– Nikt cię o to nie prosił – zauważył dość zgryźliwie. Nie chciał jej tutaj, chyba dość jasno dał jej to do zrozumienia, prawda? Ale ona wciąż tak uparcie tutaj siedziała i jeszcze właśnie mu zdradzała, że spędziła całą noc na opiekowaniu się nim. Super. Czy mogłoby być lepiej? Czy mogłoby być jeszcze bardziej skomplikowanie? Thomas zacisnął usta w cienką linijkę. Po prostu… źle się z tym czuł. Zachowywał się wobec niej jak ostatni idiota, ale nie potrafił inaczej. A ona… z jakiegoś powodu stwierdziła, że był idealnym materiałem na maskotkę.
– Na pewno w Seattle znajdzie się masę takich facetów – zauważył, zaciskając mocno szczękę. Ten temat go irytował. Sam nie wiedział dlaczego, ale po prostu… czuł się tak nieswojo. Prawdopodobnie wciąż uważał, że coś ich łączyło w tych czasach, których najwidoczniej oboje nie pamiętali. Ale zamierzał już zamknąć ten rozdział. Nie chciał tego rozdziału. Na kolejne słowa jej już po prostu nie odpowiedział. Nie miał żadnych pomysłów jak jeszcze bardziej ją do siebie zniechęcić. Nie miał pomysłu co zrobić, by wreszcie stąd odeszła i nigdy więcej nie pojawiała się w tym okropnym miejscu. Po prostu wzruszył ramionami, obserwując jak wykonuje krok w jego kierunku, jak się nad nim pochyla. Wlepił wzrok w jej oczy, czując… sam nie wiedział co. Ale miał wrażenie, jakby ją znał. Te oczy, w nich kryło się coś więcej. Coś tak okropnie znajomego. Walker nie do końca wiedział co się tutaj działo. Ale był przekonany, jakby nie był dłużej Thomasem Walkerem. Nie umiał stwierdzić kim dokładnie był, ale ten ktoś najwidoczniej stwierdził, że zadarcie głowy i pocałowanie Maisie było idealnym pomysłem. Miał wrażenie, jakby wreszcie zrobił coś na co czekał całe… całe życie? To było dziwne uczucie. Chciał to zrozumieć. A ona rzeczywiście wydawała się być kluczem.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-12, 21:00
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Nawet jeśli zdecydowanie się nie znali, a on nie musiał już bardziej wyraziście okazywać tego, jak mocno nie przypadła mu do gustu... Ten rodzaj przekomarzania się wyłącznie ją bawił. Czy Thomasowi naprawdę wydawało się, że brzmiał poważnie, kiedy po raz kolejny prezentował swoją postawę obrażonego chłopca? Być może faktycznie by to działało, gdyby nie wyglądał tak słabo i gdyby, cóż, nie wiedziała, że po prostu potrzebował tej pomocy. Mrużąc oczy, pokręciła więc tylko głową.
- Nieprzytomni ludzie raczej nie wykazują zbytniej skłonności do proszenia o pomoc. - Stwierdziła, po raz kolejny przecierając oczy i zasłaniając usta, gdy wydobyło się z nich ziewnięcie. Cóż, to nie była odprężająca drzemka - nie w takiej pozycji - nawet jeśli niewątpliwie potrzebowała się zdrzemnąć. - A może się mylę? - Nie, nie miała nawet najmniejszych wątpliwości - nie myliła się. Kompletnie się nie myliła. Mówiła to wyłącznie w celu podtrzymania kontaktu między nimi.
- Może się nimi znudziłam? A może po prostu uznałam, że jesteś w moim typie? Albo wcale tak nie było, ale lubię wyzwania? - Tyle opcji, tyle możliwości, wszystkie na swój sposób fałszywe, choć nie zawsze do końca. Tak czy inaczej, posłała mu kolejne, tym razem już bardziej rozbawione spojrzenie. Sama nie miała pojęcia, czemu zaczynał ją tak bardzo bawić. Nie mogła jednak skupić się na wkurzaniu go, gdy miała tyle rzeczy do roboty.
Wyciągając dłoń w kierunku jego czoła i otwierając usta, by ponowić wcześniejsze pytanie, nie spodziewała się tego, co planował. Tym bardziej nie po wszystkich słowach, jakie zdążyły już paść, a jednak...
Pomimo tej całej oziębłej, nieprzyjaznej atmosfery. Pomimo wcześniejszej zgryzoty i słów, jakich wcale nie chciała słyszeć, a także tego, iż - wbrew temu, w co Thomas chciał wierzyć podczas ich pierwszego spotkania; teraz nie miała już pojęcia, co myślał - kompletnie się nie znali... To było zadziwiająco przyjemne. Kiedy niespodziewanie ją pocałował, poczuła ten dziwny rodzaj wibrującego ciepła - tam głęboko w piersi. Z początku odrobinę się spinając, wreszcie wyluzowała. Na miękkich kolanach, odwzajemniła pocałunek, nawet się nad tym nie zastanawiając. A gdy palce jej dłoni mimowolnie zaplotły się na jego karku, dokładnie tak jak lubiła to robić, wtedy... Po prostu poczuła się właściwie.
Przynajmniej na krótką chwilę, na ułamek sekundy zapominając, że... Nie powinna. Nie powinna.
– Zajmowanie się nieprzytomnymi ludźmi wbrew ich woli naprawdę źle o tobie świadczy – odparował z przekąsem. Ale no tak, była kobietą. Jej wypadało, nie? Gdyby role były odwrócone, pewnie zaraz zaczęłyby się oskarżenia. Ale on też miał prawo się czuć niepewnie? W końcu jak widać pozbawiono go prawie całej garderoby. Naprawdę jej tutaj nie chciał. Dlaczego do cholery wciąż tutaj siedziała? To nie miało dla niego żadnego sensu. I nie, gdyby był zdrowy, też by nie miało. Bo to wszystko zaprzeczało wszelkim prawom logiki.
– Skąd mam wiedzieć co wyprawiałaś przez cały ten czas..? – jakoś nie był w stanie się powstrzymać. Być może to była kwestia gorączki, być może to była kwestia tego, że chciał by zrobiło jej się niesamowicie głupio. By wręcz zapadła się pod ziemię i… już tam została. To byłoby naprawdę idealne. Dlaczego nie mogła tego zrobić? Chociaż raz? Coś o co ją prosił?
– Albo po prostu jesteś niesamowicie głupia – dodał do tej jej wyliczanki. Bo naprawdę, czy dałoby się to jakoś inaczej wytłumaczyć? Bycie w jej typie? Co za absurd. Może nie miał lustra, ale wiedział w jak żałosnym był stanie. Wyzwania? Och, w Seattle z pewnością było o wiele więcej cięższych przypadków. Wszystkie dowody wskazywały na jedno. Po prostu. I… nie planował jej całować.
Sam nie wiedział dlaczego to tak wyszło. Niemal od razu zrobiło mu się głupio, ale nie chciał o tym myśleć. Po prostu brnął w to dalej, wyłączając całkowicie umysł. Czuł się… dobrze. Jakby nie był w getcie. Jakby nawet nie był w Seattle. Znowu przed jego oczami pojawiły się te obrazy. Ona w samochodzie. Nuciła jakąś świąteczną piosenkę. Tak daleko jeszcze nigdy chyba nie zaszedł. Tak dużej ilości wspomnień chyba jeszcze nigdy nie odzyskał, ale… ale ona musiała to zepsuć. Kiedy poczuł dłonie na swoim karku, momentalnie się spiął. Nawet nad sobą nie panował, po prostu gwałtownie odepchnął ją od siebie, jednocześnie odwracając głowę. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak wiele siły użył wobec niej. Ale sposób w jaki dotykała go… to… Walker zacisnął mocno zęby, podnosząc się z siadu. I choć zrobiło mu się ciemno przed oczami i w każdej chwili mógł runąć, z jego ust wydobyło się ostre:
– Powinnaś sobie już pójść. – znowu się czuł jak w więzieniu. Dodatkowo poczucie winy zaczynało go zżerać od środka. Nie chciał jej krzywdzić. To było silniejsze od niego.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-13, 22:52
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Mimo napadu ziewania, jego wypowiedź i tak sprawiła, iż dosłownie zakrztusiła się własną śliną, kaszląc jak głupia. Czy on właśnie sugerował, że ona...?! Czy on to sugerował?! Nie, nie zapałała wściekłością, przyswajając te niezmiernie głupie i wyjątkowo nieprzyjemne zarzuty. Wręcz przeciwnie - najwyraźniej zgodnie z jego bardzo ambitnym zamiarem - spaliła tylko raka, czerwieniąc się bardziej niż kiedykolwiek. No, kiedykolwiek w ostatnim czasie. Mimo że nie widziała się w lustrze, dosłownie czuła, jak palą ją policzki... I jak piecze ją dekolt.
Całe szczęście, ukryty pod obszernym szalikiem, którym odruchowo jeszcze bardziej się zasłoniła, nasuwając go na znaczną część włosów. Być może miała wyglądać przez to niczym stara babuleńka, ale przynajmniej nie czuła się jeszcze bardziej zażenowana. Jak mógł w ogóle sugerować takie rzeczy. Nawet jeśli wyjątkowo mocno by się jej podobał. Nawet jeśli niezmiernie by na niego leciała. Był chory i nieprzytomny. I najwyraźniej nie miał za grosz wstydu.
- Nie zajmowałam się... - Zaczęła, zdecydowanie czując, że brakowało jej odpowiednich słów. Unikając kontaktu wzrokowego, nerwowo zabębniła palcami o podłogę, po raz kolejny otulając się szalikiem, by wreszcie wymruczeć pod nosem. - Twoimi walorami. - Mimo wieku i teoretycznej otwartości, nadal dziwnie jej się o tym wspominało, gdy rozmawiała z kimś, kto kompletnie jej nie znał. On nie znał jej, ona nie znała ani jego, ani tego typu insynuacji... To wystarczyło, by ponownie wyburczała pod nosem. - Możesz złożyć pozew o molestowanie, jak chcesz.
Próbowała obrócić to w żart, prawda? Przynajmniej usiłowała to zrobić, chwilę później starając się po prostu zmienić temat. Musiała wziąć się za to, przez co tu była. Nawet jeśli teoretycznie nie obróciło się to zbyt korzystnie, a Thomas - równie szybko, co poprawił jej nastrój - przestał ją bawić. W jednej chwili zaczynała go lubić, by w kolejnej wywracać oczami na to, co przychodziło mu do tej rozgorączkowanej głowy. Wzruszając ramionami, postanowiła zignorować jego pstryczek.
Cóż... Kolejnego ruchu nie mogła już puścić bez słowa. I - szczerze mówiąc - sama nie wiedziała, czy tak naprawdę chciałaby to zrobić. Ba, w tym momencie nie wiedziała już niczego, czując się tak... Czując się tak, że w tym jednym momencie, w tych paru sekundach byłaby skłonna stwierdzić, że mógł mieć rację. Jakby nie tylko go znała, ale była też naprawdę, naprawdę blisko - o dobry losie - chcąc być jeszcze trochę bliżej. Nie wiedziała nawet, kiedy tak właściwie zapomniała się we wszystkim, co się teraz działo. I być może czar tej chwili potrwałby jeszcze dłużej, doprowadzając Maysilee do kolejnych palpitacji serca, gdyby nie Thomas...
Nie była przygotowana na to, że ją od siebie odepchnie. Normalni ludzie tak nie robili, zwłaszcza jeśli to oni inicjowali pocałunek. Tym bardziej długi i głęboki. Wcześniej pochylając się nad nim w kuckach, zakołysała się na nogach, po czym runęła pośladkami na podłogę. Z początku nie pojmowała, co się działo, jednak jego powrót do tej twardej, nieprzyjaznej otoczki sprawił, iż momentalnie zrobiła się... Zła. Nienawidziła, gdy faceci sobie z nią pogrywali. Po prostu nie.
Podnosząc się do siadu, odruchowo rozmasowała kość ogonową, spoglądając na Thomasa spod rzęs. Tak jak ona nie spodziewała się uderzenia, tak i on nie mógł przewidzieć jej ruchu.
- Nie tylko stąd nie wyjdę. - Zaczęła spokojnie, mierząc go spojrzeniem, po czym - bez najmniejszego ostrzeżenia - przystępując do ataku. Błyskawicznie znowu się do niego przysuwając, wystrzeliła rękami w kierunku jego włosów, bezczelnie usiłując mu je zmierzwić. - Nie. Wiem. Co. Tu. Odstawiasz. Ale. Masz. Się. Zachowywać. Jesteś. Chory. - Wydusiła z siebie, oddychając szybko, gdy próbowała dopaść te jego przeklęte plecy i smyrnąć go tam za wszelką cenę. Nie miała bladego pojęcia, co chciała tym udowodnić... Ani dlaczego zachowywała się teraz, jakby się kolegowali, ale... Desperackie czasy wymagały desperackich rozwiązań, nieprawdaż? A ona potrzebowała udowodnić mu, że ma w nosie jego wredne opinie.
Osiągnął dokładnie to do czego dążył. Z jakiegoś powodu po prostu chciał zobaczyć jak robi jej się głupio. Jak płoną jej policzki. Widzieć zażenowanie na jej twarzy. Dobrze, bardzo dobrze. Mimo wszystko czuł się stanowczo zbyt tragicznie, by odczuwać jakąś dziką satysfakcję, ale ta świadomość… może chociaż w jakimś stopniu poprawiała mu humor.
– Jaką mam pewność? – spytał tak po prostu. Miał uwierzyć jej słowu? Słowu osoby, której nie znał? Słowu osoby, która już raz go okłamała? Prosiła go o stanowczo za dużo. A jej kolejne słowa… Thomas po prostu prychnął. Ciężko było się doszukać czegokolwiek pozytywnego w tym odruchu. I nie, bynajmniej nie zrobiła nic złego. W normalnych okolicznościach pewnie, by się uśmiechnął. Teraz natomiast znowu sobie uświadomił w jakim miejscu się znalazł.
– Dołączę go do pozwu dotyczącego kiepskich warunków życia – obiecał, ale nie sądził, by miało to zostać rozpatrzone pozytywnie. Ani, by w ogóle miało to zostać rozpatrzone. Znając życie, pozew zostałby zawieruszony gdzieś na poczcie, czy coś. Teraz jednak, kiedy słowa wydobyły się z jego ust i zapadło milczenie, nie umiał się powstrzymać. Ostatecznie kącik ust sam wzniósł się do góry, tworząc nikły uśmiech. A może nawet i półuśmiech.
Nie zamierzał jej całować. A już z całą pewnością nie zamierzał jej odpychać. Ale ten dotyk… W jednej chwili było tak miło, wspomnienia przedzierały się przez jego schorowany umysł, odsłaniając przed nim wszystko czego tak naprawdę chciał… Z drugiej strony, to go paraliżowało. Jej ręce na karku… poczuł się jak w więzieniu. Jakby stanowiła zagrożenie. Walker nie potrafił inaczej zareagować. On nawet na tym nie panował. Tak po prostu ją odepchnął, posyłając na podłogę. Ale ona nie mogła mu tego ułatwić i po prostu uciec, prawda? Spoglądał na nią przez zamroczone oczy, właściwie ledwo stał na nogach, a ona.. czy to w ogóle działo się naprawdę? A może miał jakieś zwidy? Nie. Ona naprawdę do niego lgnęła. Czy przypadkiem trafił na kogoś kto miał jakieś dziwne upodobania? Thomas nie rozumiał tego wszystkiego. Ale jedno wiedział na pewno – był wściekły.
– Co ty wyprawiasz? – wycedził przez zaciśnięte zęby, czując jej rękę w swoich włosach. Chciał zrobić krok do tyłu i ją po prostu od siebie odsunąć, ale nieważne co robił ona była jeszcze bliżej. A to go wkurzało. Tak niesamowicie wkurzało. – Przestań – dodał ze złością. Nie chciał, by go dotykała. Chciał, by po prostu zostawiła go w spokoju. Ale tym razem jej nie odepchnął. Nie rozumiał na jakiej zasadzie to działało. Czuł się z tym dziwnie, ale nie na tyle dziwnie, by znowu posłać ją daleko. Po prostu stał jak kłoda i wstrzymywał oddech. – Jestem. Chory. A. Ty. Się. Zaraz. Zarazisz. – niezamierzenie odpowiedział jej w dokładnie taki sam sposób jak ona jemu.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-15, 22:45
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Taką, że ci o tym mówię. - Wymamrotała, jeszcze bardziej znacząco odwracając wzrok i usiłując dojrzeć coś za oknem. Niestety, brak prądu w getcie sprawiał, iż widoki nie były zbyt wyraźne. Wyłącznie odległe światełka wolnego Seattle przyciągały spojrzenie.
Czy naprawdę musiał aż tak bardzo w to wchodzić? Mogłaby nawet stwierdzić, iż sprawianie jej zażenowania było dla niego swoistym celem tygodnia, bo nie potrafił tak po prostu pokiwać głową i zakończyć tego tematu. Drążył, krążył, zadawał pytania... A ona miała szczerą ochotę zapaść się pod ziemię. Być może dlatego... Cóż, być może przez to, iż - mimo całej tej otoczki - odrobinę, ociupinkę faktycznie jej się podobał?
Jak już kiedyś zauważyła, gdyby nie ten stan i nie wizualne podobieństwo do kogoś, z kim nigdy, przenigdy nie przeszłaby na ten poziom relacji, by nie popsuć ich stosunków... Mógłby być dobrze wyglądającym kolesiem. Kilkanaście, może trochę ponad kilkanaście kilo więcej... Normalne ubrania, zadbany wygląd, dobrze dobrana fryzura... Kto wie, czy te świstacze oczy nie zrobiłyby na niej wrażenia.
Aczkolwiek był dupkiem. Zupełnie jak wszyscy inni faceci, którymi kiedykolwiek była skłonna się zainteresować, pod tym względem wręcz idealnie wpasowywał się w jej typ. Niestety, bo wcale nie chciała wchodzić w relacje z takimi ludźmi. Prędzej czy później, kończyło się to dla niech w dosyć kiepski, żeby nie powiedzieć fatalny sposób.
- Pozwij także dostawcę prądu. - Poradziła, nadal nie przenosząc wzroku w jego stronę, tylko demonstracyjnie kilka razy przeklikując pstryczek od światła. Jak widać, nadal nie było elektryczności, a to... Cóż, jednocześnie sporo ułatwiało, jak i trochę krzyżowało im szyki. Jak mogła zrobić mu coś ciepłego do picia, skoro czajnik elektryczny działał - uwaga, uwaga - na elektryczność? Zakładając, że Thomas miał w ogóle takie ekskluzywne sprzęty, ale na czymś musiał przecież gotować swoje obiady, prawda? Nawet jeśli były nieczęste.
Nie zastanawiała się nad tym jednak zbyt długo, gdyż okoliczności znowu postanowiły się zmienić. I chociaż z początku była skłonna stwierdzić, iż na lepsze, po paru chwilach nie była już tego taka pewna. Najważniejsze jednak, iż nie zamierzała dać mu się wyeksmitować czy też doprowadzić do chęci odejścia z tego mieszkania. Wręcz przeciwnie, zamierzała mu dopiero pokazać.
- Edukuję cię. - Sarknęła, nieprzerwanie zachowując się w ten natarczywy sposób. - W relacjach międzyludzkich. I... Trzeba. Było. Myśleć. O. Tym. Zanim. Zacząłeś. Mnie. Całować. - Kontynuowała, coraz to bardziej ochoczo pokazując mu, że... Tak, miała w nosie jego wściekłość. Miała w nosie to, jakie humory pokazywał w tej chwili, jak i również to, czy miał być na nią jeszcze bardziej zły. Nie podobały jej się te wszystkie reakcje na naprawdę niewinny, momentami wręcz czuły dotyk, a on nie przedstawił jej dotąd żadnego logicznego argumentu, który sprawiłby, iż zechciałaby go nie ruszać. Wręcz przeciwnie, mimo jej aktualnego - szczerze mówiąc, dosyć dziecinnego, bo czym innym było doskakiwanie do obcego, większego od niej mężczyzny? - zachowania, to on zachowywał się tutaj irracjonalnie.
- Przestań. Być. Osłem. - Tak, męczyła się. Usiłując pokazać mu swoje podejście, zaczynała dostawać już naprawdę porządnej zadyszki, jednak... Nie ma tego złego, prawda? Przynajmniej miało jej to niewątpliwie wystarczyć, zamiast niezłego treningu. Te wszystkie susy, podskoki i całe to rozciąganie. Jeszcze dłuższą chwilę kontynuowała swoje poczynania, by wreszcie odpuścić, opadając pośladkami na dmuchany materac i spoglądając z dołu na Thomasa.
- Czemu robisz to, co robisz? - Spytała, nie uśmiechając się, ale także nie racząc go żadnym nieprzyjemnym czy też smutnym wyrazem twarzy. Po prostu na niego patrzyła. Splatając palce dłoni, jakie trzymała na swoich kolanach, poruszyła nimi w całkowicie niepotrzebnym, trochę nerwowym geście. - To było całkiem miłe, wiesz? Sposób, w jaki mnie pocałowałeś... Ale potem... Nie musisz mi dawać do zrozumienia, że mnie nie lubisz. - To mówiąc, wzruszyła ramionami. Skoro było już kto się czubi, ten się lubi, mogło być także kto się całuje, ten się nie miłuje. Jak na jej oko, dosyć dobrze tu pasowało. - I tak nie pójdę.
– Po co się ograniczać, pozwę cały rząd – stwierdził po prostu, mimo wszystko wykrzywiając kąciki w ust w lekkim uśmiechu. Kompletnie nad tym nie panował. Może gdyby nie kiepskie samopoczucie to zdusiłby w zarodku te wszystkie pozytywne rzeczy. Nieważne jak dobrze czuł się w jej towarzystwie, ona nie musiała o tym wiedzieć. Chciał, by po prostu dała mu spokój, a jak miał to niby osiągnąć, kiedy ona przyczepiła się do niego jak jakiś pieprzony rzep? Walker westchnął ciężko.
– Och? – wyrzucił z siebie ze złością. Edukowała go? Zachowując się… tak? Nie chciał nic mówić, ale… właściwie to chyba chciał. Bo nie zamierzał się ugryźć w język. Poza tym, Maisie zaczęła poruszać bardzo niebezpieczny temat. Nie był dumny z tego pocałunku, ok? Nie mogli po prostu o tym… zapomnieć? – Powiedziała to osoba z umiejętnościami godnymi podziwu – właśnie go, kurna, macała. Napierała na niego, nie dawała mu kompletnie żadnej przestrzeni. Jak to inaczej można było nazwać, huh? Może on nie był najlepszy w relacjach międzyludzkim, ale co to wszystko świadczyło o niej? Nie. Nie zamierzał sobie pozwalać na takie rzeczy, niech ona to wreszcie zrozumie.
– Przestań. Być. Oślicą. I. Mnie. Zostaw. – nie rozumiał dlaczego wciąż mówił takim samym tonem głosu, ale jakoś nie potrafił z tego zrezygnować. To wychodziło z jego ust naturalnie. W dodatku zdawało się wręcz idealne pasować do tego co właśnie wyrabiał. A mianowicie – po prostu unikał jej dotyku, wyginając się w naprawdę nienaturalny sposób. Czy ona serio miała takie długie ręce, skoro wciąż udawało jej się osiągnąć cel? Czy to była jej mutacja? Była cholernym inspektorem gadżetem? Całe szczęście się zmęczyła i opadła na materac, dzięki czemu udało mu się zrobić kilka kroków w tył i znaleźć się w bezpiecznej odległości. Z dala od tych jej… rąk. A raczej – macek.
– Ja nic… – ale zrobił. I czuł się z tym naprawdę głupio. Na tyle głupio, że nie był w stanie się na nią dłużej patrzeć. Po prostu wbił wzrok w plamę na podłodze. Była niesamowicie interesująca. Właściwie zapragnął poznać historię jej życia. – Mam w karku… lokalizator i… – zacisnął usta w cienką linijkę. Sam nie rozumiał działania tego mechanizmu. Ale to musiało mieć jakieś znaczenie. Po prostu musiało. – Nie jesteś tu bezpieczna.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-20, 00:11
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Słysząc jego niemiłe, nieprzyjazne i, cóż, dosyć niekulturalne słowa, być może powinna poczuć się urażona, jednak tak nie było. Zbyt wiele razy wcześniej poczuła się przez niego zraniona, aby odczuwać to w jeszcze mocniejszym stopniu. Zresztą... Czuła się zbyt zajęta tym, co robiła, by nagle przystopować, strojąc jakieś fochy. Bądź co bądź, to faktycznie nie był najlogiczniejszy sposób edukowania kogokolwiek, zwłaszcza kogoś takiego jak Walker.
- Przynajmniej nie obawiam się każdego, nawet leciutkiego dotyku, panie niedotykalski. - Stwierdzając, spojrzała na niego z cieniem rozbawienia w oczach, bowiem... Cóż, akrobacje, jakie wyprawiał w tej chwili, były naprawdę znakomite. Niestety, wciąż była w nich lepsza, nadal go dotykając. No, przynajmniej do czasu, gdy się nie zmęczyła.
- Odezwał. Się. Totalny. Uparty. Osioł. - Prychnęła, unosząc wzrok ku niebu, a właściwie - ku popękanemu, sypiącemu się sufitowi, którego równie dobrze mogłoby tu wcale nie być.
Był cienki, był stary, wręcz wołał, iż stanowił zagrożenie, a jednak jakimś cudem jeszcze na nich nie spadł. Tak samo jak podłoga jeszcze nie zaczęła się pod nimi zapadać, nawet jeśli Maysilee jeszcze chwilę temu byłaby za to wręcz niezmiernie wdzięczna. Teraz - w toku tych wszystkich przepychanek - wcześniejsze zawstydzenie jednak jakoś zniknęło, a ona skupiła się na tym, by dostatecznie mocno dać Thomasowi do zrozumienia, jak pacańsko się teraz zachowywał. Nie dotykało się ludzi wyłącznie po to, by chwilę później ich od siebie odepchnąć. To nie tak działała bliskość tudzież wątpliwej jakości intymność.
Jeśli ktoś coś o tym wiedział, to... Cóż, z pewnością była to właśnie ona. W końcu wielokrotnie znajdowała się w najróżniejszych sytuacjach, w których czuła czyjeś pocałunki. I nawet jeśli zazwyczaj na tym się kończyło, ponieważ wskazany facet odkrywał - wykreśl właściwe - swoje kościelne powołanie, bycie homoseksualistą, strach przed kobietami czy też miłość do innej kobiety... To z pewnością dosyć wiele o tym wiedziała. Prawie tyle, co o dramatycznych mężczyznach... Do których niewątpliwie zaliczał się także Walker.
- Pokaż. - Stwierdziła, mimo tego proszącego tonu w głosie, raczej nie godząc się na odmowę. Cóż, to był już jakiś postęp, skoro postanowił chociaż trochę wyjaśnić jej istotę problemu. Nie zamierzała jednak tak po prostu tego zostawić, instynktownie chcąc pójść trochę dalej. Być może nawet na tyle daleko, żeby nie musieć ponownie spotykać się z podłogą czy ścianą. Przy aktualnych tendencjach, bardzo prawdopodobne było bowiem, iż kolejnym obiektem, na który zostanie posłana, będzie już ten cieniutki, dostatecznie popękany sufit.
- Wiem, że nie jestem tu bezpieczna, Sherlocku. - Pobłażliwie pokręciwszy głową, po prostu rozłożyła ręce. Nie, nie w geście bezradności, lecz po to, by pokazać mu, że nadal nic w nich nie miała. Była mniejsza, drobniejsza, chudsza i - przede wszystkim - była kobietą, którą już nie jeden raz posłał w najróżniejsze miejsca. Nawet chory, nawet osłabiony. Chyba mógł, no... Spróbować jej zaufać?
- Proszę?
- Bo nie przeżyłaś tego co ja - odparł gorzko, nie kontrolując swoich słów. Nie chciał jej o tym mówić i zdecydowanie nie zamierzał się jej z niczego zwierzać. Przeczuwał, że będzie próbowała pociągnąć go za język i dowiedzieć się czegoś więcej, ale zamierzał być nieugięty. Z całą pewnością jej się nie da. To nie było coś o czym chciałby rozmawiać i z całą pewnością widać to było w jego smutnych, cierpiących oczach. Walker odchrząknął pod nosem, odwracający wzrok. Chyba właśnie poświęcił jej za dużo uwagi, nie powinien tego robić. Nie, kiedy próbował ją do siebie zniechęcić. Musiał być bardziej skuteczny. Nie wiedział do końca jak, ale z pewnością na coś jeszcze wpadnie.
- Jeśli moja oślowatość cię denerwuje, to zdajesz sobie sprawę z tego, że nikt cię tutaj nie trzyma na siłę? - wzniósł wysoko brwi. Może w jakimś stopniu był bezczelny, ale nie umiał tego odróżnić. Nie, kiedy miał gorączkę i ledwo trzymał się na nogach. Zastanawiał się, czy to rzeczywiście miał być koniec. Zastanawiał się, czy już umierał. Zastanawiał się, czy dożyje grudnia. I nagle poczuł złość. Był młody, mógł osiągnąć naprawdę wiele, mógł być szczęśliwy, a jednak rząd postanowił odebrać mu ten przywilej. Zadecydował za niego, że jego życie potoczy się w ten żałosny sposób. Pewnie nawet nie dostanie własnego grobu tylko pochowają go w jakiejś zbiorowej mogile.
Powiedzenie jej o tym lokalizatorze to już było całkiem dużo jak na jego. Ale nie, ona musiała wiedzieć więcej, tak? Teraz sobie ubzdurała, że chce to sprawdzić? Czy ona była jakąś cholerną masochistką?
- Szukasz wrażeń, czy po prostu lubisz kończyć na ścianie? - był na nią zły. Dlaczego nie potrafiła przyjąć tego do wiadomości i odpuścić? Czuł się jak dupek, ale nim nie był. To ona robiła z niego dupka. Walker potrząsnął głową, by dodać zdecydowane: - nie ma mowy.
I huh, nie miał zielonego pojęcia kim był ten ktoś kim go właśnie nazwała. Thomas wzniósł wysoko brwi. Nie rozumiał i był zbyt zmęczony, by się dopytywać. Po prostu wzruszył ramionami.
- Serio? Serio, wiesz? - był uszczypliwy i tym razem wcale nie było mu z tego powodu przykro. Walker oparł się plecami o ścianę, wzdychając ciężko. - To uciekaj, ratuj się, do cholery. - był na nią zły. Miała możliwości, mogła żyć normalnie. Mogła nie patrzeć na wieczne umieranie, na głód, na ten cały syf. A ciągle tutaj była. Czuła się lepsza? Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy jak inni jej zazdrościli. I jak z tej zazdrości jej nienawidzili.
- Odpuść, Maisie - odpowiedział na tą prośbę i nie zamierzał dłużej kontynuować tego tematu, o czym świadczyła cała jego postawa.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-21, 22:28
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Czyli? - Spytała cicho, unosząc przy tym brwi. - Nadal nie wiem, co przeżyłeś, bo nie chcesz mi o tym powiedzieć, ale jakimś cudem sugerujesz, że ja na pewno tak nie miałam. Mimo że też ci o tym nie mówiłam. - Nie chciała się z nim kłócić. Najzwyczajniej w świecie, stwierdzała fakt. Zarzucał jej, że nie mogła mieć przejść podobnych do tych jego, ale jednocześnie nawet nie dawał jej szansy zweryfikowania tego. Co to była za zabawa?
- Lubię twoją oślowatość, nawet jeśli tak uparcie nie dajesz się lubić. - Parskając pod nosem, pobłażliwie uniosła oczy w kierunku sufitu, chwilę później tak po prostu wzruszając ramionami. Cóż, taka była prawda. Może nie dawał się uwielbiać, ale nie sądziła już, że był złem wcielonym. Owszem, był taki moment, kiedy dosyć mocno ją wkurzył i zaliczyła go do grona ogarów piekielnych, jednakże powoli oswajała się z myślą, że był jednak bardziej zagubiony niż naumyślnie piekielny. No, przynajmniej wtedy, kiedy nie chciał jej zawstydzić. Wpychanie jej pod ziemię wychodziło mu wręcz wyśmienicie.
- Obiecałam sobie, że stąd nie pójdę. Nie aż tak łatwo. - Nie lubiła łamać obietnic. Nieistotne, komu je składała, były praktycznie tak samo ważne i godne dotrzymania. Taka była prawda. - Poza tym, nadal coś ci wiszę. - Nie zamierzała tak łatwo odpuścić, jeśli chodziło o to, co leżało po jej stronie tego niepisanego kontraktu. On pomógł jej dowiedzieć się, czy jej przyjaciele żyli, ona... Ona miała jakoś rozwiązać sprawę jego nieobecnych wspomnień i przeszłości. To nadal miało dla niej naprawdę duże znaczenie.
- Wiesz, że mogę to zrobić, kiedy znowu zaczniesz majaczyć, a gorączka wzrośnie? - Spytała spokojnie, przypatrując mu się tym naprawdę, naprawdę poważnym spojrzeniem. Nie, nie groziła... Nie zamierzała go szantażować, w żaden, nawet najmniejszy sposób. Po prostu stwierdzała fakt. To, iż chwilowo udało się zbić wysoką temperaturę i doprowadzić go do w miarę ludzkiego stanu, nie było wieczne... Niestety.
- Nie muszę się ratować... Ba, na ten moment nie mam nawet możliwości. Zresztą... Nie mam, przed czym tego robić. - Wzruszyła ramionami. - Jeśli chcesz, możemy posiedzieć tu w kompletnej ciszy, mierząc się spojrzeniami. Możesz też cokolwiek mi o sobie opowiedzieć. - Proponując, spojrzała na niego z uniesionymi brwiami, siadając wygodniej na materacu i klepiąc miejsce obok siebie. Nie za blisko, ale dostatecznie blisko, by dobrze im się rozmawiało. - Albo... Wiesz, co? Może spróbujesz przebić mnie w moich złych doświadczeniach? Ja zacznę... No, nie mam rodziców. Totalnie. Kompletnie. Jestem niechcianym podrzutkiem, który nigdy ich nie poznał. - O dziwo, sposób, w jaki to mówiła, był niesamowicie lekki. Nie przykry, nie pełen narzekania, po prostu zwyczajny.
Denerwowało go jej nastawienie. Dlaczego taka była? Dlaczego musiała drążyć temat? Czy nie widziała jak wiele go kosztowało same wspominanie o tym wszystkim? Ale nie, ona musiała wiedzieć, prawda? Bo bawiła się w cholerne zbawianie świata.
– Dobrze, a więc przypuszczam, że zostałaś złapana przez psy, huh? I testowali na tobie nowe specyfiki? Nowe wynalazki? A terapia normalizująca praktycznie cię zabiła i następnych kilka miesięcy leżałaś w śpiączce, słysząc rozmowy medyków, że nie ma dla ciebie żadnych szans? I pewnie też kompletnie nie pamiętasz swojego całego życia, huh? Nie wiesz kim jesteś? Co lubisz? Czego nie lubisz? I nie masz pierdolonego pojęcia, czy osoba stojąca naprzeciwko jeszcze żyje czy już umarła? – wyrzucił z siebie ostrym, lodowatym głosem. Nawet już nie dbał o to, ze potraktował ją niemiło, czy chamsko. Po prostu prychnął pod nosem wyrzucając z siebie nieme tak myślałem. I nie, nie twierdził, że spotkało go największe zło tego świata. Byli tacy, którzy mieli o wiele, wiele gorzej. Tacy, którzy nie przeżywali pobytu w bloku X. Ale jego przejścia wystarczyły, by wyjaśnić dlaczego taki był. Dlaczego nie lubił dotyku, dlaczego nie lubił ludzi. Potem… po prostu rozłożył bezradnie ręce. Jakie miał w ogóle szanse, by ją zniechęcić? Ilekroć próbował, ona znowu zaczynała swoje. Teraz nagle go lubiła. A to… to mu przeszkadzało. Nie odpowiedział jednak nic na to, po prostu prychnął pod nosem. Nie zostało mu nic innego niż się po prostu załamać.
– Już mówiłem, że nic od ciebie nie chcę – poradzi sobie w inny sposób, nie potrzebował jej pomocy. Nie, kiedy wciąż tak bardzo go irytowało jej ostatnie zachowanie. I cóż… tu nie było żadnej umowy. A jeśli była to ją po prostu unieważnił. Mogła więc odejść w spokoju. Czy coś.
– Fantastycznie – skwitował po prostu jej deklarację. Cudownie, do jego góry problemów musiała jeszcze dorzucić martwienie się o zaśnięcie czy powrót gorączki? Nie miał pojęcia co właściwie się stanie, kiedy ktoś zacznie majstrować przy tym urządzeniu. Tam mogło być dosłownie wszystko i to zdecydowanie nie było bezpieczne. I dlaczego w ogóle go to przejmowało? Była dużą dziewczynką.
– Mamy wojnę, Maisie – przypomniał, zupełnie jakby o tym zapomniała. Oczywiście, że miała powodu, by się ratować. By się chronić. By uciekać. Ale to było jej życie. On… on był kompletnie obcą osobą i nie zamierzał więcej w to ingerować. W zasadzie to była jej sprawa i mogła robić to co jej się żywnie podobało. I był dość sceptycznie nastawiony do jej pomysłu, o czym miał zamiar dać jej znać gdyby właśnie nie zaczęła gadać. A on… nie potrafił jej nie słuchać. Przeniósł po prostu wzrok na jej twarz. I choć nic nie mówił, nie zdradzał żadnych emocji, było widać po nim, że oczekuje kontynuacji tej historii.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-28, 20:27
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Nie spodziewała się tego wybuchu. Słysząc te wszystkie głośne i brutalnie szczere słowa, po prostu zamarła, wpatrzona w niego i wmurowana w podłogę, mieląc w ustach najbardziej oklepane słowa, jakie można było powiedzieć w takiej sytuacji. Tak, było jej przykro, naprawdę mu współczuła, ale nie chciała tego mówić. To nie oddawało tych wszystkich uczuć, nijak nie oddawało potrzeby uściskania go... Choć tego także nie zrobiła. Powstrzymała się przed tym wyłącznie przez to, co zrobił wcześniej. Nie za bardzo widziało jej się ponowne lądowanie na podłodze. Nie teraz.
- Spójrz na to z drugiej strony. Przeżyłeś, pokazałeś im, że się mylą, że nie jesteś kimś słabym... - Zaczęła, spoglądając na swoje paznokcie - pomalowane na jasny, prawie że biało-błękitny kolor - i poruszając przy tym palcami.
Naprawdę było jej przykro z powodu tego wszystkiego. Nie, nie tego, co i w jaki sposób powiedział. Z powodu tego, co najwyraźniej przeszedł, a co zdecydowanie nadal leżało mu na wątrobie. O ironio, jeśli zaś chodziło o sam wybuch, nie uważała go za nic wybitnie złego. Wręcz przeciwnie, przynajmniej to z siebie wyrzucił. Być może dzięki temu miało być mu chociaż trochę łatwiej, a ona? Ona miała jakoś przetrawić tę jego wściekłość, już teraz spoglądając na niego nie z urazą, a z czystym współczuciem.
- Możesz zacząć całkowicie od początku, z zupełnie czystym kontem. Zastąpić złe wspomnienia, stworzyć nowe, lepsze... Możesz polubić wszystko na nowo. Jeszcze raz cieszyć się każdą przeczytaną książką, odwiedzonym miejscem, smakiem potraw... Zupełnie tak, jakbyś nigdy wcześniej ich nie poznał. Możesz stwierdzić, że brukselka jest paskudna i już wcześniej jej nie lubiłeś, ale... Może tym razem jednak ją polubisz? Nie chodzi tylko o te złe rzeczy, wiesz? - Spytała spokojnie, wciąż na niego patrząc.
Miał możliwości, naprawdę je miał, musiał tylko trochę inaczej na to spojrzeć. O dobry losie, w głębi duszy naprawdę chciałaby mu w tym pomóc. Coś mówiło jej, że rzeczywiście tego pragnęła. Problem tkwił jednak w tym, iż być może zastanawiał się czy lubił brukselkę... Ale za to zdecydowanie nie miał wątpliwości, co do tego, czy lubił ją. Dostatecznie dużo razy to pokazał.
Nie zmieniało to jednak faktu, iż tym razem nie zamierzała dać się przepłoszyć. Nieważne, co planował powiedzieć czy zrobić. Tym razem po prostu postanowiła zaprzeć się w tym miejscu i nie iść sobie z niego, nim nie upewni się, że wszystko było już całkowicie dobrze. Była mu to winna, nawet jeśli mówił inaczej i nieustannie ją od siebie odpędzał. Jej sumienie tego wymagało.
- Jak na moje oko, jesteś dobry w odróżnianiu żywych od martwych. - Nie chciała mówić, że faktycznie ssał pod tym względem, nawet jeśli oboje doskonale o tym wiedzieli. W końcu podczas ich pierwszego spotkania naprawdę wziął ją za ducha, przez dłuższy czas nie dając się przekonać, iż mogło być inaczej. Mimo to, nie planowała go przecież dobijać. Wręcz przeciwnie, od tej pory zamierzała myśleć wyłącznie o tym, jak polepszyć całą tę atmosferę. Problem w tym, iż objęła chyba dosyć kiepską drogę, by wcielić to w życie...
- Mamy wojnę. - Pokiwała głową, kontynuując identycznym, niezmiernie spokojnym tonem głosu. - Tam na zewnątrz... Nie musimy jej mieć tutaj, prawda? Naprawdę nie musisz ze mną walczyć. Zaakceptuj to, że nie zamierzam stąd iść, będzie ci znacznie łatwiej. - Chociaż nie sądziła, iż faktycznie miał to zrobić, zawsze mogła spróbować, prawda?
Poniekąd wszystko to, co robiła w tej chwili, było próbą wywalczenia sobie chociaż cząstkowej tolerancji z jego strony. Nie musiał jej lubić, nie musiał jej więcej całować - nawet jeśli zdecydowanie zbyt często powracała do tego myślami, mając ochotę zarumienić się na samą myśl o tamtej chwili - nie musiał być przesadnie miły. Wystarczyło, że zacząłby akceptować jej obecność. I to właśnie z tego względu postanowiła trochę się przed nim odsłonić. W końcu nie tylko on miał tu swoje przejścia.
- Cóż... - Odchrząknęła, gdy wbił w nią spojrzenie, czując się trochę... Świdrowana wzrokiem. Nie na tyle jednak, by przestać mówić, odrobinę nerwowo splatając i wyginając palce dłoni. - Wychowałam się w sierocińcu, bo nikt mnie nie chciał. Bidule w Kansas są strasznie przepełnione, wiesz? Nieustannie pojawia się ktoś inny, ktoś młodszy, a wiadomo, jacy są ludzie. Nie winię ich za to, że wolą przygarniać mniejsze dzieci, nawet jeśli nie wiem, czemu mnie to ominęło, skoro byłam tam od początku. - To było smutne, ale prawdziwe. Nikt nigdy nie wspomniał, czemu nie podzieliła losów tych wszystkich niemowląt, które praktycznie od razu trafiały do szczęśliwych rodzin. Ona po prostu tkwiła w jednym miejscu, usiłując zaskarbić sobie czyjąś miłość. Najwyraźniej nieskutecznie. To... Bolało. Nawet teraz, nawet po tylu latach, nawet jeśli bezradnie wzruszyła ramionami, nadal kryjąc się za uśmiechem.
- Osamotnione dzieci potrafią być niezmiernie okrutne, wiesz? Nieważne, czy mają prawdziwy powód, by cię nienawidzić. Zawsze znajdą coś, co nie będzie im pasować, nawet jeśli próbujesz się z nimi zaprzyjaźnić. - Nie musiała mówić, że życie w miejscu, które pękało w szwach, jeśli chodziło o liczebność wychowanków, nie było łatwe. Tak samo jak pójście do szkoły, gdzie wszyscy dookoła mieli przynajmniej dziadków, wujków czy ciocie.
- Cóż, przynajmniej miałam przyjaciół. - Tak, niewątpliwie się dla niej liczyli. Byli najprawdziwszym skarbem. Szczególnie wtedy, gdy wszystko tak straszliwie się waliło. - Podczas ostatniej wycieczki, jaką odbywaliśmy na koniec szkoły średniej, nasz autobus spadł ze zbocza. Widziałam jak ludzie, którzy byli dla mnie ważni, leżą martwi albo powoli umierając w męczarniach, a ja nie mogłam nic zrobić. Te krzyki, jęki, zawodzenie, a wreszcie ta upiorna cisza. I po prostu... - Po prostu nie umiała o tym mówić. Nadal, nawet po tak długim czasie, zwieszając głowę i kryjąc ją pomiędzy ramionami. Musiała odetchnąć, potrzebowała chwili...
Nie, nie chciał żeby jej było przykro. Jego intencje były o wiele mniej skomplikowane. A może bardziej? Biorąc pod uwagę to jak zachowywała się Maysilee, wszystko mu się mieszało. Wiedział jedynie, że nie chciał współczucia. Chciał świętego spokoju. A ona wyglądała na osobę, która nie zamierzała wykazać się aż takim miłosierdziem i mu dać to czego potrzebował. I na jej słowa jedynie parsknął lodowatym śmiechem. Och tak, z pewnością DOGS byli załamani z tego powodu, że jednak nie umarł. Mieli go gdzieś, jego życie nie obchodziło ich nawet do tego stopnia, by się go ostatecznie pozbyć. A tymczasem on żył jak karaluch. Niesamowicie wytrwały karaluch, ale bądźmy szczerzy? Ile to jeszcze miało potrwać? Miesiąc, dwa, rok? Ktoś wreszcie zdepcze go butem i zostanie jedynie mokra plama na chodniku…
– Złe wspomnienia? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Ja nie mam żadnych pierdolonych wspomnień i NIE CHCĘ mieć nowych – próbował się jakoś powstrzymać. Tym razem nie chciał wybuchać złością. Myślał, że może mu się uda nad sobą zapanować, ale to wcale nie było takie proste. Nie, kiedy ona wygadywała takie rzeczy. Czy naprawdę nie mogła się postawić w jego sytuacji? Zobaczyć jego punkt widzenia? Zrozumieć tą narastającą frustrację?
– Tak dobry, że przez miesiące umawiałem się z duchem, nie wiedząc o tym? – prychnął, kręcąc z rezygnacją głową. Miał dość i powoli się poddawał. Nie miał siły już dłużej walczyć z wiatrakami Maisie. Niech już sobie mówi co chce, siedzi tu jeśli miała na to ochotę. Miał dość tego całego moralnego zachowania. Chciał tylko postąpić dobrze, właściwie, ale najwidoczniej gustowała w dupkach, więc skoro takie było jej życzenie… Kim był żeby się temu sprzeciwiać? Więc po prostu jej słuchał. I choć starał się tego po sobie nie zdradzać, w pewnym sensie zrobiło mu się jej szkoda. Nie spuszczał z niej wzroku nawet na sekundę, uważnie skupiając się na każdym jej słowie. Zastanawiał się czy jego przeszłość też była podobna. Czy nie pamiętał nikogo bo też był niechciany? Walker przełknął cicho ślinę, próbując odgonić od siebie myśli. Domyślał się, że to musiało być naprawdę traumatyczne dla małego dziecka, ale… nie wydawało mu się, by można to było zrównać z tym co działo się w bloku X. Chłopak zacisnął mocno usta w linijkę, po czym skończył za nią:
– Stałaś się taka jak ja – skwitował, wznosząc lekko brwi. I mimo, że początkowo zdawał się taki niechętny na to całe zwierzanie, chciał by powiedziała mu więcej. Może wtedy coś mu się przypomni? Cokolwiek?
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-01-05, 02:33
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- To, o czym tak niechętnie mówisz, zdecydowanie brzmi jak wspomnienia. Bardzo złe, bardzo przykre, ale zdecydowanie wspomnienia. - Stwierdziła, momentalnie wbijając w niego spojrzenie niebieskich oczu, teraz wyjątkowo przenikliwych, choć nadal współczujących. Czy do tego stopnia wmawiał sobie ten brak wspomnień, iż całkowicie zapomniał już, czym one były? Czym się charakteryzowały, jak wyglądały? I czy w ogóle dało się nie mieć wspomnień o wspomnieniach, jak absurdalnie by to nie brzmiało?
- Żyjesz, Tommy. - Wypowiadając miękko te słowa, po prostu pokręciła głową, dodając przy tym wyjaśnienie tego, co miała na myśli. - Nieustannie tworzysz i będziesz tworzyć nowe wspomnienia, więc wypada, byś chociaż spróbował zapełnić pamięć czymś, co jest bardziej wartościowe od tego wszystkiego, co spotkało cię w D.O.G.S. Nie możesz tego cofnąć, ale możesz być ponad tym. Spróbować polubić brukselkę, na nowo przeczytać powszechnie znaną powieść albo... - Milknąc, wzruszyła ramionami. Miał tyle opcji, tyle możliwości, wystarczyło tylko, by chociaż spróbował je rozważyć. W końcu życie i tak biegło jakimś pokrętnym torem. Mógł albo mu się poddać, albo spróbować zawalczyć o swoje. Zrobić coś, co sprawiłoby, że nie myślałby już o tych wcześniejszych doznaniach, zastępując je czymś nowym, czymś dobrym.
Być może odrobinę przesadzała, mówiąc mu o tym w taki sposób. W końcu to wcale nie było tak banalnie proste, jak mogło brzmieć w jego uszach. Maysilee wiedziała o tym jak mało kto, ale wciąż naprawdę starała się podchodzić do tego z jak największą dozą optymizmu. Nawet w największej nawałnicy dało się przecież dostrzec pewne pozytywy... Wystarczyło wiedzieć, na co patrzeć. Thomas musiał dopiero się tego nauczyć, ona już trochę to umiała.
- Albo... Właśnie, zawsze możesz zmienić negatywne wspomnienie o dziewczynie-duchu, umawiając się z jakąś miłą, troskliwą sąsiadką w twoim wieku. - Być może getto nie było najlepszym miejscem na takie relacje, ale... Z drugiej strony... Czy to nie w takich okolicznościach rodziły się zdecydowanie najlepsze romanse wszechczasów? Cóż mogła poradzić na to, iż w głębi duszy naprawdę była niepoprawną romantyczką, widząc teraz ten wyjątkowo dobry scenariusz praktycznie tuż przed oczami - zwłaszcza wtedy, gdy przymykała powieki, zastanawiając się nad tym, jak mogłaby udowodnić Thomasowi, że... No, mógł być choć trochę szczęśliwy. Nawet tutaj.
- Znam naprawdę wiele cudownych ludzi po trzydziestce albo jakoś przed czterdziestką. - Kontynuowała, niepomna tego, jak bardzo niewskazane to było, dopiero po kilku chwilach marszcząc brwi i obdarzając Walkera... Cóż, dosyć skonsternowanym spojrzeniem. - Tak właściwie, ile ty masz lat? W jednym momencie jesteś taki... Niemłody, a w kolejnym mogłabym przysiąc, że dzieli nas tylko kilka lat różnicy. Nie kilkanaście, jak przychodzi mi do głowy już po paru kolejnych minutach. - Prawdopodobnie nie powinna była ujmować tego w aż tak otwartych słowach, jednak z jakiegoś powodu... Po prostu chciała wiedzieć, z kim tak dokładnie się zadawała. Zwłaszcza jeśli wywoływał w niej dosyć nieokreślone, trudne do zrozumienia odczucia. I...
No, cóż. Teraz - przyglądając mu się w ten niezmiernie uważny sposób - rzeczywiście musiała przyznać, iż pierwsze pomylenie go z Tobiasem było... Niezręczne. Naprawdę, naprawdę niezręczne, bo nawet jeśli nie miał trzydziestu kilku lat, jakie była skłonna mu dać, niewątpliwie nie był też jej równolatkiem. Miał na to zbyt zniszczone życiem rysy twarzy, za bardzo wymęczone ciało i stare oczy. W tych tęczówkach, jakie znała, praktycznie nigdy nie malowała się ta ciężka, smętna powaga. Owszem, wciąż byli podobni, ale bardziej niczym bracia... Nie jedna osoba. Zresztą... Może uświadomienie tego sobie miało być lepszą opcją, niż jego brak?
Cóż, przynajmniej na krótki moment odwróciło uwagę Maisie od tego, do czego zmierzała ich rozmowa. I choć teoretycznie sama ją zaczęła, nigdy tak naprawdę nie sądziła, iż cofnięcie się do przeszłości będzie do tego stopnia trudne. Naprawdę nie chciała, by takie było, ponownie przenosząc spojrzenie na mężczyznę, gdy ten postanowił dokończyć jej słowa. Powoli kiwając głową, wypuściła z rąk przydługi, miękki rękaw swetra, który - sama nie wiedziała, kiedy dokładnie łapiąc - przez jakiś czas miętoliła w palcach.
- Mi też nie jest przez to łatwo, Tom, zwłaszcza że wiem, że w ten banalny... - Wręcz wypluła z siebie to słowo, znowu spuszczając wzrok, zanim zaczęła mówić dalej. - W ten naprawdę banalny sposób mogę zaszkodzić nie tylko sobie, ale też wszystkim, na których mi zależy. Wystarczy, że znowu stracę nad sobą kontrolę, że pozwolę, żeby to kontrolowało mnie, moje nastroje... I uderzę w innych, nie w siebie. Gdybym to wtedy wiedziała, nigdy nie pozwoliłabym na tamtą ucieczkę. Nie sprowadziłabym na nas ulewy, burzy z piorunami, nie zakopałabym po pas w śniegu... - Nie zastanawiała się nad brzmieniem tych słów czy nad tym, jak cicho teraz mówiła, zaraz zresztą częściowo wybijając się z tego zamyślenia, aby dopowiedzieć. - Chociaż to były najlepsze święta, jakie kiedykolwiek miałam. Śnieg, chatka w lesie na dzikich bezdrożach, ogień w kominku i płyta Joy Division, której wtedy totalnie nie rozumiałam. Nadal nie wiem, co w niej było, że wprowadzała bardziej świąteczny klimat niż jakiekolwiek kolędy. To te dobre w złych wspomnieniach. - Zakończyła z cieniem uśmiechu na ustach i tą znajomą melancholią w sercu. Tęskniła za tamtymi czasami, nawet jeśli wcale nie były łatwe.
– To o czym mówię to trauma – odwarknął, bo już tracił cierpliwość do jej przemądrzałej natury. Zwłaszcza, ze wypowiadała się na temat, o którym nie miała najmniejszego pojęcia. I to go niesamowicie męczyło. On mówił słowo, otwierał przed nią swoje serce, a ona próbowała je zamknąć, wypowiadając dziesięć kolejnych. I jeśli ktoś miał być odpowiedzialny za jego zachowanie, to była to Sally. Czy jakkolwiek się ona nazywała.
– Cóż, wolałabym być martwy – wyrzucił z siebie, mając nadzieję, że to wyznanie zakończy ten beznadziejny temat. Nie chciał lubić brukselki, nie chciał przeczytać nową książkę… Czy ona w ogóle wiedziała o czym mówiła? Czy ona naprawdę nie mogła zrozumieć jak cholernie upierdliwe było to nieustanne deja vu? Czy ona naprawdę nie mogła wysilić się na chociażby cień empatii, by zrozumieć, że całe jego życie polegało na jednej wielkiej pustce? I nie, w tej sytuacji nie było nic optymistycznego. Nieważne jak beznadziejne miałoby być jego życie, po prostu chciał wiedzieć. Chciał wiedzieć, bo tracił rozum. A najgorsze w tym wszystkim było to, że prawdopodobnie już nigdy tego nie odzyska…
– Och, cudownie, mam się umawiać na randki w miejscu, gdzie co chwilę ktoś umiera? – naprawdę miał już dość tego tematu. I nieważne co zamierzała robić, jak bardzo wiercić mu dziurę w brzuchu, nie mieli o czym gadać. Nie chciał z nią gadać. Bo to co mówiła to było jedno wielkie gówno. I właściwie chciał już otworzyć usta, by powiedzieć jej prawdę. Że nie musiałaby się uganiać za facetami, gdyby po prostu zamknęła buzię. Bo to jej niepoprawne myślenie musiało wszystkich odrzucać. On w tym momencie już nie mógł znieść tego gadania. I, choć co on tam wiedział, inni też tak musieli się czuć. Ale ostatecznie, z jakiegoś po prostu powodu, zamknął usta i wzruszył ramionami.
– Uhm… – to akurat było bardzo dobrym pytaniem. Chyba jedynym dobrym pytaniem jakie zadała. Ile on właściwie miał lat? Rzeczywiście 40? Mniej? Więcej? Tu nawet nie było można zadać pytania na ile się czuł, bo czuł się po prostu źle. Skonfundowany Thomas po prostu podrapał się niewinnie po szyi, a z jego ust wydobyło się głupie: – Ja… nie wiem.
To co potem mówiła… To o świętach, chatce i śniegu… Nie wiedział nawet kiedy wyobraźnia zaczęła podsuwać mu te wszystkie obrazy. Ale w pewnym momencie przyłapał się na tym, że widział to wszystko. Tlący się ogień, zewsząd padający śnieg i roześmianą twarz Sally. To wszystko było tak cholernie realne, zupełnie jakby przeżył to na własnej skórze. I ta świąteczna atmosfera, która tak nagle przejęła kontrolę nad panującą sytuacją, na chwilę wytrąciła go z równowagi. Potrzebował dobrych kilku sekund, by powrócić do tego co było tu i teraz. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że zapadła ta przeszywająca na wskroś cisza…
– Co się stało z tobą potem? – po tym jak twoi przyjaciele zniknęli, miał na myśli. I wtedy, nawet nie miał pojęcia kiedy to się właściwie wydarzyło, opuszki jego palców lekko zahaczyły o kolano dziewczyny.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum