James mógł odetchnąć z ulgą, bo rozmowa z Colleen przebiegała lepiej niż sobie to na początku wyobrażał. Sam nie wiedział, czy uważał, że mutantka zupełnie nie będzie chciała go słuchać, czy może rozpłacze się ujrzawszy go w drzwiach. Była jednak silna, miała jakiś plan na przyszłość i potrafiła z nim rozmawiać, jakby znali się już lata. Dobra, może i tak było, ale do tego czasu nigdy nie mieli okazji ze sobą dłużej dyskutować. Wszystko w Bractwie znacznie się zmieniło przez ostatnie kilka dni. Shepard szczerze wierzył, że system rządzenia nie ulegnie jednak wielkiej zmianie. Osobiście sądził, że sposób w jaki rządziła Yvonne był całkowicie poprawny. Dlatego popierał pomysł Colleen, co do Axona, bo miała rację. Potrzebowali go i być może potrafili sobie radzić bez niego, ale jego osoba mogła być sporym ułatwieniem. Skoro obydwoje nie wiedzieli co przyniesie jutro, co szykuje rząd i w jak wielkie gówno się wpakowali, potrzebowali każdej pomocy. Przytakiwał słysząc jej słowa, uważnie jej przy tym słuchając. I ponownie mógł odetchnąć, bo Marie nie wyraziła sprzeciwu co do jego sugestii, że to on powinien być osobą, która pomoże jej w razie niebezpieczeństwa. Nie był w stanie jednak kontynuować tematu Axona, kiedy czuł wyraźny niepokój spowodowany kolejnymi słowami Colleen.
- Musimy mieć sto procent pewności, że Nancy żyje, jeśli wszyscy w Bractwie mają o tym usłyszeć - mruknął, bo przecież sianie niepotrzebnej paniki, w dodatku w takim momencie, nie było najrozsądniejszym pomysłem. - Ale uważam, że niektóre osoby powinny się o tym dowiedzieć wcześniej. Rosario i Len, oni muszą na siebie uważać, bo Nancy doskonale wie jak ważni dla nas są. Trenerzy i łowcy... wszyscy ci, którzy nie przestraszą się tej wiadomości, muszą mieć świadomość, że nasze bezpieczeństwo jest równe zero, Colleen. - Przyłożył zimną dłoń do czoła, bo jego głowa zaczęła nieprzyjemnie pulsować. - Ilu osobom z Bractwa możesz zaufać? Ilu możesz nazwać swoimi przyjaciółmi? - zapytał po chwili, odrywając palce od twarzy. Musiał mieć pewność, że będzie bezpieczna, tym bardziej po otrzymaniu takich wiadomości.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2017-12-26, 12:24
2 Lata Giftedów!
Byłam ciekawa, czego spodziewał się James, gdy tu przyszedł. Miałam oczywiście świadomość, że większość osób z Bractwa uwazało mnie w tym momencie za niezrównoważoną gówniarę w żałobie, ale czy mój Doradca również mnie za taką miał? No cóż, może nie do końca chciałam to wiedzieć. Bałam się udowadaniania innym swojej wartości, nie chciało mi się tego robić, naprawdę. Wolałam robić swoje, dążyć tam, gdzie uważam, że powinnam iść. Prowadzić Bractwo ku lepszym czasom, ale nie miałam siły stawać i krzyczeć "ej, naprawdę, nie jestem taka zjebana za jaką mnie macie". Uważałam, że czyny mówiły dużo więcej niż słowa. Ciężko jednak było jakkolwiek działać, gdy większość mutantów było przeciw tobie... Potrzebowałam, by moi ludzie mi ufali, ale żeby mi zaufali, musiałam im pokazać, że na to zaufanie zasługuję, a żeby im to pokazać, musiałam zrobić coś, żeby to pokazać, a żeby coś zrobić już potrzebowałam ich zaufania i tak dalej, i tak dalej. Błędne, poplątane zupełnie koło.
- Zgadzam się. - powiedziałam i kiwnęłam potakująco głową. Musiałam wiedzieć, czy ta kurwa żyje, gdzie jest... Nie mogłam pozwolić, by nam zagrażała. Już raz nas zdradziła, to kwestia czasu, żeby zrobiła to drugi raz.
- Dlatego Axon nam się przyda. Jestem pewna, że w sekundę potwierdzi nam, czy ona żyje, czy też nie. - powiedziałam, szczerze w to wierząc. Musiałam go jak najszybciej zwerbować do Bractwa, to był mój cel numer jeden. Musiałam zwalczyć niebezpieczeństwo, jakie nad nami wisiało.
Słuchałam uważnie Jamesa i kiwnęłam głową, zgadzając się z jego słowami. Wiem, źle zrobiłam, trzymając tą wiadomość sama dla siebie... Musiałam, razem z Jamesem, poinformować innych o moich podejrzeniach. Musieli wiedzieć. I wtedy padło pytanie, przez które poczułam się źle. Westchnęłam ciężko. Miałam jeszcze jakichkolwiek przyjaciół w Bractwie? Wszyscy się ode mnie odwrócili...
- Aaron, Alba, Levi... Może Sally? - powiedziałam cicho - Duża większość odwróciła się ode mnie, nie ufają mi, straciłam większość tych, których wcześniej nazywałam przyjaciółmi. - odparłam. Było słychać, że przejmuję się tym faktem. Chcialam mieć to gdzieć, ale to nie było fajne, gdy wszyscy nagle się od ciebie odwracali. Było ciężko, dlatego czasami nawet cieszyłam się, gdy zapomniałam wziąć leków, gdy moje emocje stawały się niemal niewyczuwalne, gdy nie dało się ich rozróżniać, gdy nie musiałam się przejmować...
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-22, 23:30
2 Lata Giftedów!
| z brzegu jeziora.
W samochodzie trochę się denerwowałam, ale starałam się tego nie okazywać. Byłam jakoś dziwnie zbyt skupiona na tej pierdolonej szmacie, która ich skrzywdziła. Nie umiałam już myśleć o niczym innym, choć definitywnie powinnam, bo przecież trzymałam teraz na kolanach swojego prawie-umierającego chłopaka. Kochałam go i nie mogłam go stracić, ale... ale chyba nawet nie dopuszczałam do siebie takiej myśli, może dlatego zachowywałam się tak jakoś beznamiętnie, może dlatego już przestałam płakać? A może znowu przestawałam odczuwać emocje w poprawny sposób, może znowu zaczynałam odczuwać tylko pustkę? Obawialam się tego, aczkolwiek na 90% wydawało mi się, że to jednak spowodowane jest przez to, że byłam opętana przez zlość i chęć zęmsty. Chcialam to wszystko stłamsić w sobie, ale to wcale nie było czymś tak prostym i szybkim.
Przyglądałam się mężczyźnie, który oddychał miarowo, leżąc na mnie. Kochałam go. Bardzo go kochałam i teraz jechał ze mną do Bractwa, do jego nowego domu... Co prawda nie tak to dokladnie miało wyglądać, ale no, jak się nie ma co się lubi... prawda? Najważniejsze, że go odnalazłam, że los rzucił mi go pod nogi, dosłownie, że go znalazłam i nie wykrawił się nad tym jeziorem na śmierć...
Jechaliśmy szybko. Droga na całe szczeście była względnie łatwa, więc Levi nie musiał uprawiać żadnych skomplikowanych manewrów z tym swoim wybitym barkiem, a już po chwili byliśmy w Bractwie. Zrobiło się trochę zamieszanie, bo to ściągnęłam nawet jednego ochroniarza z warty, co by pomógł mi ciężkiego mężczyznę przenieść do mojego domku, a Leviego wysłałam po Matildę, bo choć to nie była moja ulubiona osoba na świecie, to zdecydowanie była przydatna.
Na całe szczeście Bradleya nie było, pewnie był na warcie z drugiej strony obozu. Dale został położony na łóżku, a ja usiadłam przy nim i chwyciłam go za dłoń, uśmiechając się lekko.
- Zaraz wszystko będzie dobrze, obiecuję. - powiedziałam, choć znowu zaczęłam odczuwać strach, bo znowu musieliśmy na kogoś czekać. Tym razem to na Matildę.
People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..
Kontrola przepływu adrenaliny
92%
Najemnik
name:
Dale Fowler
alias:
~Archer
age:
29
height / weight:
188/96
Wysłany: 2018-02-22, 23:40
Talon na Aarona i balon
2 Lata Giftedów!
Przez większość drogi mężczyzna miał zamknięte oczy, nie stracił jeszcze przytomności, ale było mu lepiej, gdy ich nie otwierał. Cały czas musiał skupić się na tym, by nie naciskać za bardzo na plecy, ponieważ tamta rana była cholernie bolesna, a Levi nie zdążył się nią zająć... Poza tym raczej ciężko byłoby mu to zrobić. Musieli się nim zająć w jakimś lepszym miejscu.
W końcu samochód się zatrzymał, z pomocą jakichś ludzi udało mu się z niego wyleźć - właściwie to wszystko było w tej chwili dla niego jakby za jakąś mgłą, jakby oglądał jakiś film w kiepskiej jakości i wcale nie był jego głównym bohaterem. Nie docierało do niego za bardzo co mówili Ci wszyscy ludzie wokół, nie potrafił trzeźwo myśleć. Był wykończony. Psychicznie, fizycznie - stracił tak wiele krwi...
Całe szczęście, że dziewczyna go znalazła, ponieważ gdyby nie ona... Prawdopodobnie już by go tutaj nie było. Był naprawdę bliski śmierci.
Zanim go położyli zdążył tylko rzucić:
- Nie na plecy... - nie powinien raczej teraz na nich leżeć, spróbował się przekręcić na bok, ułożyć jak najwygodniej, by żadna z ran mu nie przeszkadzała. Dopiero teraz w pełnym świetle Colleen mogła ocenić jego obrażenia, a przede wszystkim dojrzeć to, czego nie widziała wcześniej - bardzo dużą ranę na górnej części pleców w okolicach łopatki. Tamta kobieta wycięła mu nożem kawał skóry, na której była część tatuażu. Z "No Fear Man", zostało tylko "Fear Man". Sprawiła, że z człowieka, który nie odczuwał strachu stał się... Tchórzem? Bojaźliwym człowiekiem? Pozbawiła go nawet tego, tatuażu, który miał dla niego znaczenie i pokazała mu czym tak właściwie jest prawdziwy strach...
_________________
<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus
Właściwie to i tak już od prawie roku cierpiała na bezsenność, przekręcając się jedynie z jednego boku na drugi. Gdy tylko wybijała północ – łóżko nagle stawało się jakoś dziwnie niewygodne, z kolei noc przytłaczająco depresyjna. I być może zaczynałoby ją to w pewnym stopniu martwiać, gdyby nie fakt, że ilekroć zamykała oczy – śniły jej się naprawdę paskudne rzeczy. Paskudnie martwe i trupo podobne rzeczy.
Matilde nawet do końca nie potrafiła sobie przypomnieć, co tak właściwie robiła, gdy obudziło ją to donośne i niezwykle irytujące pukanie do drzwi. Nawet nie kojarzyła tak do końca drogi, jaką pokonała ze swojego domu wprost do korytarzyka. Z kolei potem? Potem wszystko zdarzyło się tak szybko.. Ledwo natrafiła spojrzeniem na twarz kolegi z obozu, by chwilę potem – całkiem machinalnie ubrać na siebie jakąś grubą czarną bluzę i wyjść na zewnątrz. Chociaż zazwyczaj nie była skłonna do pomocy, zwłaszcza, kiedy w grę wchodziło ratowanie czyjejś dupy kosztem własnego zdrowia, tak jednak.. doskonale wiedziała, że ta akcja ratunkowa miała przynieść jej naprawdę spore korzyści. W końcu szanowna pani przywódczyni nie miała ot tak zignorować faktu, że dzięki Matildzie jej chłopak znowu powrócił do sił. Być może.. być może Wallace mogła nawet wykorzystać to przeciwko Williamowi? Z całą pewnością – taki był plan.
Weszła do pomieszczenia bez słowa. I dokładnie w takim samym stylu stanęła nad zakrwawionym, przerażająco wyglądającym Dalem. No i proszę! Nawet Wallace nie była w stanie nie skwitować tego cichym gwizdnięciem, czy głośnym przełknięciem śliny. Nie wiedziała nawet czy był sens pytać, kto i dlaczego zrobił coś takiego temu biedakowi. Z całą pewnością nie była to osoba o zdrowych zmysłach, nie obrażając wszelkich psycholi… Ściągając z siebie rękawiczki, zawiesiła na moment wzrok na Colleen, by zmierzyć ją przeciągłym spojrzeniem i wykrzywić kąciki ust do góry. Ale z całą pewnością nie było w tym uśmiechu krzty wesołości. W pewnym sensie Matilde nawet zaczęła się zastanawiać, co takiego musi teraz myśleć Marie, wiedząc, że obca dziewczyna będzie dotykać jej faceta. W każdym razie Matilde wreszcie postanowiła się wziąć do roboty i położyć dłonie na ciele mężczyzny, co przez sporą ilość krwi i głębokość ran nie było najprzyjemniejszym uczuciem.
– Zostanie wiele blizn – powiedziała w końcu, nie odwracając wzroku ze swoich rąk.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-27, 14:54
2 Lata Giftedów!
Czas płynął. Sekunda za sekundą, a Dale cierpiał co raz mocniej. Nie chciałam pracować nad jego cierpieniem, czy ulżyć mu w tym. Nie mogłam. Cierpienie i ból trzymało go przy życiu. Sprawiało, że był przytomny. Jak straci przytomność... może jej już nigdy nie odzyskać, a tego bym absolutnie nie wytrzymała. Nie mogłam go stracić, nie było takiej możliwości. To wszystko w ogóle nie tak miało wyglądać, a wyglądało teraz znacznie gorzej niż źle i nie pasowało mi to. Musiałam jednak dostosować się do sytuacji. Wiedziałam, że Levi biegnie po Matilde. Wiedziałam też, że ta nie odmówi pomocy. Nie, nie dlatego, że była moją najlepszą przyjaciółką, albo że miała dobre serce. Mogła mieć z tego korzyści i na pewno była tego świadoma, a ja... a ja faktycznie miałam zamiar jej dać prawie wszystko, czego tylko by chciała, byle uratowała mojego ukochanego, który leżał na brzuchu, bo na plecach miał obrzydliwą ranę, którą spowodowała ta suka, ewidentnie wycinając mu kawałek skóry. To wszystko wyglądało naprawdę źle.
Oddychałam ciężko i nerwowo, głaszcząc go po ramieniu, bo chyba tylko tutaj nie miał żadnych ran. Czekałam, mówiłam do niego cicho, że wszystko będzie dobrze, że zaraz ktoś mu pomoże i wtedy własnie do domku wpadła Matilda. Nie odzywała się, więc ja też nie, jedynie spuściłam wzrok, gdy zareagowała na rany Dale'a w taki sposób. No cóż. Fakt, wyglądało to wszystko strasznie i przerażająco, no i nawet gdzieś zaczęłam się bać, że uzdrowicielka może sobie nie dać rady. Ona jednak szybko wzięła się do roboty, a ja patrzyłam na to z wdzięcznością w oczach. Mogła to dostrzec, co było rzadkim widokiem, bo ja za bardzo wylewna w uczuciach nie byłam.
- Nie ważne. Może być jedną wielką blizną, byle by tylko żył. - odpowiedziałam jej, starając się, by w moich słowach nie było żadnych emocji, ale jednak były. Ewidentnie było słychać ból i strach, nad którym starałam się panować... Musi być dobrze, musi.
People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..
Kontrola przepływu adrenaliny
92%
Najemnik
name:
Dale Fowler
alias:
~Archer
age:
29
height / weight:
188/96
Wysłany: 2018-03-04, 20:23
Talon na Aarona i balon
2 Lata Giftedów!
Mężczyzna powoli przestawał ogarniać co się właściwie wokół niego działo. Wiedział tylko tyle, że jest przy nim Colleen, że ktoś poszedł po pomoc i że to wszystko tak kurewsko boli. Przy każdym - nawet najmniejszym ruchu czuł ogromny ból spowodowany naruszaniem tych ran, które zdążyły się chociaż częściowo zasklepić. Niezbyt przyjemne było również to, że zakrzepnięta krew, która pokrywała dość sporą część jego ciała pękała, gdy próbował się ułożyć nieco wygodniej - jeśli to w ogóle było w jakikolwiek sposób możliwe. Czuł dotyk kobiety, która przecież stała się dla niego w ostatnim czasie tak strasznie ważna i pewnie w innych okolicznościach byłby cholernie z tego zadowolony. Poruszył delikatnie ręką, chcąc ją złapać za dłoń, ale jego wysiłki spełzły na niczym - nie miał na to siły. Poza tym... Gdyby nawet jakoś udało mu się unieść rękę do góry - jak miałby to zrobić? W końcu wszystkie jego palce były połamane, powyginane w nienaturalny sposób, a w jednym przypadku było to nawet złamanie otwarte. Faktycznie - nie wyglądało to najlepiej.
Usłyszał znajomy dźwięk otwierania drzwi, a po chwili również jakiś głos - należał do kobiety, ale na pewno nie do żadnej osoby, którą znał.
Wiele blizn? Jakby miał ich za mało... Właściwie całe jego ciało było nimi usiane, a teraz zdobył kilka nowych do 'kolekcji'. Takie już jego los.
Kiedy odezwała się Colleen - nie potrafił już zrozumieć co mówi. Zamknął oczy. Czuł, że powoli osuwa się w ciemność, że zaczyna tracić przytomność, a może usypiać? Właściwie było mu wszystko jedno, ponieważ wraz z tym uczuciem przychodziła ulga. Nawet, jeśli miałby się już nigdy nie obudzić... Przynajmniej nigdy więcej nie będzie musiał cierpieć, jego ciało nie będzie już nigdy dla nikogo zabawką.
Zanim całkowicie zagłębił się w tej pustce, która go ogarniała... Oczyma wyobraźni ujrzał Col. Uśmiechała się do niego tak cudownie, jak tylko ona potrafiła, jednak cały czas się oddalała. Szedł w jej kierunku, ale nie potrafił się do niej zbliżyć, pragnął krzyczeć, ale nie potrafił wydobyć z siebie ani słowa. Następnie jej twarz zmieniła się. Zmieniła się w twarz jego oprawczyni. I zaczęła nucić. Nucić tą pieprzoną melodię, tak dobrze znaną mu melodię... Słyszał ją wiele razy, gdy cięła jego ciało, gdy łamała mu palce, gdy wpychała do jego ust żywe szczury... Ta piosenka miała go już nigdy nie opuścić.
_________________
<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus
Skoro mógł być jedną blizną, to Matilde nie pozostało nic więcej do zrobienia, niż po prostu wyleczyć te najgłębsze i najniebezpieczniejsze rany, a potem po prostu wrócić do domu. Nie miała zamiaru zbytnio forsować swojej mocy. Czasem miała tylko wrażenie, że ludzie wręcz zapominali, jak niebezpieczne to całe leczenie było dla niej. Dość ironiczny był sam fakt, że była prawdopodobnie najbardziej egoistyczną osobą na świecie, a jej moce robiły z niej drugą Matkę Teresę. O ile byłoby łatwiej, gdyby zamiast leczyć innych i wyciągać ich z bagien, w które swoją drogą sami się pakowali, mogłaby leczyć siebie!
– Po wszystkim zrobię ci nowy tatuaż – rzuciła tylko w kierunku Dale’a, bo nie sądziła, że mężczyzna dobrowolnie wytatuowałby sobie na plecach tak okropnie upokarzające słowa. Po chwili Matilde ściągnęła dłonie z pleców chłopaka, by sięgnąć do przyniesionej ze sobą torby po wodę utlenioną i gazę, którą obmyła mężczyźnie te mniejsze ranki na plecach, a potem zakleiła mu tę najgorszą ranę – w miejscu starego tatuażu, która teraz wyglądała o wiele lepiej, niż wtedy gdy znalazła go Matilde. Od samego początku, jedynym jej planem było po prostu postawienie Dale’a na nogi. Zanim jednak zwróciła się do Colleen o pomoc, w przekręceniu chłopaka na plecy, złapała go za dłonie, by zająć się jego połamanymi, powykręcanymi i zakrwawionymi palcami. Przez chwilę po prostu trzymała go za rękę, skupiając całą swoją wolę na wykonywanej czynności, by po kilkunastu sekundach, a może nawet kilku minutach - w tym momencie jakby straciła poczucie czasu – zabandażować mu obie dłonie.
– Musisz mi pomóc, Marie – rzuciła w kierunku dziewczyny, jednocześnie łapiąc mężczyznę za ramię. – musimy go obrócić, a potem staraj się być po prostu bardziej przydatna.
Być może nie powinna zabrzmieć aż tak chłodno, jak to zrobiła, ale nie narzekałaby na pomoc w tych najdrobniejszych rankach, z którymi chyba nawet dziecko byłoby w stanie sobie poradzić!
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-03-05, 22:43
2 Lata Giftedów!
Chciałam żeby to wszystko jak najszybciej się skończyło. Potrzebowałam, by Dale jak najszybciej wrócił do życia... Chciałam, by miał siłę na to, by mnie przytulić i... oh, tak bardzo go kochałam, ale musiałam go wypytać o to, kto mu to zrobił (choć przecież wiedziałam, że to ta sama kobieta, co skrzywdziła Leviego) i gdzie się to działo. Musiałam ją wyśledzić. Potrzebowałam też Ronniego do tego wszystkiego, ale priorytetem póki co był powrót Dale'a do życia. Widziałam jak się męczy, jak cierpi... Nie mogłam na to dłużej patrzeć, ale wiedziałam też, że nie mogę pośpieszać Matilde. Już i tak się poświęcała, pomagając mu. Mniej więcej znałam możliwości jej mocy i wiedziałam, że ona ucierpi, pomagając mu... ale szczerze? Ona teraz obchodziła mnie najmniej. Ważne, że mu pomoże, a potem... a potem będziemy myśleć, co chce w zamian za swoją pomoc, a przecież mogłam dać jej wiele. W końcu byłam Przywódczynią, prawda?
Przyglądałam się, jak nasza Uzdrowicielka zajmuje się moim ukochanym. Milczałam, bo nie chciałam jej przeszkadzać, a nie wiedziałam w jaki sposób mogę jej pomóc, bo przecież na medycynie to ja się znałam tak bardzo, bardzo średnio. No i dodatkowo to nie myślałam za bardzo trzeźwo, ale kto byłby trzeźwy w takiej sytuacji? Mężczyzna, którego kochałam był ledwo żywy, aczkolwiek ewidentnie jego stan się poprawiał, na co zareagowałam westchnieniem ulgi.
No i wtedy Matilde poprosiła mnie o pomoc w zmianie pozycji Dale'a, a ja bez słowa wykonałam jej prośbę. No, nie pomagało wcale to, że mężczyzna był cholernie ciężki, a naszą mutacją nie było bycie super-silnymi, ale w końcu dałyśmy radę, a kobietą rzuciła sarkastyczną uwagą, której nie skomentowałam. W normalnych warunkach pewnie bym jej coś odwarknęła, ale to nie byłe normalne warunki...
- Mów co mam robić, to to zrobię. Chcę pomóc, do cholery. - powiedziałam, patrząc jej w oczy z wyczekiwaniem na polecenia. No cóż, teraz to nie ja byłam szefową.
Matilde niezwykle podobało się to całe szefowanie. Właściwie to śmiało można by rzec, że czuła swego rodzaju satysfakcję i wyższość. Nie ukrywała przecież, że nie do końca ufała Colleen. Ani jej, ani tym bardziej jej przywódczym zdolnościom. I słysząc jej zdenerwowany ton głosu, Wallace momentalnie podniosła głowę z poranionego torsu, by zawiesić spojrzenie na twarzy Marie. Sama postawa Matilde wręcz krzyczała: ogarnij się, Marie. Panika, zdenerwowanie, czy jakiekolwiek rzeczy, które odczuwała teraz dziewczyna nie pomagały ani samej Matilde, ani tym bardziej Dale’owi, który najwyraźniej stracił przytomność... Brunetka westchnęła ciężko, przykładając dłoń do policzka chłopaka, by pozbawić go tego głębokiego podrapania na twarzy, po czym syknęła do Colleen:
– Trzeba mu ściągnąć, albo lepiej rozerwać spodnie – rzuciła w końcu. W pewnym sensie sama by to zrobiła i z pewnością o wiele dokładniej – bo nie mogła być przecież pewna, że przy zabawie z nożem Colleen dodatkowo nie zrani chłopaka, a tego Matilde by nie zdzierżyła – tak jednak w tym momencie potrzebowała jej pomocy. Po prostu chciała, jak najszybciej stąd wyjść.
– Dasz sobie z tym radę? – dorzuciła nieco cynicznie, przemywając twarz Dale’a wodą utlenioną i zaklejając mu rozcięty łuk brwiowy plastrem. A potem Matilde po prostu zajęła się klatką piersiową mężczyzny, kolejno dotykając tych cięższych ran, jak i przemywając je wodą utlenioną, by w niektórych miejscach zrobić mu odpowiedni opatrunek.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-03-06, 21:39
2 Lata Giftedów!
Nie martwiłam się teraz absolutnie tym, że chwilowo straciłam władzę. Kompletnie nie obchodziło mnie też to, jaką satysfakcję może odczuwać Matilde i ile będzie chciała w zamian. Nic z tych rzeczy nie były dla mnie istotne. W tym momencie liczył się tylko Dale i jego zdrowie, nic więcej. Potem zajmę się Uzdrowicielką, która pewnie będzie chciała, żebym ją ozłociła, no i pewnie na to zasługiwała, skoro pomagała mojemu ukochanemu przeżyć. No, ozłocić ją nie mogłam, ale później zobaczymy, co będę w stanie zrobić, żeby się jej odwdzięczyć...
Póki co nie było to dla mnie istotne. Nie chciałam zajmować swoich myśli nieważnymi w tym momencie rzeczami. Liczył się tylko Dale i to, żebym pomogła Matilde jak najbardziej mogłam, a sytuacja była dość kiepska, bo mężczyzna do tego wszystkiego stracił przytomność... Starałam się panować nad sobą, co by nie panikować i przypadkiem się nie wydrzeć na Uzdrowicielkę, bo nerwy to miałam już zszargane. Zamiast tego to westchnęłam głęboki oddech i gdy powiedziała, żebym rozerwała mu spodnie, tylko wyciągęłam rękę w bok, a nóż z kuchni poszybował prosto do mojej dłoni. Usiadłam wygodniej, tak, by go nie pokaleczyć przypadkiem, ale upośledzona przecież nie byłam, więc już po chwili Dale miał rozciętę spodnie, a ja go wcale nie skaleczyłam. Nóż odesłałam na miejsce i czekałam na dalsze polecenia, jakby Matilde takowe miała.
Dość sceptycznie obserwowała kątem oka poczynania Colleen, mając naprawdę przedziwne wrażenie, że Marie napyta mężczyźnie jeszcze więcej biedy niż ta psychiczna osoba, która dobrała się do biednego Dale’a, ale mimo wszystko.. nie była przecież małą dziewczynką. W końcu na jej barkach było teraz całe Bractwo, nie? Mogła zrobić cokolwiek, prawda? Dlatego też z zaciśniętymi zębami, Matilde po prostu dalej robiła swoje. Po kolei opatrywała klatkę piersiową mężczyzny, obmywając gazą jego rany i zaklejając obrażenia plastrami i zawijając bandażem, by w końcu podejść do Colleen – a dokładniej do nóg chłopaka. Początkowo Matilde miała zamiar zająć się tym poranionym udem, ale dość szybko zorientowała się, że ścięgno potrzebowało o wiele szybszej interwencji. Wallace westchnęła ciężko, sięgając do torby po trochę spirytusu, a także po igłę i nić medyczną. Początkowo dziewczyna po prostu przetarła mu ranę alkoholem, a potem w ten sam sposób zdezynfekowała zarówno igłę, jak i drobny nóż, którym nacięła lekko skórę mężczyzny w okolicy obrażeń. A potem wzięła się do pracy. Najpierw nawlekła nierozpuszczalną nić na igłę, by zaraz potem wkuć się pod kątem prostym w ranę i przeprowadzić nić. Sama była zaskoczona swoim wewnętrznym spokojem i brakiem trzęsących się rąk. W efekcie zszywanie ścięgna chłopaka nie zajęło jej aż tak wiele czasu. Po chwili Matilde powtórzyła tę samą czynność z udem chłopaka, w międzyczasie rzucając do Colleen:
– Szwy są do ściągnięcia – pozostało jej jeszcze tylko zająć się najgorszym – czyli ciągle wydobywającym się z jego ust krwawieniem. Matilde westchnęła ciężko, ponownie zmieniając pozycję, po czym z całej siły skupiła się na jego organach wewnętrznych. Na początku nie wiedziała, czy to co robiła miało jakiś sens, ale gdy tylko prze jej oczami pojawiły się mroczki, a zaraz potem poczuła posmak krwi na własnym języku.. nie miała żadnych wątpliwości. Krew ciurkiem puściła z jej nosa, mniej więcej w tym samym czasie, w którym z ust Dale’a przestała wydobywać się czerwona, gęsta ciecz.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-03-08, 23:31
2 Lata Giftedów!
Starałam się robić dokładnie to, o co prosiła mnie Matilde. Starałam się też nie wyglądać na za bardzo przejętą, no i zbyt wkurwioną, co by naszej Uzdrowicielki nie wytrącić z równowagi. Chciałam, żeby go wyleczyła jak najszybciej mogla, dlatego bardzo walczyłam ze sobą, ze swoimi emocjami, co by nie widziała, jak to wszystko mnie denerwuje, no i ona też mnie denerwuje. Nigdy się jakoś super nie lubiłyśmy, no i teraz były tego efekty. Dobrze chociaż, że chciała mi pomóc... Z pewnością będzie chciała za to wysokiego wynagrodzenia, ale chociaż pomagała, tylko to się dla mnie liczyło w tym momencie, reszta poszła w odstawkę.
Przyglądałam się uważnie tym wszystkim okropnym ranom, które mojemu ukochanemu zadala kobieta-potwór, która już niedługo zginie z moich rąk. Byłam pewna, że to właśnie ja pozbawię ją życia, no bo niby jak mogłoby być inaczej? Absolutnie nie zamierzałam pozwolić jej żyć. Chciałam ją zamordować, własnoręcznie, choć najpierw... najpierw chciałam pozwolić jej cierpieć. Chciałam, żeby cierpiała tak, jak cierpiał Levi, a teraz Dale... Musiałam dać jej nauczkę i absolutnie nie bałam się, że mnie skrzywdzi. Levi był zbyt słaby, by się obronić, a Dale był wzięty z zaskoczenia. Ja się przygotuję, więc co będzie mogła mi zrobić, hm? Z tego co wiedziałam, była zwykłym człowiekiem, nie stanowiła dla mnie zagrożenia...
Z myśli jednak wyrwały mnie słowa Uzdrowicielki, a ja spojrzałam na nią zaszokowana.
- Że co? - spytałam, na jej słowa o szwach, bo teraz to już tak bardzo nie ogarniałam, że nie byłam pewna, czy się nie przesłyszałam, a jak nie, to kiedy przepraszam te szwy miałam zdjąć i jak? - Ale, że kiedy? I jak? - pytałam jak skończona idiotka, bo o tym to już nie miałam pojęcia. Dale wyglądał już lepiej i wystarczyło tylko zaleczenie urazów wewnętrznych...
- Matilde! - krzyknęlam nagle, widząc to, co się dzieje - Zostaw już go, nie możesz się zamęczyć. - powiedziałam, zrywając się po jakieś chusteczki i wracając z nimi do kobiety, którą odciągnęłam od Dale'a, który swoją drogą to powinien odzyskać przytomność niedługo, a przynajmniej miałam taką nadzieję...
Podałam Uzdrowicielce chusteczki, patrząc na nią nawet trochę zatroskana. Nie chciałam przecież, by umarła tutaj, teraz. Była w Bractwie potrzebna.
Nie do końca wierzyła, że Colleen na serio zadawała jej tego typu pytania. Czy ona była aż taką ignorantką, by nie wiedzieć, że jak się kuźwa zakłada szwy, to zazwyczaj są one do ściągnięcia. Matilde nawet nie kryła się z tym, że patrzyła teraz na nią jak na jakąś idiotkę.
– Normalnie? – wyrzuciła z siebie przesadnie miłym tonem głosu, jednocześnie wysoko wznosząc brwi ku górze. To nawet nie chodziło o to, że koniecznie chciała jej coś udowodnić. Po prostu nie umiała w takiej sytuacji trzymać języka za zębami. Nie panowała też nad tym typowym dla siebie wzrokiem, który jasno mówił: osądzam ciebie i wszystkie decyzje jakie podjęłaś. Wallace westchnęła ciężko, by zaraz potem wycedzić przez zaciśnięte zęby głosem zmęczonej życiem służbistki:
– Niech zgłosi się do szpitala za dwa tygodnie.
W końcu było tam tyle sanitariuszy, że ktoś był w stanie czynić honory i wyciągnąć te pieprzone szwy, jeśli ona się tak bardzo tego brzydziła. Wallace nie miała zamiaru się tym zajmować, ani tym bardziej znowu brudzić rąk krwią. Ale zaraz potem Matilde po prostu dała sobie z tym spokój i zajęła się tą ostatnią czynnością. Choć co prawda z jej nosa zaczęły płynąć pojedyncze kropelki krwi, to miała wszystko pod kontrolą. Do tego stopnia, że bynajmniej nie miała zamiaru ryzykować życiem dla Dale’a, czy co tam sobie myślała w tym momencie Colleen. Nie. Matilde była wyjątkowo uważna. A właściwie do tego stopnia, że kompletnie nic jej nie było, ale.. rozkaz to rozkaz, nie? Oderwała spojrzenie od mężczyzny, jednocześnie wycierając twarz przyniesionymi chusteczkami, po czym po prostu wzruszyła ramionami.
– Następnym razem jak macie zamiar wdawać się w coś głupiego, to pomyślcie dwa razy. Mam po dziurki w nosie ratowanie życia osobom, które jego nie szanują – a potem po prostu zaczęła pakować swoje manatki, by ostatecznie przerzucić torbę przez ramię i po raz ostatni rzucić wzrokiem na już nie tak bladą twarz poszkodowanego. I z cichym westchnięciem, a także niezwykle chłodnym i przesiąkniętym cynizmem w głosie parsknęła:
– Nie ma za co – i dokładnie z tymi słowami na ustach opuściła pomieszczenie, wychodząc na dwór i niemal od razu odpalając papierosa..
People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..
Kontrola przepływu adrenaliny
92%
Najemnik
name:
Dale Fowler
alias:
~Archer
age:
29
height / weight:
188/96
Wysłany: 2018-03-13, 13:16
Talon na Aarona i balon
2 Lata Giftedów!
Mężczyzna przez kilka następnych godzin pozostawał w tej cholernej pustce. Mimo tego, że jego ciało pozostawało nieprzytomne umysł cały czas serwował mu kolejne wizje strasznych rzeczy. To, co zrobiła mu Vera... Z pewnością miało go zmienić. Widział jej twarz cały czas, bez przerwy słyszał tą jej pieprzoną piosenkę.
Dopiero nad ranem obudził się z krzykiem, cały zlany potem. Rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu i natychmiast próbował się podnieść, ale ból, który odczuwał z dalej świeżych (mimo, że opatrzonych) ran skutecznie utrzymał go na łóżku.
Oddychał ciężko szukając wzrokiem swojej oprawczyni, której na szczęście nie dostrzegł. Wspomnienie jej ostrza zadającego mu rany dalej było tak żywe, tak prawdziwe... Wiedział doskonale, że nigdy nie wymaże tego z pamięci.
Przeniósł jednak wzrok na osobę, która znajdowała się obok jego łóżka.
- Col... - wychrypiał cicho, strasznie zaschło mu w ustach. A więc... Uratowała go. Oczywiście nie sama, miał jakieś przebłyski, ale... Zrobiła to. Poruszyła niebo i ziemię, by uratować jego życie. Nie był jeszcze do końca pewien czy powinna to robić, ale mimo wszystko był jej wdzięczny. Cholernie wdzięczny.
Dalej dysząc ciężko podniósł się nieco wyżej na poduszkach. Pościel była cała mokra od jego krwi, oraz potu, właściwie to nie leżało się na niej zbyt przyjemnie, ale to w tej chwili był chyba jego najmniejszy problem.
- Sam, ona... Ona dopadła Sam... - wyszeptał cicho sam do siebie, a Pani przywóczyni raczej nie mogła wiedzieć o co chodzi. No, chyba, że ją znała!
Wspomnienia uderzyły w niego ze zdwojoną siłą, przypomniał sobie jak Vera rzuciła na jego kolana ucięty kobiecy palec. Był pewien, że ten należał do jego przyjaciółki, musiał natychmiast sprawdzić co się z nią dzieje.
Podjął kolejną próbę i mimo tego cholernego bólu udało mu się usiąść na łóżku.
Wiedział, że musi sprawdzić jej pracownie, mieszkanie, wszystko. Musiał to zobaczyć na własne oczy, ale musiał też... Musiał też chronić Colleen, ponieważ kiedy ta pierdolona psychopatka dostanie ją w swoje ręce... Zniszczy ją. Tak samo, jak zniszczyła jego, a tego Dale nigdy by sobie nie wybaczył. Kochał tą dziewczynę - to było coś, co wiedział na pewno.
- Muszę sprawdzić, czy Sam żyje... Muszę... - wychrypiał i spróbował wstać, ale nogi się pod nim ugięły, przez co osunął się na kolana przy łóżku.
Był teraz tak cholernie bezsilny... Chciał krzyczeć, płakać, właściwie to chyba wszystko na raz.
_________________
<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum