała się opanować. Naprawdę nie chciała się teraz rozklejać, będzie mogła to zrobić kiedy będzie miała pewność, że ustabilizowała stan zdrowia Leviego. Teraz musiała się zająć poszkodowanym profesjonalnie i nie angażując się w to emocjonalnie. - Już spokojnie, csii, Levi uspokój się. Jesteśmy przy tobie, nie płacz - starała się mówić spokojnie i łagodnie jak to miała w zwyczaju i naprawdę jej to wychodziło. Może jednak nie była tak słabą osobą, za jaką się uważała? Może niektórzy pomagali w tej wojnie walcząc, a jej rola była z goła inna?
Pozwolicie, że ominę trochę to opatrywanie. Sally szybko uwinęła się ze wszystkim. - Colleen znajdziesz kartę Leviego i przygotujesz mi jego grupę krwi? - poprosiła, kończąc opatrywać jego rany. Pozostało jedynie nastawić bark i usztywnić rękę, którą trzeba było obserwować. Nie mogła wpakować jej w gips, mogła jedynie założyć coś w rodzaju szyny, aby w razie czego opatrunek nie zaciskał się na ręce. Spojrzała spokojnie w niebieskie oczy Leviego. - Wszystko będzie w porządku, obiecuję, naprawdę nie masz się czego obawiać - skupiała jego uwagę na sobie, dlaczego? Mógł to poczuć za chwilę, gdy jej dłonie z zaskakującą siłą nastawiły bark chłopaka. Pewnie delikatnie wytarła policzki Leviego z łez i ucałowała go w czoło. - Niedługo kończę, podam ci coś przeciwbólowego - powiedziała, zdejmując zakrwawione rękawiczki, które pewnie wcześniej założyła.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-16, 17:00
2 Lata Giftedów!
Starałam się uspokoić. Walczyłam sama ze sobą, bo wiedziałam, że nie mogę panikować, nawet, jeżeli mój ukochny przyjaciel leżał teraz ledwo przytomny na stole, a jego ran nie byłam w stanie zliczyć na palcach obu dłoni. Panikowałam i wiedziałam o tym, ale miałam stu procentową świadomość, że zdecydowanie muszę przestać i po prostu muszę się ogarnąć, bo panika nic tu nie pomoże, a jedyne co, to może zaszkodzić, czego na pewno nie chcialam.
I wtedy dostrzegłam ten pierdolony napis.
You're next... To była wiadomość. Dla nas. Dla Bractwa. Ci, którzy mu to zrobili, wiedzieli, że ktoś go w końcu odnajdzie, a teraz... ostrzegali nas. Skurwysyny. Gdzieś tam z szafki z tyłu spadły dwie metalowe puszki, a ja zacisnęłam mocno dłonie w pięści, starając się nad sobą panować. Możliwe, że to nie był dobry moment, ale musiałam się dowiedzieć jak najwięcej o oprawcach Leviego, żeby móc ich jak najszybciej rozjebać.
- Levi. Wiem, że cierpisz, ale skup się. Kto ci to zrobił? Jak wyglądali? Pamiętasz może gdzie byłeś? Czy cokolwiek pamiętasz? - pytałam, a mój głos był zaskakująco opanowany. Ścisnęłam go lekko za ramię, które nie było poranione. Chciałam, by skupił się na mnie, a nie na bólu, nie na cierpieniu. Musiałam się dowiedzieć, co się stało, bo do tej pory wiedziałam tylko tyle, że Aaron był zbyt zajęty ruchaniem Alby, by dopilnować tego, by nikt nie porwał Leviego i GC go zabrało. Mój biedny, kochany Levi... Tak bardzo się przejmował, żebym to ja nie płakała...
Sally rzuciła mi polecenie, a ja szybko je wykonałam. Wiedziałam doskonale, gdzie znajdują się karty mieszkańców Bractwa, więc znalezienie tej odpowiedniej nie zajęło mi dużo czasu, bo już po chwili nasza sanitariuszka znała grupę krwi Leviego. Robiła świetną robotę i byłam jej bardzo wdzięczna.
Sally świetnie radziła sobie z rannym Levim. Dbała o niego tak dobrze, że w końcu jakoś byłyśmy w stanie postawić go na nogi i zaprowadzić do jego pokoju.
O Rocky można powiedzieć wiele miedzy innymi, że jest pracoholikiem. Jednak po ostatnich wydarzeniach wręcz zaczęła nie wychodzić z pracy. Wcześniej wszystko przygotowywała w domu. Jednak na razie wolała schodzić siostrze z drogi. Chciała spełnić jej życzenie i zniknąć jej z oczów. Jeśli nie może zrozumieć, że Rocky chciała tylko jej pomóc, bo się o nią martwi. To już jej problem. Całe szczęście dzisiaj nie było za dużo potrzebującej pomocy ludzi. Więc mogła spokojnie zająć się przygotowaniem różnych leczniczych maść i wywarów. Przecież bractwo jest uznane, że jednostką terrorystyczną i ciężko zdobyć jakiekolwiek lekarstwa. Dlatego Rocky chce na bieżąco zapewniać apteczkę lekarstwami z medycyny naturalnej. Oczywiście wielu leków nie jest wstanie zastąpić. Nawet jeśli bardzo by chciała. Jednak na takie podstawowe i codzienne przypadłość jest w stanie. Między inni jest w stanie zrobić na bezsenność, uspakajające, czy też leczące różne objawy przeziębienia.
Niestety dzisiaj doskwierała jej samotność, bo od czasu pokłócenia się z siostrą. Zamknęła się sobie, by nie powiedzieć za dużo. Gdyby życie było grą The Sims to pewnie pasek towarzystwo był aż krzyczał czerwienią.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-14, 00:26
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
#5
Wobec wszystkich dosyć dziwnych sytuacji, jakie ostatnio miały miejsce w jej życiu, Cassandra niespecjalnie umiała skupić się obecnie na zajęciach związanych z rolą, którą sprawowała w Bractwie. O ile wcześniej czerpała czystą satysfakcję z tego, co robiła, w pewnym sensie rekompensując sobie przerwane studia medyczne... O tyle teraz jej myśli były zupełnie gdzieś indziej niż ciało. Sama nie wiedziała nawet, kiedy dokładnie zaczynała odpływać, łapiąc się na tym dopiero po dłuższej chwili.
Nieodmiennie przychodziła jednak do pracy, o ile dało się to tak nazwać, choć czasami później niż wcześniej. Nie przez to, iż wychodziła z założenia, że i tak było tam dostatecznie wiele osób mogących zaradzić ewentualnym kryzysowym sytuacjom. Nie, zdarzało jej się tak myśleć, jednak raczej w tych gorszych momentach, w których Cass było na tyle ciężko, iż nawet wstanie rano z łóżka stanowiło nie lada wyzwanie.
Po prostu... Robiła zbyt wiele rzeczy na raz, by wszędzie dotrzeć na czas. Tak było też zresztą tym razem, kiedy to zadziwiająco energicznym krokiem weszła do pomieszczenia, rozglądając się dookoła i prawie natychmiast pociągając nosem, by spróbować zlokalizować dosyć przyjemny zapach najwyraźniej otaczający jedną z jej szpitalikowych koleżanek.
- Hej. - Wymamrotała ani to niewyraźnie, ani to specjalnie słyszalnie, wciąż pozostając w pewnym zamyśleniu. Dopiero po chwili przyłapała się na tym, podchodząc bliżej i przyglądając się temu, co robiła towarzyszka. - Kiepsko zdobyć coś nowego, huh?
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Robiła właśnie wywar na problemy żołądkowe i chociaż miała w głowie prawdziwą burze to była skupiona na pracy. W sumie właśnie najlepiej było jej wszystko pokładać w swojej głowie jak bawiła się zielarza, bo chociaż nie miała do tego uprawnień i prawdziwym szpitalu wyrzucono by ją za takie eksperymentowanie. W końcu medycyna naturalna nie jest zbytnio doceniana, a każdy, który się nią zajmuje jest nazywany znachorem. Jednak tutaj gdzie dostęp do leków jest mocno ograniczony. Ludzie doceniają jej wytwory i nawet inni sanitariusze często sięgają po nie z pólek. Dlatego Rocky stara się zawsze wszystko dokładnie opisać na etykiecie.
Skoro mowa o innych sanitariusz to właśnie jeden z nich wszedł do pokoju. Oczywiście dziewczyna nie zauważyła, że nie jest sama w pokoju. Była tak skupiona na pracy i własnych myślach. Jednak kiedy usłyszała znajomy głos przerwała na chwilę by obdarzyć Cass swoim najszczerszym uśmiechem. Ponieważ Cassandra zaliczała się do grona osób, na której jej zależało i lubiła. Nawet Roseberry miała wrażenie, że jakimś tam sensie są do siebie podobne. Chociaż Kobieta jest starsza od niej to Rocky nie zachwala by nazwać jej przyjaciółką. Ponieważ lubiła spędzać z nią czas oraz miała wrażenie, że jeśli ktokolwiek by zrozumiał jej pokręcony tok myślenia to właśnie kobieta.
- Hej - odpowiedziała przyjaźnie na przywitanie ale zauważyła, że nie tylko ona miała mętlik w głowie, bo wydało się jej, że rozmówczyni jest jakby głową gdzieś indziej. - Niestety leki nie rosną na polach, ale dobrze, że większość można zastąpić medycyną naturalną. Tylko szkoda, że nie wszystko - odpowiedziała szczerze, bo prawdą było, że nie wszystkie leki może zastąpić. Chociaż większość na podstawowe objawy daje rady. Przynajmniej nie muszą komuś odmawiać, bo nie mają nastanie.
- Chcesz pomóc.. Przyda mi się towarzystwo - zaproponowała dziewczynie, przecież nie będzie mówić, że jej również. Nie chciała być wścibska. Ma dość wścibstwa na długi czas, a jak Cass będzie chciała podzielić się to sama jej to powie.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-19, 21:26
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Być może zazwyczaj wolała nie wdawać się w większe dyskusje mogące dotykać tematów związanych z okropnym wyposażeniem Bractwa - no, a przynajmniej nie robiła tego aż tak publicznie jak najwyraźniej dzisiaj - jednak fakt faktem... Zdecydowanie przydałoby im się uzupełnienie zapasu leków, jak i większości zasobów szpitala. Być może jeszcze mogli jakoś pracować, jednak konieczność przygotowywania zastępczych mieszanek wyłącznie podkreślała wagę problemu. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy.
- Niby nie rosną, ale... Patrząc na ciebie i na to, co robisz, można byłoby pomyśleć inaczej. Kto wie, może kiedyś będziesz w stanie zastąpić prawie wszystko. - Stwierdziła, unosząc nieznacznie kącik ust i nadal z zaciekawieniem przypatrując się temu wszystkiemu, czego sama prawdopodobnie nigdy nie zdołałaby dokładnie pojąć.
Tam, gdzie się wychowała, nie było zbyt dużo różnorodnej roślinności. Prawdę mówiąc, flora Nowego Meksyku ograniczała się raczej do suchych i wytrzymałych traw, kaktusów oraz tych mniej wymagających drzew... Wszystkiego, co rosło na rozgrzanym piachu i jeszcze bardziej nagrzanych skałach. Cass raczej wątpiła, by dało się tam znaleźć coś, co mogłoby posłużyć za jakikolwiek składnik przepisu z książki opisującej medycynę naturalną. A nawet jeśli... Zdecydowanie nie umiałaby go wskazać. Dlatego aktualne zajęcie Rocky w pewnym sensie jej imponowało. Bądź co bądź, leczenie zawsze ją interesowało.
- Nie ma tu czegoś, co mogłabym schrzanić? - Cóż, być może miała pewne zdolności medyczne, jednak te chyba nie obejmowały przygotowywania lekarstw, a ona wolała nie przyczyniać się do zwiększenia problemu z zaopatrzeniem ich prowizorycznego szpitala. Nie to, że nie wierzyła w swoje talenty... Po prostu wolała się upewnić, jednocześnie obdarzając Roseberry lekko pytającym spojrzeniem. - Jeśli nie, to jasne. Poza tym... Wszystko w porządku? - Być może sama była zamyślona, ale... Martwiła się o ludzi. Nawet jeśli nieczęsto to okazywała.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Historii zapisało się wiele ludzi, którzy walczyli o swoje prawa o to by społeczeństwo ich zaakceptowało. Kobiety, które walczyły w latach 60 o równo uprawnienie o to by być traktowane jak mężczyźni. Nie tylko one walczyły o to by świat je zaakceptował Pozwolił im żyć... Uczyć się, wybierać sobie mężów, a nawet głosować. Ponieważ kiedyś nie miałyśmy do tego prawa. Również potocznie zwań ,,murzyni", ale bardziej trafne określenie to Afroamerykanie czy też czarnoskórzy. Oni również musieli walczyć o swoje prawa i akceptacje społeczeństwa. Niestety każda walka niesie za sobą ofiary i konsekwencje. Jedną z nich było to, że Bractwo zostało uznane za jednostkę terrorystyczna. Tylko dlatego, że sprzeciwiają się rządowi. Walczą o możliwość normalnego życia. Prawda jest taka, że gdyby nie byli tutaj mógłby nie żyć albo zmuszane do walki przeciwko innym. Traktowane jak broń... choć są ludźmi. Dlatego ważne jest to by nie gadać tylko działać. Jeśli mówi się NIE to pokazywać to swoimi działaniu. Dlatego każdy członek Bractwa powinien robić co tylko może by pomóc swoim braciom i siostrą. Rocky stara się robić co może tylko by pomóc ludziom, którzy potrzebują tej pomocy. Stara się stworzyć co tylko może oraz korzystać swoich zdolność by nieść pomoc. To samo co robiła szpitalu. Pomagać tym, którzy tego potrzebują.
- Są takie leki, którym nie jestem wstanie zastąpić jedynie mogę walczyć objawami i je leczyć. Niestety to nie daje gwarancji na pokonanie choroby - taka prawda coś co jest stworzone chemiczne nie zastąpi tego roślinami. Nawet jeśli bardzo by tego chciała. Nie da rady zrobić żadnych antybiotyków czy też innych tego typu rzeczy. Może zwalczać objawy swoimi wywarami ale to nie daje gwarancji na wyleczenie. Chociaż według nie których podań jeden zielarz odkrył roślinę. Która jest wstanie wyleczyć najgorszą chorobę, która bywa koszmarem wielu ludzi, a chodzi tutaj o ,,raka". Na razie jest to badane i nie rozgłaszane. Ponieważ jest ona bardzo rzadka można spotkać ją w trzech miejscach na świecie. Jednak nie o tym teraz mowa. Rocky kiedyś też nie miała żadnej wiedzy na ten temat.
Nowy Meksyk? Cóż jest tam wiele roślin leczniczych, cześć z nich zostały nawet sprowadzane do Europy. Nawet jedną z nich wymieniłaś. Pewnie nie zdajesz sobie sprawy, że kaktusy poza swoim wyglądem są doskonałym źródłem składników odżywczych. Meksyku występuje wiele kaktusów jadalnych. Przecież nie każdy roślina jest jadalna i zdrowa. Wiele trujących roślin upodobania się do tych jadalnych. Podobnie jest wśród kaktusów. Ponieważ mają one zaskakujące właściwość. Ich sok, nawet mąż wpływa oczyszczająco, antybakteryjnie, a nawet odchudzając. Pewnie nie jedna pani by się skusiła na pyszny sok kaktusa byle zgubić parę kilo. Prócz Kaktusów jest wiele innych roślin leczniczych. Gdybym miała je wszystkie wymieniać to był mega długi post więc po co... Prawda jest taka, że rośliny lecznicze rosną wszędzie wystarczy wiedzieć czego się szuka.
- Bez obaw nic nie schrzanisz, bo będę cały czas z tobą i pokaże ci co robić - powiedziała do niej lekkim uśmiechem. Przecież nie rzuci dziewczyny od razu na głęboką wodę. - Pokaże ci jak zrobić maść przeciwbólową z imbirem, która szybko koi ból mięśni i stawów, łagodzi stany zapalne i przynosi ulgę podczas stłuczeń - ściegnęła do swojej torby, bo tam miała już wiele przygotowanych materiałów do wyrobu leków naturalnych. Zaczęła wyciągać po kolej różne buteleczki, woreczki za każdym razem mówiąc Cass co to jest i z czego: olej z nasion krokosza; ziarna pieprzu, suszone liście mięty, suszony imbir, wosk pszczeli, nierafinowany olejek kokosowy, olejek imbirowy, ekstrakt z rozmarynu. P:okazując jak i ile należy wszystko dodawać, a kiedy pierwszy etap pracy był trakcie. To znaczy gdy część ziół gotowała. Mogły pogada, bo przecież dziewczyna zadała jej pytanie.
- Nie za bardzo, bo strasznie namieszałam. Chciałam pomóc siostrze, a teraz nie chce mnie znać - powiedziała do dziewczyny. Nie chciała zwalać na nią swoich problemów, ale potrzebowała rozmowy. - Jednak nie ma co płakać na rozlanym mlekiem. Lepiej powiedz co u ciebie - chociaż potrzebowała rozmowy to nie chciała by później wyszło, że obgaduje swoją siostrę. Dlatego postanowiła zmienić rozmowę na inny temat. Najwyżej powie o sobie, albo mogą dać o potrzebnych lekach. Byle tylko rozmawiać...
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-25, 18:46
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Chociaż chwilowo jeszcze nie trzeba było tego robić - no, przynajmniej nie od razu - Cassandra miała pełną świadomość, iż w niedalekiej przyszłości musieli zaopatrzyć się właśnie w te bardziej chemiczne specyfiki, w leki, których nie dało się niczym zastąpić. To zaś za każdym razem stanowiło pewnego rodzaju ryzyko, zwłaszcza w przypadkach, kiedy to nie mogli tak po prostu wysłać kogoś zwinnego i sprytnego, by zdobył cokolwiek.
Nie, cokolwiek wciąż jeszcze mieli, zdecydowanie kończyły się za to bardzo określone, bardzo specyficzne medykamenty. Na te natomiast warto było spojrzeć bardziej wprawnym okiem, aby niepotrzebnie nie ryzykować. To oznaczało, że - raczej prędzej niż później - ktoś ze szpitala będzie musiał udać się do miasta w celu zdobycia zapasów, będzie musiał wystawić się na ewentualne niebezpieczeństwo. Pytanie tylko, kto?
Zdecydowanie nie mogli stracić takich ludzi jak Rocky, która znała się na medycynie naturalnej, pokazując to praktycznie raz za razem. Choć Matilde ostatnio dosyć często w ogóle nie pokazywała się w szpitaliku, będąc najprawdziwszym duchem błąkającym się wszędzie, tylko nie w miejscu pracy, ona także była dla nich naprawdę cenną osobą. Pozostawała zatem Sally, był także Levi i, cóż, Cassandra, której wcale się to nie uśmiechało. Była zatem zdecydowanie wdzięczna za odwlekanie tego momentu, choćby właśnie poprzez uzupełnianie zielarskich zapasów. To było zawsze coś, czyż nie? Nawet jeśli tylko chwilowo.
- Kogoś z nas czeka niedługo wyprawa do miasta... - Burknęła w odpowiedzi na słowa Rocky, nawet nie do końca zdając sobie sprawę z tego, jak ponuro zabrzmiała. Nadal była na tyle zamyślona, że zwyczajnie nie zwracała uwagi na podobne szczegóły. Zwłaszcza że resztki jej uwagi pochłaniało to, co robiła towarzyszka. Coś... Niebanalnie fascynującego. Bez dwóch zdań. Kiedy zatem padła propozycja pokazania jej tego i owego, po początkowych obawach, Cassandra z uśmiechem pokiwała głową.
- Musiałaś poświęcić sporo czasu na naukę, huh? Tego wszystkiego? - Przerywając w momencie, w którym musiała po prostu skupić się na kolejnych opisach składników i poleceniach wydawanych przez Roseberry, miała okazję powrócić do typowej rozmowy dopiero wtedy, gdy przebrnęły jakoś przez początkowe przygotowania. Dopiero wtedy, usłyszawszy słowa Rocky, przeniosła na nią spojrzenie, bardzo powoli kiwając głową ze zrozumieniem.
- Jestem... Tylko trochę zamyślona. Ostatnio mam dosyć sporo na głowie. - Nie lubiła pytań o nią samą, zdecydowanie wolała słuchać innych, przynajmniej od jakiegoś czasu, bo kiedyś... Kiedyś niewątpliwie była bardziej otwarta. Teraz? Wolała powrócić do wcześniejszego tematu. - Nie może być tak źle. To pewnie tylko głupie nieporozumienie. Jesteście przecież siostrami... Kochacie się...
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum