Poprzedni temat «» Następny temat
Squot
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-02-05, 21:05   Squot





[Profil]
 
 
Zoella Oaks



I don't wanna live forever, 'cause I know I'll be living in vain.

umiem przeczytać Twoje myśli

58%

PJ kocham Cię





name:

Zoella Oaks

alias:
Zoey

age:
22

Wysłany: 2018-02-05, 21:13   
   Multikonta: Colleen


| 14 luty! PJ I JA WYGRYWAMY WALENTYNKI!

https://i.pinimg.com/236x/26/fa/33/26fa33ee78b78299a0f56c5baf0a48c6--lodges-alice-olivia.jpg - ubranko, co mi się nie chce linkować.

Sms od PJa zdecydowanie mnie zdziwił. Od akcji na polanie... nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Wiedziałam, że jest na mnie wściekły, wcale się nie dziwiłam. Ja też przecież cholernie żałowałam, że go wtedy zostawiłam, że nie poszłam za nim, że byłam tchórzem i odeszłam, łamiąc sobie i jemu serca... To była zdecydowanie najgłupsza i najgorsza decyzja w moim życiu, dlatego zupełnie nie byłam zaskoczona, że PJ zareagował na mnie tak, jak zareagował, gdy się ostatnio przypadkowo zupełnie spotkaliśmy. Oczywiście, nie mogłam być pewna tego, co myślał, bo miałam zasadę - nie czytałam mu w myślach, dlatego tak naprawdę nie wiedziałam, co myślał, ale... ale widziałam, jak na mnie patrzył. Jak na śmiecia, jak na kogoś, kto wbił mu milion sztyletów w plecy. Serce pękało mi na nowo, ale zachowywałam się profesjonalnie. Uratowaliśmy wtedy tego Daniela, a ja nawet zostawiłam PJowi swój numer, gdyby kiedyś, kiedykolwiek czegoś ode mnie potrzebował i... i okazało się, że postanowił skorzystać z tego numeru.
Naprawdę byłam zaskoczona, dopiero wychodząc z domu pomyślałam o tych głupich, przeklętych Walentynkach, ale nie sądziłam nawet w swoim najskrytszych marzeniach, że to mogłoby o to chodzić. PJ mnie nienawidził... Pewnie czegoś potrzebował, a ja chciałam mu pomóc, więc zgodziłam się z nim spotkać w opuszczonej kamienicy w West Seattle. Chociaż pomagając, jakoś mogłabym mu wynagrodzić to, jak okropnie się wobec niego zachowałam. Jasne, moja pomoc nie wyleczy naszych złamanych serc, ale może sprawi, że PJ przestanie mnie nienawidzić, a zacznie mnie chociaż tolerować...
Na miejsce dojechałam autobusami, 15 minut przed umówionym czasem. Weszłam do środka. W torebce miałam pistolet, tak na wszelki wypadek, jakby ktoś postanowił wykorzystać moją miłość do PJ i zastawić na mnie pułapkę... Bądź co bądź, usiadłam na schodach, by mieć widok na drzwi wejściowe i... czekałam.
_________________

Slow motion. Blinds are see through. Let your mind go, imagine that I kiss you.
Turn off the lights and open up your eyes now. You can take a glimpse into my soul for tonight.

[Profil]
   
 
PJ Wheeler



Well what is this that I can't see with ice cold hands taking hold of me

paraliż zmysłów

78%

czapka mą miłością





name:

PJ Wheeler

alias:
Trickster

age:
22

Wysłany: 2018-02-08, 22:35   

/ 14.02elegancki jak zawsze

Od czasu tej felernej akcji nie mógł przestać o NIEJ myśleć. Powinien jej nienawidzić. Prze długi czas nosił w sercu urazę do Zoe za to, że go zostawiła. Czy teraz była kimś lepszym niż on? PJ przynajmniej nie pracował dla tych, którzy krzywdzili jego pobratymców. Chciał zapewnić im przetrwanie i ochronę. Myślał, e w ten sposób będą mogli być razem i będą bezpieczni. Niestety. Pomylił się, a Zoella odeszła, zostawiając go samego. Zmienił się przez ten czas. Można powiedzieć, że wydoroślał, ale i zamknął na innych. Stał się bardziej chłodny i zdystansowany, a sarkazm stał się obroną przed światem. Zaczął odpychać innych i ranić, aby samemu nie zostać zranionym. Jednakże gdy zobaczył ja na polanie i jadąc do domu, w którym mieszkał będąc w Olympii i wyobraził sobie, że to ona mogła walczyć o życie, czuł dreszcz i jak zimny pot zalewa jego ciało.
Długo zastanawiał się czy wykorzystać telefon, który od niej dostał. Bił się z myślami, ale ostatecznie postanowił napisać do niej esemesa, w którym wyznaczył miejsce spotkania oraz godzinę. Był to ogromny budynek w zachodniej części Seattle. Naprawdę stanął na głowie, aby wszystko było idealnie. Dlaczego się starał? Chyba chciał mieć przy sobie coś dobrego. W jego życiu od dawna był sam mrok. Czerń i rożne odcienie szarości przeplatały się ze sobą od dłuższego czasu. Oaks była osobą, która wprowadzała światło do jego życia. Chciał mieć to światło z powrotem. Nie chciał być dłużej sam.
Dlatego zaprosił Zoe, zorganizował "piknik". Gdy Oask weszła do środka, nie czyhał na nią żaden oddział młodych gniewnych. Stał PJ, ubrany super elegancko. - Cześć Zoe - przywitał się, posyłając jej delikatny uśmiech. W pomieszczeniu, w którym się znajdowali był również koc, na którym leżały dwie poduszki, mniejsze kocyki i koszyk z jedzeniem. Pewnie jeszcze jakieś dwie świeczki co by był klimat. Czekał na jakąkolwiek reakcję.
[Profil]
 
 
Zoella Oaks



I don't wanna live forever, 'cause I know I'll be living in vain.

umiem przeczytać Twoje myśli

58%

PJ kocham Cię





name:

Zoella Oaks

alias:
Zoey

age:
22

Wysłany: 2018-02-08, 23:46   
   Multikonta: Colleen


Nie wiedziałam czego się spodziewać... Bałam się spotkania, które miało nadejść. Bałam się stanąć twarzą w twarz z PJem i powiedzieć, jak bardzo żałuję tego, co zrobiłam, jak bardzo nie podoba mi się to, gdzie to wszystko w życiu mnie zaprowadziło... Cierpiałam bez niego, nie było dnia, bym o nim nie myślała, bym nie zastanawiała się, co by było, gdybym wtedy podjęła inną decyzję... Walentynki... To taki piękny dzień i fakt, iż prawdopodobnie miałam ten dzień spędzić z PJem sprawiał, że tegoroczne walentynki mogły okazać się najlepszymi w całym moim życiu.
Jasne, PJ mógł też chcieć się ze mną spotkać, żeby nie wiem, po prostu wyjaśnić pewne sprawy, porozmawiać, ale może już nie czuł nic do mnie, może wcale nie chciał, by nasza relacja znów stawała się romantyczna. Tak, taka możliwość też istniała, jak najbardziej, ale czy wtedy na dzień naszego spotkania wybrałby akurat 14 lutego? Tak... jasne... mógł nie spojrzeć w kalendarz, czy coś takiego, ale czy to w ogóle mogło być prawdopodobne? Różne rzeczy się w życiu działy, ale za wszelką cenę starałam się być optymistką. Spieprzyłam zbyt wiele w swoim życiu do tej pory... może los po prostu dawał mi drugą szansę, może PJ wcale mnie nienawidził, a tęsknił za mną tak mocno, jak ja tęskniłam za nim?
Kurczowo trzymałam się tej myśli, wierząc, że jeśli będę mocno sobie to wmawiać, to to się ziści. Tak, byłam nawina, ale... ale to miłość mnie taką zbudowała.
I wtedy dostrzegłam PJa. Nie patrzył na mnie z nienawiścią. Nie patrzył na mnie jak na kogoś, z kim chciałby po prostu zakończyć znajomość. On... patrzył na mnie i uśmiechał się do mnie tak, jak ja patrzyłam na niego, a to, co przygotował...
- O mój boże, PJ... To wszystko... To dla mnie? - spytałam głupio, podchodząc do niego powoli, nieśmiało, jakbyśmy dopiero się poznawali, a przecież znaliśmy się na wylot... no, za wyjątkiem aktualizacji naszego życia, bo pewnie trochę się pozmieniało...
- Przepraszam cię... przepraszam, że wtedy odeszłam... - szepnęłam cicho, gdy stałam już bardzo blisko niego. Wzrok spuściłam na swoje dłonie, nie będąc w stanie spojrzeć mu w oczy. Byłam idiotką...
- Ja... bałam się. Cholernie, PJ, ale nigdy nie przestałam cię kochać. Popełniłam w życiu strasznie dużo błędów, ja... pracuję teraz dla D.O.G.S., ale... ale nigdy nie przestałam cię kochać... - dodałam, a w oczach pojawiły mi się łzy. Żałowałam, cholera, tak strasznie. Szkoda, że nie umiałam cofać się w czasie. Naprawiłabym wszystko, ale teraz... ale teraz mogło być już przecież za późno.
_________________

Slow motion. Blinds are see through. Let your mind go, imagine that I kiss you.
Turn off the lights and open up your eyes now. You can take a glimpse into my soul for tonight.

[Profil]
   
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-27, 21:07   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


//24 luty - prosto z głównej ulicy.


Tak jak myślałam tak zrobiłam dojechaliśmy do celu. Była nim stara kamienica gdzie często bywałam za czasów studiów. Nie pytajcie czemu i po co. Po prostu, bywałam. Kiedyś. Teraz jestem gdzie indziej z kimś innym.
Teraz najważniejsze było ukryć się i pomóc dziewczynom. Zaparkowałam samochód z tyłu by nie było go widać i wysiadłam. Skierowałam się do okien i wskoczyłam przez jedno, by sprawdzić teren. Na szczęście nikogo nie było. Weszłam do pokoju gdzie za tamtych czasów miałam swoją skrytkę. Rozejrzałam się i biegiem wróciłam do Aarona by mu pomóc. Podeszłam do auta i spojrzałam na moich towarzyszy.
- Czysto. Chodźcie głównym wejściem. Schody po lewo, pierwsze piętro, drugie drzwi po prawej. Jest tam stara kanapa i fotel. Tutaj jesteśmy na razie bezpieczni. - powiedziałam patrząc wprost na Aarona. Miałam nadzieję, że ufał mi nadal na tyle żeby mnie posłuchać. Złapałam Sami w talii przyciskając ją do siebie i ruszyliśmy.
W pokoju usadowili się tak jak chcieli, a ja chwilę wyglądałam przez okno, które było na pół przysłonięte deskami. Na szczęście nikt za nami nie jechał, więc liczyłam się z tym że udało nam się uciec. Odetchnęłam z ulgą i przetarłam swoje skronie nadal czując wpływ mojej mocy i emocji, które mną targały. Odetchnęłam raz jeszcze i podeszłam do ściany równoległej do okna przy którym stałam. Przechodziłam wzdłuż niej aż usłyszałam inny dźwięk własnych kroków. Ukucnęłam modląc się by pod deskami było pudełko, które kiedyś tu włożyłam. Zamknęłam oczy i podniosłam lekko listewkę. Włożyłam rękę do dziury i próbowałam namacać to co powinno tam się znajdować. Po paru sekundach uśmiechnęłam się i wyciągnęłam stamtąd czarne pudełeczko. Otworzyłam je i przegrzebałam zawartość. Były tu różnego typu maści i tabletki. Nawet znalazł się tu jakiś bandaż. Dobrze że podkradałam leki swojej siostrze. Teraz mogło uratować nam to dupę. Spojrzałam na Aarona i podałam mu pojemniczek i bandaż.
- Obsłużyć Cię czy dasz rade? - zapytałam wskazując głową jego rękę. Podeszłam powoli do Sami i spróbowałam złapać ją za dłoń. Czułam się winna tego co tam się wydarzyło. Gdybym dłużej trzymała tarczę może Alison by nie umarła, może inaczej by to się potoczyło. Teraz nie miałam niestety na to wpływu.
- Sami. - powiedziałam słabo próbując zwrócić na siebie uwagę.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-03-28, 11:57   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


| po evencie

Nie czułem się za dobrze. Nie chodziło już o sam strach o Albę, ale również o te potężne uczucie dyskomfortu, które odczuwałem... Choć to może się łączyło? Stres piętrzył się na mych barkach, domagając się ujścia z każdą chwilą coraz bardziej, ale mogłem jedynie siedzieć obok niej, nieść ją, odkładać na starą kanapę. Doprowadzało mnie to do obłędu… albo wybuchu. Kto wiedział, co znajdowało się na końcu mojej dotychczasowej emocjonalnej drogi?
Właśnie, Ricky zabrała mi kierownicę, nie pozwoliła prowadzić. Jazda może trochę by mnie uspokoiła, pozwoliła skupić się na czymś innym. Brakowało basenu, do którego mógłbym wskoczyć, droga do biegania może by się znalazła, ale nie mogłem ich zostawić samych, szczególnie że Ricks miała bardziej defensywną moc i ogólnie była zmęczona… Nic nie mogłem zrobić. Trwałem tak, zastanawiając się, ile jeszcze mam znosić. ILE?!
A Alba trwała uśpiona. Co chwilę sprawdzałem, czy wciąż oddycha… Mówiłem do niej, szeptałem, ale chyba to było na nic. Co mogło poradzić? Miałem wrażenie, że moje słowa są najbardziej puste na świecie. Na dodatek nie docierały do adresata, więc słabo. Ostatecznie aby ją przytulałem, co nieco łagodziło wściekłość w moich żyłąch, jak gdyby nawet nieprzytomna trzymała na uwięzi moje emocje.
Machnąłem Ricky na te bandaże. Super, że miała taką kryjówkę, że była przygotowana. Nie wiem, co bym zrobił… Pewnie zapukałbym do drzwi ciotki, a prędzej wracałbym do Olympii okrężną drogą. Nie chciałem o tym myśleć. Chciałem mieć Albę z powrotem.
- Nie teraz – rzuciłem aby jeszcze do niej. Nie pierwsze i nie ostatnie. – Co z Sam? Co się stało? Było tam wielu ludzi z Bractwa – zauważyłam niezadowolony, podnosząc się na ramieniu, by spojrzeć na jedną z bliźniaczek. Jakoś tak wyszło, że położyłem się obok niej, by mieć ją najwyraźniej bliżej siebie.
A to Bractwo, ci ludzie… Nie wiem, czemu wyściubiali nosy z obozu. Narażali się.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-28, 20:10   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Nie wiem, co się ze mną działo.
Nie rozumiałam, co się stało.
W jednej chwili próbowałam cokolwiek ogarnąć, wziąć się w garść, może nawet się na coś przydać. W drugiej... W drugiej słyszałam strzały i widziałam krew na ubraniach Alison. Widziałam, jak jej ciało osuwa się bezwiednie na ziemię. Widziałam, jak umiera...
Chyba właśnie wtedy moja świadomość się wyłączyła. Znaczy... Niby miałam otwarte oczy. Niby dałam radę dalej iść wsparta ramieniem Ricky i Aarona. A jednak coś we mnie pękło. Dałam się więc prowadzić, jak taka pusta lalka, prosto do samochodu mojego brata.
Nie wiem, co się działo po drodze. Nie wiem, czy ktokolwiek cokolwiek mówił. Nawet nie chciałam wiedzieć. Miałam cholerne wyrzuty sumienia za to, co się stało. W końcu... Gdyby nie ja, Ali pewnie w ogóle by tam nie było. Gdyby nie ja, nie zakończyła by dzisiaj swojego życia. A co gorsza - odeszła, nie znając prawdy. Chyba do końca własnego życia będę sobie za to pluła w brodę...
Dałam się zaciągnąć do tej meliny - bo właśnie za to uważałam to miejsce, odkąd pierwszy raz do niego trafiłam. Śmieszne, jak bardzo los potrafi być przewrotny. Pewnie mi samej już niewiele brakuje, by samej skończyć właśnie na takim dnie.
Wciąż nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Wciąż walczyłam z emocjami, które we mnie buzowały. I nie pomagała mi nawet obecność osób, które były dla mnie najbliższe. Nie przy traumie, której właśnie doznałam...
- Nie żyje... - Mruknęłam, chyba bardziej do siebie osuwając się na ten nieszczęsny, zatęchły fotel i w końcu wypuszczając kulę z ręki. Nie wiem, co się stało z tą drugą i w sumie chyba mało mnie to teraz obchodziło. Niby byłam obecna, niby rozglądałam się wokół a jednak... Nic nie widziałam.
A w moich oczach też można było dostrzec tylko pustkę...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-04-08, 14:06   
   Multikonta: Lidia Foney


Przecież była przytomna. Czuła i trwała, obracała się, odnajdywała twarze. Ten przestraszony tłum, wrzaski i wirująca wokół podium śmierć. Albo nie zasnęła. Choć ciało w tym momencie stało się chłodne i zbyt kukiełkowe, to w jej duszy nic nie przygasło. Niezmącenie pięknego, ale zarazem tak przerażającego. Znów te emocje, znów żal, gorycz, żądza mordu i wstyd, a to wszystko zanurzone w tak nieznośnym, lepkim smutku, na który nic nie można było poradzić. Wiedziała jedna, że żaden mur jej nie powstrzyma, że podniesie ponad własne siły i wydostanie z tej pułapki, w której zamknął jej ją własny umysł, podporządkowując się przelotnej tak słabości ciała.
To teraz. To ten moment. Jedyna możliwość, aby spróbować się wydostać. Alba pozostawała świadoma obecności lęku i troski zaraz przy sobie. Trochę jakby śniła i w tym śnie miała prawdziwe emocje, które mogły boleć i napędzać do działania. Tak to właśnie działało. Wiedziała, że gdzieś tam czego Aaron i musi do niego wrócić. Może tak jej się tylko zdawało? Może nie było już nic, a wszelkie drogi pozostawały zamknięte? Nie mogła się zgodzić.
Ułamek sekundy, lekko drżące powieki, delikatny ruch dłoni. Wszystko wołało, czuła się szarpana przez własną duszę w kilku przeciwnych kierunkach. Ocknęła się. Zmarszczyła nos, a później lekko otworzyła usta. Powieki jeszcze przez chwilę przysłaniały jej obraz. Odruchowo przyłożyła dłoń do głowy i mruknęła coś. To chyba było imię Aarona. Ale czy na pewno? Tak strasznie bolała ją głowa. Czuła się taka wyczerpana
Wreszcie mógł ujrzeć jej przestraszone, niepewne oczy i to, jak wzięła głęboki wdech i zaraz spróbowała usiąść. Ciało tak zdrętwiałe, dziwne sztywne, całkiem nieelastyczne, jakby setki lat leżała niczym marionetka, kierowana i wciąż targana przez innych.
- Nie martw się - powiedziała wreszcie i spróbowała się nawet uśmiechnąć. Aż za dobrze czuła jego ból. W ogóle miała wrażenie, że jej moc przy nim rośnie. Jakby mogła odczuwać jeszcze mocniej i dokładniej. A może to przez siłę ich uczuć? Jakby jakieś magiczne połączenie ich wiązało. A może tak działałam miłość? - Już jestem… Co się stało? Co to za miejsce? - Popatrzyła tym razem trochę bardziej, już za Aarona. Ujrzała dziewczyny. Ostatnie jej wspomnienie to Aaron i jego ogień. Przy nim usnęła i przy nim się zbudziła. Chwyciła jego wielką łapę i przyłożyła do swojego policzka. Musiała poczuć. Jego ciepło. I pozbyć się tego wstrętnego uczucia, że to tylko głupie złudzenie i wcale się nie zbudziła.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-04-09, 09:51   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Wiedziałam że ten marsz nie skończy się dobrze. Miałam dziwne przeczucie i gdyby nie to, że była tam Sami nie zjawiłabym się na nim. No właśnie ciekawe jakby to wszystko potoczyło się beze mnie. Może dobrze że tam byłam, może jednak nie. Nie widziałam tego i w tym momencie mało mnie to obchodziło. Martwiłam się o dziewczyny. Może i nie znałam zbyt dobrze Alby bo tylko trochę o niej słyszałam, ale była ważna dla Aarona to mi starczało bym mogła się o nią martwić.
Aaron no właśnie on. Uparty chłopak który szaleje z emocji przy swojej partnerce. Aż dziwnie było mi na niego teraz patrzeć. Był inny niż zazwyczaj, jednak gdy usłyszałam jego pytanie zerknęłam na niego.
- Nie wiele widziałam. Byłyśmy za sceną, gdy.. No wiesz całe to zamieszanie. - powiedziałam tak na prawdę nie wiedząc co zamierzam mu przekazać. Westchnęłam słysząc słowa Sami, a moje oczy się zaszkliły. Chodziło o Alison. Spuściłam wzrok i szybko starłam łzy które spłynęły mi po policzkach. Musiałam się uspokoić. Sami jednak coś czuła do tej kobiety co jeszcze bardziej upewniło mnie w tym, że teraz będę jej potrzebna. Przynajmniej jako przyjaciółka. Spojrzałam z powrotem na Aarona kładąc dłoń na nodze Sami by ta wiedziała że tu jestem i jej nie zostawię.
- Jej przyjaciółka. Została zastrzelona. - oznajmiłam do mężczyzny przez zaciśnięte zęby. Wiedziałam że nie powinnam pałać taką nienawiścią do zmarłej, ale nie mogłam się powstrzymać. Odebrała mi Samanthe i tego jej nie wybaczę nawet po śmierci.
Po chwili usłyszałam jak Alba się przebudza. Uśmiechnęłam się leciutko. Przynajmniej dobre jest to że jej zaczęło przechodzić.
- Moje ulubiona kryjówka przed władzami za czasów studiów. - prychnęłam na samą siebie przypominając sobie co wtedy odwalałam. Zerknęłam na blondynkę, która tuliła właśnie rękę Aarona. Uśmiechnęłam się widząc to jak o siebie dbają i wróciłam spojrzeniem na moją brunetkę. Nie miałam sił. Byłam wyczerpana tym wszystkim, a nie potrafiłam ustabilizować swoich uczuć. Ból, miłość, troska, wątpliwości, nienawiść. Chciałam by to wszystko się skończyło.
- Mój samochód tam został wrócę po niego jak się uspokoi. Myślę że przez pewien czas możemy tu zostać. - mówiłam próbując zachowywać się tak jakby ze mnie to zleciało, ale po chwili wstałam i podeszłam do drzwi. - przejdę się po pomieszczeniach żeby zobaczyć czy nikogo tu nie ma. - powiedziałam patrząc na Aarona. Na moje nieszczęście, mógł zobaczyć jak oczy zaczynają mi się szklić. Szybko się odwróciłam i wyszłam z pokoju.
Szłam przed siebie zaglądając do niektórych pokoi, w których najczęściej przesiadywali pijacy i narkomani. Nikogo nie widziałam, a te parę minut w samotności pozwoliło mi przemyśleć to co teraz czułam. Byłam wściekła, ale nie na Sami czy Alison. Byłam zła na siebie. Że pozwoliłam odsunąć od siebie Sami i żeby szukała pocieszenia u innych. Wiedziałam że muszę o nią walczyć. I miałam taki zamiar. Była najważniejsza. Wróciłam do pokoju po paru minutach i stanęłam przy oknie rozglądając się czy nikt nie nadjeżdża. Miałam ochotę stąd odjechać i wrócić do Olympii, ale wolałam nie ryzykować skoro i ja i Aaron użyliśmy mocy mogli nas szukać. Miałam nadzieję, że jednak tego nie robią.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-04-12, 22:57   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


- Ojej, Albuś… Dobrze się czujesz? – zapytałem, przytulając ją mocniej do siebie, a raczej bardziej wtulając się w nią, o ile to była jakaś różnica. Raczej była. Ciągnęło mnie do niej, jeszcze bardziej, kiedy odezwała się. Ba!, serce zabiło mi mocniej, zrobiło się ciepło, to spięcie gdzieś tam zostało odsunięte na bok. Obudziła się, żyła, wszystko wracało do względnej normy. O, rany! Czułem się tak… tak, że miałem ochotę płakać ze szczęścia, póki nie chwyciła mojej dłoni. Auć.
Powstrzymałem ją krótkim:
- Czekaj.
Bo ogólnie chodziło o to, że ja wciąż miałem tę łapę poparzoną, była paskudna w tej chwili i bądź co bądź piekła, szczególnie przy poruszaniu nią albo dotykaniu jej. Zaciskać w pięść nawet nie próbowałem.
- Miałem niewielki wypadek… – rzuciłem jedynie niedbale i zaraz otuliłem ją tymi swoimi łapami, ale tak by nie tykać jej wewnętrzną stronę prawej dłoni. Fujka. Nie przeszkadzało mi to jakoś, a za to nawet obsypałem jej blond czuprynę buziakami, mimo że przy innych raczej nie zdobywałem się na podobne czułości. Ale ja, serio, tak się o nią martwiłem, że teraz ledwo powstrzymywałem łzy radości. Kurde, nie mogłem przecież ryczeć przy innych, szczególnie przy babach, które potrzebowały mojej siły… Ricky.
Tak, owszem. Jakimś trafem nasze spojrzenia spotkały się ze sobą w momencie bardzo feralnym. Ułamki sekundy na tym zaważyły. Dosłownie. Nie zatrzymywałem jej, pozwoliłem jej zrobić rekonesans, szczególnie że tego potrzebowała psychicznie i znała okolicę.
Postanowiłem zająć się też Sam, ale wypytywanie jej, kto nie żył… Raczej to nie był dobry pomysł.
- Sam… A ty? Jesteś ranna czy coś? – zapytałem, ale zdążyła już wrócić Ricky. Może to dobrze? Choć czułem się głupio, kiedy między nimi było krucho, a ja… ja miałem farta? – Dobra, musimy opracować plan. Jeszcze dziś wracamy do Olympii? Proponuję jakąś okrężną drogę. Najlepiej przez jakieś zadupia, po których nikt nawet nie próbuje jeździć. Cholera, musiałem użyć mocy. Te przeklęte roboty. Chyba je udoskonalają – zauważyłem, wspominając, jak topornie się topił pod wpływem ognia.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-04-12, 23:33   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Czułam dotyk Ricky. Przecież... Była tu. Całkiem żywa. Dotykała mnie. Ale dlaczego ten dotyk wydał mi się tak nieobecny?
Spojrzałam na brunetkę i chyba... Zabolało mnie to jeszcze mocniej. Widziałam jej minę, widziałam jej oczy, widziałam jej dłoń na mojej nodze... I nie potrafiłam w żaden sposób odwzajemnić swoich uczuć - troski, strachu o drugą osobę, przywiązania... Nie potrafiłam. Nie w momencie, gdy widziałam śmierć kogoś mi bliskiego. Kogoś, komu pozwoliłam na zbyt wiele. Kogoś, kto w sumie wiele dla mnie znaczył.
Nie potrafiłam też myśleć o miłości, gdy widziałam rany na ręce Aarona. Gdy widziałam Shivali, zbliżającą się do tej przeklętej maszyny. Gdy widziałam, jak ludzie pod tymi pająkami padają, zostają ranieni, zostają straceni...
Znosiłam to o tyle gorzej, że nie byłam w żaden sposób przygotowana na takie widoki. Nie potrafiłam odnaleźć się w roli ofiary z takiego wydarzenia...
Nawet nie zatrzymałam Roseberry, gdy ta ruszyła na sprawdzenie pomieszczeń. A pytanie Aarona doszło do mnie jak przez mgłę. Przełknęłam tylko głośniej ślinę i pokręciłam głową w odpowiedzi - W końcu fizycznie nic mi nie było, no nie? A psychicznie, jeszcze nie do końca wszystko do mnie doszło.
To... To było za dużo. Najpierw ta nieszczęsna polana, teraz zakłócony marsz... Czy ja... Czy ja wszędzie sprowadzałam nieszczęścia?
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-08-10, 21:13   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


/18 kwietnia
Wszystko działo się tak szybko… W jednej chwili zadowolona Matilde szła na swoją pierwszą poważną misję, by w kolejnej chwili wszystko nagle zaczęło się sypać… Niczym jakiś pieprzony domek z kart. Nie pamiętała do końca swojej ucieczki. Nie wiedziała, jakim cudem udało jej się przeżyć. Celowano do niej z broni i od samego postrzału dzieliło ją jedynie to cholerne pociągnięcie za spust… A jednak wciąż żyła. Wciąż oddychała. Nie potrafiła jednak uspokoić emocji. Wciąż właściwie cała się trzęsła, cholernie bolało ją podbrzusze – prawdopodobnie od stresu, a w głowie widniał ciągle ten sam obraz.
Panika, wrzaski, piski. Mały chłopiec na plaży. Był jakiś wybuch. Mały chłopiec uśmiechał się do niej i machał rączkami. Padły strzały i ktoś został ranny. Mały chłopiec rozpłynął się w powietrzu. Zaczęła uciekać. Po małym chłopcu został jedynie ból w klatce piersiowej. Biegła przed siebie, przepychając się przez ludzi. Nie mogła zostać złapana. Chciała… chciała tylko wrócić do swojego domu. To wszystko.
Nie pamiętała do końca okoliczności w jakich natknęła się na Samanthę. Kojarzyła ją już wcześniej, bo przecież była klientką studia tatuażu, w którym Matilde pracowała, ale nie były jakoś super blisko. Nie na tyle blisko, by Matilde pobiegła do niej ze swoimi problemami. A jednak, jakimś cudem po prostu na siebie wpadły. Dwie, równie żałośnie wyglądające istoty. Sam miała swoje problemy, Matilde wciąż nie potrafiła się uspokoić. Początkowo to miała być tylko drobna pomoc w opatrzeniu ran. Wallace nawet nie wiedziała do końca, kiedy nabawiła się rozciętej wargi, zdartych dłoni i okrutnie bolącego nadgarstka. Podejrzewała, że w trakcie ucieczki musiała się o coś potknąć, wpaść na coś ostrego, cokolwiek, ale nie była w stanie dokładnie sobie przypomnieć przebiegu tamtych wydarzeń. Tak samo jak nie potrafiła sobie przypomnieć co dokładnie sprawiło, że razem z Sam znalazły się w tym Squocie. A tym bardziej nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego zdecydowała się kupić heroinę… A jednak mała foliowa saszetka leżała teraz na podłodze razem z strzykawkami, zapalniczką i łyżeczką, sprawiając, że Matilde robiło się niedobrze na samą myśl o tym wszystkim. Wiedziała, że nie powinna tego robić. To nie było żadne wyjście z sytuacji. To miało jedynie wszystko pogorszyć. Już teraz czuła się z tym źle, a co będzie wtedy, kiedy to wszystko do niej dotrze? Kiedy wreszcie się uspokoi, kiedy te wydarzenia na moście przestaną mieć na nią aż taki wpływ, kiedy będzie już za późno…? A mimo to… nie potrafiła się oprzeć. Ten paraliżujący ból, strach, te silne emocje… Chciała, by to się skończyło. Nie chciała tego dłużej czuć. Nie miała nad tym żadnej kontroli. Pragnęła znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, by z tym walczyć, by stąd wybiec, ale była na to stanowczo za słaba.
– Na pewno chcesz to zrobić? – spytała cichym, wypranym z emocji tonem głosu, wbijając ciemne, załzawione tęczówki w twarz Bartowski. Matilde nie chciała jej pociągnąć na dno ze sobą. Miała w sobie chociaż tyle przyzwoitości…
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-08-13, 13:47   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Paraliżujący strach, samotność, godzenie się ze swoim losem... Czułam się przytłoczona tym wszystkim, nie radziłam sobie, nie mogłam nic zrobić. Chyba właśnie przez to, moje dotychczas spokojne życie kończyło się właśnie tu, na starym squocie. Dziwnie czułam się ze świadomością, że przez co najmniej najbliższe kilka dni będę skazana na to miejsce, bo przecież miałam w sobie zbyt wiele dumy, by odezwać się do ciotki o pomoc. Nie chciałam też dodatkowo martwić Ricky czy Aarona moimi problemami czy bezdomnością, z którą dopiero co się oswajałam.
Przez tę cholerną mutację nie odnajdywałam już ukojenia w alkoholu, to było zdecydowanie za mało, tym bardziej, odkąd nie byłam w stanie świadomie się upić, świadomie doprowadzić do stanu nieużywalności, świadomie... Decydować o sobie. Ta pierdolona moc sprowadzała mnie na dno, o którym Wallace nawet nie miała prawa wiedzieć. Chyba właśnie dlatego, my obie, tak wykończone życiem... Znalazłyśmy ten wspólny język?
Krótka wymiana zdań. Krótkie spotkanie. A obie je teraz przypiętnujemy. Ja... Potrzebowałam tego. Potrzebowałam odskoczni od tych problemów, od zmartwień, które zbierały się wokół mnie. Najgorsze, że niby wiedziałam, że już przed tym nie ucieknę - przecież byłam słaba i podatna na wszelkie nałogi. Nic już jednak nie mogło sprawić, bym się rozmyśliła.
Patrząc na te zdobycze na środku pokoju zapominałam o pojedynczej walizce stojącej gdzieś w rogu pomieszczenia. Nie chciałam też myśleć o tym, jak wielki zawód sprawię swoim bliskim, jeśli to kiedykolwiek się wyda. Teraz... Teraz to nie miało znaczenia. Teraz ważne było, żeby te wszystkie złe myśli odeszły...
- Co? - Zapytałam, wyrwana z rozmyślań, by po chwili przełknąć głośniej ślinę, gdy tylko przetworzyłam to krótkie pytanie. - Tak... Tak mi się wydaje... - Odpowiedziałam po chwili, nie bardzo wiedząc co dalej robić. W życiu nie byłam w takiej sytuacji, do tej pory moje "przygody" kończyły się na miękkich narkotykach. Ot, jakiś zielony skręcik w trakcie studiów i nic poza tym.
Przysiadłam więc nieco wygodniej na tej ziemi, tak, by nie przeciążać wciąż bolącej, prawej nogi. I gdy sama przyglądałam się dokładnie brunetce, nie byłam w stanie zignorować tych łez, które malowały się w jej oczach. - A Ty? - Zapytałam, z wyczuwalnym zmartwieniem w głosie. W tej chwili nienawidziłam samej siebie - bo nie wiedziałam, czy ten łamiący się ton spowodowany był jakąkolwiek troską o drugiego człowieka, czy jednak tylko strachem przed tym, że jednak zostanę z głową pełną zmartwień sama, bez żadnego ukojenia...
- Powiedz... Powiedz, co robić. - Dodałam na koniec, biorąc głębszy wdech i samej sobie powtarzając, że po tym na pewno będzie lepiej. Musiało być...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-08-13, 15:55   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


To nie była ścieżka, którą Wallace chciała podążać. A przynajmniej nie teraz, kiedy jej życie wreszcie zaczęło się układać. Czuła się paskudnie z tym co miało nastąpić, czuła się paskudnie z tym, że wciągała w to wszystko kolejną niewinną osobę. A jeszcze bardziej paskudnie czuła się z tym, że okłamywała Willa. Wystarczyło przecież napisać, że potrzebowała pomocy. Wystarczyło schować dumę do kieszeni i powiedzieć, że nie czuła się najlepiej. Że wcale nie było okej. Że wszystko się posypało. Ale zamiast tego… zamiast tego ona ponownie zataczała kółko. Tkwiła w jakimś pierdolonym transie, z którego chciała się wyrwać, ale to po prostu było niemożliwe. W tym momencie dziewczyna autentycznie miała dość swojego życia. Skoro to miało tak wyglądać, skoro przy każdym kolejnym załamaniu miała kończyć w ten sposób, to chyba wolałaby, by ta dawka była jej ostatnią. Słysząc zdecydowany ton głosu Samanthy, brunetka jedynie skinęła głową. Nie miała wystarczająco dużo siły, by się uprzeć i jej odmówić. To była decyzja Bartowski. Miała sobie zniszczyć tym życie, a mimo to wciąż się to pchała. Ona miała wyjście… mogła zmienić decyzję, dla niej nie było za późno, a jednak… a jednak wciąż tego chciała.
– Możesz jeszcze zmienić zdanie – powiedziała cicho, sięgając po woreczek z narkotykiem, po czym wysypała na łyżeczką odpowiednią ilość proszku. Czuła do siebie odrazę. Nie rozumiała jakim w ogóle cudem straciła kontrolę nad swoją świadomością. To co robiła.. było automatyczne. Każdy kolejny krok znała na pamięć. Nieważne jak bardzo chciałaby z tym walczyć, to nie było możliwe.
– Czy to ma jakieś znaczenie? – spytała zachrypniętym tonem głosu, sprawiając wrażenie osoby, która w każdej chwili mogłaby się rozkleić. Była beznadziejna, nie miała żadnej wartości, a to co teraz robiła… nienawidziła siebie za to. Czuła jak jej dolna warga zaczęła drżeć, ale nie zważała na to dłużej. Po prostu rozpuściła proszek w wymierzonej strzykawką ilości wody, mieszając w łyżeczce igłą, by proszek się rozpuścił.
– Ja nie mam innego wyjścia – dodała, wykrzywiając usta w bolesnym uśmiechu. Chciała krzyczeć. Właściwie, była wręcz pewna, że coś w jej głowie krzyczało. Ale najwidoczniej ten krzyk był stanowczo za słaby, by ją opamiętać. Najpierw dwa lata trzeźwości. Teraz kolejny miesiąc. Ile wytrzyma następnym razem? Czy w ogóle doczeka następnego razu? Doskonale zdawała sobie sprawę, że tym razem mogło się to dla niej skończyć tragicznie. Ryzyko ćpuna, huh? Matilde przełknęła cicho ślinę, by chwycić do ręki łyżeczkę, którą podgrzała zapalniczką, tym samym gotując heroinę.
– Podwiń rękaw i zaciśnij pasek na przedramieniu, żeby było widać twoje żyły. Resztą się zajmę – poleciła, w międzyczasie nabierając do strzykawki odpowiednią dawkę substancji (wcześniej filtrując substancję przez kawałeczek waty). Następnie przeniosła wzrok na Sam, wznosząc lekko brwi, jakby chcąc się upewnić, że dziewczyna jest gotowa.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-08-13, 23:09   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Czy mogło być gorzej?
Wszyscy zmagaliśmy się z problemami, każda z nas nie radziła sobie z codziennością, która nas dopadła. Tylko dlatego tu dzisiaj byłyśmy w tak paskudnych okolicznościach.
Możesz zmienić zdanie...
Tak, mogę, ale co z tego? Byłam słaba. Za słaba. Nie potrafiłam ogarnąć własnego życia, wpadałam w coraz większy muł i byłam tego świadoma. Nie chciałam też tego zmieniać. Nie, gdy miałam świadomość jak wielkim gównem jestem. To... To znaczyło, że z tego krótkiego spotkania będę miała dwa wyjścia - albo zdechnę, jak powinnam to była zrobić już wiele lat temu, albo znajdę ukojenie - choć na chwilę, choć na kilka godzin...
Tak bardzo pragnęłam się oderwać. Nie myśleć. Nie czuć. Może już nawet nie oddychać, nie żyć... Ale byłam zbyt wielką pizdą, by samej to zakończyć. I nawet mimo strachu, nawet mimo stresu... Chciałam tego. Skoro los śmiał mi się w twarz, wciąż pozwalając mi tu być, to musiałam sprawdzić, jak wiele jeszcze będzie gotów mi odpuścić...
Dokładnie obserwowałam kolejne poczynania dziewczyny. Jak gdybym nie chciała nic stracić, jakbym już teraz nastawiała się, że i mnie to w przyszłości czeka. Obserwowałam ją, w milczeniu, starając się utrzymać równy oddech. Nie chciałam... Nie... Nie mogłam pokazać, że mam jakiekolwiek wątpliwości. Chociaż to mi się udawało.
- No to jedziemy na jednym wózku... - Odparłam, niby ze spokojem, po chwili zaciskając swoje wargi. Przyrzekłabym, że aż zęby mnie rozbolały od tego nacisku, który właśnie wytwarzały moje szczęki. Byłam już na granicy i podobnie jak Wallace - nie widziałam już dla siebie innej opcji. Nawet mimo tego, że w żyłę miałam dać sobie po raz pierwszy. Ten świat po prostu mnie przerastał...
Na jej polecenie tylko kiwnęłam głową, wypuszczając powoli powietrze nosem. Zrobiłam, jak mi nakazała - podniosłam ten nieszczęsny rękaw koszulki, zacisnęłam pasek na ramieniu, a całą rękę wyprostowałam. Chyba nawet na chwilę się zawiesiłam, gdy tak wzrok utkwiłam we własnej skórze na zgięciu łokcia.
Kurwa, pięknie Bartowski. Do tego się doprowadziłaś...
W końcu jednak przerzuciłam wzrok na brunetkę, wymuszając na sobie choćby lekkie uniesienie kącików ust w tym fałszywym, smutnym uśmiechu... Byłam gotowa. Gotowa, by przekreślić to swoje smutne życie jeszcze gorzej, niż samym alkoholizmem...
- Dziękuję, Matilde. - Rzuciłam w końcu, nim jeszcze Wallace zbliżyła strzykawkę do mojej ręki. I oh, ironio. Było to wypowiedziane niezwykle szczerze. W końcu w moim mniemaniu, nic już nie mogło się gorzej spierdolić, niż do tej pory...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 7