Poprzedni temat «» Następny temat
Zniszczone molo nad jeziorem
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-18, 19:11   Zniszczone molo nad jeziorem



[Profil]
 
 
PJ Wheeler



Well what is this that I can't see with ice cold hands taking hold of me

paraliż zmysłów

78%

czapka mą miłością





name:

PJ Wheeler

alias:
Trickster

age:
22

Wysłany: 2017-12-22, 00:30   

#1

Udało mu się uciec. Czy się bał? Tylko idiota by się nie bał. Black Lake nie było bezpiecznym miejscem. Szczególnie dla nowego, dziwnego dzieciaka, który pojawia się znikąd i zajmuje jeden z podupadających domków. Co jakiś czas oglądał się przez ramię, zaciskając palce na krwawiącej ranie. Chciał jakoś to cholerstwo zatamować. Starał się, aby jego krok przypominał krok zwykłego przychodnia, który być może po prostu się śpieszy. W każdy razie szedł przed siebie próbując ich zgubić. Nie takiego początku w nowym mieście się spodziewał. Było już ciemno, co nie powinno za specjalnie dziwić, zważając na to, że właśnie była zima. Modlił się, aby na śniegu nie zostały żadne czerwone plamy, które mogłyby posłużyć za okruszki jak u Jasia i Małgosi. Jasne, mógł to szybko zakończyć, używając swojej mocy na zbirach. Niestety, czasem trzeba wiedzieć kiedy opuścić gardę i dać się sprać na kwaśne jabłko. Tak było w tym przypadku. PJ nie chciał się spalić wśród społeczeństwa na samym początku. Nie jeżeli miał to mieszkać i ochraniać Albę, bo to było głównym celem jego przyjazdu do Olympii, odnalezienie przyjaciółki z dzieciństwa i pilnowanie jej do czasu... No właśnie sam nie wiedział do kiedy. Ogarnięty strachem i chęcią szybkiego ewakuowania się z miejsca bójki po prosto szedł przed siebie, w bliżej nie znaną sobie okolicę. Gdyby wiedział tylko, że w taki sposób ściągnie na siebie uwagę Alby... Rany nie były poważne, nie tak aby miał wykrwawić się na śmierć gdzieś na uboczu, ale jednak krew sączyła się, pozostawiając na koszulce mokrą plamę. Nogi jakby same zaprowadziły go w stronę zniszczonego molo nad jeziorem. Przysiadł na drewnianym pomoście. Zajebiście...
[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-22, 01:50   
   Multikonta: Lidia Foney


Kiedy wciąż łagodzisz ból drugiego człowieka, kiedy odbierasz mu strach, przenosząc jego cząstkę na siebie, to coś w tobie zaczyna powoli kierować cię ku przepaści. Choć nie chcemy upadać, to musimy przyznać, że jesteśmy coraz słabsi. Dlatego oczyszczała się ciszą. Nieco ospała, chłodna aura zimowego lasu i zupełnie żadnych emocji wokół. Tak trochę się leczyła, pozwalając sobie czasami na zagubienie się pośród leśnych ścieżek. Samotna dziewczyna, samotny spacer to chyba pewne niebezpieczeństwo, ale izolacja od innych uczuć była jej bardzo potrzebna. Coraz lepiej radziła sobie z blokowaniem i kontrolowaniem swojego odczuwania, ale siła niektórych emocji była tak wielka, że w żaden sposób nie mogła ich zabrać ze swojej głowy. Obozowisko Bractwa było siedliskiem przypadków ekstremalnych, a praca wolontariusza wiązała się z częstym obcowaniem z bardzo poruszonymi osobami. Nie było to dla niej złe, ale musiała nauczyć się, że czasem trzeba porzucić rolę . Każdy kolejny dzień przynosił nowe doświadczenia, dzięki którym stawała się silniejsza, ale to wciąż nie była pełnia, do jakiej dążyła.
Charakterystyczny dźwięk łamanej gałązki i ugniatanego przez buty śniegu, a oprócz tego tylko ciche, niegroźne szepty lasy. Mogłaby teraz zamknąć oczy i poczuć, że jej dusza jest całkiem wolna. Nie musiała uciekać, nie musiała się chować i blokować. Przez tę krótką chwilę Alba Delgado stawała się zupełnie spokojna. Nie zbaczała ze ścieżki, nie ciągnęło ją do nieznanych części lasu. Po prostu szła tak dobrze znaną trasą, zerkając co jakiś czas czule na uśpioną naturę.
O tej porze roku obraz jeziora nie był tak zachęcający, ale wciąż miał w sobie jakąś magię. Jednak jej częścią nie była ta skulona postać siedząca na pomoście. Wbiegła na drewnianą konstrukcję, a ta zachybotała groźnie, wywołując u Alby szybsze bicie serca. Kiedyś jeszcze stała tu tabliczka, zakazująca wstępu. Oczywiście, nie powinna, ale kompletnie nie zastanawiała się nad swoim działaniem. Po prostu wkroczyła na pomost i niemal doskoczyła do nieznajomego.
- Nic ci nie jest? - zapytała zaraz, przyglądając mu się z niepokojem. - Może zadzwonię po pomoc?
Nie zastanawiała się w ogóle, kim był i co robił tutaj samotny i zakrwawiony. Może to jednym z tych złych chłopaków, do których nie powinna się zbliżać? To nieważne. Potrzebował pomocy - to wiedziała na pewno. Później przyjdzie czas na głębokie rozmyślania. Nie mogła zignorować tego strachu i tak po prostu dalej sobie spacerować.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
PJ Wheeler



Well what is this that I can't see with ice cold hands taking hold of me

paraliż zmysłów

78%

czapka mą miłością





name:

PJ Wheeler

alias:
Trickster

age:
22

Wysłany: 2017-12-25, 23:41   

PJ w swoim życiu nauczył się jednego: umiesz liczyć? to licz na siebie. . Już jako małe dziecko snuł się po domu, zajmując się sobą ponieważ cała atencja rodziny skierowana była w stronę genialnego brata. A kiedy William zniknął z rodzinnego życia było jeszcze gorzej. Czasem to nawet zdawało mu się, że jego rodzice stworzyli pewnego rodzaju kult jego osoby. Później? Po incydencie w szkole najzwyczajniej w świecie się wystraszył i uciekł. Nie ufał nikomu z rodziny na tyle aby zwierzyć się z tego, że jest mutantem. Dlatego postanowił radzić sobie na własną rękę. Na pewno była to dla niego prawdziwa szkoła życia. I nawet kiedy trafił pod opiekę pana Delgado musiał mieć oczy szeroko otwarte. Dlatego prawdopodobnie teraz też uparł się, że sam sobie ze wszystkim da radę. Delgado załatwił mu jedynie miejsce zamieszkania w Olympii, aby PJ nie mieszkał pod mostem czy w opuszczonych miejscach, które nieoficjalnie mogły należeć do kogoś innego. No, ale czy zakupione czy te nie, nowy sąsiad chyba nie spodobał się okolicznym "gangsterom" czy jakkolwiek nazwie się tych, którzy postanowili spuścić manto PJ'owi. W sumie nie powinien się dziwić. W szkole też dostawał wpierdol za samo istnienie i oddychanie.
W każdym razie miał zamiar po prostu odpocząć i przeczekać najgorsze, w razie gdyby mieli się na niego zaczaić gdzieś tam pod blokiem. Następnym razem będzie bardziej przygotowany. Oparł się ramieniem o balustradę, oddychając z ulgą. Pozwolił sobie na chwilę rozluźnienia i opuścił gardę. Błąd, ponieważ nie zauważył jak pewna drobna blondynka w zawrotnym tempie zbliża się w jego kierunku. Otworzył oczy i spojrzał na dziewczynę. - Nie - zareagował dosyć ostro, za ostro na propozycję wezwania pomocy. - Znaczy nie, nie potrzebuję pomocy, wszystko jest w porządku - dodał już nieco łagodniej. Poprawił czapkę na głowię i przeniósł spojrzenie na blondynkę. - Nic mi nie jest, możesz sobie iść - dopiero po tych słowach przyjrzał jej się dokładniej i oniemiał. Serio? Podciągnął się wyżej, krzywiąc się trochę. Albo miał szczęście albo omamy. - Zaraz, zaraz. Nie wierzę, Precelku, czy to ty?
[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2017-12-26, 12:34   
   Multikonta: Lidia Foney


Taki typ. Będzie grał chojraka, bo przecież nie można okazać słabości. Nie można odsłonić swojego bólu. Tylko do czego go to doprowadzi? Wykrwawi się tutaj, na tym pomoście, a Alba będzie do końca życia śniła o jego cierpieniu. Nie wiadomo, jak głęboka była ta rana i czy sobie czegoś nie uszkodził. Wolał sobie tu spokojnie leżeć? Świetnie, ale nie kiedy ona tutaj stała obok. Już same jego odpowiedzi wskazywały na to, że to jakaś podejrzana sprawa, ale tak naprawdę to spodziewała się tego. Każdy ranny człowiek szuka pomocy. Chyba że to jakaś niebezpieczna gra, w której sam nie jest niewiniątkiem.
- Świetnie – mruknęła, zerkając na jego poplamione ubranie. - Widzę, że jesteś w formie, ale mnie się tak łatwo nie pozbędziesz. Wstawaj! - Rozkaz z ust Alby brzmiał trochę śmiesznie, ale jednak można było wyczuć, że ona poważnie nie zamierzała sobie tak po prostu iść i go zostawić samego. Szkoda, że nie mogła go przyprowadzić do Bractwa. Wróg czy przyjaciel – odczuwał ból i słabł, a na to nie mogła pozwolić. Pewne było tylko to, że ledwo trzymający się most i kłujący policzki chłód nie sprzyjały opatrywaniu ran.
Kiedy poprawiał czapkę, coś w jej głowie błysło zaczepnie, jakby chciało jej znać, że ma się mu dobrze przyjrzeć. Jakby gdzieś już widziała tę potarganą łepetynę. Zignorowała to uczucie i przyłożyła zupełnie odruchowo swoją dłoń do jego – tej uciskającej ranę. Dotyk czasami zwiększał jej zdolność odczuwania czyiś emocji. Coś jednak teraz się zmieniło. Patrzył na nią jakoś tak dziwnie, jakby zobaczył ducha. Poczuła się spłoszona i odsunęła nieco, nie rozumiejąc tego spojrzenia.
- Ej, no nie mów tak do mnie – fuknęła oburzona, ale coś głęboko w niej uśmiechnęło się mocno. Chyba właśnie spotkała starego znajomego. Ożywione zostało wspomnienie tego, jak pociągał za jej warkoczyk i ją zaczepiał. Dziesięć lat temu? Może więcej. Momentalnie urodziło się w niej milion pytań, ale nie było teraz na to czasu. Jeśli to rzeczywiście był on, to tym bardziej musiał jej posłuchać. - Wstawaj, Peeta. Nie będziesz tu siedział.
Wypowiedzenie jego imienia przyniosło Albie prawdziwą satysfakcję.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-26, 00:15   

10 marca 2018 roku, późny wieczór.

Ciemna furgonetka już od kilkunastu minut krążyła po terenach Olympii w poszukiwaniu wystarczająco odludnego miejsca, by pozbyć się balastu. Gdy w końcu dotarła do zarośniętego wybrzeża, z uszkodzonym molo i brakiem oświetlenia - jeden z dowódców stwierdził, że to właśnie to miejsce.
Samochód zatrzymał się, roztaczając za sobą chmurę pyłu, a agenci szwadronów z impetem otworzyli tylne drzwi, wyciągając jednocześnie ze środka cztery bezwiedne ciała - trzech mężczyzn i jedną kobietę. Zdecydowanie żadne z nich nie wyglądało, ani nie pachniało dobrze - widać po nich było, że w ostatnim tygodniu dużo przeszli. W chwili rozładunku jednak, żadne z nich nie odzyskało jednak świadomości.
Agenci, po wyrzuceniu mutantów przy brzegu, wskoczyli z powrotem do furgonetki, i nim jeszcze zatrzasnęły się drzwi - auto już zaczęło odjeżdżać, ukrywając się w ciągle zbliżającym się mroku nocy...

Kto obudzi się pierwszy?
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-05-26, 14:32   
  

   1 Rok na Giftedach!


To był jeden z tych snów, które dość często zdarzało mu się mieć. Okropnie realnie, wypełniony urwanymi klatkami, które przechodziły jedna w drugą jak w jakimś szalonym filmie akcji, w którym on był tylko widzem - nie miał żadnego wpływu na to co się dzieje, chociaż przecież był we własnym ciele. Nie mógł nic zrobić, ale mógł wszystko poczuć . To było najgorsze. To właśnie to zawsze sprawiało, że oblany zimnym potem wyrywał się ze snu, nie mogąc później nawet powtórzyć komuś czy nawet przypomnieć samemu sobie co tak bardzo go przeraziło. Teraz było podobnie. Mieszanina przerażająco abstrakcyjnych wizji, mieszała się z faktycznymi zdarzeniami tamtego dnia i kolejnych wydarzeń. Nie był w stanie stwierdzić co było prawdą, a co produktem jego wyobraźni. Wybudzenie się z tego koszmaru zajęło mu wyjątkowo długo. Nie wyrwał się nagle ze snu, nie krzyknął, nie obudził go huk tłuczonego szkła. Miał wrażenie, że zajęło mu kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut (a może aż cały tydzień?) zanim zdołał otworzyć oczy. Uśpiony umysł z trudem rejestrował nową sytuację. Wokół niego panowała ciemność, nie był w stanie stwierdzić jak późno jest, ani w pierwszej chwili nawet dokładnie gdzie się znajduję. Cichy szum drzew i wody. Miał wrażenie, że znał tą okolice. Zmusił się, by targnąć się do góry. Wszystko wydawało się takie inne. Płaskie. Jakby nie widział świata swoimi oczami. Jakby zdjął okulary, nagle stracił ostrość wzroku.
Światło księżyca odbijało się od wody, sprawiając że zauważył sylwetki przyjaciół leżące obok. Nie wiedział dlaczego, ale to wydawało mu się tak bardzo niepokojące. Jakby nie powinno ich tu być albo powinni być zupełnie gdzie indziej.
Byli w DOGS. Pamiętał to jak przez mgłę. On, Bartowski - jego kompan w realizacji głupich planów, Leon, Andy i głos Fay towarzyszący im praktycznie na każdym kroku. Były strzały. Pamiętał bezwładne ciało mężczyzny na ziemi. Nie wiedział dlaczego. Kto był temu winny. W tym momencie nie potrafił jeszcze tego poskładać do kupy. Wiedział, że Fay nie powinno tutaj być. W sensie tutaj z nimi. Targnął się na nogi, próbując ocenić stan jego towarzyszy. Przycisnął palec do szyi Fay, sprawdzając czy wciąż bije jej puls. Bił. U Aarona nie musiał sprawdzać, bo klata cały czas unosiła mu się do góry i do dołu. Andy też wydawał się być w miarę żywy. Nie było Leona. Kopnął Bartowskiego, bo to nie był czas na wylegiwanie się. Skoro sam nie potrafił poskładać tego wszystkiego do kupy, ktoś musiał mu pomóc. Miał nadzieję, że Aaron zaraz zbudzi się ze snu. Za ten czas kucnął koło Fay, potrząsając lekko jej ramieniem, bo w końcu nie miał zamiaru budzić jej tak brutalnie jak obudził Aarona. Wciąż nie potrafił pozbyć się uczucia, że wszystko jest nie tak. Jakby czegoś mu brakowało. Był jednak zbyt otumaniony, aby połączyć wszystko do kupy. - Wszystko w porządku? - zapytał, gdy dziewczyna otworzyła oczy.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-05-26, 20:47   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wszystko docierało do niej po kolei, w miarę, jak zaczynała się budzić, ale jeszcze przez chwilę nie była w stanie otworzyć oczu. W pierwszej chwili myślała, że jest w obozie. W powietrzu był ten sam zapach jeziora, słychać było szum drzew i ciche świergotanie ptaków, jakby zapowiadał się kolejny, zwyczajny, może nawet i nieco nudnawy poranek.
Gdy przytomność umysłu wracała, coraz więcej rzeczy przestawało się zgadzać. Materac pod nią był twardy i zimny, a ona sama... czuła się po prostu źle. Znała to uczucie, miała wrażenie, że kiedyś, w przeszłości towarzyszyło jej dość często, jednak w tej pierwszej chwili nie potrafiła tego ze sobą w żaden sposób powiązać.
Pojawił się też strach, dziwny i nieuzasadniony. O siebie? O innych? Tego też nie potrafiła określić, jednak z każdą chwilą narastał, jakby jeszcze niedawno stało się coś złego i... to właśnie uczucie wywołało istną lawinę urywków wspomnień. Mieli zaatakować DOGS, dotarli na miejsce, ona została w aucie, a reszta poszła do środka... tak, to jeszcze było dla niej w miarę klarowne, jednak potem? Coś się posypało. Miała coś zrobić, coś... otworzyć? Nie pamiętała dokładnie, bardziej wryły jej się w pamięć... pająki! Tak, to było jej ostatnie, żywe wspomnienie i miała wrażenie, że wszystko zatrzymało się właśnie na tamtej chwili, gdy jeden z nich powalił ją na ziemię.
Teraz też leżała na ziemi. Było ciemno, jak wtedy, dodatkowo coś trzymało ją za ramię... jej otumaniony umysł dodał sobie dwa do dwóch, resztę dopowiedział i dziewczyna zapragnęła wydostać się z tej metalowej pułapki, którą napuścili na nią DOGS.
Drgnęła gwałtownie i już miała zacząć się wyrywać, gdy w końcu otworzyła oczy i zamiast tamtej sceny zobaczyła... Ronniego? Momentalnie zamarła, a jego widok zdezorientował ją jeszcze bardziej, co pewnie było dość mocno widoczne po jej twarzy i przerażonym spojrzeniu, które z czasem zaczęło uciekać na boki, chcąc wybadać, gdzie w ogóle się znajdowali.
- Ja... - zaczęła, lekko chrapliwym głosem, jakby nie używała go przez dłuższą chwilę, albo wręcz przeciwnie, jakby gardło miała zdarte od krzyku. Suchość w ustach także nie pomagała, dlatego na chwilę poczekała z odpowiedzią, chcąc zebrać myśli.
Gorzej, że w głowie miała pustkę. Nie miała pojęcia, jak i czemu się tu znalazła i z każdą sekundą niepokoiło ją to coraz bardziej.
- Nie wiem - powiedziała w końcu, próbując podnieść się do pozycji siedzącej. Nie miała żadnych widocznych obrażeń, dodatkowo sprawdziła lewą rękę, czy z nią nie działo się coś, czego zwyczajnie nie czuła, ale... wszystko wydawało się być dobrze, przynajmniej na pierwszy rzut oka - Dziwnie się czuję - powiedziała cicho, rozglądając się po raz kolejny - Gdzie jesteśmy? Co... co się stało? Pamiętasz coś? - spytała, wracając wzrokiem do oczu Ronniego i... zmarszczyła brwi, zdając sobie z czegoś sprawę. Gdy spojrzała na chłopaków leżących obok, zdała sobie sprawę, że kogoś brakowało - Gdzie jest Leon? - wyszeptała, bo pamiętała, że był z nimi, a teraz... tak bardzo nie wiedziała, co o tym myśleć. A miała bardzo złe przeczucia co do tego wszystkiego.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-05-26, 23:16   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Wziąłem głęboki wdech, podrywając głowę do góry. Zbyt gwałtownie, zbyt szybko. Zaraz tego pożałowałem, bo coś zabolało, coś poinformowało mnie, że nie byłem w tej samej kondycji, co każdego ranka. Ranka…
Teraz wiedziałem. Uderzyło we mnie coś. Ronnie kopnął. D.O.G.S. zniknęło. Łomotało w mojej głowie. Poczułem niepokój. Nie taki ot sobie niepokój, tylko NIEPOKÓJ.
Czułem go wszędzie. Oblewał całe moje ciało, szczególnie dając się we znaki w górnej części kręgosłupa, na łopatkach, jak gdyby one pamiętały… Jak gdyby co pamiętały? Co się wydarzyło? Bolała mnie głowa, miałem jakby kaca… ale nie takiego związanego z alkoholem, ale jak gdybym cały wczorajszy dzień spędził na obwinianiu się. Kac… Może bardziej moralniak? Dziwne, bo jeszcze wczoraj przygotowywałem się do wyjazdu. Mieliśmy zaatakować D.O.G.S. Co z tym D.O.G.S.? Nie pamiętałem. A Alba? Co z Albą?! Musiałem zobaczyć, upewnić się, że wszystko w porządku, bo czułem się tak, jak gdyby NIC NIE BYŁO W PORZĄDKU.
- Co jest? Nie ma Leona? Gdzie my jesteśmy? – zapytałem, szturchając w ramię Ronniego. Najwyraźniej przebudził się pierwszy i kozaczył. – Fay, wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – dodałem zaraz. Miałem jakieś nieodparte wrażenie, że nie powinno jej tu być z nami, mimo że jak najbardziej wybierała się z nami na misję. Chwila, my chyba tam byliśmy. Pamiętałem coś. Ból straszny i lód.
- Ktoś nam pomagał? Pamiętam lód – stwierdziłem, podnosząc się z ziemi do siadu, a potem powoli wstając. Musiałem się rozejrzeć, ogarnąć przez ten mrok, gdzie byliśmy, a przede wszystkim ustalić, jak się tu znaleźliśmy. Ile czasu minęło, odkąd opuściliśmy Bractwo? Dzień cały? Spalić D.O.G.S. chyba nam się udało, skoro znaleźliśmy się tu, fu, tacy styrani. Miałem wrażenie, że miesiąc się nie myłem. To chyba jednak więcej nas nie było niż dzień…? Więc gdzie byliśmy? Co tu robiliśmy? Co się z nami działo przez ten czas?
Przynajmniej byliśmy nadal w Olympii. Poznawałem Black Lake. Jakby nie patrzeć, utknąłem w Olympii, a Black Lake już wychodziło mi bokiem przez Bractwo, poranne bieganie i tak dalej.
- Jesteśmy nad jeziorem. Ale z drugiej strony… Bractwa – odparłem, trochę późno zauważając, że w sumie nie mieliśmy czego tam szukać, więc mój chwilowy entuzjazm szedł się jebać. Ale i tak, musiałem sprawdzić, co z Albą. Albo iść do obozu i zrobić to osobiście, albo chociaż zadzwonić od Sam. Musiałem usłyszeć głos Alby.
- Andy? ANDY! – rzuciłem. Teraz z kolei to ja kopałem w Andy’ego. Zapraszał nas przecież wcześniej do siebie… tylko ciekawe, czy już tam D.O.G.S. nie zrobiło jesieni średniowiecza.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-05-27, 08:40   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Czułem się, jak wypalony i zdeptany pet papierosa. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie. Nim otworzyłem oczy, poczułem lekkie kopnięcia w moje ciało. - Spierdalaj - Rzuciłem obojętnie, przemęczonym głosem. Nie ważne było, kto mnie kopał, miał w tamtej chwili wypierdalać. Otworzyłem oczy. Rozmazany obraz dochodził powoli do normalności, zaś moim oczom ukazała się sylwetka Aarona. Wziąłem głęboki oddech. Czułem, jak każda komórka mojego ciała woła o pomstę do nieba. Wiedziałem, że coś się schrzaniło, tylko co? No właśnie. Wspomnienia z D.O.G.S. zlewały się, dając uczucie pustki w głowie. Na dodatek wszystko odczuwalne było, jak przeogromny kac. Starałem się zebrać wszystko do kupy - na daremno. Nic nie było takie samo. Podniosłem się do pozycji siedzącej, przecierając oczy. Ujrzałem 3 postacie. Aaron, Ronnie i Fay. Cała nasza czwórka znalazła się tutaj, Bóg jeden wie, dlaczego. - Gdzie my kurwa jesteśmy? - Rzuciłem, niby w ich stronę, ale też trochę do siebie. Nie poznawałem tego miejsca. Nie wiedziałem, gdzie jesteśmy i ile czasu nas nie było. Kurwa, nie tak wyobrażałem sobie życie. Wstałem na nogi, po czym ruszyłem w ich stronę. Będąc przy nich odruchowo złapałem się za brzuch. - Wiem, że to nie najlepsza pora, ale może skoczylibyśmy coś wszamać? - Nie chodziło o to, że myślałem tylko o jedzeniu, oj nie. Wtedy byłem akurat głodny. Pf, co ja gadam. WYGŁODZONY. Czułem się, jakbym nie jadł od kilku dni. - Jak się czujecie? - Kolejne pytanie, na które nie musiałem szukać odpowiedzi. Wystarczyło na nich spojrzeć. Każdy był zdewastowany. - Możemy iść do mnie do baru - O! Świetny pomysł, Andy! A dziękuję, staram się jak mogę. Co prawda nie zrobię tam wykwintnego dania, jednakże zapiekanka z mikrofalówki na pewno by nas postawiła na nogi.
_________________
[Profil]
  [A-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-27, 10:34   

Budziliście się... Po kolei, każde z was otwierało powieki, próbując zaadaptować się do obecnej sytuacji. Uczucie niepokoju, zmęczenia i głodu nie dawało wam spokoju. W swojej skórze mogliście dostrzec kilka ran po wkłuciach – część świeża, jakby zrobiona dzisiaj, część już zabliźniona... Same wkłucia były jednak niczym, w porównaniu z tym, co mieliście odkryć za chwilę.
Swędzenie. Dziwne uczucie w okolicy karku. Ucisk? Ściągnięcie? Nie mogliście być pewni, dopóki którekolwiek z was nie podniosło dłoni i nie dotknęło skóry w miejscu, gdzie odcinek szyjny kręgosłupa łączył się z piersiowym. Wtedy też mogliście wyczuć rankę, zabliźniającą się, na pewno po cięciu i zszywaniu. A gdyby tak nacisnąć w tym miejscu? Coś tam było nie tak, lekkie zgrubienie, jakby ziarenko ryżu przyklejone do jednego z kręgów...
Prośba do któregokolwiek z kompanów o sprawdzenie tego miejsca również to potwierdzała. Wszyscy, niczym jeden mąż, mieliście dokładnie takie same ranki, dokładnie w tym samym miejscu. A co w tym wszystkim najgorsze – nie mieliście zielonego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi...
________________________________________________
Podczas pobytu w D.O.G.S. zostały wam wszczepione chipy naprowadzające. Maleńkie urządzonka, w kształcie ziarenka ryżu znajdują się niebezpiecznie blisko kręgów kręgosłupa – prowizorka przy usuwaniu tego sprzętu może się zakończyć dla postaci tragicznie.
[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-05-27, 18:20   
  

   1 Rok na Giftedach!


Miał w głowie mętlik, a jego nie do końca wybudzony z przedziwnego snu umysł, kompletnie nie chciał z nim współpracować . Jak długo to trwało? Nawet tego nie umiał określić. Nie potrafił pozbyć się natrętnego uczucia, że wszystko jest nie tak. Coś rozsadzało mu głowę od wewnątrz, a chociaż powoli odzyskiwał kontrolę nad wzrokiem, wszystko wciąż wydawało się być jakieś takie inne niż dotychczas. Jakby patrzył na świat oczami kogoś innego. Kogoś normalnego. W pierwszych chwilach dość trudno było mu połączyć te wszystkie informację. Sromotna przegrana w dogs, to że Leon zdradził lokalizację bractwa, terapię normatywizująca, wszczepienie chipów i cholera wie jeszcze co im tam zrobili…. Te wszystkie informację były gdzieś głęboko w jego świadomości i kompletnie nie mógł do nich dotrzeć. Nie miał też czasu na swobodną egzaltację, bo jego towarzysze podobnie jak on zaczęli budzić się ze snu i byli tak samo jak on skonfundowani.
Puścił ramię Fay, gdy zobaczył jak bardzo jest zdezorientowana. Przez chwilę przyglądał się jej, próbując dojrzeć jakieś dziwne zmiany w jej zachowaniu, ale wydawała się być względnie normalna, przynajmniej mając na uwadzę to szaloną sytuację. - Liczyłem, że być może ty mi to powiesz. - powiedział, patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami. Rozejrzał się dookoła. - Wydaje mi się, że jesteśmy w Olympii. Niedaleko obozu. - mruknął, kiwając głową w stronę jeziora, które każde z nich powinno przynajmniej kojarzyć. Być może każde z nich, oprócz Andy’ego, który przecież w Bractwie był jeszcze świeżakiem, a właściwie to nawet nie był już świeżakiem, bo przecież żadne z nich do Bractwa już nie należało.
Skąd się tu wzięli? Sami tu przyszli? Ktoś ich tutaj zabrał? Skąd wiedzieli, że powinni zostawić ich właśnie tutaj? W lesie, tak blisko Bractwa. Chciał, żeby ktoś mu w końcu odpowiedział na jedno z tych pieprzonych pytań, a zamiast tego powstawały następne i następne. - Nic nie pamiętam. Nie wiem skąd się tutaj wzięliśmy. Gdzie jest Leon, kto nam pomagał… - pokręcił energicznie głową. Ze wszystkich sił starał się powstrzymać przed kilkoma soczystymi przekleństwami, które aż same cisnęły się na usta. Starał się uspokoić, ale to wcale nie było takie proste. Pytania, które zadawali… On sam sobie je zadawał, ale wypowiedziane na głos wydawały się jeszcze przygniatające. Potrzebował odpowiedzi na już, teraz.
Przetarł twarz dłońmi. - Pamiętam, że byliśmy w dogs, ale nie potrafię złożyć sobie tego do kupy. Weszliśmy do środka. Byliśmy w korytarzu. Sytuacja wymknęła się spod kontroli…. I dalej nie wiem. Pamiętam tylko urywki, nawet nie wiem czy są prawdziwe. - wyrzucił z siebie, przenosząc spojrzenie z jednego na drugie. Był w takiej samej sytuacji jak oni, a co gorsza… czuł się w jakiś sposób za to odpowiedzialny i że powinien znać te odpowiedzi. Dlatego dość ciężko było spojrzeć w oczy Fay i powiedzieć jej, że nie wiedział gdzie jest jej przyjaciel. Przecież powinien wiedzieć. Poszli tam razem i powinni razem wrócić. Byli za siebie odpowiedzialni, obowiązywały jakieś mocno przereklamowane zasady jak - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, cokolwiek. Nie zostawiało się nikogo za sobą. Nigdy.
Kompletnie nie pomyślał o głodzie, a faktycznie… praktycznie umierał. W mnogości odczuć te jakoś się wydawało się być najmniej wyraźne. Był głodny. Był głodny jak cholera. Na dodatek miał wrażenie jakby nie spał od tygodni… Broda na twarzy wydawała się być znacznie dłuższa niż to zapamiętał. Chciał odpowiedzieć Andy'emu, że może powinni pójść do Bractwa albo spróbować skontaktować się z kimś zaufanym w sprawie tego co się stało, ale poczuł coś na karku. Dotknął tego miejsca mimowolnie, miał wrażenie, że skóra jest tam trochę spięta. Nawet się na tym nie skupiał. Czuł jednak pod placami dziwne zgrubienie. To była podłużna ranka, a w środku dało się coś wyczuć. - Coś jest nie tak. - powiedział w końcu, bo od dłuższego czasu był zbyt pochłonięty dotykaniem się, aby zwracać uwagę na to co mówią oni.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wcześniej tego tam nie było. Próbował to rozdrapać paznokciami. - Mam coś na karku.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-05-27, 19:33   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- Jak każdy - odparła Aaronowi, bo naprawdę nie potrafiła określić określić tego, jak się czuje. Jednocześnie miała dziwne wrażenie, że przecież powinna to znać, pamiętać z dawnych czasów. To dziwne otępienie, ta niemoc... no właśnie. Niemoc.
- Wydaje mi się... możecie korzystać ze swoich mocy? Sprawdźcie to - powiedziała, odrobinę przerażona swoim odkryciem. Mutazyna, no jasne. To uczucie towarzyszyło jej nieustannie przez cztery lata życia, więc nie było mowy, żeby pomyliła je z czymś innym. Mimo to miała nadzieję, że się nie ma racji i żaden z chłopaków nie potwierdzi jej teorii, bo... to było dla niej po prostu przykre. Już przeżyła swój koszmar związany z terapią i nigdy przenigdy miała go nie powtarzać. Ale stało się i to dodatkowo wbrew niej, nawet nie mając pojęcia kiedy. Gdy podciągnęła rękaw kurtki i zobaczyła nowe ranki pośród starych, zagojonych już blizn, miała ochotę się rozpłakać. To... to już było dla niej za dużo, a nawet jeszcze nie zaczęli wymieniać rzeczy, które były nie tak, jak powinny.
Pokręciła głową na słowa Ronniego, bo była tak samo zdezorientowana jak oni. Ale skoro jemu coś się wydawało, a Aaron to potwierdził, to rzeczywiście musieli znaleźć się niedaleko obozu.
I to dało jej mocno do myślenia. Dlaczego byli żywi? Dlaczego akurat tutaj? Mutazyna świadczyła o tym, że ich misja się nie powiodła, dodatkowo pamiętała mechanicznego pająka, który ją schwytał... tak, nawalili i trafienie w ręce DOGS było jedynym sensownym wyjaśnieniem.
- Miałam umożliwić wam wyjście, ale zamiast was, pojawiła się tylko jakaś dziewczyna. Chyba... chyba was złapali, a ja nie mogłam dłużej czekać i... miałyśmy już odjeżdżać, ale... pojawiły się pajęczaki. Nie mogłam nic zrobić - powiedziała, obejmując ramionami przyciągnięte do klatki piersiowej kolana. Przypomniało jej się jeszcze coś, ale w tej chwili nie mogło jej to przejść przez gardło tak samo, jak bała się teraz spojrzeć chłopakom w oczy. Chcieli od niej lokalizację obozu. Musiała wybierać albo bractwo, albo ich i... wybrała to pierwsze. Czy gdyby zrobiła inaczej, żadne z nich nie byłoby teraz w tej sytuacji? Nie umiała powiedzieć, ale... było jej tak strasznie źle, że wszystko potoczyło się w ten sposób. Tak bardzo wstyd...
- Pytali o lokalizację bractwa - wydusiła w końcu czując narastającą gulę w gardle - Czy jesteśmy tu tylko dlatego, że w końcu dostali to, co chcieli? - spytała, trochę kierując swoje słowa do chłopaków, a trochę po prostu głośno myśląc, cały czas wpatrując się w jezioro i obóz, który był po jego drugiej stronie. No właśnie... był? Czy to możliwe, że o to chodziło? Fay... nawet nie chciała o tym myśleć, jednak coś jej mówiło, że trafiła w samo sedno. Mówiła i wyglądała na spokojną, jednak w środku... była zdruzgotana, bo jeśli miała rację to... co z Penny? Tildą? Mikiem i innymi..? Mieli zakaz powrotu tam, ale Fay musiała to sprawdzić.
Podniosła się z ziemi akurat, gdy Ronnie zwrócił na coś uwagę. Zbliżyła się do niego, odciągając jego palce i patrząc o co chodzi.
- Rana... jakby po nacięciu - powiedziała, przygryzając wargę i prawą dłonią sięgając do tego samego miejsca u siebie - Też to mam - dodała, badając to miejsce palcami, naciskając i lekko przesuwając opuszkami po skórze , nie przejmując się tym, że wciąż była trochę obolała - Czujecie to? Coś... coś tam jest - dodała, natrafiając na twardy, podłużny kształt.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-05-28, 00:10   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Również mnie ssało w brzuchu. Musieliśmy coś zjeść, uspokoić się, ogarnąć i dopiero dalej działać, inaczej nic z tego nie wyjdzie. Może nawet warto by było się normalnie przespać. W łóżku. Dopiero potem działać. Zjeść i uzupełnić płyny, bo pewnie też byliśmy odwodnieni.
Ale wszelkie te plany chuj strzelił… przynajmniej w spokojnych ramach. Wystarczyły słowa Fay, bym z tego niepokoju, w którym jednak próbowałem coś spróbować ogarnąć, jakiś plan działania, przeszedł w kompletną panikę.
Z początku się wyłączyłem, nie mogłem myśleć o niczym innym, tylko o Albie, Bractwie i D.O.G.S. Serce waliło mi jak szalone, kiedy myśli podsuwały mi różne mroczne wizje Alby w niewoli, Alby wykorzystywanej, Alby leżącej gdzieś tam… i martwej. Miałem nawet ochotę wskoczyć do wody i popłynąć do Bractwa, bo to, bądź co bądź, była najkrótsza droga do niego. Tylko że w moim aktualnym stanie tak racjonalna, że wcale. Poza tym tak męcząca, że nawet przy dobrej kondycji, nieźle bym się zmachał. Ale Alba… Musiałem koniecznie się z nią skontaktować, sprawdzić, czy wszystko w porządku. A może wcale D.O.G.S. nie znało tej lokalizacji?
Jak gdyby na tę myśl, na te niewypowiedziane jeszcze słowa, Ronnie z Fay zaczęli panikować w związku z jakimś tam czymś. Mimowolnie podniosłem rękę do swojego karku i, cóż, poczułem ulgę. Czujecie to? Coś tam jest… Miałem ochotę tym razem ucałować Fay, ucałować, fe, Ronniego. Skoro mieliśmy coś wszczepione, coś, co niechybnie było nadajnikiem, to oznaczało, że gówno wiedzieli i tylko nas straszyli. Bractwo było bezpieczne, a my mieliśmy być koniami trojańskimi, prawda? Musiałem w to wierzyć, mimo że to nie do końca było racjonalne, bo co z jawnością tych ziarenek? Wcale nie były takie ukryte, podobnie jak rany po nich.
- To pewnie namierzanie – stwierdziłem, jeszcze raz pozwalając sobie na pomacanie tego punktu. – Dobra, niezależnie od tego, co to jest, jest zbyt blisko kręgosłupa. Naszym priorytetem jest wypoczęcie, najedzenie się. Potem pomyślimy, co ze wszystkim. Zadzwonimy do ludzi w Bractwie, dopytamy. Może wszystko w porządku. Andy… Nadal możemy iść do ciebie? – zapytałem go, bo to jego bar. Nie wiadomo, czy już był i tak spalony jako miejsce, czy mieliśmy informować D.O.G.S. dopiero o naszych ulubionych miejscówkach… Niezależnie od statusu, Andy miał prawo zdecydować, czy nas tam chce. Zawsze mogliśmy pójść do innego baru… całonocnego? Nie wiem, czy coś było otwarte o tej porze. Świtało.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-05-28, 15:25   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Nie wsłuchiwałem się zbytnio w to, co mówili. Prawdę mówiąc wiedziałem równie tyle, co oni. Ciągle miotające się w głowie przebłyski tamtej akcji nie dawały spokoju, jednak wszystko zmierzało do tego, że w obecnej sytuacji nie mogliśmy wiele z tym zdziałać. Próbując korzystać ze swych mocy, poczułem coś na wzór blokady. Nie potrafiłem wykrzesać z siebie ani jednego pocisku, nie mogłem wysunąć nawet jednej igiełki. Znów poczułem się bezbronny. Moja podświadomość znów przypomniała mi o dniu, w którym czułem się równie żałośnie. Jedynie dzień, w którym byłem porwany wprawiał mnie w stan takiego przerażenia. Złapałem się za czoło. Głowa pękała, w brzuchu burczało. Każda kolejna sekunda tutaj mogłaby sprawić, że oszaleję. Przejechałem ręką na tył głowy, po czym kładąc ją na karku, strzeliłem nim, by nieco się "rozluźnić". W tym momencie doszły do mnie słowa Fay, która mówiła o ranie na karku. Opuszek palca trafił bezpośrednio na to miejsce, więc niemalże natychmiastowo zdałem sobie sprawę, że również i ja mam coś tam "zaszyte". Spojrzałem na nich. Każdy to miał. Jak mogliśmy wpakować się w takie gówno? - Pewnie tak. - Rzuciłem na słowa Aarona, który wspomniał o tym, że może to być namierzanie. Cholera. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że w sumie mogą o nas wiedzieć już niemalże wszystko, więc nieważne, czy to będzie mój bar, czy każdy inny - i tak wiedzą, co, gdzie i jak. - Taa. Myślę, że to dobre miejsce teraz. - Odpowiedziałem, łapiąc się za kark. Kurwa, na chuj to dotykałem? Teraz tylko piecze.
No ale dobra, wraz z oznajmieniem zamiarów wobec niedalekiej przyszłości, ruszyłem na czele gromadki, by zaprowadzić ich wszystkich do ziemi obiecanej - baru.
// zt Dla wszystkich, ziomki
[Profil]
  [A-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6