Tak jak zostało ustalone, Brad ruszył razem z Rocky po odbiór leków. Chciał jej towarzyszyć ze względów bezpieczeństwa. Poczuł się do swojej roli ochroniarza. Choć teoretycznie powinien bardziej chronić całego bractwa, ale w tym momencie pilnował ich kto inny. A z drugiej strony chciał już się stamtąd wyrwać i coś zrobić. W końcu ile można siedzieć w miejscu?
Chciał być przydatny i ruszać na misje, chociaż doskonale pamiętał jak to się może skończyć. Dziś był wypoczęty i nie używał mocy przez jakiś czas, żeby mieć niespożytą energię w razie potrzeby. Miał nadzieję, że nie będzie takiej konieczności, ale musiał być przygotowany.
Niestety Rocky chciała się rozdzielić. Miała iść do sklepu sama, a Brad liczył tylko, że nie pożałuje później, że w ogóle się na to zgodził. Miał z nią być od początku do końca, ale skoro chciała spotkać się ze znajomym na osobności, to nie zamierzał wchodzić jej w paradę. Określili sobie czas i miejsce, w którym mieli się spotkać po wszystkim. Mężczyzna mimowolnie był trochę podenerwowany, jakby miał złe przeczucia.
Nie chciał kłopotów i martwił się, bo póki co wszystko szło zbyt łatwo i przyjemnie. Nie wierzył, że nie spotka ich żadna nawet najmniejsza niespodzianka. Stanął na skraju ulicy, na której mieli się spotkać z Rocky. Czekał na nią, patrząc na drogę, z której powinna wyjść. Zerknął nerwowo na zegarek, bo dochodziła godzina, na którą się umówili, a jej nie było nawet widać. Czuł, że to zły pomysł.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-04-14, 15:15
Złe przeczucia Bradleya wcale nie były mylne - bowiem zarówno on, jak i Rocky byli śledzeni odkąd tylko dotarli do Seattle. Nie trzeba chyba mówić, że na moment rozdzielenia się tej parki, kilka osób czekało z niecierpliwością? Teraz w priorytecie było jedynie zatrzymanie mężczyzny na tyle długo, by nie przeszkodził on Verze w jej... Rozmowie.
Najprostszym i najmniej zwracającym uwagę sposobem była prosta ustawka - jedna z agentek GC ubrała się dzisiaj wyjątkowo ładnie, w spódnicę, która niejednemu mężczyźnie zawróciłaby w głowie, kozaki na obcasie. Paradowała radośnie z kurtką rozpiętą do takiej wysokości, by i jej dekolt był ładnie wyeksponowany. Ot - zwykła, atrakcyjna kobietka. Akurat zmierzała w stronę skrzyżowania, będąc coraz bliżej Brada, gdy podbiegł do niej inny z agentów i wyrwał jej torebkę, kierując swoje kroki w jedną z bocznych uliczek. Kobieta wydała z siebie tylko krótki krzyk, patrząc błagalnie na naszego Warlock Lorda:
- Ratunku, złodziej! Oh, łapać złodzieja! - Po czym sama zaczęła biec - choć bardzo powolnie - za potencjalnym złodziejem.
Czy Brad okaże się dżentelmanem, i wpadnie w pułapkę przygotowaną przez Genetically Clean?
No właśnie! Od razu czuł, że coś jest nie tak. Wiadomo jak to jest w takich sytuacjach. Czujesz na sobie czyjś wzrok, ale nikogo nie widzisz, więc wmawiasz sobie, że to tylko paranoja. W ich świecie zwykle to coś więcej, ale tym razem Brad naprawdę liczył na spokojny wypad po leki, bez większych niespodzianek.
Będąc tyle czasu w tułaczce (mowa tu o życiu przed bractwem i więzieniem) mógł się nauczyć paru sztuczek GC. Parę razy cudem uniknął śmierci z ich ręki no i raz faktycznie został zatrzymany i osadzony w więzieniu, ale ten epizod w życiu chciał wyrzucić z pamięci, bo jedynie powodował depresję oraz skazy na umyśle. Teraz jednak kompletnie się nie poznał na jej akcji. Zobaczył ładną kobietę na ulicy, ale zwrócił na nią większą uwagę dopiero kiedy okazała się być w potrzebie.
Jakiś oprych wyrwał jej torebkę, a ona biedna błagała o pomoc. Brad jako dżentelmen był uczulony na takie sytuacje i chciał pomóc kobiecie. Pobiegł więc za złodziejem w boczną uliczkę, gdzie nie było chyba nikogo. Chcąc uniknąć bójki i przelewu krwi (bo jak złodziej to pewnie i nóż ma) Brad postanowił użyć swoich mocy. Jego ręce zalśniły głęboką czerwienią, a torebka wyleciała z rąk oprycha i wpadła prosto w ręce wybawcy - Bradley'a, oczywiście w założeniu, bo taki był jego zamiar. Jeśli mu się powiedzie, ruszy w stronę kobiety nie zawracając sobie głowy złodziejem, który powinien być teraz oszołomiony całą sytuacją.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-04-22, 12:48
Znaleźliście się w niewielkiej, bocznej uliczce. Widać było, że jest ona typowo jednokierunkowa, bowiem cień padał na całej jej szerokości. Nie było widać w okolicy nawet jednego, żywego ducha. Na tyłach mogłeś zauważyć jedynie kilka większych śmietników, których zapewne od dłuższego czasu nie opróżniano, oraz jakiś stary, duży samochód. Na wysokości przechodniów większość okien była zabita deskami bądź wybita i brudna - jakby większość interesów w tej okolicy od dawna było zamkniętych. Mogłeś odebrać wrażenie, że w rzeczywistości większość mieszkańców Capitol Hill nie zapuszcza się przynajmniej w tą okolicę - może tutaj zbierały się podobne temu bandycie rzezimieszki?
Musiałeś się skierować nieco głębiej w uliczkę, by móc dotrzeć wystarczająca blisko złodzieja i użyć swych mocy poza wzrokiem niepotrzebnych świadków. I rzeczywiście - w chwili, gdy Twe dłonie zabłysnęły szkarłatem a torebka zaczęła się wyrywać z rąk tego rabusia, mogłeś dostrzec chwilowe zdziwienie, a może nawet zmartwienie na jego twarzy. Nie wyglądało to jednak, by zamierzał Ci on odpuścić i przez chwilę starał się utrzymać rabunek w swych dłoniach. Nie minęła jednak chwila, gdy Twa wola się spełniła a własność tej bezbronnej kobietki wpadła w Twe ramiona. Nie zdołałeś jednak odwrócić się na pięcie i odejść, bowiem agent pod przykrywką niemal od razu zaczął na Ciebie biec - jego determinacja była wręcz do pozazdroszczenia! Widać było, że kieruje swoją pięść prosto na Twój nos.
A nasza damulka? Widać obcasy serio uniemożliwiły jej w miarę sprawny ruch, bowiem jeszcze nie zdążyła skręcić w miejsce, gdzie właśnie miała się odbyć bójka...
Brad nie zwracał uwagi gdzie się znajduje. Widział, że biegnie do jakiejś ciemnej i opuszczonej uliczki, ale nie zagłębiał się i nie zastanawiał nad tym. Zabite okna podpowiadały mu tylko, że może bez problemu używać swojej mocy, bo skoro nikogo tu nie ma, to nie będzie możliwości, żeby ktoś go przyuważył.
Nie bał się bandytów. Jeśli jego moc jakimś cudem zawodziła to zawsze mógł skopać im tyłki tradycyjnie. Nie po to tyle lat ćwiczył sztuki walki, żeby teraz dać się pokonać ulicznemu rozrabiakowi.
Nie spodziewał się, że pójdzie jak z płatka, dlatego chwilowa przepychanka z oprychem była oczekiwana ze strony Brada. Skupił się natomiast wystarczająco mocno, żeby odebrać własność kobiety i aktualnie miał ją w ręku. Całkiem zadowolony z siebie nie przypuszczał, że mężczyzna tak szybko zorientuje się co się stało. Chwilę potem już biegł w jego stronę. Bradley położył torebkę na ziemi za sobą (tak, wiem, że torebek nie stawia się na ziemi, ale sytuacja była nieco awaryjna) i przygotował się do walki. Skoro już stał z nim twarzą w twarz to mógł spróbować swoich sił zwłaszcza, że nie przypuszczał, że bandyta będzie miał większe doświadczenie i przeszkolenie w takiej walce wręcz. Ostatecznie nie miał pojęcia, że to pułapka.
W każdym razie widząc biegnącego mężczyznę, zrobił unik, gdy ten chciał uderzyć w jego nos. Sam za chwilę się odwinął i spróbował jednym prostym uderzeniem w twarz znokautować mężczyznę i uniknąć dalszej potyczki. Nie widział nigdzie kobiety, ale miał nadzieję, że będzie bezpieczna. W końcu od początku chciał jej tylko pomóc.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-06-26, 17:04
Rzeczywiście, unik nie sprawił Ci większych problemów. Ot - uchyliłeś się przed ciosem, gdy mężczyzna Cię wyminął, niemal potykając się o własne nogi. I wszystko byłoby w porządku, już mogłeś gładko wymierzyć w niego cios, już niemalże trafiłeś go w szczękę, gdy zza rogu wychyliła się nasza dama w opałach - i to bynajmniej, by rzucić Ci się na szyję z podziękowaniem.
W dłoni trzymała broń - i to nie byle jaką, bo dokładnie tę samą, z której korzystał departament - z małymi elektrycznymi pluskwami, które służyły do obezwładniania niebezpiecznych mutantów. Ze względu na Twoje skupienie na przeciwniku i brak podejrzeń o atak ze strony kobiety - nie byłeś w stanie się uchronić przed tym pociskiem, który uderzając o Twoją klatę niemal natychmiast uwolnił silne bodźce bólowe przez krótkie napięcia elektryczne.
Ta dwójka też nie miała zamiaru czekać, aż się podniesiesz. Gdy tylko wyładowania zmalały na tyle, by nie sprawiać już zagrożenia postronnym, została Ci założona obroża i kajdany, które skutecznie blokowały Twoje moce. Nim też odzyskałeś panowanie na własnym ciele, mężczyzna z pomocą kobiety, która właśnie zdjęła te niewygodne szpilki, przenieśli Cię do samochodu, który do tej pory samotnie stał u krańca uliczki.
Wywieziono Cię zatem. Bezbronnego. Bez sił. Bez mocy... A co najgorsze - nie wiedziałeś, co będzie czekać na końcu tej drogi...
Wysłany: 2018-08-26, 15:19
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
//8 maja
Bałam się. cholernie się bałam. Wiedziałam, że wciąż mają na mnie oko - to były ostatnie dni, gdy mogli mnie szpiegować. Gdy mogli mnie śledzić. Ostatnie dni strachu, nim w końcu będę wolna!
Ale jednak... Nawet mimo obietnicy dalej Selene, nie radziłam sobie. Potrzebowałam odskoczni. Potrzebowałam o tym nie myśleć.
Wciąż miałam przed oczami widok bladego Aarona. Paraliżowało mnie to. I mimo tej chęci uwolnienia się od tego małego urządzonka... Miałam wrażenie, że stchórzę. Dlatego... Dlatego musiałam złamać tę obietnicę.
Skrzyżowanie. Miałam dotrzeć na skrzyżowanie, między Broadway a 10 ulicą. Tam miał być kiosk. Tak mówiła Tilda, prawda? Kiosk. I miałam prosić o jakiegoś gościa. Paula? Petera? Pete'a? O rany boskie, Sam, jaki z Ciebie skończony debil!
Chyba wpadłam w małą panikę. Przecież nie byłam na głodzie. Nie byłam uzależniona. To był jeden raz. A jednak z całą pewnością musiałam w tej krótkiej chwili zblednąć. W kieszeni gniotłam z nerwów dwieście dolców, które dostałam od cioci. Rany... Że musiałam upaść tak nisko, by wmawiać jej długi, byle tylko zaspokoić własne, zdecydowanie nie do końca działające sumienie...
Paranoja jednak mnie dopadła. Co, jeśli ktoś mnie śledzi? Co, jeśli jednak tamta rozmowa była podsłuchana? Czy powinnam była w ogóle kierować się do tego przeklętego kiosku po te marne balony?
Wykręciłam w jedną z bocznych uliczek, próbując złapać głębszy wdech i uważnie się rozglądając na boki. Musiałam... Musiałam mieć pewność, że nikt za mną nie idzie. Że nikt mnie nie obserwuje. A nawet nie chciałam wiedzieć, jak musiałam żałośnie wyglądać, gdy z podkrążonymi oczami dopatrywałam się wroga na każdym kroku, ciągnąc za sobą prawą nogę, która wciąż nie zdążyła się do końca zaleczyć...
Czyżbym właśnie tu spotkała kogoś, kto na dzisiaj mógł odmienić mój los?
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Wczorajszy dzień był szalony, nawet jak na niego. Trzy transakcje, potem wplątanie się w pościg jakiegoś podejrzanego oddziału za gówniakiem z mocami. O tak, nie obyło się bez użycia portali, co niestety trochę nadszarpnęło jego zdrowie i, co ważniejsze, zapasy.
Młody jeszcze spał, regenerując się zapewne po tej małej operacji wyciągania kuli z ramienia, więc wczesnym rankiem Payne postanowił wziąć motor i wymknąć się z domu na niewielkie zakupy.
Nie miał szczególnie daleko, jednak na piechotę podróż mogłaby zająć mu dużo dłużej niż te pięć minut pokonane na motorze. Na miejscu stanął między dwoma innymi samochodami, zgasił silnik, postawił kopniakiem nóżkę i z kaskiem pod pachą przeszedł się za winkiel jednego z budynków, gdzie w wąskiej uliczce zaparkowany był samochód - jakiś stary model, lekko nadgryziony przez korozję, taki co z wierzchu może nie wygląda, ale to, co było pod maską mogło zaskoczyć. Colt podszedł do niego i opierając się nonszalancko o drzwi, wystukał o okno kierowcy pierwszą linijkę marszu imperialnego. Nie, to nie było żadne tajne hasło. Colt po prostu nie mógł zrobić tego w normalny sposób.
- To samo co zwykle razy dwa - rzucił, gdy szyba się opuściła i pojawiła się w niej łysa, wytatuowana głowa pewnego przyjemniaczka. W myślach nazywał go Piglet przez okrągły kolczyk w przegrodzie nosowej, który jemu osobiście kojarzył się z kółkiem, które zakładali właśnie świniom czy bydłu. No i przez jego ogólną aparycję. Ale by dostał po mordzie, gdyby powiedział to na głos.
Piglet pogrzebał chwilę w schowku i wyciągnął z niego dwie saszetki w tej samej chwili, gdy Colt przysunął do okna zwitek odliczonych banknotów.
Humor poprawił mu się prawie od razu. Kilka minut i będzie jeszcze lepiej, bo ten denerwujący dźwięk w końcu przestanie mu dokuczać. Z uśmiechem na twarzy odszedł od samochodu i skierował się z powrotem na główną ulicę, rozpinając kurtkę, żeby w wewnętrznej kieszeni mógł schować to, co właśnie nabył. Skupił się na suwaku, jednocześnie chcąc pokonać zakręt... i zatrzymał się gwałtownie, gdy omal nie wpadł na idącą z tamtej strony kobietę. Na jego nieszczęście ruch ten był i tak na tyle gwałtowny, że jedna z torebeczek wysunęła mu się z palców i pacnęła o chodnik.
- Ugh - mruknął jedynie, cofając się. Może i dziewczyna doczekałaby się jakiegoś "przepraszam", gdyby nie fakt, że Colt od razu zdał sobie sprawę z tego, co zgubił. I tamta już pewnie też zdążyła to zauważyć - Proszek do pieczenia - wyjaśnił chłopak, schylając się po woreczek - Zabrakło mi do tortu urodzinowego dla babci. Kończy dzisiaj 97 lat, mogą to być już jej ostatnie, rozumiesz... - powiedział, uśmiechając się lekko drwiąco, bo wiedział doskonale, że taki kit to mógł sobie wciskać czterolatce. A mimo to i tak robił sobie jaja.
Schował woreczek w dłoni i minął kobietę.
Wysłany: 2018-08-27, 23:11
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Byłam odwrócona w kierunku głównej ulicy, gdy nieznajomy prawie już na mnie wchodził, więc przestraszyłam się nie na żarty. Był dużo wyższy, wydawał się postawniejszy, no... Chyba nic dziwnego, że w pierwszym odruchu spanikowałam jeszcze mocniej, łapiąc łapczywie oddech i gwałtownie odwracając się w jego kierunku. Z miłym zaskoczeniem jednak stwierdziłam, że koleś nie ma na sobie munduru departamentu, jego wzrok z całą pewnością nie jest pusty i mętny, a poczucie humoru tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że z rządowcami zbyt wiele wspólnego nie ma.
Upuszczona torebeczka rzeczywiście zwróciła moją uwagę, ale... Nawet nie wiem czemu, nie byłam w stanie na nic odpowiedzieć, zaśmiać się czy chociażby wydrzeć, żeby lepiej patrzał pod nogi. Nie. Nic nie chciało mi przejść przez gardło, dopóki mężczyzna mnie nie minął.
- Hej! - Krzyknęłam, odwracając się za nim. - Zaczekaj! - Dodałam w kolejnej sekundzie, wyciągając ku niemu rękę. Cóż... Chociaż tyle dobrze, że nie miałam na tyle opóźnionej reakcji, by wyglądało to dziwnie, bo zdążyłam go jeszcze szturchnąć po ramieniu. Sama chyba do końcu nie wiedziałam co robię, ani czy w ogóle powinnam była zaczepiać obcego faceta w takim miejscu. Ale czy właśnie tym nie charakteryzuje się desperat?
- Bo wiesz. Zbiegiem okoliczności i moja babcia ma urodziny, a... A ja... Nawet nie zaczęłam... - Mina szybko mi rzedła, gdy zdawałam sobie sprawę, jak żałośnie próbuję do niego zagadać. Zacisnęłam swoje wargi w cienką linię, marszcząc swoje brwi i myśląc, jak w ogóle wybrnąć z tej sytuacji.
- Nie no... Po prostu... O rany... - Mruknęłam bardziej do siebie, pocierając swoje czoło dłonią. Z całą pewnością - nienaturalnie zrośnięta kość małego palca rzucała się teraz w oczy, podobnież jak całokształt mojej żałosnej osoby. - Bez owijania w bawełnę. Też potrz... Musz... Ugh... Chcę kupić. - Wydusiłam z siebie w końcu, próbując złapać z nieznajomym kontakt wzrokowy.
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Co go obchodziła jakaś przypadkowa kobieta spotkana na ulicy, co go obchodziło, czy weźmie sobie jego słowa na poważnie, czy nie. Najpewniej nie, bo durniejszego wytłumaczenia chyba nie mógł wymyślić, ale no, nie zależało mu. I tak zaraz odjedzie i prawdopodobnie więcej nie zobaczy jej na oczy.
Trochę zdziwiło go, że tamta krzyknęła za nim, żeby się zatrzymał. Pierwsza myśl - kłopoty. Albo przynajmniej jakieś żałosne próby nawrócenia go, mówienie że to go zniszczy, że zmarnuje sobie życie. Tak, już trafiał na takich ludzi. Nie wiedzieli oni jednak, że to nie kokaina jest problemem, a jego moc i to od korzystania z niej jest uzależniony, nie od narkotyku. Ten jest po prostu jak lekarstwo, pomaga sobie poradzić ze skutkami.
Colt odwrócił się, unosząc brwi ku górze - Tak? - spytał, lekko zniecierpliwiony, bo miał ciekawsze plany na ten dzień, niż sterczenie tutaj i próbowanie uwolnić się od jakiejś przypadkowej dziewczyny.
- Przekaż jej wszystkiego najlepszego - odparł, tym razem, dla własnej wygody biorąc jej słowa całkowicie na poważnie. Chciał tym zbyć kobietę, ale cóż, ta drążyła dalej, więc jakoś tak wyszło, że jednak został i wysłuchał jej dukania do końca, a nie odwrócił się na pięcie i odszedł.
- To kup - powiedział, wzruszając lekko ramionami i przyglądając się jej trochę podejrzliwie. Nie wyglądała, jakby to był jej dzień, czy nawet tydzień, ale ostatecznie nie przypominała też ćpunki, ani nie zachowywała się jak takowa - Nie rozumiem, w czym ja ci jestem potrzebny - dodał po chwili. Może rzeczywiście była z antynarkotykowego i chciała, żeby sypnął, żeby mieć pretekst, żeby go zgarnąć? Chociaż nie, to nie miałoby sensu, przecież już na ten moment miała dowody na to, że ma jakiś związek z dragami. W końcu przed chwilą zbierał je z chodnika. Już teraz mogłaby go zwinąć, a fakt, że tego nie zrobiła przemawiał za tym, że była po prostu zagubioną w dzielnicy duszyczką, szukającą nowych wrażeń.
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2020-03-05, 02:05
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
/ 25 maja 2019
Od ostatniego spotkania z mutantami i odniesienia niewielkich obrażeń, Brian doszedł do siebie, mogąc wrócić z powrotem na patrol. Nie spodziewał się że dość szybko spotka się z Samanthą Bartowski. Byłoby wszystko dobrze i dostarczyłby mutantkę prosto w ręce Departamentu, gdyby nie niespodziewane pojawienie się kolejnego robiącego za jej wsparcie. I to także znajomy pod względem bycia poszukiwanym. Raport złożył, zostało mu wybaczone nie wykonanie do końca aresztowania, choćby też z tego względu, że miało po godzinach jego pracy, gdzie był w cywilu i mógł nie mieć przy sobie pełnego ekwipunku. Mieć nadzieję, że kolejny raz porażki się nie powtórzy. Inaczej Weller może stwierdzić, że jego terapia będzie wymagała powtórzenia...
Tak czy inaczej, dzisiejszego dnia i południa, dostał do patrolu kundla imieniem Echo. Wraz z dziewczyną, odziani w mundury DOGS i odpowiedni ekwipunek i broń, szli ulicą danej dzielnicy, nadzorując porządek i wyszukując mutantów. Mijali sporo publicznych miejsc, zerkając jedynie na chwilę przez witryny i okna.
Lubiłam chodzić na patrole. To... To mnie odprężało. Miałam wrażenie, że przez ostatnie miesiące moje życie toczyło się wokół departamentu. Wiedziałam, że zrobiłam coś złego. Wiedziałam, że muszę przejść terapię. Wiedziałam, że musiała mnie dotknąć kara w postaci obroży i kolejnej wszywki w kark. Ale mimo to... Czułam się jakoś lepiej. Może trochę pusto, jakbym zapomniała o czymś piekielnie ważnym, ale... Było mi po prostu lżej.
Zdecydowanie lepiej panowałam też nad sobą. Lepiej szło mi też panowanie nad mocami, gdy nie dawałam się tak porywać swoim emocjom. Czułam... Czułam, że chyba nawet mogłabym zostać przykładnym obywatelem stanów. Może... Jeśli dalej będę się tak dobrze spisywać, jak w ostatnich tygodniach, mogłabym dostać jakąś prywatną przepustkę od departamentu?
Na razie pozostało mi jedynie podziwiać witryny z ulicy, gdy razem z bardziej doświadczonym żołnierzem wędrowałam wzdłuż uliczek miasta.
- To... Słyszałam, że jakiś czas temu zaatakowali Cię mutanci? - Zapytałam cicho, nie odwracając swojego wzroku od ulicy. - Ponoć ci poszukiwani. I będąc samemu, po cywilu, nie dałeś się pokonać. Podziwiam Cię za to. - Dodałam po chwili, chyba bardziej bezemocjonalnie, niż bym chciała. Ale... Z jakiegoś powodu ciężko było mi cechować moje wypowiedzi. Coraz częściej brzmiałam jak mały robocik, niż ludzka istota. Co było w tym jednak najgorsze - wcale mi to nie przeszkadzało...
_________________
*Dane personalne Echo nie są nikomu znane.
I'm a prisoner.
Won't you set me free.
You can have my body,
But you can't have me.
Dzień jak co dzień, siedziała właśnie w barze na jednym z parapetów w witrynie i czytała książkę ucząc się jak zawsze. W końcu jeśli chciała pomagać ojcu, nie mogła zaprzepaścić nauki prawda? Właśnie czytała coś o jakichś wojnach Polsko-Ruskich, gdy jej uwagę przyciągnęła jedna z klientek. Wesoła kobietka, która z zadowoleniem dyskutowała jak to miła obsługa w barze i jakaż to "śliczna panienka z okienka" siedzi i pilnie się uczy. Ewidentnie widziała jak próbuje zagadać do jej ojca i szczerze...miała ochotę złapać ją za kostkę u nogi i tak porządnie poparzyć. Wredna pizda! Tata miał mamę, na co ta pizda się kręciła koło niego? Z niesmakiem odwróciła się na chwilę w stronę okna i co tam widziała? Masę ludzi krążących to w jedną, to drugą stronę. Gromadka dzieci przepychała się wesoło między sobą do momentu, aż nie dostrzegli umundurowanych osobników. Sama Van nie zwróciła na nich większej uwagi, jednak jedna rzecz ją zainteresowała. Łysy facet. Przyjrzała się mu zastanawiając się czy może kiedyś go widziała, ale stwierdziła, że raczej nie. To nie on zabrał jej mamę. Jej wzrok padł na jego partnerkę i szczęka jej opadła. Przecież to była ciocia! Jej Ciocia! Ale chwila...gdzie ona miała brzuch?! Przecież ostatnio jak ją widziała miała brzuszek i do tego była chora a teraz...teraz nie widziała by miała brzuszek a do tego była w TYM czymś. Zaskoczona rozejrzała się dookoła ale nie widziała taty więc nie mając czasu na wołanie i szukanie go zamknęła książkę i wyszła pospiesznie z baru tak by nadążyć za nimi. W pierwszej chwili gdy wybiegła przed bar myślała, że ich zgubiła, ale chwile później dostrzegła ją i tego łysego dziwnego gościa. Pobiegła za nimi. Rozmawiali o czymś, ale miała wrażenie, że Ophelia w ogóle jej nie widzi. Przyspieszyła jeszcze bardziej by ich wyminąć i w końcu stanęła przed nimi, nieco dalej oczywiście co by nie wpadli na nią.
- Ciocia Ophelia!
Rzuciła i po prostu podbiegła do niej i objęła ją mocno w pasie.
- Ciociu, co Ty tu robisz? Martwiłam się o Ciebie! A jak dzidziuś? Gdzie mieszkasz? No i czemu jesteś tak dziwnie ubrana?
Zapytała zaraz mierząc ją wzrokiem uważnie. Spoglądała uważnie to na ciocię, to na mężczyznę. Musiała przyznać, że był całkiem...łyso-przystojny! No ale jednak...łysy. Pamiętała jak oglądała jednym oczkiem tego faceta z chupachupsem w buzi i od razu w główce zaczęły układać się jej sceny z filmu a jej minka gdyby mogła teraz wyrazić jej słowa po prostu parskałaby śmiechem.
- Ciociu, w ogóle obiecałaś, że pójdziemy na lody a zniknęłaś bez słowa. Wiesz, że jestem na Ciebie zła? I jedna porcja nie wystarczy.
Zaraz dodała z powagą na twarzy.
Mary szła sobie spokojnie do pracy. Akurat dzisiaj miała drugą zmianę, która w barze “Laguna Negra” zwykle była bardziej wymagająca. Jedna słuchawka w uchu urozmaicała drogę muzyką. Kabel drugiej chował się w kieszonce koszuli, a sama muzyka była puszczona dość cicho, bo ruda chciała zwracać uwagę na swoje otoczenie. Różnie się zdarzało w tym mieście. Już pomijając standardowe zagrożenia jak szansa wpadnięcia pod samochód, w USA dodatkowym zagrożeniem było wpadnięcie na bardzo niezadowolony motłoch ludzi bądź mutantów. Tak czy inaczej jeśli już by miała pecha trafić w taką sytuację to wolałaby ogarnąć to zanim dostanie jakimś pociskiem albo z gonga w twarz. Uważała też na patrole, chociaż przecież nie było po niej widać, że jest mutantem. Prawdopodobnie dzięki temu rozpoznała małą dziewczynkę zagadującą do dwóch ludzi w mundurach DOGS.
-O w mordę.- mruknęła pod nosem i póki była w miarę daleko napisała wiadomość Nicholasowi załączając od razu swoją lokalizację. Nie była pewna co zrobić z obecną sytuacją. Odetchnęła żeby się uspokoić i na szybko złożyć jakiś plan. O losie, niech to zadziała. Podeszła szybkim krokiem do grupki.
-Van, tutaj jesteś!- zawołała z ulgą -Strasznie przepraszam, zniknęła mi nagle z oczu. Musiała uznać, że skądś zna któreś z Państwa. Już ją zabieram żeby nie przeszkadzała.- akurat zdenerwowania udawać nie musiała. Musiała je jedynie przytemperować żeby wypaść realistycznie jako opiekunka, która może stracić robotę jeśli źle pójdzie jej ta rozmowa, a nie mutantka widząca właśnie dziecko-mutanta zaczepiające funkcjonariuszy Departamentu.
-No już, idziemy.- ujęła rączkę dziewczynki modląc się żeby nie zaczęła protestować. O rany, telepatia byłaby w tym momencie cholernie pomocna -Tata będzie zły jeśli się dowie. Tyle razy mówił żeby nie zaczepiać obcych na ulicy!- strofowała młodą z nadzieją, że mimo młodego wieku zrozumie powagę sytuacji.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum