Poprzedni temat «» Następny temat
Bar Fallen Angel
Autor Wiadomość
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-04-23, 15:35   Bar Fallen Angel
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


[Profil]
  [A-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-05-28, 18:46   
  

   1 Rok na Giftedach!


To, że mógł być poddany terapii normatyzującej wciąż siedziało gdzieś z tyłu jego głowy. Przecież byli w dogs, przecież nie pamiętali jak to wszystko się skończyło. Coś było mocno nie tak, a on nie potrafił się w tym wszystkim jeszcze odnaleźć. Podobnie jak pozostali, spróbował użyć mocy. Wielokrotnie. Jakby próbował na siłę oszukać własny organizm. Nie mógł nic zrobić. W końcu przyprawiło go to tylko o jeszcze większy ból głowy. Był wściekły, dlatego przez większość drogi do nikogo się nie odzywał. I jeśli nikt go nie zaczepiał, z pewnością nie oberwał jakimś chamskim przytykiem.
Szedł w kierunku wyznaczonym przez Andy’ego. Gdzieś po drodze udało im się złapać autobus. Jebać ukrywanie się. W końcu mieli wszczepione w kark jakieś urządzenie, które prawdopodobnie śledziło każdy ich krok. Nie było sensu ukrywać się, skoro i tak dogs znało już ich położenie i prawdopodobnie też odkryło ich tożsamości i być może dokładnie zbadało. Wszyscy z pewnością byli przemęczeni, głodni. Musieli jak najszybciej znaleźć sobie jakieś schronienie, chociaż po to żeby doprowadzić się do względnego porządku.
W końcu dotarli do baru i mieszkania Darka. Pierwszą rzeczą jaką zrobił po wejściu do środka było odnalezienie jakiegoś automatu z papierosami. Wyżebrał od Andy’ego jakieś drobne czy tam żetony. Jeśli Bartowski dobrał się do alkoholu, nie śmiał nawet mu odmówić. Nie wybrzydzał też, gdy Andrew dał im coś do jedzenia. Zbyt zajęty był własnymi myślami, by nawiązywać jakiekolwiek rozmowy. Miał ochotę coś rozbić, zniszczyć, wyżyć się na czymkolwiek, byle tylko na chwilę przestać być tak bardzo wściekłym. Tak też zrobił, gdy w końcu udało mu się dopchać do prysznica. Być może w tym czasie Fay dzwoniła już do Cassandry, prosząc o pomoc. Może nie był zbyt dobrym gościem, ale skopał dla Andy’ego kilka mebli, tylko po to żeby to z siebie wyrzucić. Na przedramieniu miał wkłucia. Z pewnością po mutazynie. Zauważył je dopiero teraz. Kilka uderzeń w ścianę, wcale nie sprawiły, że poczuł się lepiej, ale rozbite skutecznie kostki odciągały uwagę od uczucia wściekłości. W końcu zszedł z powrotem do baru, ubrany w jakieś ciuchy, które pewnie Andy miał odłożone dla biedadzieci. Wciąż zmęczony, ale czuł się znacznie lepiej. - Dzwoniliście do niej? - zapytał, siadając obok nich i odnajdując w kieszeni spodni papierosy i zapalniczkę.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-05-28, 20:10   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Siedziała cicho praktycznie całą drogę, czasami tylko rzucając krótkie tak lub okej, gdy ktoś czegoś od niej chciał, jednak głównie starała się jakoś poukładać sobie w głowie wszystko to, co ich spotkało, spróbować przypomnieć sobie, co się właściwie stało.
Na próżno. Za każdym razem, gdy już była blisko odkrycia czegoś nowego, myśli... po prostu jej umykały i jedyne, czego była pewna to to, że stało się coś złego.
Z lokalizatorami pod skórą nie mogli nawet zbliżyć się do bractwa. Gdyby miała telefon, pewnie od razu zadzwoniłaby do Mike'a z pytaniem co z Penny i czy on i mała są bezpieczni, ale tak... nic nie mogła zrobić. No i kwestia Leona nie dawała jej spokoju. Dlaczego nie było ich z nimi? Miała wrażenie, że istnieje na to tylko jedna sensowna odpowiedź, jednak bardzo nie chciała jej do siebie dopuścić. Rozkleiłaby się na miejscu i wszystkie starania, udawania, że jakoś się trzyma, poszłyby na marne.
Droga zleciała jej wyjątkowo długo i cieszyła się, gdy wreszcie dotarli na miejsce. Po prostu padała z nóg, była głodna i rozpaczliwie potrzebowała prysznica, a po tym najlepiej jakiegoś mocnego drinka. Mimo to rozmowa z Cass była najważniejsza, więc to tym zajęła się w pierwszej kolejności, przy okazji zajmując miejsce w kolejce do łazienki zaraz za Ronnim.
- Tak. Przyjedzie - powiedziała, gdy Henderson wrócił. W tym czasie zdążyła już zadzwonić do przyjaciółki, zmusić się do zjedzenia czegoś licząc, że może poczuje się po tym odrobinę lepiej i przy okazji wykonać jeszcze kilka telefonów - Z Penny też wszystko w porządku. Jest bezpieczna - dodała, nawet na niego nie patrząc. Unikała spojrzeń ich wszystkich, najpierw zajmując się telefonem, potem dziubiąc jedzenie, a na koniec znikając na schodach prowadzących na piętro, gdzie znajdowała się łazienka.
Najchętniej spędziłaby pod prysznicem godzinę czy dwie, jednak ograniczyła się do tych dziesięciu minut wiedząc, że za nią w kolejce był jeszcze Aaron i Andy, chociaż mimo krótkiego czasu i męskich kosmetyków i tak była to chyba najprzyjemniejsza czynność z całego tego dnia.
Gdy skończyła zeszła do baru, ubrana we własne jeansy, które o dziwo całkiem nieźle nadawały się do użytku i koszulkę od Andy'ego, którą dla wygody zasupłała z przodu, żeby nieco ją skrócić. Wilgotne włosy zostawiła rozpuszczone, żeby szybciej jej wyschły i tak usiadła jakieś krzesło czy dwa od nich, skupiając całą swoją uwagę na jakże zajmującej, wystającej z brzegu koszulki nitce.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-05-29, 18:04   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Całą droga do mojego baru, zdawała się dłużyć w nieskończoność. Ciężar ciała po raz pierwszy w życiu ograniczał mnie do dosyć ślamazarnych ruchów, co w efekcie nieco wydłużało przeprawę ku miejscu obiecanemu. W końcu jednak dotarliśmy - bez większych problemów po drodze. Bar został otwarty. Wchodząc do środka zdążyłem jedynie rzucić krótko - Czujcie się jak w domu. - W obecnej chwili miałem gdzieś zasady dobrego zachowania. Gdy wszyscy znaleźli się w barze, zamknąłem za nami drzwi na zamek, wywieszając na drzwiach plakietkę z napisem ZAMKNI?TE, co by nie przyciągać niepotrzebnych ludzi. Momentalnie udałem się na zaplecze w celu przebrania się oraz wzięcia kilku drobniaków, o które prosił Ronnie. Wracając, zabrałem też kilka zapiekanek, które odgrzane później w mikrofalówce miały nam dostarczyć wręcz nieziemskiej ekstazy smakowej. Dając im posiłek, zaraz ruszyłem za bar, by każdemu przygotować po dwa shoty Tequilli. Kładąc je na tacce, podszedłem do mutantów, by podać każdemu z osobna dwa kieliszki z trunkiem. - Coś czuję, że się przyda. - Rzuciłem szybko, biorąc jednego shota i przechylając go, radując się momentem błogości. W następnej chwili zasiadłem z resztą, zastanawiając się, co dalej począć. W międzyczasie zdążyłem wyżebrać od Ronniego jednego papierosa i zapalić go. Nie paliłem zbyt często, jednak w tej chwili nie przejmowałem się tym zbytnio. - Więc? Co dalej? - Powiedziałem, zajadając się zapiekanką i licząc na jakieś pomysły towarzyszy.
_________________
[Profil]
  [A-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-30, 20:00   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


#16

Kiedy myślała o przebiegu tego dnia, raczej nie zakładała, że wszystko potoczy się w podobny sposób. W gruncie rzeczy, ostatnio nie miało miejsca aż tak wiele nieoczekiwanych zdarzeń. Owszem, jednocześnie nie było spokojnie, a całe jej życie nadal przypominało jedną wielką sieczkę, jednakże nie miała przy tym problemów z nadmiarem wrażeń. Ot, momentami zdarzało jej się z niepokojem spoglądać na drzwi motelowego pokoju, specjalnie krążyć uliczkami miasta, by zgubić kogoś, kto stanowczo zbyt długo za nią podążał, kryć się gdzieś w celu odczekania paru chwil dla pewności... Jednak ostatecznie nie było w tym niczego, co mogłoby spowodować u niej mini zawał serca. Przynajmniej do czasu pamiętnego telefonu.
Gdyby nie splot zdarzeń, zapewne wcale nie odebrałaby komórki. Raczej niespecjalnie żałowałaby przy tym samego braku zaangażowania w akcję, ale z pewnością miałaby wyrzuty sumienia, gdyby zostawiła tych wszystkich - właśnie, ilu? nadal tego nie wiedziała - ludzi na pastwę losu. Tak już przecież było. Mogła mówić dosłownie to, co chciała. Mogła myśleć to, co chciała. Mogła zarzekać się, że od tej pory zamierzała skupiać się wyłącznie na sobie, swoich potrzebach i własnym bezpieczeństwie… Ale zawsze i tak kończyła w jakimś cudacznym miejscu, zaangażowana w mniej lub bardziej niebezpieczne sytuacje, mając nóż na gardle czy pistolet przy głowie… Bo przejmowała się ludźmi.
Nie, nie wszystkimi. Bądźmy szczerzy, znaczna większość osób nie miała dla niej większego znaczenia, tak samo jak ona dla nich. Gdyby to nie Fay do niej zadzwoniła, tylko padłoby na kogoś, z kim miała niewiele - lub wcale, bo tak też mogło być - do czynienia, zapewne jakoś by tę osobę zbyła. Nie była Matką Teresą z Kalkuty, zwłaszcza że dni działania dla Bractwa pozostawiła już za sobą. Nie chciała mieć do czynienia z tym całym burdelem. Już dawno powinna była podjąć taką a nie inną decyzję, a teraz wreszcie to zrobiła.
Jeśli jednak chodziło o konkretną osobę, konkretną sytuację, konkretne okoliczności i jeszcze bardziej określoną prośbę… Z zawahaniem i zastanowieniem, ale nie powiedziała nie. Interesowała ją ta sprawa. Mimo wszystko, pewne rzeczy musiała jednak zobaczyć na własne oczy, aby stwierdzić, czy mogła cokolwiek na nie poradzić. To właśnie dlatego dała sobie godzinę, by móc skompletować to, co teoretycznie mogło jej się przydać, jednocześnie starając się załatwić także drugą część prośby…
I o ile z początku było jej dosyć łatwo - no, przynajmniej jak na obecne standardy - o tyle kolejny nieprzewidziany telefon sprawił, że na chwilę zapomniała o tym, co właśnie robiła, po co była w tym miejscu, a nawet, jak się nazywała. Miała piętnaście minut w zapasie, ale nogi ugięły się pod nią na tyle mocno, iż praktycznie cały ten czas spędziła na murku przy jednej z miejskich fontann, wracając do siebie psychicznie na tyle, na ile tylko mogła to zrobić.
Kiedy tylko jakoś się zebrała - uprzednio wykonując powtórny telefon do baru, aby wiedzieć, jak dostać się do środka i gdzie iść - wreszcie pojawiła się na miejscu. Co prawda, ponad dwadzieścia minut po teoretycznie określonym czasie, ale… Przynajmniej miała ze sobą wszystko, czego powinna potrzebować, a to się liczyło, nie?
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-05-31, 00:51   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Dwie tequile na zmęczony organizm wystarczyły, żeby na jakiś czas skutecznie rozproszyć myśli i nareszcie przestać analizować krok po kroku wszystko to, co się stało i zastanawiać nad tym, czego do końca nie potrafili wyjaśnić. Był to... dobry stan, po prostu, wręcz wymagany po tym, co wszyscy przeszli, ale dziewczyna chyba nie posunęłaby się do tego, żeby kompletnie stracić kontakt z rzeczywistością. Nie teraz, gdy pozostała jeszcze niezamknięta kwestia lokalizatorów.
- Czekamy na Cassandrę. Miejmy nadzieję, że pomoże z tymi nadajnikami - powiedziała wtedy do Andy'ego, siadając bokiem na krześle i opierając ciążącą coraz bardziej głowę o drewniane oparcie.
Jeśli przez tą godzinę miała miejsce jakaś rozmowa, to Fay niekoniecznie brała w niej udział. Nadal milczała, będąc trochę wycofaną w stosunku do całego towarzystwa i jedynie przysłuchując sie temu, co mówili inni.
Czas zleciał całkiem sprawnie, chociaż dziewczyna musiała przyznać, że spóźnienie przyjaciółki zaczynało ją trochę niepokoić. Dała jej jednak ten kwadrans więcej podejrzewając, że narzędzi chirurgicznych i środków do miejscowego znieczulenia nie dostanie się w pierwszej lepszej aptece. Wyliczyła idealnie, bo już chwilę potem rozległ się telefon i to przez niego doprowadzili Cass do tylnego wejścia do baru, a potem wprowadzili do środka.
Fay nie potrafiła ukryć, że cholernie dobrze było ją zobaczyć i w pierwszej chwili po prostu nie mogła powstrzymać się od uścisku. Był on co prawda krótki, ale nie chciała już przedłużać, w końcu mieli tutaj ważniejszy problem, którym trzeba było się zająć w pierwszej kolejności.
- Dobrze cię widzieć, dzięki, że przyjechałaś - powiedziała tylko, zmuszając się do nikłego uśmiechu, który i tak wyszedł jej nieco sztucznie. Trudno było nie zauważyć, że nie była w nastroju - Masz wszystko, czy potrzebujesz czegoś jeszcze? I gdzie chcesz się rozłożyć? - spytała, idąc z Cass do głównej części baru i... cóż, chyba nie powiedziała takiej ilości słów od trzech czy czterech godzin, ale to chyba wynikało z faktu, że w końcu miało się dziać coś więcej niż tylko bezczynne czekanie.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-31, 02:10   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Wykonując te decydujące kroki, jakie w tym momencie dzieliły ją od czegoś, co było dosyć nieuniknione, trochę zbyt mocno przygryzła wargę. Być może nie było tego już po niej tak wyraźnie widać, ale jeśli jakiś czas wcześniej była zaniepokojona, zaskoczona czy zestresowana wyłącznie z tego jednego, konkretnego powodu... Teraz znowu miała na pęczki kolejnych. O ironio, związanych z nią, ale nie bezpośrednio. Mimo że teoretycznie powinna obawiać się przede wszystkim o własne życie, tym razem wcale tak nie było. To problemy innych ludzi tak bardzo ją przytłaczały. Postanowiła robić jednak dobrą minę do złej gry, starając się przy tym trochę bardziej niż zwykle. Lata treningów dawały przecież swoje, nawet jeśli zazwyczaj nie trudziła się za mocno, by nie być otwartą księgą. Na pewnym etapie życia mało co ją to obchodziło.
Tym razem chodziło jednak o coś więcej, niż tylko jej zwykłe widzimisię. Starając się przybrać dosyć neutralny wyraz twarzy, doskonale wiedziała, jak będzie wyglądać. Nie łudziła się, że jej mina nie będzie przybita czy też zatroskana. Miała do tego prawo i nikt zapewne nie powinien się temu dziwić. Chodziło jej wyłącznie o to, aby trochę zamaskować to, jak fatalnie się tak naprawdę czuła. Znacznie lepiej było ukazać tylko trochę prawdziwych, ale celowo ujawnianych emocji, niżeli całkowicie się od nich odciąć, wzbudzając tym samym nadmierne podejrzenia, co do intencji czy powagi sytuacji. Było z tym niczym z dobrym kłamstwem, które od prawdy powinna oddzielać jak najcieńsza granica.
Przełknęła ślinę, smakującą krwią z uszkodzonej i podrażnionej wargi, stosując się do wszelkich wskazówek, aby - razem z psem; dokładnie tak jak mówiła - znaleźć się na tyłach baru, wślizgując się do środka. Nie znała tego miejsca i nie za bardzo była w stanie powiedzieć, jakie wrażenie na niej wywierało. Nastawienie i tak najprawdopodobniej robiło swoje, a ona nastawiła się na konkretne zadanie - niezależne od otoczenia, choć nadające się do wykonania tylko w dosyć przyzwoitych warunkach. Cóż, tutaj było przynajmniej dosyć czysto i raczej nie miało zabraknąć alkoholu do odkażania i dodatkowego znieczulania, bo to, co że sobą miała... Powiedzmy sobie szczerze, nie było najskuteczniejsze. Najlepsze, jakie była w stanie zdobyć w takich okolicznościach? Tak. Najbardziej skuteczne na rynku? Zdecydowanie nie. Przynajmniej coś mieli.
Kiedy pojawiła się w zasięgu wzroku Fay, niemal od razu skierowała do niej swoje kroki, odpowiadając uściskiem na uścisk, choć szybko ją przy tym puszczając i - już przytrzymując Murphy tylko za ramiona - przyglądając jej się badawczo, jakby szukała dodatkowych, przemilczanych obrażeń. Dopiero, gdy ich nie znalazła, rzuciła ciche, miękkie hej, tym razem obserwując otoczenie.
- Nie ma sprawy. Jak się czujesz? - Odmruknęła, odwzajemniając ten nikły, niezbyt pogodny uśmiech, a za chwilę dodając już bardziej konkretnie. - Raczej mam wszystko. Powinno wystarczyć... Chyba. - Nadal nie wiedziała, z iloma osobami miała mieć do czynienia, jednak na oko nie wyglądało to aż tak tragicznie. Chociaż... Zawsze mogła się mylić, nie miała się tego dowiedzieć, jeśli nie zamierzała zacząć.
- Ciche, osłonięte miejsce bez wielu dźwięków. Najlepiej z długim i szerokim blatem, ale nie barowym. Niższym, coś jak w stolikach dla klientów. - To mówiąc, rozejrzała się przelotnie po wnętrzu pomieszczenia... Typowego baru. Klimatycznego i ciemnawego. - I z dobrym oświetleniem. Może być lampa, byleby światło było dosyć ostre i dało się je jakoś ustawić. Tak byłoby idealnie. Od biedy? Puste pomieszczenie, stolik i lampka nocna. - Wchodząc w ten specyficzny, dosyć mocno skupiony tryb planowania, po prostu mówiła. Potrzebowała najpierw ustalić warunki, a potem... Potem mogła sprawdzać resztę.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-05-31, 08:14   
  

   1 Rok na Giftedach!


Poczuł ulgę na myśl o tym, że z Penny jest w porządku. Chociaż to. Nie dopytywał bardziej… Gdyby \wiedziała więcej z pewnością bym im to zdradziła. Nie dawało mu to spokoju. Dlaczego zostawili ich tak blisko Bractwa. To nie mógł być przypadek. Nie mogli jednak tego sprawdzić, lepiej było nie ryzykować. Chciałby się dowiedzieć co się do cholery tam stało. Liczył, że pamięć wróci z czasem. Podobnie jak moce, których nie mogli używać. Potrzebowali jakiejś broni, najlepiej na już. - Masz jakąś broń? - zapytał Andy’ego. Bardzo doceniał jedzenie, a nawet te dwa kieliszki tequili, którymi go uraczył gospodarz, ale jeszcze bardziej ucieszyłoby go to, że mają czym się obronić. On nie miał swojej broni, ani swojego ulubionego myśliwskiego noża, który musieli mu zabrać w dogs. - Musimy usunąć te cholerne nadajniki, a potem dowiedzieć się co z Bractwem, nie podoba mi się, że wyrzucili nas tak blisko. - zerknął na Andy’ego. Nie musiał być przecież znowóż tak mocno z nimi zżyty, w końcu dołączył do Bractwa całkiem niedawno, ale Ronnie sprowadzał tam mutantów przez lata. Nawet jeśli był zły na Colleen za postawienie im tego ultimatu i do Bractwa nie należał, wciąż czuł się odpowiedzialny za wielu ludzi, którzy tam byli.
W końcu w drzwiach pojawiła się Cassandra. Chyba było widać, że towarzystwo nie jest w zbyt dobrym nastroju. Było czemu się dziwić? Dogs zainstalowało im w ciałach program szpiegujący. Zgniótł niedopałek w popielniczce i podniósł się z miejsca.- Dobrze cię widzieć w jednym kawałku. - rzucił do Cass, uśmiechając się niemrawo i podchodząc do kobiet. Nie widział Gardner od czasu marszu, po czym zapadła się pod ziemię, później wieść o niej zaginęła, a on nie był znów tak bardzo wścibski. Dużo się działo ostatnimi czasy. - Andrew, masz tutaj jakąś kuchnię albo zaplecze? - zapytał mężczyznę i sam skierował się w stronę najbliższych drzwi, które znajdowały się przy barze. To mu wyglądało na jakieś zaplecze.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-05-31, 12:58   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- W porządku - odparła Cass bo... nie było źle. Mutazyna zostawiała nieco dziwne uczucie, była trochę zmęczona, ale generalnie nic gorszego jej nie było. Fizycznie czuła się przyzwoicie.
Słuchała słów Cass zastanawiając się, gdzie w ogóle można było utworzyć takie warunki. Bar sam w sobie był cichy, osobne pomieszczenie pewnie miało służyć temu, żeby podczas wyjmowania nadajnika jednej osobie, trzy kolejne nie gapiły się jej na ręce. Ale z drugiej strony bar nie był prostokątna, nieosłoniętą niczym salą, więc można było ulokować się w jakiejś jego innej części.
- Za barem jest zaplecze. Gdzieś też widziałam wolno stojącą lampę - powiedziała jeszcze tylko, a potem pewnie wszyscy zaangażowali się w przygotowanie odpowiedniego miejsca. Zrobili miejsce na zapleczu, ustawili tam dwa krzesła - jedno dla Cass, a drugie dla osoby, która będzie miała w danej chwili wyciągany lokalizator. Był też mały stół, na którym Gardner mogła rozłożyć wszystkie potrzebne rzeczy. Po drugiej stronie ustawili lampę, którą przyniosła Fay i... cóż, na nic lepszego chyba nie mogli w tym momencie liczyć. Musiało wystarczyć. Całość prezentowała się jakoś tak, tylko z lepszym oświetleniem.
- Tak będzie okej? - spytała Cassandry, bo to jej przede wszystkim miało być dobrze pracować. Reszta mogła trochę się pomęczyć - Dałaś radę załatwić jakąś broń? - spytała jeszcze, bo to była jej druga prośba podczas rozmowy telefonicznej, która wyszła z inicjatywy chłopaków. Nie było to najważniejsze, jednak dobrze było wiedzieć z wyprzedzeniem, co mają pod ręką, a jeśli Cass nie udało się niczego przynieść, zawsze mogła sama spróbować pociągnąć za kilka szurków, jednak na to potrzebowała czasu.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-05-31, 13:33   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Z mojej strony to wyglądało tak, że by spróbować użyć swej mocy, potrzebowałem płomienia, więc w tej niepewności żyłem, póki nie znaleźliśmy się w barze. Tylko nie wiem, czy to znowu była niepewność. Raczej nadzieja. I to marna. Czemu niby mieliby mnie oszczędzić jedynego? Oczywiście, nie oszczędzili.
Na dodatek nie było z nami Leona, ja miałem wyrzuty sumienia, że to zainicjowałem, Sam odpierdalała, nie chcąc mi nagle pomóc i… jebało się ostro. Jeszcze Fay zadzwoniła Cass, po tę samą, której nie pomogłem na marszu, choć powinienem, która, myśleliśmy, że nie żyje. Miała nam pomagać, kiedy ja nie pomogłem jej, bo za bardzo dałem się ponieść emocjom zainicjowanym przez nieprzytomność Alby.
Wziąłem ten prysznic chyba ostatni, a kiedy schodziłem, to dopiero przybyła Cass… Albo była tu już od jakiegoś czasu. Wcześniej wypita tequila jakoś nie uśmierzyła we mnie tego wstrętnego uczucia czy też uczuć, które czyniły ze mnie paskudnika, męczennika i niezadowoleńca.
- Cześć, Cass. Będziesz nas cięła? – zapytałem, mimo że nie miałem ochoty czegokolwiek mówić i w jakikolwiek się odezwać. Wyrzuty sumienia? Chuj wiedział. Może jednak typowy Aaron? – To pójdę na pierwszy ogień – rzuciłem. Chciałem się już pozbyć tego cholerstwa, ale też tak dla rozgrzewki, by potem już jej szło jakoś sprawniej. Mi mogła rozorać połowę karku. Potem jebnę sobie kolejny tatuaż. Skaryfikacja też na propsie. Super. Plus, jeśli miało coś pójść nie tak, lepiej bym to ja kipnął niż ktoś inny, nie?
Też miałem zryte myśli.
Siadłem na krześle wskazanym pewnie przez Fay. Może sam już wiedziałem, co i jak, bo może to nie pierwsze podobne zabiegi? Ech. Z nadajnikiem, bez mocy czułem się bardzo inwalidą, więc bardziej już chyba nie mógłbym… Wziąłem pewnie solidnego łyka jakiegoś alko, odetchnąłem głęboko, oparłem się wygodnie i pozwoliłem Cassandrze działać. Kto nie ryzykuje, ten nie ma.
- Choć mam jeszcze taki szaleńczy plan… by nie pozbywać się tego ustrojstwa, ale pójść do D.O.G.S. i się, kurwa, zatrudnić. A co! Nie patrzcie na mnie jak na kretyna, bo moglibyśmy rozjebać ich wtedy od środka – zauważyłem, rzucając jakby hasło osobom, które znajdowały się z nami na zapleczu. To było kuszące i być może mógłbym wynegocjować wolność dla mojej Albeczki, w razie czego…
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-31, 22:36   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Nie musiała nawet specjalnie komukolwiek się przyglądać, by wiedzieć, że wcale nie było w porządku, jednak nie zamierzała naciskać. Ba, sama dosyć często wolała odpowiedzieć w taki sam sposób, nie rozdrapując gojących się ran, więc i w tym wypadku poprzestała na kiwnięciu głową. Zresztą… Zawsze mogły przecież porozmawiać później, gdy miało być już częściowo po wszystkim. Bądź co bądź, w tej chwili naprawdę liczył się czas, nie?
- Was też dobrze widzieć całych. - Odpowiedziała Ronniemu, tym razem nie uśmiechając się jednak już ani trochę. Nie przez to, że nie chciała. Po prostu… Nie potrafiła. Nawet jeśli teoretycznie bycie w jednym kawałku nie oznaczało bycia w dobrej formie fizycznej czy psychicznej, sama niewątpliwie też doceniała taki stan. W gruncie rzeczy - po tym wszystkim, co już zdążyło się wydarzyć - mogło być przecież znacznie gorzej. Zdecydowanie nie było w porządku, ale świat nie walił im się jeszcze na głowę. Przynajmniej nie tak, jak innym. Wiedziała przecież coś, czym nie zamierzała się dzielić. I to właśnie tak mocno wpływało na jej nastrój, a co za tym szło - także małomówność. Jeszcze większą niż zazwyczaj.
Pozwalając reszcie zająć się przygotowywaniem stanowiska, przeszła na zaplecze, ostatecznie stwierdzając, że były tam chyba najlepsze możliwe warunki. Oczywiście, nadal wiele im brakowało, jednakże nie mogła raczej prosić o zbyt dużo. I tak nie było fatalnie.
- Będzie nieźle. - Pokiwała zatem głową, jeszcze raz przeglądając wszystko to, co przy sobie miała, nim nie pogrupowała sobie tego w kupki porozkładane na stole, jednocześnie przypominając sobie także o tym, o co spytała ją Murphy. - Niewiele, ale coś tam się udało. - Odpowiadając, wskazała podbródkiem na plecak, który chwilę wcześniej zdjęła z pleców. - Przejrzyjcie to sobie, a ja zajmę się… - Kimś. Nie wiedziała, kim dokładnie, ponieważ nie wyglądało na to, by ktokolwiek aż palił się do siadania na krzesełku. No, przynajmniej do czasu, gdy w pomieszczeniu nie zrobiło się znacznie bardziej tłoczno.
- Aaronie… - Przywitała go, jednocześnie potakując. - Musicie być bardzo zdesperowani. - Cóż, może się nie uśmiechała, może nie miała nastroju, ale rozładowanie atmosfery z pewnością mogło im się przydać. Zwłaszcza że sama nie za bardzo mogła iść w ślady Aarona i napić się czegokolwiek procentowego. Musiała to po prostu załatwić sprawnie i jak najbardziej dokładnie, uważnie zabierając się do wykonywania pierwszych czynności - przemycia skóry mężczyzny jałowym gazikiem nasączonym odpowiednim środkiem, a następnie miejscowego znieczulenia w okolicy miejsca na skórze, gdzie dostrzegła poprzednie nacięcie.
- Nie ekscytuj się teraz za mocno. - Mruknęła, pomijając ten jego genialny plan, po czym dopowiedziała. - I nie spinaj mięśni zbyt mocno.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-06-01, 21:38   
  

   1 Rok na Giftedach!


- Myślę, że zrobiliśmy wystarczająco. - rzucił ponuro do kumpla, wychodząc z pomieszczenia i biorąc ze sobą torbę. Andrew gdzieś tam znikł, prawdopodobnie szukając tej broni, o którą wcześniej zapytał czy też jakiś akcesoriów potrzebnych dla Cass. Sam Ronnie zajął się przeszukiwaniem torby. Nie czuł się zbyt pewnie - nie dość, że pozbawiony był swoich mocy, to nie miał żadnej broni. Żadnego pistoletu, a nawet noża.
W torbie znajdowało się kilka pistoletów,, wyciągnął jeden z nich, dziewięciomilimetrowego glocka, często używanego przez policjantów - kto pierwszy ten lepszy. Przyjrzał się lufie, sprawdził czy wszystkie mechanizmy działają tak jak trzeba, spróbował go odbezpieczyć, zabezpieczyć. Wydawała się być dość sprawna. Włożył do niej magazynek i zabezpieczył. Wsunął ją pod kurtkę, w miejsce gdzie znajdowała się poprzednia broń, którą zabrano mu w dogs.
Wszystko to robił w milczeniu, jak widać żadne z nich dzisiaj nie był w nastroju do rozmowy. Czy można się im dziwić? Każde z nich miał swoje do przemyślenia. O czym teraz myślał Ronnie? Że był zapatrzonym w siebie dupkiem, który myślał że potrafi wszystko. Nie potrafił. Nie zaplanowali tego i… w tym momencie sam nawet nie wiedział co sobie myślał, biorąc w ogóle udział w tym planie. Że kogoś uratują? Że wejdą sobie i wyjdą z budynku dogs jak gdyby nigdy nic? Dał się ponieść emocjom, a to zwykle prowadziło do kłopotów.
Przez chwilę przeglądał pistolety, szukając ewentualnych wad, ale wszystkie wydawały się być w porządku, chociaż nosiły ślady użytkowania. Wyciągnął jedną z nich w stronę Fay, jak dobrze pamiętał taki sam rewolwer miała przy sobie tydzień temu. - Na pewno wszystko z tobą w porządku? - zapytał, rozglądając się dookoła. Byli sami, przynajmniej w tym momencie. Nie powinien dziwić się czemu wydawała się być tak bardzo rozkojarzona, ale wciąż chciał wiedzieć czy na pewno jest w porządku i liczył, że te pytanie zadane w cztery oczy, sprawi że Fay odpowie na nie szczerze.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-01, 23:31   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Fay jakoś nie podeszła do słów Aarona z takim entuzjazmem, co on sam. Gdy wyciągną sobie te cholerstwa spod skóry, o DOGS nie będzie pewnie chciała słyszeć przez najbliższe kilka tygodni, nie mówiąc już o powrocie tam.
Tak, trochę żałowała, że wzięła w tym wszystkim udział. W założeniu miała tylko stać z boku i ewentualnie, jeśli byłaby ku temu okazja, rozejrzeć się za siostrą. Sytuacja jednak skutecznie zweryfikowała jej plany i jak widać żadna z tych dwóch rzeczy się nie udała. Porażka przy tej drugiej bolała ją chyba najbardziej, bo jednak mogąc zbliżyć się tak bardzo do budynków DOGS miała nadzieję na to, że uda jej się chociaż zobaczyć Sophie. A nawet jeśli nie, to dokumenty w jednym z pomieszczeń wydawały się całkiem obiecujące, jednak nie miała nawet czasu, żeby bliżej im się przyjrzeć.
Zostawiła Bartowskiego i Cass, której nie chciała się patrzeć na ręce, gdy ta chwyciła pierwsze narzędzia ze stolika. Widok igieł, pewnie ze środkiem znieczulającym był nieco niepokojący, ale ostatecznie, gdy przyjdzie jej kolej będzie miała wybór między tym, a daniem się pociąć na żywca. Przez kilka sekund nawet to rozważała, ale potem przypomniało jej się, jak Gardner wyciągała jej kulkę zarobioną na marszu, gdy znieczulenie jeszcze nie zaczęło działać i... tak, chyba jednak przeżyje jedno wkłucie więcej.
Ronnie wziął plecak Cass, więc po prostu poszła za nim, stając obok stolika, na którym się rozłożył, jedynie rzucając okiem na wszystkie te pistolety, jednak chwilowo po żaden z nich nie sięgając. Umiała całkiem skutecznie używać broni, jednak sprawy techniczne raczej zostawiała innym.
Cień uśmiechu przeszedł przez twarz Fay, gdy zobaczyła rewolwer, który wygrzebał dla niej Ronnie. Zapamiętał. Rzeczywiście taki, albo podobny miała wtedy na ich małej misji. Sama nie była pewna, nigdy nie pamiętała nazw i numerków.
- To chyba najlepszy czas, żeby przestawić się na coś skuteczniejszego - odparła mimo to, kładąc rewolwer koło siebie. Lubiła je, jednak miały pewne ograniczenia, głównie związane z małą ilością nabojów. Sentyment trzymał ją przy tym rodzaju broni, jednak gdyby mieli zostać teraz zaatakowani, wielkość magazynka była zdecydowanie ważniejsza.
- Siedzimy w tym wszyscy razem, więc chyba sam możesz sobie odpowiedzieć na to pytanie - powiedziała, wcale nie brzmiąc jakoś niemiło czy chłodno, jak można było się spodziewać po doborze słów. Ot, czyste stwierdzenie faktu - przechodziła przez to samo co oni. Była tak samo zła za nadajniki, zawiedziona tym, jak kiepsko poszła akcja i trochę przerażona faktem, że nic nie pamiętali - Może z tą różnicą, że wyjątkowo nie lubię być faszerowana mutazyną. Tym bardziej, bez mojej wiedzy i zgody - dodała, mimowolnie spoglądając na psiaka, który przyszedł z Cass i jakoś niekoniecznie zwracał uwagę na Fay. Gdyby miała swoje moce, to byłoby nie do pomyślenia - No i jeszcze zniknięcie Leona... boję się, że on... no wiesz - pokręciła głową, bo słowo 'nie żyje' jakoś nie chciało jej przejść przez gardło. Czy to mogła być jej wina? Bo zamiast nich wybrała bycie wiernym bractwu? Spuściła wzrok w dół, ukrywając fakt, że oczy na chwilę zaszły jej łzami.
Z tego wszystkiego na moment zapomniała, że miała szukać sobie broni, więc szybko sięgnęła po pistolet, który wydawał jej się najmniejszy z tych, które widziała. Wciąż był dość spory i ciężki, jednak wydawało się, że dobrze leży w dłoni. Beretta - tak głosił napis na nim wygrawerowany. Niech więc będzie, nie robiło jej to większej różnicy.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-06-02, 12:14   
  

   1 Rok na Giftedach!


Przesunął wzrokiem po broni w plecaku. - Wybierz sobie coś z większym magazynkiem w takim razie. - odpowiedział jej, wciąż sprawdzając zawartość plecaka. Potrzebowali broni, jakiś pieniędzy… Gdzie teraz się podzieją? Co zrobić dalej? Wiedział, że zawsze jest jakieś wyjście z ciężkiej sytuacji. Mimo wszystko zdawał sobie sprawę z tego, że istniało wyjście z tej sytuacji. Poczekać aż moce powrócą, odezwać się do starych znajomych, odnowić kontakty, a potem przy ich pomocy wrócić do Meksyku. Nie chciał już dłużej tak żyć. Jednak odejściem z Bractwa spalił za sobą wszystkie mosty, może walka już najzwyczajniej nie miała sensu, bo już dawno ją przegrali. Chowając się po kątach i wciąż uciekając, pozwolili by wróg zyskał nad nimi przewagę. Może już to wszystko nie miało sensu.
- Wierz mi nikt z nas nie jest z tego powodu zadowolony. - zmarszczył brwi, odruchowo dotykając miejsca, w którym wcześniej zauważył rany po nakłuciach. Nigdy nie był na mutazynie, nigdy wcześniej nie dostał nawet minimalnej dawki i przerażało go to w pewien sposób. Jego moce były częścią niego i można było to zahamować przez malutką dawkę substancji chemicznej. Kim był wtedy? Kolejnym zbiegiem, terrorystą, uzbrojony tylko w pistolet.
Spojrzał na nią. Wiedział, że była blisko z Leonem i bardzo żałował, że nie mógł jej odpowiedzieć. Czuł się winny. Jak każdy. Jedno z nich nie wróciło i teraz musieli żyć ze świadomością, że być może zginął albo został tam w wyniku błędu, któregoś z nich. Przecież nie znali prawdy. Wyciągnął dłoń w jej kierunku, by położyć ją na jej ramieniu. - Dowiemy się co się stało. Znajdziemy kogoś kto wygrzebie nam to z głów, jeśli tylko się da. Nie zakładaj jeszcze najgorszego. - mruknął cicho. Sam w to nie do końca wierzył. Nie wierzył, że mogli go zostawić. Nie zostawia się kumpli za sobą. Z drugiej strony… Mogli nie mieć wyboru, bo Leonowi mogło już to nie robić różnicy, bo był martwy. Może postanowili zostawić go sobie w dogs jako jeden ze swoich cennych obiektów badawczych… Ale w takim razie dlaczego nie zrobili tego z nimi? Nie był naukowcem, ale wydawało mu się, że w każdym z nich kryło się coś wartego zbadania. Jak pracuje organizm człowieka, który jest w stanie kontrolować ogień, dziewczyny, która może przenieść świadomość do umysłu zwierzęcia i w końcu ktoś kto jest w stanie rozerwać rzeczy na strzępy. Leon musiał albo nie żyć, albo udało mu się jakoś uciec. Nie chciał tego pierwszego, ale jeśli uciekł zostawiająć ich za sobą… no cóż może nie zaskoczyłby Ronniego tak bardzo, bo od dawna brakowało mu wiary z jakikolwiek ludzki heroizm, ale z drugiej strony.. znał go od lat. Zawiodło by go to.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-02, 14:19   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


No i wybrała, Berettę, do której po chwili dobrała także odpowiedni magazynek zapełniony nabojami. Jeśli miała być szczera, to wolałaby w ogóle nie musieć nosić przy sobie broni, ani tym bardziej używać jej przeciwko komukolwiek, ale cóż... sytuacja być może będzie tego wymagała, a skoro byli w grupie, to też nie mogła pozwolić sobie na bycie tą bezbronną, o którą trzeba się wiecznie martwić. Umiała sobie poradzić, potrafiła zrobić użytek z broni mimo, że przeciwko drugiemu człowiekowi pierwszy raz oddała strzał na marszu pokojowym.
Chyba każdy mimowolnie zastanawiał się, co dalej. Do Bractwa wrócić nie mogła, a przecież to obóz był jej domem przez ostatnie lata. Teraz praktycznie zaczynała wszystko od nowa, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy musiała uciekać z Seattle. Jedyna różnica polegała na tym, że nie była sama.
- Trzy-cztery dni i moce powinny stopniowo zacząć wracać. Po tygodniu wszystko wróci do normy i nawet nie będziesz pamiętał, że cokolwiek ci podano - odparła, wzruszając lekko ramionami. Ją niepokoiła inna rzecz. Kiedyś była całkiem przyzwyczajona go tego uczucia, więc nie przeszkadzało jej ono jakoś szczególnie. Nie bała się też tego, że moce nie wrócą, bo zawsze tak się działo. W jej przypadku chodziło bardziej o sam fakt, samą świadomość, że znowu jej to zrobili, skrzywdzili ją w ten sposób. A jeśli się bała, to tylko tego, że po tych środkach coś znowu się w niej zepsuje.
Przez chwilę nie powiedziała nic na jego słowa, tak samo, jak w pierwszym momencie nawet nie poczuła, jego dłoni na swoim ramieniu. Ciężko nie zakładać najgorszego, skoro tylko ta wersja wydawała jej się mieć jakikolwiek sens. Bo co innego mogłoby się stać? DOGS zapomniało go wypuścić razem z nimi? A może Leon obudził się przed nimi i postanowił ich zostawić? Albo jeszcze lepiej, poszedł na układ z DOGS i teraz ich po ich stronie. Każda kolejna myśl była bardziej absurdalna od poprzedniej.
Podniosła wzrok na Ronniego, dopiero teraz zauważając jego wcześniejszy gest. Podniosła prawą dłoń, żeby ulokować ją na wierzchu jego, jednocześnie poświęcając jedną czy dwie myśli temu, czy jego zdarte kostki mają coś wspólnego z czerwonymi śladami przy pękniętej płytce w łazience na piętrze. Zaraz jednak wróciła do chwili obecnej i... cóż mimo, że było to, co mówił i robił było miłe, w żaden sposób nie sprawiało, że czuła się lepiej. Pocieszał ją, nie pamiętając, że kilka dni wcześniej chciała ich wszystkich zostawić. A ona... nie chciała go oszukiwać.
- Chcesz wiedzieć, co się stało? - zaczęła ledwie słyszalnie, czując narastającą w gardle gulę. Chyba po prostu nie mogła dłużej dusić tego w sobie - DOGS trzymało was na muszce. Byłam na zewnątrz, ale jakoś się ze mną połączyli i... i... zagrozili, że was zabiją, jeśli nie podam lokalizacji bractwa. A jeśli to zrobię, wszyscy mieliśmy być wolni - wyszeptała, ponownie uciekając gdzieś wzrokiem. Chyba trzymała się gorzej, niż myślała i całe szczęście w tym, że wyszło to na jaw teraz, gdy Andy na chwilę gdzieś poszedł, a Aaron i Cass byli w innym pomieszczeniu - Mogliśmy wyjść stamtąd wszyscy, tydzień temu. Leon także. Ale ja... ja po prostu nie mogłam wydać Bractwa. Wiem, że Colleen nas wyrzuciła, ale mimo wszystko... to, co zrobiliśmy nie powinno się w żaden sposób na nich odbić - pokręciła głową. Żadna z tych opcji nie była dobra, ale mimo to gdzieś z tyłu jej głowy siedziało, że z Leonem byłoby wszystko w porządku, gdyby tylko postąpiła inaczej.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6