zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-07-13, 00:23
Najważniejsze szychy, rozgrywające teraz kolejną partię - jakże pasjonującego! - pokera, faktycznie nie miały najmniejszych powodów do obaw. Nie tylko przez to, iż wyłącznie najbardziej sprawdzone osoby znały lokalizację ich gniazda, lecz także przez liczną ochronę, opłacaną na tyle dobrze, aby w razie konieczności oddać życie za interesy szefostwa.
I chociaż mogło na to wcale nie wyglądać, tego dnia nie było tu zbyt wielu klientów. Większość, chociaż niewątpliwie zdawała się być zajęta przeglądaniem zasobów broni, robiła po prostu sztuczny tłum. Bardziej wprawne, zaznajomione z tematem oko mogło z łatwością to dostrzec. Nie musieli się z tym przecież specjalnie kryć. Byli tu w końcu sami swoi.
Nawet z nadejściem kolejnej osoby, mężczyźni przy stoliku nie oderwali się od gry, mimo że wszyscy z pewnością zauważyli ich nowego towarzysza. Dopiero w chwili, w której ten postanowił się do nich odezwać, jeden z biznesmenów kiwnął ręką w kierunku grupy karczków. Moment później przy stoliku pojawiło się dostawione krzesło, szklaneczka drogiego whisky i komplet kart. Nikt nie pytał Sandersa o to, czy chciał do nich dołączyć. To nie było zaproszenie, ale przecież doskonale o tym wiedział.
- Wybornie, Smith, naprawdę wybornie. - Ten sam mężczyzna odezwał się po dłuższej chwili, zawijając kozią bródkę na palec wskazujący i nawet nie zaszczycając Billy'ego spojrzeniem. Zrobił to dopiero po kolejnych kilku sekundach, unosząc przy tym brwi. - Nie spodziewaliśmy się ciebie tutaj. - Stwierdził, odchrząkając wymownie. Zupełnie tak, jakby dawał swojemu gościowi do zrozumienia, że ten powinien wiedzieć, czemu tak twierdził
Usiadł na przystawionym przez mężczyznę krześle, ale uprzejmie pokręcił głową, gdy podano mu karty, by mógł dołączyć do gry. Wiedział, że było to niemile widziane. Zresztą po co srać do sadzawki, w której miał zamiar się wykąpać? Lepiej było nie rozpoczynać z nimi gry, bo mogło to poza zostawić za sobą niezbyt przyjemny smród. Zawsze ktoś przegrywał. Mógł to być on, mógłby to być jeden z obecnych tu dżentelmenów. Nikt jednak nie lubił smaku porażki, a Billy wiedział że w imię dobrych relacji lepiej było tego nikomu nie fundować.
Uniósł brwi w geście uprzejmego zdziwienia, słysząc słowa mężczyzny. - Zawsze dotrzymuje moich terminów. - odpowiedział, wbijając spojrzenie w mężczyznę. - Ciekawi mnie jednak skąd te zdziwienie. Raz na wozie, raz pod wozem, ale wciąż na powierzchni. - odpowiedział mu spokojnym tonem z poważną miną. Nie wyglądał na człowieka niedoinformowanego. Bardziej na oczekującego wyjaśnienia sytuacji w celu sprawniejszego przejścia do interesów. Bynajmniej starał się nie okazywać tego, że był cholernie ciekawy co kryło się za słowami mężczyzny. Tutaj chodziło o pewność siebie. Jeśli wyczuwali słabość, przestawali wierzyć w to, że mógłby być w jakikolwiek sposób im przydatny, skoro nie miał żadnej władzy. Na szczęście Sanders był dość niezły w odgrywaniu rólek. Dla każdego ze swoich przyjaciół pokazywał inną twarz.
_________________
The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-07-13, 01:51
Obserwując poczynania nowoprzybyłego, szef towarzystwa stolikowego zmarszczył czoło, przez chwilę wyglądając tak, jakby odmowa ze strony Sandersa miała śmiertelnie go urazić. Chciałoby się rzec, że atmosfera nie tyle zgęstniała, co całkowicie zastygła na kilkanaście sekund, po których siwobrody kiwnął głową, wdając się w dalszą dyskusję. Tematy były w końcu niezmiernie ciekawe. Nie tylko dla niego. Dla wszystkich, którzy chcieli - lub byli zobowiązani - wysłuchać tej rozmowy.
- Nie zdziwilibyśmy się, gdybyś tym razem tego nie zrobił. W takich okolicznościach... - Jegomość, najwyraźniej i tego dnia robiący za naczelny głos całej grupy, odchrząknął znacząco, spoglądając wpierw na twarze wszystkich zebranych przy stoliku, dopiero po tym ponownie patrząc w kierunku rozmówcy, jakby oczekiwał od niego jakichś wyjaśnień.
Tak naprawdę najwyraźniej to on miał jednak oświecić wyjątkowo niedoinformowanego młodzieniaszka, odczekując moment i wyjątkowo dając mężczyźnie dokończyć wypowiedź. Ku uciesze wszystkich, bowiem słowa Sandersa - tudzież Agenta Smitha, jak go zazwyczaj nazywali - były iście bawiące. Po pomieszczeniu poniósł się nawet śmiech, choć sam komentujący wyjątkowo się nie roześmiał. Na jego twarzy pojawił się za to nieznaczny, litościwy uśmieszek.
- Nie próbuj robić z nas idiotów, Smith, wszyscy dobrze wiemy, co dzieje się w tej twojej organizacji. Kolejne zakupy nie są raczej zbyt rozsądnym posunięciem, zwłaszcza że Harley powoli zaczyna się denerwować. - A gdy Harley - okoliczny szef wszystkiego po tej mniej legalnej stronie Seattle - się denerwował... Nic nie było dobrze.
Szczerze powiedziawszy poczuł nagły przypływ irytacji, słysząc śmiechy tej zgrai czereśniaków. Zdusił to jednak w sobie. Nie było potrzeby bycia małostkowym, chociaż na usta cisnęło się “nie robię niczego co już nie zostało zrobione”. Więc uśmiechnął się tylko ze spokojem wypisanym na twarzy. - Panowie, rozumiem wasze zaniepokojenie, ale pamiętajmy o jednym fakcie. Nie robią panowie interesów z moją organizacją, tylko ze mną. Nie narażałbym na szwank interesów ani moich, ani waszych. Dla dobra ogółu. Wyjaśniwszy sobie tą kwestię, muszę zapytać dlaczego pan Harley zaczyna się denerwować. Być może uda mi się rozwiązać ten problem. - uniósł wysoko brwi. Billy przecież dość skutecznie potrafił naprawiać takie małe problemy. Nie bywał tu od dziś i systematycznie udowadniał obecnym tu mężczyznom, że nie jest chłopcem na posyłki. Wiedział komu i ile zapłacić, wiedział jak uzyskać przydatne informacje i z kim się nimi podzielić, kiedy i za jaką cenę. Nie robili interesów z innymi w jego imieniu. On się tym zajmował. On ubijał ten interes, a GC było tylko portfelem, z którego sięgał. Bynajmniej nie robił tego dla nich. Dla siebie, bo miał z tego zysk. Podobnie jak oni i to dość duży, skoro pojawiał się tutaj systematycznie wykładając dość pokaźne sumki.
_________________
The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-07-13, 13:47
- A stać cię na to, żeby na początek wyłożyć okrągły, jebaniutki milion z odsetkami? - Po raz pierwszy odezwał się ktoś, kto nie był wcześniejszym rozmówcą Billy'ego. Rudawy mężczyzna w średnim wieku zaśmiał się gardłowo, jednocześnie spluwając do srebrnej miski stojącej nieopodal jego stołka - najwyraźniej ku temu przeznaczonej. I tym razem w towarzystwie zapanowała nadmierna wesołość. Przynajmniej do czasu, gdy siwobrody szef nie machnął ręką, momentalnie uciszając wszystkich dookoła. Kiedy on mówił, nikt nie śmiał otworzyć ust.
- Twoi ludzie zapożyczyli się u Harleya, Smith. Tylko on i sam Szatan w swoim kociołku mają prawdziwą sumkę, jaką jesteście mu winni, skoro wy sami nie macie o tym przeklętego pojęcia. Toniecie, Smith, a Harley jest waszą górą lodową. - To mówiąc, stary mężczyzna zacmokał z czymś na kształt dosyć pokrętnego... Współczucia? Jednocześnie wykładając karty na stół. Nie metaforycznie. Dosłownie. Tym samym kończąc grę.
- Póki nam płacisz, nic do ciebie nie mamy, ale nikt nie zdziwi się, jak już tu nie wrócisz. Harley nie umarza długów, on się ich pozbywa. - Wstając z miejsca, kiwnął głową w kierunku ochroniarzy. - Czego dzisiaj chcesz? - To było szybkie przejście z tematu w temat, ale tak już po prostu miał. Czas to pieniądz.
Nie odpowiedział na komentarz jednego z mężczyzn siedzących przy stoliku. Ostatecznie nie rozmawiał z nim i nie było sensu wciągać się w tą decyzję. Nie przyszedł się tutaj z nimi kłócić akurat pozytywne relacje z nimi były mu przydatne, nawet jeśli czasami musiał ugryźć się w język i schować dumę do kieszeni. Wiedział, że najważniejszy między nimi był mężczyzna, z którym właśnie rozmawiał. Tak naprawdę tylko jego opinia się liczyła, a reszta mu się podporządkowywała. I właśnie tak stało się, gdy ten uciszył mężczyzn.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Jak widać Haywell zostawił jeszcze większy syf niżeliby się tego spodziewali. Jak widać sprzątnięcie dowodów po jego prawdziwej tożsamości było tylko przedsmakiem tego co miało ich czekać. - Nie mam zwyczaju pozostawania na tonącym statku. - stwierdził rzeczowo, pochylając się nad stolikiem. - Lepiej mieć przyjaciół niż wrogów. - uniósł lekko kącik warg, uśmiechając do mężczyzny. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki małą karteczkę, na której zapisany był adres domu z małego miasteczka w stanie Kentucky. - Słyszałam o pana problemie ze znalezieniem pana starego pracownika. Dbam o to, aby moi przyjaciele byli równie dobrze poinformowani co ja. - odparł, unosząc wysoko brwi. Wiedział, że zeznania mężczyzny mogły zaszkodzić interesom obecnych tu mężczyzn. Nie chciał im być niczego winien. A co z Costą? Sam wydał na siebie ten wyrok zeznając przeciwko takim ludziom. Nie czuł się winny, że wydawał jego miejsce zamieszkania jako świadka koronnego tym ludziom. W końcu nie on ostatecznie miał wydać wyrok. Musieli wiedzieć, że warto było robić z nim interesy. Nawet jeśli GC nie było już pewną organizacją. W końcu on nie był GC. Był człowiekiem, który pojawiał się i znikał, zawsze dotrzymując słów umowy.
Następnie odsunął się od stolika, bo wyczuwał że już powoli kończą. Miał sporo do przemyślenia, ale nie chciał wzbudzać podejrzeń w organizacji, ani w tych ludziach, więc miał zamiar dokończyć transakcji. - Według ostatniego zamówienia. Połowa pieniędzy przed, połowa po otrzymaniu załadunku. Wszystko po staremu. - pokiwał głową.
_________________
The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-07-13, 16:59
- Ten zatonie prędzej niż później. - Zawyrokował mężczyzna, nawet nie mrugając przy tym okiem. Doskonale wiedział, co mówił. Jeśli Harley chciał dobrać się komuś do tyłka, nic nie było w stanie go powstrzymać. Nie bez powodu miał w końcu opinię najtwardszego i najbardziej brutalnego - a zarazem także wyjątkowo nieuchwytnego - gangstera w tej części kraju. Dostawał wszystko, czego chciał. Zawsze. Tym razem też niewątpliwie nie miało się to zmienić. Nie przy takiej potędze, jaką osiągnął, budując całą skomplikowaną sieć sprzedaży nielegalnej broni.
- Jako twój przyjaciel... - Zakasłał cicho i zarazem naprawdę znacząco, nim dokończył, z uniesionymi brwiami spoglądając na karteczkę. - Radzę ci przejąć stery gdzieś indziej. - Nie skomentował słów Billy'ego, nie podziękował mu za - jakże przecież istotną - informację, a na jego twarzy nie pojawiła się jakakolwiek nowa emocja. Rzucił za to okiem na zanotowany adres, mrucząc coś do siebie pod nosem, po czym przekazując dalej ten cenny świstek papieru - aż do najpaskudniej wyglądającego opryszka w całej tej zgrai. Ten zaś bez słowa opuścił pomieszczenie, wcześniej szepcząc coś do jednej z kobiet znajdujących się w magazynie.
- Wybornie. - Siwobrody kiwnął głową, dając znak pracownikom, aby zajęli się sprawami klienta. Spotkanie wyglądało na zakończone...
I najprawdopodobniej tak właśnie było, przynajmniej w części związanej z audiencją, bowiem wspomniana cycata blondynka nieoczekiwanie zbliżyła się do Sandersa, otwarcie się do niego przymilając. Również po tym, jak wsunęła mu coś do przedniej kieszeni spodni, jednocześnie zapraszająco zahaczając dłonią o jego męskie rejony. Mała, skromnie wyglądająca paczuszka zawierała w sobie pięć niedużych fiolek pełnych jasnofioletowej cieczy - eksperymentalnej, nielegalnie produkowanej wersji mutazyny. Mocniejszej, dłużej i szybciej działającej, choć jednocześnie także o wielu dodatkowych, nieprzewidywalnych skutkach ubocznych.
- Chodź ze mną... Odpakować prezenty. Niech oni zajmą się resztą... - Mruknęła blondynka, zachęcająco się przy tym pochylając.
To co powiedział mężczyzna dało Billy’emu sporo do myślenia. Każde inne problemy w GC dało się jakoś przeskoczyć. Można było uciszać dziennikarzy, niszczyć dowody, próbować uciszyć ten medialny szum, który ostatecznie by minął. Ostatecznie to nie były problemy, których nie dało się jakoś rozwiązać. Jednak pieniądze… To było akurat to na czym zależało mu najbardziej. Więc wiadomość o tym jak bardzo są zadłużeni i to nie u byle kogo. Nie miał zamiaru narażać tyłka dla GC. Z pewnością nie chciał zadzierać z takimi ludźmi, bo nieszczególnie był przywiązany do swojej organizacji. Jak już powiedział byli tylko jego portfelem.
Billy skinął głową na znak, że weźmie pod uwagę słowa mężczyzny. Następnie zajął się tym po co w ogóle tutaj przyszedł. Jak widać opłacało się informować gangstera o informatorze w policji, bo wkrótce w jego kieszeni znalazło się 5 fiolek z mutazyną. Cóż. Miał zamiar je wykorzystać i wypróbować.
/zt
_________________
The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum