Nie odzywała się przez (prawie) całą drogę. Nie sprawiała raczej większych problemów, jedynie nieco wierciła się w kaftanie. W końcu, zrozumiawszy że nic z tego nie wyjdzie, oparła się o oparcie tylnego siedzenia. Westchnęła głęboko. Jej długie, piękne brązowe włosy zaś rozproszyły się po tapicerce, tworząc coś na wzór abstrakcyjnej kompozycji. Spojrzała na faceta siedzącego obok niej. Nic. Żadnej reakcji ze strony mężczyzny. Miał twarz jak kamień, bez żadnych wyższych emocji. W czasie, gdy spojrzenie jej oczu świdrowało chwilowo jego oblicze, coś tam sobie ubzdurała. Coś mało ważnego, więc jak szybko sobie to wymyśliła, tak szybko zapomniała. Prawie - zdążyła w tym czasie w to uwierzyć. Ale nieważne – było, minęło. To najważniejsze.
Gdy wychodzili z wozu, znów wierciła się w zabezpieczeniu, które, musiała to przyznać, było bardo solidnie założone. Coś tam im powiedziała, coś mało miłego... ale na tym poprzestała. W końcu znalazła się w jakimś pokoju, zupełnie sama, a Ewangelinie od razu przypomniało się, jak to było na policji. Tam też pozostawiono ją na chwilę samą, dając jej jakby wolną kartę co do wachlarza słów i czynności, do których tylko może się uciec. Słów? Nie. Była teraz sama, więc do kogo miałaby się odezwać? Z kolei gdyby zaczęła gadać do siebie, mogliby uznać że jest niepełna rozumu.
Nie wiedziała tylko, że jej słowa i zachowanie z bliższej przeszłości same to sugerowały...
Tak czy owak, pomyślała, że... jeśli zahaczy tyłem kaftana o oparcie krzesła, może uda jej się go rozwiązać? Nie wiedziała oczywiście, w jaki sposób ów kaftan jest zapięty z tyłu. Ale nic. Była dobrej myśli. Wierciła się i wierciła, by wdrążyć plan w życie...
I stało się. Stało się najgorsze. Teraz leżała na podłodze, a obok niej przewrócone krzesło. Wiedziała, że to był co najmniej zły pomysł. Teraz odczuwała skutki tego planu. Bolała ją prawie każda część ciała. Ale to nie było najgorsze. Najgorsze będzie to, co sobie pomyślą ludzie, którzy pewnie już wkrótce sprawią, że nie będzie tutaj sama. Ale... od kiedy to Ewangelina przejmuje się, co ludzie o niej powiedzą? Co pomyślą? Cóż, takie anomalie się zdarzają.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-16, 23:17
Światło jarzeniówki jak i jej charakterystyczny szum z całą pewnością dawały Ci się we znaki, tylko wydłużając te nieszczęśliwe chwile w zamknięciu, w tych skromnych czterech ścianach. Nie widziałaś lustra weneckiego za sobą, choć z całą pewnością - zdawałaś sobie sprawę z jego obecności. Każda sekunda, każda minuta - dłużyła się, jakby jakiś mutant specjalnie rozciągał tę linię czasową, byle tylko dać Ci dodatkowo popalić.
To... Wcale nie było przyjemnie.
Twoje próby ucieczki też na nic się zdały, gdy wylądowałaś twarzą na brudnej posadzce. Zimne płyty nie dawały żadnego ukojenia, a wręcz odstraszały swoją nieprzyjemną, chropowatą fakturą.
Ale leżałaś. W końcu jaki miałaś inny wybór? Sama się w to wpakowałaś, nikt Cię tu nie widział. Nikt Cię tu nie słyszał - a nawet jeśli by słyszeli, to każde słowo, każdy krzyk, każdy jęk wykorzystaliby przeciwko Tobie. Tak było, jest i będzie... I doskonale zdawałaś sobie z tego sprawę.
W pewnej chwili drzwi pomieszczenia zostały jednak uchylone, a stanął w nich nie kto inny, jak Jeremy Stevens. Kojarzyłaś go. Wszyscy w D.O.G.S. go znali, choć nikt nie był do końca pewny, czym się zajmował. Najczęściej mówiono o nim jako negocjatorze, choć chodziły plotki, że zakres jego zadań jest znacznie szerszy. Teraz jednak patrzył na Ciebie, swoimi ciemnymi, przymrużonymi oczami. Czyżbyś widziała w nim pewnego rodzaju zmartwienie?
Gdy jeden z żołnierzy szwadronu próbował wejść do sali - zatrzymał go uniesieniem ręki, a po chwili posłał mu porozumiewawcze spojrzenie. W dłoni trzymał teczkę - kartonową, z bawełnianą wstążeczką. Wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi, a trzymany przez siebie zbiór dokumentów, zostawiając na stole.
- Oh, droga pani Moseley! W co też się Pani wpakowała? - Zapytał retorycznie z wyczuwalnym politowaniem w głosie, gdy zbliżał się do Ciebie, by pomóc Ci wstać.
Pytanie tylko brzmiało - czy mu na to pozwolisz?
A ona leżała na podłodze, a obok przewrócone krzesło. Bezbronna niczym niemowlę, które potrzebuje opieki. Ona też takiej opieki potrzebowała. Dziwne, ale zaczęła odczuwać brak miłości. Brak uścisku ze swoją ciocią. Ze swoim bratem, który zmarł przecież w tak młodym wieku... uczucia zaczęły się w niej zmieniać, ulegać metamorfozie. Tym samym tęsknota za miłością została przegoniona przez nienawiść. To destrukcyjne uczucie, objawiające się często w krzyku. Ale ona nie krzyczała. Jedno było pewne. Nienawidziła każdej rzeczy w tym pomieszczeniu. Nienawidziła samej siebie, że wpakowała się w takie, za przeproszeniem, gówno. Z którego trudno jest się pozbierać, bo te gówno jest wszędzie. Trudno je zmyć. Teraz jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, nawet bardziej niż to było gdy rozdrapała sobie ręce do krwi, odnosiła się do swojej osoby z nieukrywaną odrazą. A może te uczucia były do siebie podobne? Podobne w swej wielkości i częstotliwości, rzecz jasna. Ale nie o tym myślała teraz Ewangelina. Modliła się w duchu, żeby ktoś tu wszedł, i to jak najszybciej (by pomóc jej wstać, przecież w tym kaftanie nie da sobie rady sama), ale jedyne, co jej tu towarzyszyło to szum dobiegający z jarzeniówki. Nie lubiła tego odgłosu. Kojarzył jej się, nie wiedzieć czemu, z jej rodziną, której nic nie obchodziła ich córka. Ani syn. Kurwa, czemu to akurat ja? Czemu to moje życie, mój scenariusz?, zachodziła w głowę.
W końcu drzwi otworzyły się... a Ewangelina odwróciła głowę w tym kierunku, ale nie widziała niczego oprócz zapewne drogich, wypolerowanych butów. Cóż, nie mogła spojrzeć wyżej. Ale rozpoznała głos. Znała go... ale, do cholery, skąd?
Coś jej zaświtało w głowie. Tak. To na pewno on. Bo któż inny? Znała go, bo jest z DOGS....
...Stevens?
- To pomożesz mi w końcu wstać, czy mam tak leżeć? – spytała z jadem w głosie. Kiedy jej pomagał, zobaczyła jego twarz i teraz już była pewna. Jej przeczucie i słuch nie zmyliły jej. Do tego jego oczy. Trudno porównać spojrzenie tych ciemnych oczu z innym spojrzeniem. Jeśli pomógł jej usiąść ponownie na krześle, powiedziała:
- Zdejmij mi ten kaftan, do cholery. – syknęła. Jeśli jednak nie pomógł jej zająć siedziska, i tak powiedziała to samo.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-18, 18:26
Jeremy podniósł więc bez problemu krzesło z podłogi, by po chwili - chwytając Cię za ramiona - i Tobie pomóc się podnieść. Nawet przez ten kaftan czułaś jego silne dłonie. W jego oczach malowało się zmartwienie, mimo, ze sama twarz nie wyrażała zbyt wielu emocji. Czyżby Rządowy negocjator za bardzo angażował się w sprawy zawodowe?
Usiadłaś ponownie, na tym niewygodnym, drewnianym siedzisku. Nie miało ono podłokietników, a samo oparcie zdawało się skrzypieć pod każdym Twoim ruchem. Przed sobą widziałaś stół i położoną na nim teczkę. A tuż za stołem - właśnie siadającego Stevensa, który podparł się łokciami o blat, a dłonie splótł w jeden węzeł, przybliżając je do własnych ust.
- Nie mogę tego zrobić, droga Ewangelino. - Odparł na Twój rozkaz, niemal niewzruszony. - Bo mogę do Ciebie tak mówić, prawda? Jesteśmy tu przyjaciółmi panno Moseley. Proszę pozwolić sobie pomóc. - Dodał po chwili już znacznie cieplejszym tonem, wciąż wpatrując się w Ciebie swoimi ciemnymi oczami. - Na początek weźmy wspólnie trzy głębokie wdechy. Uspokójmy się, odnajdźmy nasze wewnętrzne katharsis., Jestem tu, by Ci pomóc, Ewangelino. Pozwól mi na to. - Powiedział pewnie, bez żadnego zająknięcia. Jego spojrzenie wyrażało tak wiele, choć przecież oczy wcale nie potrafiły mówić. - Rozluźnij się. Tu są kamery. Za Tobą jest lustro weneckie. Oni wszystko widzą. Tak długo, jak będziesz agresywna, nie zrobią dla Ciebie nic. A tego nie chcemy, prawda? - Wyszeptał po chwili, niemal niezrozumiale, jakby właśnie przekazywał Ci największą tajemnicę świata, jednocześnie nieco nachylając się w Twoim kierunku. Nawet wyciągnął w Twoim kierunku jedną ze swych dłoni, poprawiając jeden z niesfornych kosmyków, który opadał na Twoją śliczną buźkę. Jego palec delikatnie musnął Twoją skroń, nim włosy wylądowały za uchem, nie nachodząc już na Twoje oczy czy nos. W jego gestach była dziwna delikatność, zrozumienie i ciepło. Zupełnie inaczej, niż w przypadku pozostałych członków szwadronów.
On po prostu... Traktował Cię jak niezrozumianego człowieka?
Pomóc...
Pomóc?
Pomóc?!
Jak on, do cholery, zamierzał jej pomóc? Owszem, pomógł jej – wstać i ponownie zasiąść na krześle, to wszystko. Mimo, że był taki ciepły i uprzejmy, to Ewangelina pozostawała czujna. On był dla niej... przesadnie miły. Dlatego była aż tak podejrzliwa. No i nie chciał zdjąć jej kaftana. Uważała od samego początku, że to jakaś gierka. No bo niby dlaczego jest dla niej tak dosadnie miły? I ciepły? A skoro tak, sama postanowiła dalej w to brnąć. Brnąć w tą gierkę, która teraz, w jej oczach wyrażających dotychczas nic ponad nienawiść, zaczęła nabierać sensownych kształtów.
- W porządku. Proszę mi pomóc. Najpierw musisz pozabijać w cholerę wszystkich tych, którzy pragną mojego nieszczęścia, a finalnie śmierci. Dokonasz tego? Bo ja raczej wątpię. A dokonasz tego, by ludzie wreszcie zaczęli mi wierzyć? Bo ty wierzysz, prawda? – zerknęła na niego spojrzeniem, które by tu najbardziej pasowało, ale czy udało jej się to zrobić poprawnie?
Było jej strasznie niewygodnie. Chętnie by rozprostowała teraz stawy w łokciach, ale nie było to możliwe. Wreszcie wpadła na pewien pomysł...
- Muszę skorzystać z toalety. – skłamała, chcąc pozbyć się kaftana choć na chwilę. Tę krótką, prawie nic nie znaczącą chwilę, w trakcie której tyle może się wydarzyć!
Jej plan powiedzie się, jeśli na moment zdejmą z niej kaftan. A co, jeśli będzie inaczej? Cały plan poszedłby w cholerę.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-20, 00:04
Twarz Jeremyego wydawała się być posągiem. Niewzruszona, piękna, o niezwykle charakterystycznych rysach. W innych okolicznościach pewnie nie jedna kobieta pomyślała by o nim, jak o wyrzeźbionym przez same ręce boskie. Sam Stevens również był bardzo wierzący - mimo swojego chłodnego, logicznego myślenia. Wierzył w wyższe dobro, wierzył, że wszystko ma swoją przyczynę. I z jakiegoś powodu - wierzył też w Ciebie. Słysząc więc Twoje słowa, tak przepełnione goryczą, jedynie przymknął na ułamek sekundy swoje oczy, jednocześnie kręcąc swoją głową.
- Tego nie mogę zrobić. Nie ja jestem od wymierzania kar. - Stwierdził dość chłodno, z ciężkim westchnieniem. - W co Ci wierzę? Wierzę, że jesteś dobrą kobietą. Że pragniesz dobra dla ludzkości. Obawiam się jednak, że mogłaś nieco zboczyć na tej drodze. A ja pragnę Ci pomóc powrócić na ścieżkę prawa. Tym bardziej, gdy oboje pracujemy dla najbardziej prawego organu. Naprawdę, masz przed sobą przyszłość, masz potencjał. Jesteś świetnym badaczem. Nie chcemy Ciebie tracić, Ewangelino. - Dodał po chwili, już ponownie próbując złapać z Tobą kontakt wzrokowy. Jego oczy wydawały się być teraz otwartą księgą a w jego słowach nie dopatrzyłaś się ani grama kłamstwa. Mogłabyś przysiąc, że jeszcze nikt nie patrzył na Ciebie z tak wielkim zrozumieniem. Przynajmniej do czasu, aż wypowiedziałaś swoje następne słowa...
- Naprawdę potrzebujesz skorzystać z łazienki, czy to Twoja próba uwolnienia się? Muszę Cię zawieść. Do czasu, aż nie udowodnisz że wróciłaś do optimum swojego samopoczucia, nigdzie nie ruszysz się sama. Nawet do toalety pójdzie z Tobą dwóch strażników. To oni pomogą Ci się rozebrać, to oni będą pilnować, czy na pewno się załatwiasz. I to oni z powrotem Cię tu przyprowadzą. - Odparł bez większego zastanowienia z wyczuwalnym smutkiem w swoim tonie. To nie był pierwszy raz, gdy miał przed sobą osobę w kaftanie. Z pewnością to nie był też pierwszy raz, gdy prowadził tego typu rozmowy.
On... Naprawdę znał się na swoim fachu.
Ewangelina już zrozumiała, iż ten mężczyzna chce dla niej jak najlepiej. Był szczery, przynajmniej tak to teraz wyglądało w jej oczach. Tak, jej podejście do tego gościa i sprawy zmieniło się, obróciło o sto osiemdziesiąt stopni.
A skoro tak... musiała to wykorzystać. Innej opcji nie było. I najprawdopodobniej nie będzie, podczas tego spotkania, gdzie, w pokoju przesłuchań siedziby DOGS siedziało dwoje ludzi, dziewczyna zapięta w kaftan bezpieczeństwa i mężczyzna, który najwidoczniej chce jej pomóc. Odczuwała teraz coś na wzór radości, przemieszanej z niecierpliwością i złością. Tak, to dosyć osobliwa mieszanka, nie da się ukryć.
- No właśnie. Sądzisz, że jestem dobrą kobietą. Czy takie kobiety powinny chodzić w kaftanie, zwłaszcza gdy nie mają żadnych złych, ukrytych zamiarów? Tak, może i zboczyłam, bo próbowałam kogoś zabić, ale zrobiłam to tylko w obronie własnej. – odchrząknęła. Trzeba przyznać, że Ewangelina chyba jeszcze nigdy, jak dotąd nie zawarła aż tyle prawdy w jednej, na dodatek niezbyt długiej wypowiedzi. - Cieszę się, że tak uważasz. Więc czemu nie chcesz mi pomóc w sposób, który ja sama proponuję? – uniosła nieznacznie lewą brew ku górze.
Planowała autodestrukcję. Znowu. Ponownie. Najwidoczniej on to podejrzewał, dlatego tak się odniósł do jej słów o toalecie. - To jak ja mam to udowodnić? – westchnęła głęboko. Teraz, przez nadmiar emocji które zaczęły nią targać, poczuła że ją nosi, więc, bez żadnej zapowiedzi tego, co zamierza zrobić, wstała i zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu i zanim mężczyzna zdążył jakkolwiek zareagować, wzięła zamach, wielki zamach lewą nogą (starając się przy tym, by nie upaść), tym samym przewracając inne krzesło, które stało bardziej w głębi pokoju.
- Dlaczego to, kurwa, spotkało akurat mnie!? – wykrzyknęła. I nie obchodziło jej teraz żadne cholerne lustro weneckie. A może po prostu o nim zapomniała?
I nie wspomniała już więcej o toalecie. W takim wypadku, jej poprzednie słowa na ten temat sugerowały, iż naprawdę traktowała to jako próbę uwolnienia się, ale dziewczyny nawet to nie obeszło. Szczerze powiedziawszy, teraz miała po prostu gdzieś, co on sobie o tym pomyśli.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-22, 19:30
Mężczyzna westchnął ciężko, nie spuszczając z Ciebie wzroku. Jego nastawienie się nie zmieniło, jego spojrzenie wciąż wyrażało żal i zrozumienie. On tu był dla Ciebie. czułaś to. Nie zachowywał się jak te oprychy wcześniej - traktował Cię po prostu po ludzku. - Ewangelino... - Westchnął kolejny raz, kręcąc swoją głową. - Problem leży w tym, że to sąd jest od wymierzania kary, a szwadrony - od obrony. Świadkowie zdarzenia również nie działają na Twoją korzyść. Proszę, weź 3 spokojne oddechy i razem przemyślimy plan dalszego działania, dobrze? - Rzekł łagodnie, acz z wyczuwalną pewnością w tonie swego głosu. - Jestem pionkiem, takim samym jak Ty. Jeśli mam Ci pomóc, musimy to robić według ich zasad. - Po chwili padła odpowiedź na Twoje pytanie, gdy wzrok Jeremyego przerzucił się w kierunku lustra weneckiego, a głową wskazał na jedną z kamer.
- Musimy pokazać, że panujesz nad własnymi emocjami. Że nie zagrozisz sobie, ani nikomu w tym pomieszczeniu. Że wciąż nadajesz się do pracy dla Rządu. Musimy pokazać, że to nie Ty potrzebujesz D.O.G.S., a to departament potrzebuje Ciebie. Zacznij więc proszę od zajęcia swojego miejsca. Uśmiechnij się i rozluźnij. Prowadź ze mną normalną rozmowę. Oni to dostrzegą, a wtedy... - Swoje kolejne słowa kierował do Ciebie półszeptem. Wciąż wyglądał na zmartwionego całą sytuacją i widać po nim było, że chce o Ciebie walczyć. Szczególnie teraz, gdy mutacje wymykały się spod kontroli - potrzebowali ludzi takich, jak Ty.
Stevens spokojnie wstał, tuż za Tobą. Nic sobie nie zrobił z krzesła, które kopnęłaś z taką siłą. Zdawało się, że on się Ciebie nie boi. Może nawet Ci ufa? Podszedł do Ciebie, obejmując delikatnie Twoje ramię. - Ewangelino, spokój, proszę... - Niemal wyszeptał Ci do ucha, próbując Cię zaprowadzić przed stolik. Przymknął swoje oczy, dając Ci znak, że jest dobrze.
Będzie dobrze. Jeśli tylko złapiesz z nim jeden, wspólny rytm...
Ewangelina była co najmniej w szoku.
Przewróciła krzesło, bluźniąc na dodatek. A on? Nie zareagował złością. Ba, co więcej – biło od niego zrozumienie i troska. Kiedy wyładowała już napięcie i złość, przewracając krzesło, tak, kiedy ochłonęła, mężczyzna podszedł do niej i bardzo delikatnie poprosił o spokój. Nawet objął ją delikatnie! Ewangelina walczyła z łzami. Walczyła z samą sobą. Wargi jej zaczęły drgać, aż w końcu zaczęła się trząść reszta jej ciała. Cała jej fizyczna (i psychiczna na pewno też) odsłona drgała, nie mogąc się w żaden sposób uspokoić. I nie wytrzymała, zaniosła się płaczem, kładąc głowę na jego ramieniu, gdy ten obejmował jej ramię. Już chciała wyciągnąć rękę, by otrzeć mokre oczy i policzki, ale w miarę szybko zorientowała się, iż to niemożliwe, gdyż nadal była w tym cholernym kaftanie bezpieczeństwa.
I wybuch słabości u niej nie był niczym ponad to – nie był bynajmniej żadną prowokacją, by mężczyźnie było jej żal. Nie potrzebowała ani nie chciała użalania się nad jej osobą. Płacz był czymś niekontrolowanym, to więcej niż pewne.
Ale... czemu w ogóle do tego doszło? Pewnie po części przez rozczulający gest mężczyzny. Po części dlatego, że... (tak, musimy tu rozkopać przeszłość) ...że nie zadźgała tamtej kretynki w miejscu mniej publicznym. Płakała też, bo nie rozumiała dlaczego ONA. Czemu pewni ludzie mieli na celowniku akurat JĄ? Nie pojmowała tego, chociaż podejrzewała, że to dlatego iż jest tak bystra, utalentowana, przydatna... a wiemy już przecież, że Ewangelina ma w zwyczaju idealizowanie swojej osoby. No cóż.
Ah, gdyby tylko wiedziała, że jej wersja odnośnie jej wrogów to bzdury, stworzone w jej umyśle, które początkowo były jedynie skupiskiem kłamstw, jakie sobie wymyśliła...
I jeszcze nigdy jak dotąd nie miała tak wielkiej ochoty, by sobie coś zrobić. To pragnienie było wielkie, a nawet zwiększało się w swej sile z każdą narastającą minutą, a może nawet sekundą.
- To mamy przemyśleć plan działania tak? – powiedziała cicho, pociągając nosem – To od czego niby mamy zacząć? Sądzę, że ludzie nie wierzą w moją wersję, która jest tu jedyną prawdą.
Podsumowując, jedno jest pewne.
Że takie zachowanie, okazywanie słabości poprzez wybuch płaczu było u niej czymś zupełnie nowym. Ona taka nie była. Zdecydowanie nie.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-25, 22:22
Widząc Twoją reakcję, Jeremy jedynie objął Cię swymi ramionami, delikatnie dodając Ci otuchy, przez sunięcie swoją dłonią po Twoich plecach.
- Najpierw się uspokajamy. - Skwitował krótko Twoje słowa, uśmiechając się delikatnie. Z jego twarzy biło dziwne ciepło przeplatane pewnością siebie i zrozumieniem. Nawet jego wziąć przymrużone, ciemne oczy zdawały się lustrować Cię - aż do wewnątrz. Jakby doskonale Cię rozumiał - nawet bez słów. - Muszę wiedzieć - czy pragniesz zachować swoją posadę w Departamencie? Chcesz dalej pracować dla Rządu? - Zapytał spokojnie, spoglądając w Twoje oczy. - Twojej historii będzie musiała posłuchać jeszcze jedna osoba. Ale na nie będzie z Tobą rozmawiać tak długo, aż nie będziesz spokojna. Panna Payne natomiast jest właśnie poddawana badaniom - będziesz chciała zapoznać się z ich wynikami, Ewangelino? - Zapytał, nie odrywając od Ciebie swojego wzroku.
- Oczywiście, że chcę – odpowiedziała sucho, kiedy tylko ochłonęła po ataku płaczu który, jak wiemy, nie był w ogóle w jej typie. - Lubię tą pracę i sądzę, że jestem w niej jak najbardziej przydatna. – mówiąc to, utkwiła spojrzenie w swoich butach, jednych z jej ulubionych. Ewangelina preferowała styl vintage. Tak, patrzyła na swoje buty w tym właśnie stylu – pewnie dlatego, iż czuła na sobie jego przenikliwe spojrzenie, chociaż równie dobrze przyczyna mogła być zupełnie inna. Po swojej odpowiedzi jeszcze przez jakiś czas wpatrywała się we własne buty, do czasu, aż mężczyzna ponownie zawarł głos. Można powiedzieć, że ożywiła się, słysząc te słowa.
- Jeszcze jedna osoba? I pewnie ja to będę musiała wszystko opowiedzieć? A po cholerę? – prawie się zaśmiała, chociaż nieco jej do tego brakowało – Pewnie w dokumentach macie wszystko, czemu nie możecie tego wszystkiego przekazać tej osobie... samemu? – podniosła znacząco brew ku górze. - W ten sposób oszczędzę sobie nerwów. – westchnęła głęboko. W międzyczasie łzy na jej policzkach zdążyły niemalże wyschnąć. Nie spytała się, co to za osoba, mimo że nawet się nie domyślała i nie myślała o tym.
Mówił, że powinna się uspokoić. Może... jeśli udowodni mu, że na pewno jest spokojna, może... zdejmie jej kaftan? Dlatego, wyswobodziwszy się z fizycznego kontaktu zaistniałego między nią a mężczyzną, powoli podeszła do swojego krzesła i zajęła je. Wtedy usłyszała wspominkę o kobiecie, którą usiłowała zabić. Cholercia, a jednak ona żyje, pomyślała i poczuła do siebie jeszcze większy wstręt. Ale coś ją kusiło, jakaś dziwna ciekawość, więc odpowiedziała następująco.
- Nie zaszkodzi mi, jeśli się dowiem – odparła cicho, mając nadzieję że nawet jeśli jej nie zabiła, to może uszkodziła poważnie jakiś organ? Ah, to byłoby cudowne. No, może nie aż tak bardzo, jak potencjalny zgon, ale... nie można mieć wszystkiego, prawda? A kiedy już się dowiedziała wszystkiego, spróbowała ponownie zawalczyć o wolność w sprawie ruchów jej ciała.
- Widzisz, jestem spokojna. Nie zdejmiesz mi tego kaftana? – spytała cichutko, sądząc że tylko taki ton głosu może sprawić, iż będzie brzmieć wiarygodnie.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-28, 16:10
Mężczyzna w końcu wypuścił Cię ze swoich objęć, kierując swoje kroki powoli w kierunku stolika, przy którym zaczynaliście. Wyciągnął dłonie po bladą teczkę na blacie i zgrabnym ruchem ją otworzył, wyciągając przed Ciebie kilka dokumentów. Już miał przy sobie zdjęcia z miejsca wypadku, kilka screenów z nagrań kamer ochrony, jak i skróconą dokumentację medyczną Twojej ofiary. Zmrużył swoje oczy jeszcze bardziej, wczytując się w niewielkie tabelki na białych kartkach.
- Proszę, usiądź. Musimy to w takim razie omówić. - Powiedział raczej ciepłym tonem, kierując w Twoją stronę delikatny uśmiech. - Panna Payne jest obecnie w stabilnym stanie. Prawdopodobnie jednak pozbawiłaś jej możliwości posiadania dzieci. Co jest jednak ważne... - Tutaj przerwał, wyciągając przed Ciebie jeden z papierków, który doskonale dobrze znałaś. Pozostawił go, przodem do Ciebie. Widziałaś całą jego treść, widziałaś poszczególne wyniki badań jej krwii - od grupy, przez ilość hemoglobiny, aż do... Posiadanych białek.
- Anna nie jest mutantem, Ewangelino. Jest człowiekiem. - Westchnął ciężko, spuszczając swój wzrok na stolik. Znałaś te badania, już nie raz przewijały się przez Twoje dłonie. - Jak zapewne doskonale wiesz, Rząd docenia pracę na rzecz dobra ludzkości. A Ty masz przecież możliwości. Pracujesz dla Rządu. Masz dostęp do baz danych. I masz niezwykłą siłę, którą zmarnowałaś na niewłaściwą osobę. - Dodał po chwili, lekko łamiącym się tonem, spoglądając w Twoje oczy. - Jeśli nie chcesz spotkania z tą osobą, bez problemu mogę mu przekazać całą dokumentację i nagrania. Ale wiedz, że obecnie masz tylko dwie opcje. Dobrowolne poddanie się terapii z utrzymaniem stanowiska i wykorzystaniem Twoich możliwości, lub... Niedobrowolne leczenie. Ale wtedy... Stracisz swoją przewagę. - Dokończył w końcu, dość sucho, choć jego wzrok wciąż wykazywał zrozumienie. Widziałaś to. Widziałaś po nim, że zależało mu na tej pierwszej opcji. On w Ciebie wierzył. Wierzył w Twoją siłę. I chyba... Chyba chciał Ci dać możliwość lepszego wykorzystania tego, co nosisz w sobie?
Na Twoją uroczą prośbę odpowiedział jednak jedynie kręcąc głową.
- Wiesz, że nie mogę. Nie, dopóki oni nie stwierdzą, że już czas.
Kiedy oboje zajęli swoje miejsca, mężczyzna przeszedł do konkretów. Ewangelina oczekiwała jego słów, czas dłużył jej się nieskończenie mimo, iż praktycznie odezwał się w niedługim czasie od chwili zajęcia przez nich miejsc. W tym czasie otworzył teczkę z jej aktami.
Wkurzyła się nieco (chociaż czy "wkurzyła" jest oby na pewno tu i teraz odpowiednim słowem?), słysząc że ta kobieta jest w stabilnym czasie. Można by powiedzieć, że poniekąd czuła się zbita z tropu, co zmieniło się momentalnie już po chwili, gdy usłyszała o tym, że pozostanie pozbawiona możliwości posiadania biologicznego potomka. Nawet uśmiechnęła się kącikiem ust! I szczerze powiedziawszy miała gdzieś, czy mężczyzna to zauważy, czy też nie. Uważała, że powinien znać prawdę. Nawet tę mniej przyjemną – że chciała śmierci Anny. Pragnęła, by zniknęła z tego świata. Kto wie, może to osłabi zapał ludzi, którzy chcą jej cierpienia, a najlepiej śmierci? A może jeszcze jej stan się pogorszy? Ewangelina aż rozmarzyła się w tej wizji.
Na kolejne słowa mężczyzny, kobieta westchnęła głęboko. Podobnie jak on, tyle że jej westchnienie miało w sobie głównie zniecierpliwienie. Tak, zniecierpliwienie, że on jeszcze niczego nie rozumie. Zatem, postanowiła go oświecić.
- Ja wiem, że nie jest mutantem. Ale człowiekiem też nie jest. – prosto, szybko, konkretnie i na temat. Aż tak trudno to zrozumieć?, zadała pytanie retoryczne samej sobie. Jego kolejne słowa sprawiły, że czuła się bardziej doceniona, zrozumiała, że nie jest bynajmniej nikim w oczach tego człowieka. Mimo, że o tym wszystkim wiedziała już od dawna. Przecież to bardzo przemądrzała, narcystyczna osoba! Zamyśliła się na ten temat, ale na jego słowa o terapii ożywiła się wręcz momentalnie. Zatkało ją. Po prostu zatkało...
- Terapia? – odparła cicho – Jaka terapia? O co ci w ogóle chodzi? - spytała, zbita z tropu. Miała oczy jak spodki, gdyż słowo "terapia" w jej osobistym słowniku nie jest niczym przyjemnym. Pamiętała, jak ojciec chodził na terapię AA. Po każdym takim spotkaniu, wróciwszy do domu zachowywał się jeszcze gorzej, niż przed.
Miała kilka pytań, jeśli chodzi o niemożność uwolnienia jej z kaftana. O, chociażby to, jakie ci rzekomi ludzie mieli kryteria, wedle których wiedzą, kiedy nadejdzie czas. Ale postanowiła milczeć, wiedziała bowiem, iż to bezcelowe.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-11-30, 21:31
Jeremy jak i cały departament mieli co do Ciebie plany. Wielkie plany. Mimo, ze Twój atak na Annę był wynikiem Twojej nie do końca zrównoważonej głowy, oni dostrzegli w Tobie coś więcej. Mogłaś się wykazałaś. Mogłaś zostać kimś. Może nawet bohaterem?
Stevens wciąż nie spuszczał z Ciebie wzroku. Nie było też widać po nim poruszenia na Twoje pytania.
- Terapia. Powiązana z treningiem. Jak mówiłem, Departament potrzebuje ludzi takich jak Ty, Ewangelino. - Odparł z niezwykle ciepłym uśmiechem na ustach. - By to się jednak stało, musimy mieć pewność, że nie zmarnujesz swojej energii na samozagładę. A przeobrazisz ją raczej... W dobro w imieniu człowieczeństwa. - Jego wzrok stał się niezwykle wymowny. On mówił o zabijaniu. O wykańczaniu. O maltretowaniu - ale mutantów.
Mogłaś już łatwo połączyć fakty. DOM. To miejsce zapełniało się kolejnymi zarażonymi. A Ty byłaś naukowcem. Na terenie dzielnicy był szpital. A w tym szpitalu...
Miałaś możliwości.
Miałaś tak wiele możliwości...
Słuchała go nad wyraz uważnie, chcąc wyłapać każde słowo, ale nie tylko, była uważna również w obserwowaniu mimiki jego twarzy. Widziała jego ciepły uśmiech, który w pewien osobliwy sposób działał na nią kojąco. Już nie była tą samą Ewangeliną, agresywną i nie zważającą, że jej słowa jak żadne inne potrafią zranić. Może to jednak tylko chwilowe? No bo wiadomo, że przy takim człowieku, jakim jest ów mężczyzna trudno nie porzucić swojej zdecydowanie negatywnej odsłony, chcąc z nim współpracować. On miał taką aurę, która intrygowała, i działała na nią dobrze. I już wiedziała. Chce z nim współpracować, chociaż... i to może niebawem ulec zmianie. Poobserwujemy, to się dowiemy.
Na razie czuła, że wie jeszcze niewiele. Terapia? Trening? Rozumiała obydwa słowa, aczkolwiek była niezwykle ciekawa, co one znaczą, kiedy zostały wypuszczone drogą krtani właśnie z ust mężczyzny. Postanowiła więc zadać pytanie, które, przynajmniej w jej mniemaniu, powinna postawić na najwyższym piedestale.
- Terapia. I trening. Powiadasz... – wzięła głęboki wdech i wydech. Poniekąd spodziewała się konkretnej odpowiedzi, ale czuła, że mogła równie dobrze źle przewidywać – Jak te dwie rzeczy widzisz ty? – uśmiechnęła się krzywo. - I czy jest w ogóle szansa, że podczas tej rozmowy pozbędę się kaftana?
Chciała pracować dalej dla organizacji. Praca jest dla niej ważna, ale nie z powodu obowiązków, raczej przez jej osobiste pobudki. Skłonności do sadystycznego traktowania.
Nagle... poczuła burczenie w brzuchu, aż w końcu odczuła jakby "ssanie" w żołądku. Była głodna. I z każdą narastającą sekundą upewniała się w tym fakcie coraz to bardziej. I bardziej...
- Dacie mi coś do jedzenia? Jestem bardzo głodna – odparła i miała w dupie, czy pozwolą jej samej zjeść posiłek w spokoju, dając jej możliwość używania rąk, uwolnionych kończyn wyswobodzonych z kaftana bezpieczeństwa, czy też sami ją nakarmią. Wszystko jedno. Oby tylko coś dostała. Zjadłaby konia z kopytami.
Nie pomyślała jednak o najważniejszym: co, jeśli zignoruje jej potrzebę i będzie ją dalej głodził? Nie przemyślała takiego scenariusza.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum