The only real stumbling block is fear of failure. In cooking you've got to have a what-the-hell attitude
Gastrofereza
73%
wolontariusz/Kucharz w Bractwie
name:
Marian Cook
alias:
Jason Grimoire
age:
21
height / weight:
1,85/72
Wysłany: 2020-02-12, 18:47
Multikonta: -
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Siedząc tak i dumając, wciąż zachowywał najwyższą ostrożność. Obita morda uśmiechniętego kucharzyny zdecydowanie nie pomagała mu w tym, ani też smrodek jego własnych przetrawionych knedliczków. Ale warto było. Zawsze jest warto, dobre jedzenie- istne marzeń spełnienie. Zresztą był przyzwyczajony, ile lat ma swoją moc- tyle lat cierpiał z powodu jej efektów ubocznych. Nic nowego.
Nie było mu jednak dane rozkoszować się dalej tą ciszą wśród hałasu, który częściowo sam spowodował. Może i snajperem nie jest, ale wzrok i słuch wciąż miał dobry. Ktoś przeszedł korytarzem. Nie wiedział kto, ale ten ktoś zdecydowanie nie był od nich. Może uwolniony mutant? A może strażnik? A może ktoś jeszcze inny? Pójście i sprawdzenie tego raczej nie byłoby najlepszym pomysłem. Przynajmniej na razie.
Jednakże uświadomiło to mu jedną rzecz- nabierając już więcej sił, zmienił swoją pozycję na bardziej korzystną, lepszą do obserwacji- w róg pokoju przy przy garażu. Wstał i jeszcze raz sprawdził stan pistoletu i Patelni. Załadowany? Tak. Patelnia cała? Tak. Rozgrzana? Na razie nie. Masełka też nie miał, niestety. Ah, potrzebny mu ziomek- mutant z jakąś lodową mocą. Wtedy miałby swoją własną, mobilną lodówkę. Taki z ogniem też w sumie byłby dobry. W umyśle już widział te szyldy, te światła, ten tłum uśmiechniętych, ciamkających jego jedzenie ludzi- "Chodząca Kuchnia Jasona Grimoire!". Tak, to by było dopiero coś. Wtedy na pewno wszyscy by zrozumieli, że mutant czy nie się nie liczy- ważne jesy tylko dobre żarełko. I pieniądze. No, bez mamony to tak słabo.
_________________ "Your world is right there, go, run.
Faster than a sight, faster than a sound,
Your burning soul, your open mind,
And just a little of your time-
That's all you need to reach the sun."
Tak właściwie to Brad jeszcze nie pokazał wszystkiego co potrafił. Swoje moce używał proporcjonalnie do potrzeb, więc części z nich nie aktywował w trakcie takich misji.
Jedną z lepszych umiejętności były oczywiście jego zaklęcia, które mogły zmieniać rzeczywistość oraz przenoszenie przedmiotów za pomocą swojej magii. Dzięki temu jeden z laborantów wylądował na suficie z ładnym chrupnięciem łamanych kości.
Brad jednak nie miał czasu podziwiać plamy krwi kapiącej z sufitu, bo jego kolega ryknął i za chwilę wystrzelił do niego z pistoletu. Brad automatycznie zmienił swoje położenie, żeby uniknąć kuli. Wiedział, że chowanie się za ścianami nic nie da i najlepiej od razu zabić przeciwnika. Dlatego wyczarował sobie tarczę, która chroniła go przed wszelkiego rodzaju pociskami i zwinnie wyskoczył na środek, żeby mieć tego całego Miles'a naprzeciwko siebie. Nie czekając na zaproszenie od razu wystrzelił kilka razy ze swojej broni, celując w klatkę piersiową mężczyzny. Na szczęście jego tarcza przepuszczała pociski lecące od wewnętrznej strony, ale już blokowała te z zewnątrz.
Miał nadzieję, że wróg padnie i będzie mógł przejść dalej. Chciał ukończyć tę misję i w końcu dołączyć do tej przeklętej rebelii. Czekał na to tak długo, że to aż dziwne, że jeszcze nie zmienił planów. Ale nadal trwał w swoim uporze i żądzy mordu i zemsty.
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-02-13, 19:26
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Choć słowa Colleen były krzepiące i pełne nadziei, to jednak nikt nie odważył się ruszyć. Wszyscy byli tak zastraszeni, że z pewnością uznali to za jakiś rodzaj podstępu, sprawdzający ich lojalność. Taaak, to pasowało do Dolores Crow. Ta stara, pokręcona wiedźma, miała cały wachlarz sposobów, by uprzykrzyć im życie.
Odpowiedziała im cisza. Nikt, absolutnie nikt nie miał odwagi, by zebrać się w sobie i wyjść do wybawców, czy choćby się odezwać.
Nikt prócz…
- Kim jesteście? Jak się tu dostaliście? - odpowiedział im dziecięcy głos.
W drzwiach celi stała….dziewczynka. Nie miała więcej niż siedem lat. Musiała być jednym z nowszych nabytków, bo jej stan nie był aż tak opłakany, jak reszty. Długie, czarne włosy, okalały bledziutką twarzyczkę i jasne, przestraszone oczy. Biedna Joe, schowana pod łóżkiem, mogła jedynie słuchać tej wymiany zdań.
Marian poczuł się nieco lepiej i sprytnie zauważył, że ktoś próbuje mu się zakraść i prześlizgnąć przed Władcą Patelni. Może zostać na miejscu i obserwować z ukrycia, a może też wyjść przed szereg i zaskoczyć naszych kochasiów w sali eksperymentalnej. Co wybierze?
Vincent z pewną satysfakcją zanotował, że mimo wszystko, udało mu się zranić przeciwnika. Nie mógł jednak zbyt długo się cieszyć z sukcesu. Obiekt 036 zaklął szpetnie, gdy broń wyrwała mu się z ręki i za pomocą telekinezy,wylądowała w dłoni Jokera. Bez wątpienia, nie brak mu było determinacji. Edams mógł teraz polegać jedynie na mocy… i zdolnościom negocjacyjnym,a te nie były u niego szczególnie rozwinięte. Może jednak uda się to załatwić bezboleśnie? Joker wydawał się przejawiać jakieś drobne oznaki wolnej woli. Na wszelki wypadek przestawił wektory w tryb tarczy. Kuli nie zatrzymają, ale na pewno spowolnią, a to mogło mu uratować życie. Musiał się sprężać – jego ręka krwawiła i musiał to szybko opatrzyć.
- Nie tylko słońce. - powiedział, nie tracąc czujności – Niebo, trawę, deszcz, tęczę, rzeki, morze, inne budynki, miasta. Poznasz innych ludzi, może nawet z kimś się zaprzyjaźnisz. Nie mogę ci zagwarantować całkowitej wolności, póki jej sobie nie wywalczymy...ale z pewnością to, gdzie byś ze mną poszedł jest lepsze niż ten syf. - obserwował Jokera uważnie. W końcu chłopak mógł udawać zainteresowanie, by uśpić jego czujność. - Przestań z nami walczyć, oddaj mi moją broń, pomóż nam uwolnić mutantów, a zapewnię ci schronienie.
Morales skończył jako krwawa miazga, Miles miał skończyć nieco bardziej estetycznie. Co prawda nie przeżył gradu kul, jaki posłał w jego kierunku Brad, ale przynajmniej jego wszystkie członki były na miejscu. Można więc uznać, że zginął godnie. Korytarz był czysty, odgłosy walki ucichły. Gdzie uda się teraz pan Grey ? Podąży za Crow i Shugartem? A może pobiegnie do sektora X, spróbować uwolnić innych mutantów? A może wesprze Mariana? Co wybierasz?
Tymczasem naukowców obleciał strach. Nie ma takiej opcji, by tu zostali i robili za mięso armatnie. Trójka, pozostała przy życiu, próbowała wymknąć się z sali eksperymentalnej przy celach sektora Y. Nie można tego powiedzieć o reszcie ochrony, w którą wstąpił jakiś duch walki i żądni zemsty, warowali przy sektorze X.
Dolores i Shugart
Tymczasem nasze gołąbeczki przetrząsały szuflady, w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby im pomóc się wydostać.
- Masz – podała mu strzykawkę i kilka ampułek mutazyny. -Musimy założyć, że wszyscy tutaj to mutanci, więc to nasza jedyna szansa.- syknęła – Jest tak cicho...wszystkich pozabijali ? - jęknęła, nerwowo przygryzając kciuka. Daleko jej było teraz do eleganckiej, chłodem i wyrafinowanej Królowej Lodu,którą zawsze była. Teraz była bliska popuszczenia w gacie ze strachu, choć tego nie okazywała.
Obrażenia :
Chloe - płytka rana od noża, między żebrami
Marian - obrzygany i zmęczony
Dale - nieprzytomny, uśpiony
Vincent - postrzelone ramię, pęknięte żebro.
Brad - niewielka rana ucha, tymczasowa utrata słuchu, piszczenie w uszach
Joker -osłabiony, rozkojarzony. Ból brzucha, pęknięta skroń, pęknięte dwa żebra.
Joe – brak
Chloe była wstrząśnięta, druga kobieta raczej też. Colleen szybciej się otrząsnęła i zaczęła mówić. Harper popatrzała na nią lekko oszołomiona, ale rezon odzyskała dopiero kiedy dziewczynka, stając na progu swojej celi, zadała im tak proste pytanie.
Z oczu brunetki popłynęły wielkie strugi łez, ściągnęła swoją maskę z powrotem na szyję by odsłonić twarz.
-Kochanie, wiesz kto ma pilot do waszych obroży? Ściągniemy wam je i pójdziemy sobie stąd... wszyscy... - Zapytała siląc się na spokój, ale widać było, a raczej słychać, że głos się jej łamał, a usta drżały od wstrzymywanych emocji wszelakich.
Kartę do cel miał ochroniarz... jeden z trupów za nimi, kto miał kontrolkę obroży z mutazyną? Któryś naukowiec? Tamta szmata ze swoim przydupasem, czy ten cały Joker...?
Harper patrzała na dziewczynkę, choć mimo wszystko kontem oka starała się zerkać na boki, czy przypadkiem jakiś żywy jeszcze "bohater" nie chce zastrzelić tego ziejącego piekłem siedmioletniego potwora na progu!
Duet M&Ms padł. Jeden roztrzaskany na suficie, a drugi rozstrzelany. Tarcza Greya opadła, a skoro nie przyjęła żadnych ciosów to nie był zmęczony użyciem mocy. Zwłaszcza, że póki co wykonywał standardowe sztuczki, które miał opanowane w najmniejszych szczegółach.
Brad podszedł do zwłok naukowca i przeszukał jego kieszenie. Jeśli znalazł coś wartościowego to to zabrał, a jeśli nie to wziął przynajmniej broń z mutazyną. Cóż, nietrudno się domyślić czym mogliby się bronić laboranci.
- Idę szukać tej jebniętej dwójki - powiedział przez komunikator, dając znać reszcie co zamierza i że uporał się ze swoimi "demonami". Nie wiedział kim dokładnie są ci ludzi ani na co ich stać, dlatego nie zamierzał ich lekceważyć.
Poszedł więc do sali eksperymentalnej, z impetem wyważając drzwi i jednocześnie chowając się przed ewentualnymi strzałami. Wchodził do środka powoli i ostrożnie, by zaraz nie zarobić mutazyną, bo byłoby kiepsko. Przeszukał całe to pomieszczenie, ale nie znalazł nikogo, więc po chwili z niego wyszedł i skierował się do drugiej sali eksperymentalnej. W końcu na nich chyba trafi, prawda?
Tutaj powtórzył dokładnie ten sam trick - z kopa wyważył drzwi i po wejściu do środka natychmiast odbił i przykucnął, żeby uniknąć jakiegokolwiek pocisku w jego kierunku. W trakcie tego małego popisu zdołał zauważyć kobietę na środku, więc wiedział, że trafił do dobrej sali. W środku była dwójka ludzi, a choć ich nie widział to ich strach był wyczuwalny.
- Zostaliście sami. Wasi strażnicy martwi, wasi mutanci odbici. Wy też za chwilę zginiecie - zagrzmiał i choć chyba nie była to do końca prawda to oni nie musieli o tym wiedzieć, po czym dalej na kucaka zmieniał położenie między półkami, by znaleźć sobie odpowiednią lukę na atak. Wiedział, że skoro to ludzie, to w ich rękach prawdopodobnie spoczywa mutazyna. Musiał uważać, dlatego póki co krył się za różnymi sprzętami. Nie wiedział ile minie zanim jakiś strażnik tu wpadnie, więc korzystając z okazji wycelował w mężczyznę - Shugarta i strzelił trzykrotnie, po czym schował się, by uniknąć odwetu.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2020-02-15, 09:59
2 Lata Giftedów!
Mutanci nie drgnęli nawet o milimetr, niezależnie od tego, co mówiłam, i czy razem z moją towarzyszką odsłoniłyśmy twarze, czy nie. Byli zbyt wystraszeni, a ja doskonale ich rozumiałam, bo… przecież sama taka byłam. Słuchałam poleceń i robiłam to, co D.O.G.Si mi kazali, nie chcąc mierzyć się z konsekwencjami niesubordynacji. Miałam wyprany mózg, nie znałam nawet swojego własnego imienia, bolało mnie dosłownie całe ciało… Życie w niewoli było przejebane, ale ja miałam zamiar tych mutantów stąd dzisiaj zabrać i wolałam nie robić tego siłą, choć gdybym musiała, to bym tak zrobiła…
Ale wtedy w drzwiach celi pojawiła się dziewczynka, która napawała mnie nadzieją, że może uda się nam ich wszystkich przekonać do ucieczki. Ukucnęłam przy niej, co by móc zrównać nasze spojrzenia ze sobą.
- Cześć. – powiedziałam łagodnie, nieznacznie unosząc oba kąciki ust ku górze. Ja… nie raz, nie dwa, zajmowałam się przerażonymi dzieciakami, które nagle znalazły się w Bractwie. – Ja jestem Colleen, a niektórzy mówią na mnie Magnet Girl, bo umiałam kiedyś ruszać rzeczami z metalu, ale teraz potrafię ruszać już wszystkim. – oznajmiłam jej i żeby to udowodnić, wyciągnęłam dłoń, na której już po chwili wylądowała kominiarka, którą zrzuciłam z siebie wcześniej – Przyszliśmy tu, żeby wam pomóc. Musimy znaleźć pilot, który zdejmie z was te niefajne obroże, a potem zabierzemy was w bezpieczne miejsce, dobrze? – czym w zasadzie było to bezpieczne miejsce? Poza Bractwem nie znałam miejsc, które można było uznać za bezpieczne, i do których można było zaprowadzić tych biednych, skrzywdzonych mutantów.
Wysłany: 2020-02-15, 19:28
Multikonta: Mary Pond, Jane Hills
Joker niepewnie kiwnął głową i pokuśtykał w stronę Vincenta wykonując ruch, który z boku mógł wyglądać jak zabezpieczanie broni. Idąc skopiował widzianą moc ponownie, by mieć więcej użyć. Nie był pewien czy moc tamtego będzie w stanie sobie pożyczyć ani czy będzie miał okazję zrobić tak z kimś jeszcze więc wolał to zrobić teraz.
Czuł się obco przy próbach wyobrażenia sobie emocji normalnej osoby w jego sytuacji. Takiej, która byłaby gotowa zdradzić człowieka odpowiedzialnego za jego stan, a taką osobę musiał przecież udawać. Nie mógł tutaj polegać na własnych odczuciach, bo nie znalazł w sobie żadnej emocji przeciwnej doktorowi Shugartowi. Już pomijając fakt, że w ogóle miał problem z pojęciem uczuć. Posiłkował się więc postawą i zachowaniem obiektów z co dłuższym stażem w laboratorium. Pozwolił sobie też nieco uwypuklić reakcje bólowe, które w normalnych warunkach starałby się ukryć. Nie był jeszcze pewien jaki ma plan. Chciał przede wszystkim odwrócić uwagę chłopaka od przemykającego z boku doktora Shugarta oraz właścicielki przybytku, doktor Crow. Na samej kobiecie mu jakoś specjalnie nie zależało, ale opiekuna był gotów chronić za wszelką cenę. Czemu? Jakoś nigdy do głowy mu nie przyszło, że mógłby inaczej. Nawet w momencie gdy obiekt 36 mówił mu o tym wprost. “Nie musisz ich słuchać. Otrząśnij się.” Te słowa nie dostały nawet odrobiny więcej myśli niż potrzeba do zrozumienia treści. No i może myśl aby wykorzystać to do małego przekrętu.
Gdy był już blisko Edamsa usłyszał huk otwieranych z buta drzwi i głos jednego z mutantów. Znalazł doktora Shugarta. Tężejące rysy Jokera stanowiły zapowiedź tego co stało się ledwie mgnienie oka później. Strzelił w obiekt 36 nawet nie celując specjalnie. Zbliżył się na tyle, że strzelał niemal z przyłożenia więc trafienie w tors nie stanowiło większego problemu. Poprawił jeszcze wektorem zmiatając go sobie z drogi, by nie spróbował mu przeszkodzić. Popędził do parki naukowców najszybciej jak tylko mógł.
Jednak do pomieszczenia nie wpadł tak od razu. Pozostał bezpiecznie za ścianą, zaglądając do środka by ocenić sytuację. Wiele sprzętów w sali eksperymentalnej była metalowa, ale pomiędzy tymi elementami prześwitywały nieznacznie aury co pozwalało z grubsza zlokalizować krzykacza oraz naukowców, na których polował. Dopiero wtedy, pewny że nie dostanie z miejsca kulki wślizgnął się do środka i próbował dorwać tego mutanta zaczynając od strzału w plecy.
Natomiast dr Shugart jeszcze zanim wpadł do nich mutant przyjął od Dolores strzykawki oraz ampułki z mutazyną, których część schował do wierzchniej kieszeni kitla.
-Nie sądzę, ale tamta walka nie potrwa już długo.- odpowiedział. Tak czy inaczej nie był to dobry znak. Musieli się wynosić. Ruszyli w stronę drzwi i wtedy usłyszeli huk otwieranych gwałtownie drzwi i do środka wpadł mutant grożąc im. Shugart schował się za czymkolwiek ciągnąc za sobą Crow. Sale eksperymentalne nie były raczej jakimś labiryntem sprzętów, ale i tak było się za czym schować w razie czego. Szkoda, że w przeciwieństwie do tamtego nie mogli strzelać. Nie byli też żołnierzami więc wcale nie było takie oczywiste, że zdołają użyć mutazyny, w którą się uzbroili czy nawet jeśli im się uda, to czy dadzą radę pokonać już osłabionego mutanta.
Bał się. Oczywiście, że się bał. Starał się tego nie okazywać, ale wizja śmierci rosiła potem jego czoło i sprawiała, że trudniej było wyłowić jakiś plan z szybko płynących myśli. Bez Jokera przy ramieniu nie był już takim kozakiem. Zresztą co się dziwić? Zawsze miał kogoś innego kto za niego walczył. Teraz najbardziej takiej pomocy potrzebował, a Joker akurat był zajęty. Winić go nie zamierzał. Zamknął go w laboratorium czyniąc z chłopca pozbawioną woli marionetkę, ale miał dość wyrozumiałości, by wierzyć że się nie obija. Tym bardziej, że widział go walczącego z obiektem 36. No i wątpiąc w jego bezgraniczną lojalność musiałby wątpić również w skuteczność procesu, któremu go poddał. Procesu, który sam zaplanował i przeprowadził. Nah, na to ego mu tym bardziej nie pozwalało.
Trzymał więc w pogotowiu strzykawkę. Nie miał już zbyt wiele do stracenia. Jeśli tamten wyskoczy na nich zza rogu, spróbuje wykorzystać okazję choćby za koszt kuli. Najlepiej jeśli nie, ale nie można mieć wszystkiego.
Ukryj:
Skopiowane umiejętności :
- Telekineza Colleen; użyto 2 razy
- Wektory Vincenta: użyto 2 razy
- Wektory Vincenta: użyto 0 razy
The only real stumbling block is fear of failure. In cooking you've got to have a what-the-hell attitude
Gastrofereza
73%
wolontariusz/Kucharz w Bractwie
name:
Marian Cook
alias:
Jason Grimoire
age:
21
height / weight:
1,85/72
Wysłany: 2020-02-15, 23:14
Multikonta: -
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Coś poszło nie tak. Strzał, Brad nie wychodził, Joker prawdopodobnie wygrał... Skurczybyk przerażał go. Może nie tak jak płeć piękna, ale wciąż. Nie było czasu na obijanie się, na narzekanie na zmęczone nóżki i obolały brzuszek, na skwaszoną mordę czy porysowaną Patelnię. Działanie, szybciej niż wcześniej, skuteczniej-lepiej. Świat to okrutne miejsce, a niewiele ludzi mogło pozwolić sobie na zwykłe, proste szczęście. Te, które on porzucił.
- Zachciało mi się ideałów to teraz mam, huh?
Ruszył w stronę budynku, w którym pewnie już się zebrała spora grupka osób. Wszyscy weszli jednym wejściem... Może powinien zajść ich drugim? Chociaż niedaleko tamtego były dziewczyny, może nie musiał. Jeśli chcieliby uciec chyba najlepiej byłoby schodami lub garażem... Czyli ni me ni be.
Ręka, w której trzymał pistolet trzęsła mu się. Patelnię trzymał silnie, dodawała mu otuchy i okrasy. Rozejrzał się za Vincentem, ale nawet jeśli coś mu się stało... Średni z Mariana medyk, a na pewno nie miał przygotowanych nawet bandaży. Normalnie powiedziałby, że sytuacja wymknęła się z pod kontroli, ale nigdy owej nawet nie mieli. Byli silniejsi i brutalniejsi, ich przeciwnicy nie próbowali ich zabić, mieli element zaskoczenia po swojej stronie- no i oczywiście moce. To powinno pójść o wiele lepiej.
Postanowił jednak pójść tak jak większość- od swojej lewej, wejścia "z dołu" jak byłoby to widać na planie. Jego palec na spuście niebezpiecznie drgał, gotowy w każdej chwili wypalić o wiele za duży nabój z o wiele za dużym hukiem. A nawet zawalczyć Patelnią. Lub nią rzucić. Może cholera przynajmniej rzucając trafi czymkolwiek.
_________________ "Your world is right there, go, run.
Faster than a sight, faster than a sound,
Your burning soul, your open mind,
And just a little of your time-
That's all you need to reach the sun."
Wysłany: 2020-02-16, 01:19
Multikonta: Sami / Carolcia
Nie ufałam im. Za żadne skarby im nie ufałam. To wszystko wyglądało (czy raczej brzmiało) na zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Za bardzo też przypominało stare zagrywki tych starych pryków zza biurek. Przed laty głośnym echem odbiła się jedna z prób ucieczek jednego z obiektów - gdy miał zaoferowaną wolność, przez niby zaufaną osobę a wszystko okazało się tragicznym przedstawieniem ugranym przez tę blond szmatę, która pociągała w tym miejscu za sznurki. Czy właśnie wtedy się nauczyłam, że nikomu nie można tu ufać?
Nie ściągałam dłoni ze swoich uszu, nie ruszyłam się z miejsca pod łóżkiem. A mimo to... Słyszałam wszystko, o czym mówili.
Czcze brednie.
Zabiją was. Wszystkich Was zabiją. - powtarzałam w swojej głowie, otwierając swoje powieki i tylko kątem oka widząc kawałek sceny rozgrywający się na korytarzu - tylko na tyle pozwalała mi niedociągnięta do końca łóżka kołdra. Ale może miałam szczęście, i oni mnie nie widzieli?
Taką miałam nadzieję...
Jestem dobrym obiektem. Słucham się. Nie warto mnie zabijać, naprawdę...
_________________
Oh, I hope some day I'll make it out of here.
Even if it takes all night or a hundred years.
Need a place to hide, but I can't find one near.
Wanna feel alive, outside I can fight my fear...
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-02-17, 18:58
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Dziewczynka, wyglądająca jak Samara z Ringa, wpatrywała się w Chloe. Była jeszcze na tyle świeża, by choć spróbować uwierzyć w to, że ktoś zjawił się, by ich uratować. Na pytanie kobiety, zastanowiła się głęboko.
- Pewnie ktoś z ochrony... - powiedziała powoli.
Przeniosła spojrzenie na Colleen, która przykucnęła przed nią. Widać było, że Marie ma obycie z dziećmi i wie, jak się do nich zwracać.
- Cześć Colleen. Jestem Annie. - przywitała się, wciąż bez uśmiechu. Jak widać na przykładzie jej i Vincenta, pierwsze czego pozbawiali tu mutantów, to radości. - Chciałabym wrócić do domu. - odpowiedziała jej- Do mamy i taty.
Nie wiedziała, że nie mogła tam wrócić. Jej rodzice pozbyli się jej z łatwością, z jaką pozbywa się zużytego mebla. Nie chcieli w domu małej mutantki i to jeszcze z bardzo nieprzyjemną mocą. W AlterGenetics wciąż ją badano, stąd umieszczono Annie w sektorze Y.
To skupienie się na małej dziewczynce, osłabiło czujność dziewcząt. Annie uniosła spojrzenie nad ramię Colleen i pisnęła przerażona. Od tyłu zaszło ich trzech ochroniarzy, a ten najbliżej wycelował prosto w Marie.
Chloe zareagowała instynktownie*. Zapewne nie pomyślała o tym, jak fatalnie może się to dla niej skończyć. Rzuciła się na bok, by odepchnąć Colleen z linii strzału. Choć udało jej się ochronić towarzyszkę, nie udało jej się ochronić samej siebie. Kula trafiła w skroń, zabijając dziewczynę na miejscu. Krew i płyn mózgowy bryzgnęły na ścianę i na małą mutantkę, która zaczęła krzyczeć jak opętana. Marie upadła obok, mając doskonały widok na martwe ciało Harper. Ochroniarz wycelował ponownie, zamierzając dokończyć to co zaczął. Jeżeli Colleen nie użyła mocy, kula trafiła prosto w jej ramię.
Vincent miał dziś wyjątkowego pecha. Choć nie zaufał Jokerowi i nie dezaktywował tarczy, to nie była ona zdolna zatrzymać kuli, zwłaszcza z takiej odległości. Chłopak krzyknął mimowolnie, gdy poczuł ból w klatce piersiowej i zaraz po tym wylądował na ścianie. Na moment aż mu brakło tchu a uszy wypełnił dziwny szum. Był przyzwyczajony do bólu, ale szok zrobił swoje. Nim zdołał się otrząsnąć, Joker mu zniknął z oczu.
Brad* był szybki i do tego miał dobre oko. Shugart nie zdążył się schować dostatecznie zwinnie. Kula trafiła go w brzuch, szczęśliwie omijając ważniejsze narządy. Nie dało się jednak ukryć, że krwawił i to dość mocno. Dolores kwiczała, jakby ją ze skóry obdzierali.
- RYAN! NIE ZOSTAWIAJ MNIE, POMÓŻ MI! - wrzeszczała,wciskając się w ścianę.
Pomoc nie nadeszła ze strony Shugarta seniora. To Joker, wpadł do sali, chcąc ratować swojego mentora i nim Grey się zorientował, kula niemal przebiła mu płuco. Brad poczuł ostry ból, od którego zakręciło mu się w głowie. Los naszego Człowieka -Demolki, byłby zapewne przesądzony, bo Joker nie cackał się z wrogami, gdyby nie...Marian*. Cook wpadł za nimi, cały na biało i z ogłuszającym hukiem....przywalił Jokerowi patelnią w łeb. Młody Shugart zatoczył się oszołomiony i wpadł na szklaną gablotę, rozbijając ją barkiem.
Tymczasem Vincent wstał, stękając cicho. Kula, wyhamowana przez wektory, na szczęście nie utkwiła głęboko i nie uszkodziła żadnych ważnych narządów. Widział jak Marian wpada do sali eksperymentalnej, więc ruszył z odsieczą do sektora Y, gdzie zmiótł z drogi jednego z ochroniarzy. Siła z jaką to zrobił, rozsmarowała delikwenta na ścianie. W tym chaosie jeszcze nie zauważył martwej Harper...
Obrażenia :
Chloe – w zasadzie to martwa
Marian - obrzygany i zmęczony
Dale - nieprzytomny, uśpiony
Vincent - postrzelone ramię, kula w piersi, pęknięte żebro.
Brad – rana postrzałowa-plecy, niewielka rana ucha, tymczasowa utrata słuchu, piszczenie w uszach
Joker - Ból brzucha, pęknięta skroń, pęknięte dwa żebra, wielki guz na głowie, zawroty głowy.
Joe – brak (JESZCZE)
Odpisy do 19.02 do końca dnia.
*Działania postaci ustalone z graczami :)
Ile ta dziewczynka tu była? Ile przeszła? Harper nie mogła sobie wyobrazić, jak można zrobić coś takiego kilkuletniemu dziecku! winnemu jedynie to, że jakiś jeden jebany gen zmutował! Oni nazywali się ludźmi? ONI!? Śmiechu warte! Na szczęście Colleen miała lepsze podejście do dzieci, zaczęła rozmawiać z tym biedactwem. Dobrze... dobrze... pilot powinien mieć któryś z ochroniarzy? Będzie trzeba przeszukać te krwawiące i dymiące zwłoki? Niezbyt miła perspektywa, ale lepiej zdjąć im z szyi to badziewie.
Kto wie czy to kurestwo nie było jakoś zaprogramowane i nie właduje im śmiertelnej dawki mutazyny w tętnice jak tylko przekroczą próg.
No a dwa, zdjęcie obroży będzie chyba ostatecznym znakiem, że są po ich stronie i naprawdę przybyli ich stad zabrać... pomóc.
Od którego trupa by tu zacząć?... Harper miała się odwrócić w zupełnie innym celu, ostatecznie podążyła za przerażonym spojrzeniem siedmiolatki. Potem działał już tylko instynkt. Mięśnie się spięły, nie wydała nawet jednego krzyku czy stęknięcia, kiedy wystrzeliła jak sprężyna. Chuj celował w plecy?! Skurwiel! Miały kamizelki, ale mógł trafić Colleen w potylice i tyle by było... głupi ma zawsze szczęście.
Harper z impetem, bezceremonialnie odepchnęła towarzyszkę, zbijając ją z linii strzału. Poczuła wstrząs gdy zetknęły się ich ciała, usłyszała wystrzał...
... i wszystko się nagle urwało...
Ciało brunetki padło na posadzkę bezwładne... i na pewno martwe... całkiem... biorąc pod uwagę dziurę tyłu głowy, nieco z boku... i ilość rozbryzganej po okolicy krwi i nie tylko...
O wrzasku biednej dziewczynki, przebijającym się chyba ponad każdy inny hałas obwieszczający czyjąś nagłą, bliską śmierć... no nie wspominając... Ninja Bruce Lee vs 9mm... 0-1
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2020-02-18, 15:46
2 Lata Giftedów!
Miałam ochotę odetchnąć z ulgą, gdy dziewczynka – Annie – przywitała się ze mną, przedstawiła się… To była jedyna kropla w morzu potrzeb, bo od przedstawienia się do zaufania jeszcze długa droga, a my wcale nie miałyśmy czasu, by stopniowo namawiać mutantów do ucieczki z nami, ale… to zawsze coś, prawda? Cały czas uśmiechałam się łagodnie, a serce waliło mi jak głupie. Kiwnęłam potakująco głową, gdy dziewczyna stwierdziła, że chciałaby wrócić do domu, do rodziców… Wszyscy chcieliśmy, prawda?
- W porządku, a wiesz, gdzie mieszkają twoi rodzice? Będziesz mogła mnie tam zaprowadzić? – spytałam, ale… nie doczekałam się odpowiedzi. Dziewczynka krzyknęła, przerażona, a potem wszystko zdarzyło się tak cholernie szybko… Poczułam, jak mutantka, Chloe, rzuca się w moją stronę, odpycha mnie. Usłyszałam wystrzał, a kula trafiła prosto w moją towarzyszkę, wszędzie była krew. Dziewczyna padła martwa, na miejscu, ratując moje życie. Nie miałam jednak czasu, by w jakikolwiek sposób na to zareagować, bo ochroniarz, który pozbawił jej życia, znów we mnie celował, a ja wręcz buzowałam złością, pełna byłam adrenaliny… Użyłam mocy, by zatrzymać kulę i odesłać ją prosto w napastnika, celując w jego głowę, która – podobnie jak głowa Chloe – powinna zostać rozerwana kulą, a ochroniarz powinien paść martwy. Gdy to się stało, ja zerwałam się z ziemi i posłałam dwa noże prosto w gardła pozostałej dwójki ochroniarzy, i jeżeli wszystko poszło dobrze, to padli martwi, a wszędzie było pełno krwi… Nie umiałam zabijać ładnie, wolałam robić to skutecznie.
- Nic wam nie jest?! – spytałam, patrząc najpierw na Annie, a potem na resztę mutantów w celach, ale wyglądało na to, że im akurat nie stało się nic. No, w przeciwieństwie do Chloe, w której stronę teraz się rzuciłam, klękając przy niej i nawet nie sprawdzając pulsu, bo to było bez sensu. Dziewczyna miała rozerwaną czaszkę, nie mogła przeżyć… A ja byłam wściekła i nie mogłam uwierzyć, że zginęła przeze mnie… Kurwa mać.
- Musimy stąd uciekać, szybko, bo inaczej będę próbować zabić resztę z nas. – oznajmiłam, patrząc po więzionych mutantach – Annie, ktoś z ochrony powinien mieć pilot do tej cholernej obroży, tak? Zdejmiemy to z was i uciekamy. – zarządziłam, bo jeżeli będzie trzeba, to ich wszystkich stąd siłą uwolnię. Chloe nie mogła być bezsensowną ofiarą… A mutanci musieli zostać uratowani.
Rozejrzałam się wokół, gotowa, by w razie czego odeprzeć atak od innych ochroniarzy, a jeżeli nikt mnie nie atakował, zaczęłam grzebać w kieszeniach martwego ochroniarza, który leżał najbliżej mnie. Musiałam znaleźć tego jebanego pilota.
Kula Brada trafiła wroga w brzuch, więc to kwestia czasu zanim ten się wykrwawi. Co prawda nie lubił tak zostawiać niedobitków, więc planował zaraz wpakować w niego więcej kulek. Zwłaszcza, że kobieta obok zaczęła się wydzierać, więc sama prawdopodobnie niewiele umiała w kwestii obrony. Te wrzaski rozproszyły go na tyle, że nie zorientował się, gdy wróg zaszedł go od tyłu. Nagle poczuł przeszywający ból, od którego zakręciło mu się w głowie i upadł na kolana. Nabrał w płuca powietrza, próbując zachować trzeźwość umysłu, ale nie było to łatwe.
- Kurwa - rzucił przy wydechu. Co prawda do bólu był przyzwyczajony, ale jednak nie uodporniony. Nadal go odczuwał, chociaż nie był tak paraliżujący jak u normalnych ludzi.
I pewnie by już nie żył, gdyby nie bohaterski Marian ze swoją patelnią, który zdzielił Jokera, że ten poleciał na gablotę. Brad w tym czasie zdążył się odwrócić i zobaczyć co się dzieje.
Jego kula na szczęście nie przeszła na wylot, inaczej pewnie już by był w drodze na tamten świat, ale nadal tkwiła mu w plecach, o czym przypominał mu każdy ruch ciała. Dotknął swojej klatki piersiowej w miejscu, w którym kula była naprzeciwko, po drugiej stronie płuc i wypowiedział zaklęcie, które miało zmienić jego stan fizyczny i tak metalowa kula miała zamienić się w kulę bańki mydlanej, która za chwilę rozpuści się w jego ciele. Miało to swoje plusy, bo teraz nie uwierało go podczas poruszania się, ale minus był taki, że tracił teraz więcej krwi. Ale adrenalina robiła swoje i skutecznie przytępiała ból i mógł się skupić na użyciu mocy. Obrócił się w stronę Jokera, który nadal był oszołomiony po nokaucie Mariana. No właśnie. Marian z patelnią nieco go zaskoczył, ale nie na tyle, żeby zapomnieć o bólu i chęci zemsty. Chciał go zabić, najlepiej powoli i brutalnie, ale okoliczności mu na to nie pozwalały. Wobec tego wyciągnął rękę z zamiarem "chwycenia" go w swoje magiczne szpony. Mówiąc wprost, za pomocą swojej magii uniósł go jak szmacianą lalkę i rzucił na najbliższą ścianę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem powinien rozbić sobie ten przeklęty łeb, a co najmniej stracić po tym przytomność.
The only real stumbling block is fear of failure. In cooking you've got to have a what-the-hell attitude
Gastrofereza
73%
wolontariusz/Kucharz w Bractwie
name:
Marian Cook
alias:
Jason Grimoire
age:
21
height / weight:
1,85/72
Wysłany: 2020-02-19, 19:44
Multikonta: -
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Marian zadowolony z wyniku nie zamierzał długo cieszyć się ze swojego trafienia. Pamiętał co mówił Vincent "postarać się nie zabić Jokera". Brad raczej nie należał do osób z najlepszym opanowaniem, gdy chodzi o walkę... A widać było, że mocno oberwał. W bliżej niezrozumiałym dla Mariana geście wyciągnął on swoją rękę w kierunku poturbowanego Patelnią Jokera.
- Stary, nie zabij go tylko, bo będzie kaszana.
Jednak nie przerwał mu jego czynności. Za to gestem pokazał mu, że nie może przesadzić, jego rany były wystarczająco poważne.
Tym czasem nie byli tutaj tylko ludzie z mocami, prawda? Marian dokładnie przypatrywał się im. Pierwszy raz w życiu z takim uczuciem. Pierwszy raz z taką negatywną emocją. Obrzydzeniem. Wiedział, dlaczego tu byli, wiedział kto stał za tym wszystkim- i nawet nie znając jej twarzy mógł wyczuć jej smród. Chociaż to on prawdopodobnie śmierdział tu najbardziej.
Wycelował swoim pistoletem w kobietę, Patelnią w mężczyznę. Nie strzelał, nie rzucał. Szkoda Patelnii. A zabijać wciąż nie zamierzał, jednak nigdy nie wiadomo do czego posuną się ludzie, którzy już dawno przekroczyli granice humanizmu.
- Zamknij twarz bo ci odbyt otworzę.
Warknął niezbyt przyjemnie w stronę kobiety, utrzymując od niej dystans taki, by mógł być spokojny że nie będzie miała szansy go dotknąć.
_________________ "Your world is right there, go, run.
Faster than a sight, faster than a sound,
Your burning soul, your open mind,
And just a little of your time-
That's all you need to reach the sun."
Wysłany: 2020-02-19, 21:11
Multikonta: Mary Pond, Jane Hills
Joker po uderzeniu patelnią zatoczył się na jakąś gablotę rozbijając ją barkiem. W pewnym odruchu samoobronnym uderzył kuchcika wektorem. Jednak nic więcej nie zdążył zrobić. Wciąż szumiło mu w głowie po tamtym uderzeniu. Oberwał w łeb już drugi raz dzisiaj i to wcale nie delikatnie. Nagle poczuł niewidzialną siłę, która rzuciła nim w ścianę.
Shugart trzymał się za dziurę w brzuchu usiłując chociaż osłabić krwawienie. Zaciskał zęby z bólu, ale jednak o dziwo adrenalina nieznacznie odświeżyła jego umysł.
-Dolores, ja już nie ucieknę.- mrunkął i nieznacznie wyjrzał zza stołu korzystając z tego, że jakiś strzał rozproszył ich napastnika. Chciał pomóc jej uciec. Wybrać jakąś drogę, którą mogła obrać i może się w ten sposób wywinąć. Naraz jednak usłyszał uderzenie czegoś metalowego i brzęk rozbijanego szkła, a chwilę po tym zobaczył Jokera ciskanego na ścianę i padającego bezwładnie u jej podnóża. Jego zdeterminowana mina nagle zrzedła, a z twarzy odpłynęła cała krew pozostawiając ją bladą gdy milcząco odwrócił głowę do swojej przełożonej i kochanki. Na swój sposób czuł się nieco przywiązany do Jokera. Trochę jak malarz i jego najlepszy obraz. Jednak nie o to przywiązanie tu chodziło. Ani tym bardziej o więzy krwi.
Rozmawiał już o tym z Dolores. Wspomniał że jeśli cokolwiek by się wydarzyło, to obiekt 54 byłby jego największą ochroną. Był wręcz przekonany, że dopóki jego marionetka żyje, sam nie musi się obawiać śmierci. Teraz jednak chłopak leżał krwawiący i nieruchomy, a dr Shugat wraz z dr Crow ukrywali się za jakimś stolikiem otoczeni przez wrogów, w zasadzie tylko przedłużając nieuniknione. Jedyne co mogli zrobić to się poddać.
Zresztą zaraz zbliżył się do nich jeden z napastników celując w nich swoją bronią. Swoją drobą był uzbrojony dość niespodziewanie. Oczywiście pistolet był zrozumiały, ale patelnia...? Co to? Jakaś średniej jak na Disney jakości animacja? Jednak nie zażartował z tego. Mutant widział przed sobą dwóch przestraszonych ludzi w średnim wieku.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum