Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.
bariera ochronna - fizyczna
86%
wolna mścicielka
name:
Ricky Roseberry
alias:
Sofia
age:
24
height / weight:
156/50
Wysłany: 2018-04-05, 22:50
Multikonta: Brak
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie chciałam tego komentować i po prostu uchyliłam się uciekając z powrotem na ławeczkę przypatrując się poczynaniom chłopaków. Założyłam nogę na nogę i oparłam głowę o rękę która była na oparciu ławeczki. Uśmiechnęłam się na wspomnienie tego co Aaron zrobił na łące. Wieści szybko się roznoszą, a to że uratował tyle osób ile się dało było jego zaletą. Udawał twardego, a jednak ratował nie tylko siebie. Uśmiechnęłam się do siebie słysząc prowokację Aarona. Nie chciałam by się pozabijali więc wstałam i stanęłam pomiędzy nimi tak by się od siebie lekko odsunęli, ale żebym obydwoje widziała z przodu. Zerknęłam na Aarona, ale po chwili przeniosłam spojrzenie na mojego nowego kolegę.
- Strzelanie do kaczek co? - zaśmiałam się, ale po chwili wyciągnęłam z torby dwie piłeczki tenisowe i moją już prawie pustą butelkę z wodą. Odeszłam od nich dobre pięć metrów i postawiłam butelkę na barierce. Odsunęłam się wracając do nich i rozglądając się dookoła. Nikogo na szczęście nie było.
- Rozgrzewka, a później to co wczoraj spierdoliłeś. - szepnęłam na ucho do Andiego. Dając mu pozwolenie na użycie mocy. W planie miałam rzucić później piłeczki w dwie różne strony, ale tak by nie wpadły do wody. Dobrze że byliśmy na skrzyżowaniu i miałam trzy drogi do wyboru. Spojrzałam zadowolona, gdy Andi bez problemu zwalił butelkę.
Zaśmiałam się cicho i stanęłam przodem do chłopaka.
- Mam nadzieję że matma Cię dzisiaj nie zawiedzie, bo na wiatr nie zwalisz. - dodałam i rzuciłam jedną piłeczkę za siebie, a drugą w lewą stronę. Spojrzałam na Andiego i się uśmiechnęłam. Nie bałam się że spudłuje, więc nie nakładałam na siebie nawet tarczy gdyby coś poszło nie tak. Był uczciwym dzieciakiem. I byłam pewna tego żeby go do nas dołączyć. Jak to się mówi kobieca intuicja. Nie wiem co nie podobało się Aaronowi, bo po jego zachowaniu właśnie to wnioskowałam.
Pff. Na prawdę zaczynał mi działać na nerwy. Nie wiem, czy to ten jego język, czy cała postawa, jaką wobec mnie emanował. Przez chwilę nawet pomyślałem, żeby olać bractwo i zabić go na miejscu, jednak szybko mi przeszło. Nie chciałbym mieć na głowie psów i całej tej bandy mutantów. Musiałem przystopować, zacząć zachowywać się przyzwoicie. O ile się uda.
- Oo, serio? Oczekujesz medalu lub oklasków za osiągnięcia? - No to chuj z przyzwoitym zachowaniem. Taak, świetna robota, Andy. Podskakuj kolesiowi, który może załatwić Ci bilet do bractwa. Szkoda słów.
Mam pokazać na co mnie stać? Po co, by zaspokoić twoją ciekawość? Z chęcią bym odmówił, jednak Ricky również poprosiła o zademonstrowanie Inferno mocy. Ehh.. Mówi się trudno. Niech więc będzie! Pora pokazać ognikowi, że nie będzie taryfy ulgowej. It's Showtime! Gdy Ricky po ustawieniu butelki na barierce wróciła do nas, nie minęła chwila, a z mych "pistoletowych" dłoni wystrzelił pocisk, przebijający puste opakowanie po napoju. Oczywistym było, że ta wpadła do wody. Cóż, nie ma już picia na dzisiaj, bejbe.
- Spokojnie, tym razem nie spudłuję. - Powiedziałem, dodając uśmiech. Nie spodziewałem się jednak, że jedną z nich rzuci za siebie. Presji tejże sytuacji dodawał fakt, że - wraz ze swym uśmiechem - Ricky stanęła, jako przeszkoda do jednej z piłek. Kurwa, lekko się zdenerwowałem. Ale ten uśmiech.. To nie był taki typowo przyjacielski. Było to coś w stylu "dawaj, cwaniaczku". Przynajmniej tak to odebrałem. Nie bała się, mogłem to wywnioskować. Z resztą co to za banalny wniosek, gdyż widać było, że odpuściła sobie nawet nałożenie bariery. Miała jaja.. Z pewnością nawet większe, niż nasz płomyczek, czekający na rozwój wydarzeń. Prawie całe skupienie oddałem na piłce, którą wyrzuciła za siebie. Wiedziałem, że nie mam czasu, gdyż im dłużej zwlekałem, tym bardziej piłka zbliżała się do ziemi, by w końcu zniknąć za postacią kobiety. Wdech i.. Pach! Pocisk powędrował nad głową Ricky, rozwiewając jej małą część włosów. Było blisko. Jednak co z drugą piłeczką, zapytacie. Już wyjaśniam. Otóż wspomniałem wcześniej, że PRAWIE CAŁE skupienie idzie na piłkę, którą Ricky wyrzuciła za siebie, tak? No właśnie. Przy drugiej piłce nie musiałem się zbytnio wysilać. Wystarczyło, by z policzka wystrzelić pocisk, który zgodnie z założeniami trafił bezbłędnie w cel. Jackpot! Obie piłeczki za jednym zamachem! Trzymając dłoń na kształt pistoletu, przyłożyłem "lufę" do ust, jednocześnie dmuchając w nią.
- Podobało się? - Powiedziałem, spoglądając z wyższością na Inferno. No cóż, fajnie było. A teraz na kolana i płaszczyć się przede mną! Muahahaha.
Burknąłem coś pod nosem, bo ani trochę nie podobało mi się to, że ten nowy nie brał sobie na poważnie moich słów do siebie. Ważniak się znalazł. Zresztą, zachowania Ricky też nie pojmowałem. Powinna była siedzieć spokojnie na ławeczce i ewentualnie pozwolić mi go zbić na kwaśne jabłko, by mógł potem grzecznie dochodzić do siebie w punkcie a la szpitalnym czy coś w naszym kampusie. Otóż to. Kiedy stanęła między nami taka stanowcza i wojownicza, to jakoś słabo było cokolwiek zrobić. Nie, że się jej bałem czy coś. Po prostu nie chciałem się z nią kłócić ani jej pokiereszować.
Zamiast jakiejkolwiek sensownej rekacji, zostałem zmuszony przez przyjaciółkę do stania jak ten kołek i niereagowania na prawdziwego kołka w tym towarzystwie. Zrobiłem wymowną minę, coś na wzór fochniętej księżniczki, a następnie cofnąłem się i po prostu czekałem. Niech pokaże, co ma pokazać, i spadamy. Im szybciej będę miał tych dwóch ignorantów z głowy, tym lepiej.
I pokazał. Stwierdzałem, że ta jego moc okazała się nie być jakąś zapchajdziurą. Nie, że polowaliśmy z Bractwem na jakieś gwiazdki. Przyjmowaliśmy wszystkich biednych i w potrzebie, ale dobrze było, kiedy byłem w temacie, kiedy wprowadzałem jakiegoś mutanta do Bractwa, nie? I stwierdzałem również, że trochę słabo z tą mocą Andy’ego, bo bardzo skojarzyła mi się z mocą Colleen, i tak jak nie chciałem stanąć Colleen na drodze do szczęścia, tak też temu typkowi. Ceniłem swoje ciało. Nie chciałem zostać durszlakiem.
Może dlatego właśnie, wzruszyłem jedynie ramionami, po czym ruszyłem w kierunku brzegu i auta?
- Chodźcie. Jedźmy już – odparłem jedynie, wciskając swoje dłonie do kieszeni kurtki. Nie patrzyłem za siebie, czy idą, czy będą próbowali wyłowić tę butelkę z wody.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.
bariera ochronna - fizyczna
86%
wolna mścicielka
name:
Ricky Roseberry
alias:
Sofia
age:
24
height / weight:
156/50
Wysłany: 2018-04-12, 22:37
Multikonta: Brak
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Poczułam jak kamień leci. Jak blisko miał by mnie zabić, dodawało mi to jeszcze większej odwagi by stwierdzić że mu ufam. Mógł to zrobić, fakt faktem on sam zostałby wtedy zgnieciony umiejętnościami Aarona, ale wiedziałam że moja intuicja nie zawodzi. Uśmiechnęłam się do Andiego, a później przeniosłam spojrzenie na Aarona który wydawał mi się naburmuszony czyżbym odebrała mu okazję na bójkę? Chyba tak. Zaśmiałam się cicho i podeszłam do niego patrząc w oczy.
- Może się przydać.. - szepnęłam tak by tylko on usłyszał, a po chwili z uśmiechem odwróciłam się do nowego znajomego. Przytakując mu. Chciałam by już dali sobie spokój z docinkami i tego typu sprawami więc złapałam za torbę i powędrowałam za moim przyjacielem patrząc przez ramię czy Andy idzie z nami.
- Chodź. - powiedziałam do niego pewna tego co robimy. W bractwie lubimy nowych. Są interesujący a po za tym każdy się przyda. W jakikolwiek spokój ale się przyda. Zwłaszcza że DOGS zaczynało się panoszyć po akcji na polanie. Z resztą Nie chciałabym mieć go jako przeciwnika, lepiej mieć po swojej stronie takie moce niż przeciwko prawda? Przynajmniej mi się tak wydawało. Wsiadłam do auta i zamknęłam się w sobie nic już nie mówiąc i nie zwracając uwagi na mężczyzn, którzy najprawdopodobniej nie przypadli sobie do gustu. Miałam to jednak gdzieś, bo wróciłam myślami do mojej Sami i do tego marszu który miał się za niedługo odbyć.
Buc. Zero komentowania? Mógłby chociaż powiedzieć, że słaba moc, to miałbym okazję go podziurawić na serek szwajcarski. Może jednak w jakimś stopniu mu się podobała? Nie wiem. Niezbyt mnie to interesowało w tamtym momencie. Chciałem zrobić lekkie show, a z pomocą Ricky - trzeba przyznać - udało się to. A co do niej to też brak słów. Niby fajna przyjaciółka a zadymy między nami nie dała zrobić. No szkoda. Ważne w tamtym momencie było to, by wypaść dobrze przed "rekrutującym", a to chyba się udało. Przecież nikt nie mówił, że słabizna totalna z tej mojej mocy, co nie? No właśnie. Ricky coś tam szepnęła na ucho facetowi. Pf. Mogłaby powiedzieć na głos, a nie trzymać sekreciki.
-Niech będzie. - W sumie nie miałem nic innego do roboty, więc czemu nie. Co prawda, gdyby Ricky z nami nie jechała to bardziej zastanowiłbym się nad tym, czy iść z płomyczkiem do auta. Nie chodzi o to, że nie mogłem mu zaufać. Coś w nim kazało mi być czujnym. Ciężko określić to uczucie słowami, no ale już - idę. Ruszyliśmy razem - miałem nadzieję, że ku lepszej przyszłości.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum