In all the good times I find myself longing for change and in the bad times I fear myself.
Elektrometeorologia, 85%
Programista | Haker | Elektryk
name:
Theseus Verhoeven
alias:
Leonard Thorne
age:
34 lata
height / weight:
193 / 91
Wysłany: 2019-03-24, 01:18
Multikonta: brak
Jej zachowanie bawiło go coraz bardziej. No bo jak tu nie roześmiać się, kiedy dziewczyna w świecie tak niebezpiecznym, tak bardzo nieprzystępnym dla ludzi ich pokroju, zaczyna dziwić się przeciwwłamaniowym drzwiom na tytanowe zamki. Mówiła o nich, jakby gdyby był to co najmniej naprawdę wytwór magiczny, zasilany jakąś niestworzoną energią z kinetyki napędzanej jednorożcem z dodatkiem magicznego pyłu od wróżki z Piotrusia Pana. Tymczasem były to zwyczajne – co prawda nieco przez niego ulepszone – drzwi, które nie miały żadnych właściwości, poza mocnym, niełatwym do sforsowania zamknięciem, jak i materiałem, z którego były zrobione. Ach, i nie można było zapominać o tym, że mógł je zamknąć z drugiego pokoju, ale to też raczej mechanicznie, a nie magicznie. Nie miał telekinezy, czy jak to tam się nazywała ta umiejętność. Bądź co bądź – dla niego brzmiała bardzo nierozsądnie. Z drugiej strony czego miał się spodziewać, skoro po godzinie policyjnej śmigała sobie w butach na obcasach, jak gdyby była na modowym wybiegu i miała pokazywać najnowszą kolekcję koturn? Parsknął na tę myśl, na ułamki sekund chowając swoje usta pod dłonią, jakby miało mu to pomóc w ukryciu tego niewygodnego faktu. Może i May nie była taka jak inne, ale wciąż pozostawała kobietą, która za chwilę mogłaby zapytać co mu tak do śmiechu.
- W przeciwieństwie do Ciebie. – będąc pewnym już swojego humorystycznego spokoju, wypalił do niej nawiązując do jej nocnych wędrówek. – Co by było gdybyś nie dała rady wejść do żadnego mieszkania? Ba! Trafiła na kogoś gorszego niż ja? – jego ton zmieniał się z każdym kolejnym słowem na coraz bardziej niebezpieczny, czy może… przejęty? Tak, to z pewnością było to. Nie widział jej rok, cholernych dwanaście miesięcy, a na samą myśl o tym, że mogło jej się coś stać, przyspieszyło mu serce i włączył mu się tryb starszego brata, czy może zważywszy na ochłodzenie ich relacji – tymczasowego opiekuna. Co prawda przejąłby się każdym, zwykle nie odmawiał pomocy, ale jeśli chodziło o nią. No cóż. Zdecydowanie było to coś większego niż zwyczajne przejmowanie się.
Kąciki jego ust podniosły się w delikatnym uśmiechu – kiedy chwilę wcześniej uspokajając się – usłyszał o systemie zdrowotnym Kanady. Znów patrzył przez okno, na rozświetlone mimo późnej pory Chinatown i popijał kolejne łyki kawy w dość szybkim tempie. No cóż, inni denerwując się obgryzają paznokcie – on przypłaca skurczami łydek spowodowanymi kofeiną i zrywających go w nocy ze snu. Nie skomentował tego jednak, wzruszając jedynie neutralnie ramionami. Mimo, że było to dość żartobliwe pytanie, to jednak zaczął się nad nim zastanawiać. Znając ogólny charakter jego narodu, to raczej by o to nie pytali, gdyby dowiedzieli się, że wrócił zza granicy. Amerykanie zawsze byli tymi złymi.
Zmarszczył brwi, słysząc jej napoczętą wypowiedź. Znów skierował uważne spojrzenie w jej kierunku, o dziwo otrzymując w zamian równie twardy wzrok niebieskich oczu dziewczyny, co w sumie wyprowadziło go z pantałyku zważywszy na jej ucieczkowe zerknięcia sprzed chwili. Nie odzywał się, grzecznie czekając aż postanowi zakończyć swoją wypowiedź, bo nie wypadało się wtrącać. Oczywiście wiedział, że chodziło jej o kota, mimo że gdzieś wewnątrz, bardzo, bardzo głęboko jego męska intuicja podpowiadała mu, że to wszystko miało drugie dno. Rzecz jasna do tej pory nie miał pojęcia, jaki był powód odejścia May i pozostawienia go samego.
No jakoś nie mógł się domyślić.
Parsknął. Drugiego kota?
- Owszem. – odstawił kubek na parapet, aby usiąść w kuckach i rozejrzeć się po podłodze w akompaniamencie czegoś pokroju kanadyjskiego, jedynie mu znanemu kici kici. Minęło kilka sekund, ale w końcu mogła dostrzec biegnącą, czarną strzałę w kierunku właściciela, która od razu wskoczyła mu po ręku na ramię i utknęła tam wpatrując się w niego, jakby spodziewała się szynki. Daj mi tę szynkę człowieku.. Zielone oczy kota w końcu jednak dostrzegły dziewczynę, co wprawiło zwierzę w pewną konsternację. Raczej nie wyglądało jakby często widywał tu innych ludzi niż Ver. – Spodziewałaś się żony i dziecka? – dopytał ironicznie głaszcząc zwierzę po głowie i ściągając je z siebie, aby przerzucić je na kanapę. Przez chwilę patrzył na półroczne kocię dopatrujące się w poduszce swojego największego wroga, aby znów spojrzeć kawowymi tęczówkami na swoją rozmówczynię. Widząc jej minę raczej nie chciał znać odpowiedzi na to retoryczne pytanie, mimo że wcale nie było dla niego takie oczywiste jakby mogło się wydawać.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-24, 02:34
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Następni w kolejności bycia złymi są już tylko DOGSi, jak sądzę. - Odpowiedziała, próbując zmienić to w swego rodzaju niezręczny, kiepski żart i naprawdę usiłując nie zabrzmieć tak, jakby sama zastanawiała się nad tym, o czym mówił. A przecież jeszcze chwilę temu myślała, że zdecydowanie lepiej byłoby już bliżej spotkać funkcjonariuszy prawa niż przebywać w tym mieszkaniu, w tej atmosferze. Teraz być może w pewnym stopniu się to zmieniło, ale sama nie wiedziała, czy nie byłoby lepiej, gdyby pozostała na korytarzu. Przynajmniej czułaby się bardziej stabilna psychicznie.
- To nie tak, że wybrałam ten budynek bez powodu. - Zwracając uwagę na specyficzną nutę w jego głosie, po prostu nie umiała powstrzymać się przed podjęciem próby wyjaśnienia przyczyny, dla której się tu znalazła. Nie, nie lubiła tego tonu. Zbyt mocno kojarzył jej się z typowym podejściem Theseusa do ich całej relacji - tym piekielnym braciszkowaniem, które tak bardzo ją dręczyło, będąc powodem wielu nieprzespanych nocy pełnych przewracania się z boku na bok. Być może właśnie z tego powodu mimowolnie bardziej się spięła, nawet jeśli jeszcze sekundę temu zdawała się zaczynać wyluzowywać. Teraz znowu zaczynała się odcinać.
Nie to, że chciała to robić. Nie, ale... W tym konkretnym przypadku dystans sprawiał, że było trochę lepiej. Oczywiście, nadal czuła się rozchwiana niczym malutka tratwa z chwiejącym się żaglem puszczona w sztorm na sam środek oceanu, ale przynajmniej odnosiła wrażenie, że nie pokazywała tego po sobie. Zdecydowanie ostatnią rzeczą, jakiej kiedykolwiek by chciała, była rozmowa o emocjach w towarzystwie człowieka, który wzbudzał w niej tyle niepokojących, niezrozumiałych uczuć. O ironio, był czas, kiedy planowała coś powiedzieć, jednak minął bezpowrotnie już dawno temu. Mniej więcej na etapie Harmony-Heleny-Hestii-Heather-Haylee-Hailee. Teraz pozostało tylko dalsze maskowanie.
Nawet najbardziej przekonująca maska musiała jednak opaść na widok prawdopodobnie najbardziej uroczego stworzenia, jakie widziała w ciągu ostatnich miesięcy. Zawsze lubiła zwierzaki, a ten był po prostu przeuroczy w tej swojej nadaktywności i w zdziwieniu, z jakim na nią spoglądał. Uśmiechając się pod nosem, otworzyła usta, żeby skomentować zarówno pojawienie się kota, jak i specyficzny sposób przywołania go... Ale kolejna wypowiedź Vera sprawiła, że Griffith instynktownie zacisnęła wargi, zbliżając ramiona bardziej do szyi i... Cóż, milknąc.
Na sekundę, dwie trzy, trzydzieści trzy...
Przedłużająca się cisza zdawała się wdzierać w jej uszy, nieprzyjemnie w nich wibrując, jednak Maysilee nie potrafiła jakoś zebrać się w sobie na tyle, by spróbować ją przerwać. Wręcz przeciwnie, czując ścisk w gardle, nie potrafiła nawet odchrząknąć, co przynajmniej byłoby jakimś dźwiękiem czy jakąś reakcją na tamte słowa. Stanowczo zbyt intensywnie wpatrując się także w jeden migoczący punkt za oknem - prawdopodobnie rozbłysk od jakiegoś neonu czy innego świecącego szyldu - dopiero po dłuższej chwili przeniosła spojrzenie na kota na kanapie. Mocząc usta w kawie, upiła nieduży łyk - tylko po to, by przedłużyć moment, w którym nie musiała się odzywać - po tym zaś z głośnym stuknięciem odstawiła kubek na pierwszą lepszą szafkę.
- Jak się nazywa? - Pewnie nie powinna była tego robić. Ignorowanie czegoś wcale nie oznaczało, że to nie istniało i nie mogło zostać niezręcznie wyciągnięte po raz kolejny - gdzieś w bliższej lub dalszej przyszłości, kiedy to nie będzie dało się tego załatwić w podobny sposób, ale w tym wypadku była niczym budżetowa wersja Scarlett O'Hary. Skłonna do prostego odepchnięcia od siebie tej myśli i stwierdzenia: nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro.
- Jest naprawdę śliczny. - Cóż, zapewne dziecko też byłoby śliczne. Tak samo jak żona, drugie dziecko, trzecie dziecko, teść, teściowa i pół tej nowej rodziny, jaką faktycznie spodziewała się tu zobaczyć. Paradoksalnie, wypowiedź sugerująca, że w jego obecnym życiu rządził wyłącznie kot... No, cóż... Powinna ją uspokoić, ale odczuwana ulga bardzo szybko gdzieś wyparowała. Maisie sama nie wiedziała, gdzie, ale to nie miało większego znaczenia. Najważniejsze, że przez to jedno, niewinnie, nieświadomie piekielne pytanie atmosfera znowu stała się nie do zniesienia. Przynajmniej dla niej.
Nie chciała dłużej stać w jednym miejscu, a podejście do kanapy wydawało się najbardziej naturalnym rozwiązaniem, toteż przykucnęła przy niej, przypatrując się kotu. Ostrożnie wyciągnęła rękę w jego kierunku, jakby czekając na pozwolenie, by dał się pogłaskać. Tak naprawdę myślami była jednak gdzieś zupełnie indziej, marszcząc czoło i nadal nie odwracając się w kierunku gospodarza, nawet jeśli z jej ust padło kolejne pytanie.
- Skoro samowolnie zdecydowałeś, że mam tu zostać... - To mówiąc, chrząknęła znacząco, podkreślając jego decyzyjność. - Zaoferujesz mi coś do przebrania, tak w miejsce przybłoconych spodni? I prysznic, zanim pójdziemy spać? - Naprawdę, naprawdę potrzebowała pobyć sama, najlepiej pod strumieniami ciepłej wody. Gdzieś, gdzie mogłaby poczuć się chociaż trochę mniej prześwietlana wzrokiem, bo nawet teraz czuła spojrzenie wbite w jej plecy, a to powodowało gęsią skórkę ja jej karku.
In all the good times I find myself longing for change and in the bad times I fear myself.
Elektrometeorologia, 85%
Programista | Haker | Elektryk
name:
Theseus Verhoeven
alias:
Leonard Thorne
age:
34 lata
height / weight:
193 / 91
Wysłany: 2019-03-27, 01:31
Multikonta: brak
To nie tak, że wybrałam ten budynek bez powodu.
Wcale. W żadnym wypadku nie była to pierwsza, lepsza kamienica – wyglądająca jak wszystkie inne w Chinatown – do której weszła kiedy tylko miała okazję zniknąć patrolowi z oczu, a jego drzwi w ogóle nie były tymi przypadkowymi, które naszły jej pierwsze pod ręce, kiedy postanowiła włamać mu się do mieszkania. Patrzył na nią z lekka uśmiechnięty, doskonale wiedząc jak bardzo w tym momencie zmyślała czy też starała się wybronić z tego – jak uważała – braciszkowania. No ale co miał poradzić, że skoro już się tu pojawiła to zaczął się o nią martwić? Myślała, że stanie mu przed oczami, zrobi flashbacki godne ostatniego roku, kiedy byli rozdzieleni i to wszystko? Hoho. Otóż nie do końca.
- Ach… czyli namierzyłaś mnie wcześniej i wiedziałaś gdzie przyjść? No patrz, a ja głupi myślałem, że to zrządzenie losu. - stwierdził, może nieco zbyt wesoło, ale jej tłumaczenia w jakiś sposób go bawiły. Był święcie przekonany, że za chwilę podejdzie do niego i walnie mu tak zwanego kuksańca w ramię czy coś podobnego, a chyba wolałby tego uniknąć zważywszy, że w jego dłoni znajdowała się jeszcze zbyt mocno parująca końcówka kawy. Przynajmniej atmosfera zaczynała się rozładowywać… tak przynajmniej sądził.
W końcu to retoryczne pytanie również miało być żartem.
Niewinną, nieszkodzącą nikomu a n e g d o t ą, która miała rozładować atmosferę. Przecież znała go bardzo dobrze – on tak się nadawał do życia rodzinnego, jak ona do bycia żołnierzem. O tyle o ile żonę mógł sobie skołować, tak o dzieciach niespecjalnie myślał, ba! nawet by się wzbraniał zważywszy na ich sytuację jako ludzi wykluczonych w pewien sposób ze społeczeństwa. Gdzie miałby wychowywać potomstwo? W piwnicy ukryte przed światem zewnętrznym? Ta cisza, która nastąpiła więc po jego wypowiedzi troszkę zbiła go z pantałyku. Nie wiedział co miał myśleć o tym, że dziewczyna umilkła na dłuższą chwilę, aby taktycznie zmienić temat na grasujące po kanapie kocię. Nie był pewien czy w tym przypadku dobrym pomysłem byłoby dochodzić do tego, dlaczego tak zareagowała, bo on wciąż nie wiedział. Naprawdę nie domyślał się jaki był powód jej odejścia i jak bardzo go obwiniała o znalezienie sobie innej partnerki niż ona sama. Choć może obwiniać to zbyt duże słowo na to co się zadziało… no, w każdym razie, dopóki nie wyrzuci mu tego w twarz, to raczej będzie tym typowym mężczyzną, któremu na słowa domyśl się, raczej nie zaświeci żadna lampka w głowie obwieszczająca eurekę.
- Toque. – rzucił krótko, choć dało się w tym krótkim słowie słyszeć wyraźny francusko-kanadyjski akcent. Typowy Kanadyjczyk musiał być typowy i wybrać jedno z najbardziej narodowych słów jakie mogły istnieć, a szczerze mówiąc nie było ich dużo, zważywszy, że mówili w tym samym języku co Amerykanie. Uśmiechnął się lekko obserwując jej reakcję na czarnego kociaka i choć wiedział, że była to taktyczna ucieczka od tematu, to jednak nie miał zamiaru go kontynuować, ani męczyć jej jeszcze bardziej. Nie dość, że z pewnością popsułoby to jej samopoczucie, to na dodatek jego związki nie były czymś o czym chciałby rozmawiać. A już na pewno nie te przeszłe. Naprawdę coraz bardziej zaczynało mu zależeć na tym, aby kiedy w końcu stąd wyjdzie mogła tu wrócić i normalnie z nim porozmawiać. Sam nie wiedział jaki stał za tym powód, w końcu raczej unikał kontaktu z ludźmi, a odkąd się rozstali to drugiego człowieka widywał raz dwa tygodnie, jak dostawca przywoził zakupy, a i czasami nawet i nie, bo zostawiał je pod drzwiami. Możliwe, że jednak gdzieś wewnątrz siebie miał takie odczucia jak tęsknota czy przywiązanie, które po zobaczeniu jej zaczęły znów budzić się do życia i być głodne niczym niedźwiedź po zimowym śnie.
Delikatny, życzliwy uśmiech nie schodził mu z twarzy, kiedy obserwował jak Maisie podchodzi do zwierzaka i próbuje nawiązać z nim kontakt. Zawsze była otwarta na ludzi, tak więc zwierzęta tym bardziej zyskiwały jej sympatię. Zresztą z wzajemnością. On sam również zbliżył się do mebla i położył przedramiona na oparciu pochylając się nad kanapą, a tym samym kotem i dziewczyną, jednakże w przypadku tego pierwszego nie zyskał za grosz atencji, bowiem w tej chwili bardziej interesowały go palce jego ofiary. Kanadyjczyk wpatrywał się w ten obrazek, a i nawet zapatrzył się na dłuższa chwilę w czarnym nie-tak-już-małym punkciku, kiedy z tego całego zamyślenia wyrwał go jej głos.
Coś do przebrania zanim pójdziemy spać?
Mrugnął kilkukrotnie oczami wpatrując się w nią nieco tępo, jednakże nie minęło kilka sekund jak jego twarz ponownie była skażona myślą, skoro jego mózg już przetworzył w pełni jej pytanie. Zastanowił się przez chwilę – głównie w kwestii ubrania, choć i kwestia samowolnej decyzji również zajęła mu przez chwilę neurony. Odchrząknął.
- Zachowuję się jak kretyn. – wypalił ni stąd ni zowąd jak rolnicy łąki na wiosnę, nagle zrywając się z miejsca i odstawiając pusty kubek na przeciwległą komodę. Przeczesał palcami włosy odwracając się w jej kierunku i wpatrując się w nią twardo, chociaż może nieco zbyt mocno zagubionym wzrokiem. – May, ja Cię mogę stąd w każdej chwili… wypuścić. – faktycznie brzmiało to źle, jeśli przemielić to przez dłuższą chwilę na języku. – … ja po prostu uch. – pauza była zupełnie tego samego typu, jaką zastosowała na nim jeszcze przed chwilą. Jednak w przeciwieństwie do tamtej, ta trwała dużo krócej. – Nie chcę, żeby Ci się coś stało. Wiesz, że jakbyś wyszła to by Cię zgarnęli i nawet nie zaczynaj mi to o żadnym czemu wszyscy myślą, że sobie nie poradzę… - zaczął ją naśladować w jej mowie i choć wyglądało to zabawnie, to jemu wcale nie było do śmiechu. – … bo nie poradzilibyśmy sobie nawet oboje. – oni kontra patrol D.O.G.S? Może i ta bitwa miałaby sens, dopóki nie wezwaliby posiłków, a z pewnością zrobiliby to od razu. Zacisnął zęby uwydatniając mięśnie żuchwy i skupił swój wzrok na suficie, doszukując się na nim jakieś nieścisłości, wzoru, który pozwoliłby mu się uspokoić. Jak na złość nic nie znalazł.
- Może faktycznie powinniśmy to jakoś inaczej rozegrać, ale ja byłem w szoku, Ty byłaś w szoku, trochę źle to wyszło… – złapał się pod biodra nie wiedząc co ma zrobić z dłońmi, a wyciąganie ich w jej kierunku w tej chwili z pewnością wyglądałoby na groźbę, choć sądząc po tonie głosu bardziej przypominało to jakąś… bezsilność? Podstawowe pytanie brzmiało czy z powodu jego niedostosowania do kontaktów międzyludzkich, tej całej sytuacji czy też innego… problemu.
– Jeśli więc chcesz… – wyjął z tylnej kieszeni pilota, którego rzucił na kanapę przed nią (kot się od razu zainteresował!) – Możesz iść, ale wiedz, że na pewno pójdę za Tobą, dopóki nie będziesz bezpieczna. A jeśli nie… to rozgość się, tam są ubrania, tam jest łazienka, a jutro na spokojnie wrócisz do domu. – oj Ver Ver, Ty paraemocjonalna istoto. W zasadzie nie można się było na niego gniewać, bo wyglądał teraz jak porzucony szczeniak. Z drugiej strony… miało się mu ochotę strzelić w pysk, choć to w rachubie Maisie – o ile dobrze ją znał – raczej nie wchodziło w grę.
Jedno było pewne - na pewno należało docenić fakt, że wypowiedział więcej słów na raz niż przez ostatni miesiąc. Jak widać jej obecność działała na niego bardziej niż sądziła - w razie jakby jeszcze się tego nie domyśliła.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-27, 20:58
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Znajomy ma mieszkanie w tej... Okolicy. - Szeroko pojętej, ale cóż. Nie za bardzo chciała się przyznawać, o kogo chodziło, zwłaszcza że dokładnie ta sama osoba na pewno nie przebywała w swoim lokum. Była tego w stu procentach pewna. Po prostu planowała się tam... No, tenteges... Włamać. Dokładnie tak jak zrobiła to w tym nieszczęsnym przypadku, teraz otwarcie wywracając oczami.
Podobne żarciki z pewnością nieco ją bawiły - w końcu były tak niezręcznie zaprezentowane, jak tylko mogły być - ale zaprzestała na samym uśmiechu, nadal pozostając w dokładnie tej samej pozycji. W innych okolicznościach pewnie.... Ale cóż, to nie były inne okoliczności, a atmosfera pomiędzy nimi dopiero zaczynała odrobinę się rozrzedzać. Zupełnie jak nie ona, Maysilee obawiała się, że jeden nieprzemyślany ruch mógł znowu doprowadzić do czegoś niezręcznego. A w końcu, chcąc nie chcąc, mieli spędzić razem kilka kolejnych godzin.
Dla tej starej części Maisie nie byłoby to praktycznie żadnym problemem. W końcu wielokrotnie przebywali ze sobą przez znacznie dłuższy czas, co nigdy specjalnie jej nie przeszkadzało. No, przynajmniej odkąd przyzwyczaiła się do obecności Vera, po prostu akceptując jego niekoniecznie gadatliwe, czasem nadmiernie milczące ja.
W tym momencie wolałaby zresztą kolejny napad ciszy. Bez wcześniejszych słów, które sprawiły, że miała ochotę nieprzyjemnie się skrzywić, po raz kolejny podejmując próbę opuszczenia tego miejsca. Teoretycznie wiedziała jednak, że niewiele by to dało. Drzwi były zamknięte i to nie ona decydowała o tym, czy i kiedy się otworzą. Obecność kota była więc dla niej swego rodzaju wybawieniem. Przynajmniej mogła skupić na nim swoją uwagę, podejmując pierwszy z brzegu temat dotyczący zwierzęcia, by po chwili znowu zacząć trochę się rozluźniać.
- Niech zgadnę... Lubi chodzić ci po głowie? - Spytała, rzucając okiem przez ramię, ponownie nieznacznie się uśmiechając. Problem w tym, że wciąż niekoniecznie było jej do śmiechu. Poruszenie tematu, który w pewnym sensie nadal nie był dla niej najprzyjemniejszy, wywołało prawdziwą lawinę myśli. Oczywiście, nie sądziła, by zrobił to specjalnie. Dostrzegała tę przypadkowość, ot, próbę rozładowania atmosfery, ale tak jak się wcześniej obawiała - wystarczył jeden nie do końca przemyślany tekst, by na nowo zapanowało niezręczne milczenie. Nie dało się tego zmienić.
Zresztą... Ani przez chwilę nie spodziewała się jakichkolwiek prób... Przeproszenia? No, czegoś na kształt przeprosin za to, jak wyglądało ich spotkanie i odnawianie relacji. Kiedy zatem usłyszała słowa sugerujące coś takiego, przez moment czuła się naprawdę skonsternowana. Nie była mistrzem w związkach międzyludzkich, nawet jeśli starała się dobierać dobre słowa i zachowywać tak, żeby ludzie sądzili, że było inaczej.
- To nie twoja wina. - Zaczęła poważnie, siląc się na przeniesienie spojrzenia w jego kierunku, nawet jeśli tak naprawdę tego nie chciała. Coś w tonie głosu Theseusa nakazywało jej jednak, by to zrobiła, a jeśli czemuś ufała, to własnej intuicji. - Oboje wiemy, że w dzieciństwie gryzłeś ołowiane pręty. - Nie miała pojęcia, do czego zmierzał w swoich słowach, ale na tyle mocno cisnęło jej się to na usta, że nie była w stanie powstrzymać komentarza. Planowała jeszcze zresztą dodać coś, co sprawiłoby, iż spuściłby z tego tonu, jednak ten nagły zryw całkowicie ją skonsternował.
Zmarszczyła brwi, mrużąc przy tym oczy i wbijając spojrzenie w plecy Vera, dopóki ten nie przeniósł na nią wzroku. Ponownie zbyt intensywnego, chociaż teraz bardziej nieogarniętego niż morderczego. Tym razem nie zamierzała jednak uciekać, odpowiadając mu podobnym wpatrywaniem się. Nie do końca rozumiała to, co się działo. Ba! Kompletnie nie pojmowała całej tej sytuacji - od początku do chwili obecnej. Wiedziała tylko, że ten rok najwyraźniej naprawdę mocno namieszał w ich relacji. Ona w tym namieszała, łapiąc się na tym, że wciąż nie chciała, by było dokładnie tak jak wcześniej. Po prostu nie była w stanie powrócić do typowego stanu i naprawdę sądziła, że nie miała tego zrobić. Przyszłość raczej nie mogła tego zmienić, więc odejście faktycznie byłoby najlepszą opcją.
Mimo to... Cóż, sama nie wiedziała, kiedy tak właściwie przestało być jej to w smak. Tak naprawdę nie uświadomiła sobie tego praktycznie do momentu, w którym pilot znalazł się tuż przed jej nosem - w małych, czarnych, kocich łapach. Nie od razu zrozumiała też, do czego tak właściwie służył. Bądźmy szczerzy, mało kto miał tak wypasiony system zamków w drzwiach. Kiedy jednak wreszcie jej umysł trochę się rozjaśnił, instynktownie potrząsnęła głową.
Ten cały monolog, jaki do niej dotarł, nadal brzmiał w uszach Maysilee. Najwyraźniej myliła się, co do tego, kto był tu dużo bardziej zdenerwowany. Prawdę mówiąc, to sprawiało nawet całkiem - o nie - urocze wrażenie, przypominając jej widok uczniów początkowych klas, którzy stawali przed nauczycielami, ze stresem tłumacząc się z jakiegoś najnowszego wybryku. W tym wypadku teoretycznie chyba dało się to zaliczyć do zamknięcia koleżanki w schowku na mopy, nawet jeśli mieszkanie Theseusa zdecydowanie nie wyglądało jak mały, ciasny składzik. Z podobnych cech, cóż, było tylko trochę ciemne - nie do przesady, ale jednak.
- Czemu wszyscy myślą, że sobie nie poradzę... - Powtórzyła z kamienną twarzą, tym razem jednak nie tym tonem, co wcześniej. Przedrzeźniając Vera przedrzeźniającego ją samą, uniosła wzrok w kierunku nieba zadziwiająco czystego sufitu, powoli podnosząc się z kolan, by sięgnąć po pilota, który ostrożnie wyjęła spomiędzy ostrych, kocich pazurków. Nie bez walki, oczywiście, ostatecznie oddając kotu szeleszczący papierek po cukierku, jaki do tej pory nieświadomie przechowywała w kieszeni.
- Wiesz... Przetrzymywanie ludzi we własnym domu nie jest zgodne z prawem, a nie pamiętam, żebym dostała areszt domowy. - Stwierdziła, przekręcając urządzenie w palcach i przyglądając mu się z każdej możliwej strony. - Aczkolwiek, skoro tak to przedstawiasz... - Być może powinna sobie pójść, ale tak naprawdę wcale nie chciała tego zrobić. Teraz już nie, mimo to wykonując kilka kroków.
Ponownie wbijając spojrzenie w Theseusa, po prostu uniosła brwi, bez słowa odrzucając mu pilota. Teoretycznie jej mina mówiła sama za siebie. W praktyce Maysilee już chwilę później zaczerpnęła głęboki wdech, podchodząc bliżej, żeby bezceremonialnie objąć go w uścisku, mrucząc przy okazji:
- Nie dam ci się zabić, okej? Nie przeze mnie. - To brzmiało poważnie, naprawdę poważnie, nawet jeśli wypowiedziała to z czymś na kształt starannie maskowanej... Czułości? Nie planowała tego, musiała improwizować. - Zresztą. Już jesteś jedną nogą w grobie, więc niedługo sam z siebie rozsypiesz się w proch, co nie? - Dodała żartobliwie, momentalnie odsuwając się na tyle, żeby dać mu kuksańca w bok. Nie chciała się odkrywać, nie tak jak przed chwilą. To było głupie.
- Splądruję ci szafę, wezmę prysznic, a potem... Może jakiś film? Masz coś w lodówce? - Spytała, paradoksalnie wcale nie chcąc brzmieć aż tak kumpelsko, ale uznając to za najmniej szkodliwe wyjście. Życie było pełne trudnych wyborów, ona zdecydowała się na mniejsze zło.
In all the good times I find myself longing for change and in the bad times I fear myself.
Elektrometeorologia, 85%
Programista | Haker | Elektryk
name:
Theseus Verhoeven
alias:
Leonard Thorne
age:
34 lata
height / weight:
193 / 91
Wysłany: 2019-03-31, 00:42
Multikonta: brak
Czuł się co najmniej dziwnie. Nie mogąc określić dokładnie swojego stosunku emocjonalnego do tej całej sytuacji, do niej, wprawiał się w coraz większe zakłopotanie, chociaż poza tym co widać – czyli ogólnej postawie – raczej nie dawało się dostrzec jego wewnętrznej bitwy. Cały ten monolog jaki z siebie przed chwilą wypalił był dla niego po prostu czymś istotnym i niezwykle ważnym, kiedy zrozumiał jak dziwnie się zachował. I choć tłumaczył sobie, że to dla jej dobra, to na samym początku, kiedy się tu pojawiła to przecież tak nie było. Mimo swojej niby kanadyjskiej osobowości szedł z zamiarem spuszczenia porządnych batów intruzowi i bynajmniej nie żałowałby, gdyby faktycznie okazało się, że był to wróg. Ale nie był. Hej! Przecież to Maysilee, jego przyjaciółka, młodsza siostra, osoba niegdyś dla niego tak bardzo ważna. Co prawda, tak, chciała uciec, rozmyślić się ze swojego wtargnięcia, kiedy zorientowała się, że właściciel jest w domu, a co gorsza – kiedy zobaczyła z kim konkretnie miała do czynienia. Teraz dopiero zaczął sobie uświadamiać jak bardzo go to zabolało, choć z drugiej strony mógł obwiniać o to tylko i wyłącznie siebie i swoją pasywno-agresywną postawę. Czy nie powinien od razu pozwolić rzucić się jej w swoje ramiona w jednym, wielkim reunionie po tak długim czasie? Zresztą i tak było za późno.
A może jednak nie?
Nie spodziewał się już, żeby była to pułapka. Nie doszukiwał się w niej człowieka D.O.G.S.ów czy wroga, a wręcz znienacka przestał traktować ją tak chłodno jak jeszcze chwilę temu. Jego zaburzenia osobowości dawały o sobie znać w różnych momentach, mniej lub bardziej istotnych, a tę zmianę mógł chyba uznać za taką na plus. Kiedy przeszło mu pierwsze zażenowanie tę sytuacją, ponownie wbił w nią wzrok i nie odpuszczał ani na sekundę, przyglądając się każdej jednej zmarszczce części jej twarzy doszukując się wszelkich zmian i reakcji, i analizując jej niewerbalną odpowiedź na jego wywód. Od zawsze był w tym dobry.
Na pewno skłamałby, gdyby powiedział, że spodziewał się, iż Maisie opuści ten dom w trymiga i ucieknie z krzykiem czym prędzej, bo wcale tak nie uważał. Gdzieś podświadomie sądził, że zostanie, bo dojdą do niej jego logiczne słowa, których tak poprawnie nie potrafił ująć jeszcze pół godziny temu. Halo, panie Verhoeven, może po prostu – no nie wiem – Twoje podejście ekspresjonistyczne do drugiej osoby też ma tu znaczenie?
Kiedy rzuciła mu pilota, instynktownie z pełnym refleksem wyciągnął w jego kierunku dłoń, aby pochwycić urządzenie i na powrót ukryć go przed ciekawskimi oczami w jednej z kieszeni. Nie spuszczał jednak spojrzenia ciemnych tęczówek z dziewczyny, które świdrowało ją z równą uwagą, jaką sokół poświęca zauważonej właśnie myszy i choć wyglądały one na bardzo spokojne, to jednak gdzieś w jego wnętrzu rozgrywał się właśnie dramat pod wdzięcznym tytułem „uciekaj”. Widział, że się zbliża, ale chwilowy paraliż umysłowy wystarczył mu do tego, aby nie ruszyć się z miejsca i pozwolić się jej objąć. Momentalnie spiął wszystkie mięśnie – choć naprawdę nie chciał tego okazywać! – i zacisnął zęby wahając się czy powinien ową czułość odwzajemniać. Nie była wyjątkiem, to na pewno, przecież nie przepadał za czyimś dotykiem i choć miał pamięć mięśniową, ba! znał Maisie, to jednak taki szmat czasu pozmieniał nieco dotykalski stan rzeczy. Innymi słowy: w tej chwili – jakkolwiek to zabrzmi – macał go głównie kot.
Nie podołał. Nie uścisnął jej wzajemnie, choć naprawdę bardzo chciał, żeby móc zakopać tę kość niezgody na dobre, ale musiała go zrozumieć. Chyba jeszcze co nieco o nim pamiętała? I miejmy nadzieję, że nie wpadło jej do tej dziewczęcej makówki, że się zmienił. Faceci się nie zmieniają. Zdradził się jednak delikatnym uniesieniem kącików ust na słowa o rozsypaniu się w proch. No tak, dla niej trzydzieści cztery lata były jeszcze nieosiągalnym pułapem wiekowym, którego nie potrafiła sobie zapewne w żaden sposób wyobrazić, ba! trzydziestka i od razu do piachu. Rozbawiło go to bardziej niż sądził.
- Miejmy nadzieję, że jednak dożyję spokojnej starości… – nie było to najlepsze podsumowanie, ale wykorzystał swój zasób słownictwa na dzisiaj do maksimum. Trzeba było wrócić do starego, dobrego Vera, który choć małomówny to… nie… dobra… jego mowa ciała też raczej nie była zbyt ekspresyjna. Mimowolnie dotknął miejsca, w które „uderzyła” i rozmasował je lekko uśmiechając się szerzej. Tak… chyba zmierzało to w dobrą stronę.
- Yyy… rozgość się? – w sumie nie wiedział co ma odpowiedzieć. Najwyraźniej obecność innego człowieka działała na niego dość dziwnie, wprawiając w pewien rodzaj konsternacji. Szczególnie, że dziewczyna była dość rozgadaną osobą, a dla niego przetworzenie dwóch faktów i dwóch pytań w jednej wypowiedzi było jak rozwiązywanie enigmy. – Szczerze to nie wiem, coś powinno być. – wolisz mrożone żarcie czy mrożone żarcie? Przecież nie przyzna się, że ostatni raz jadł wczoraj, bo jedyne czego mu teraz brakowało to matczynego wywodu na temat tego jak się zaniedbywał.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-31, 15:47
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Nawet jeśli w pierwszej chwili nie wiedziała, czemu poczuła nieprzyjemne ukłucie wewnątrz klatki piersiowej, podświadomość Maysilee nie pozwoliła jej zbyt długo pozostać w tym stanie. Mimo jak najszczerszych, jak najbardziej przyjacielskich - chociaż z pewnością niezbyt przemyślanych - chęci, po raz kolejny tego wieczoru poczuła się jak bardzo niepożądany intruz. Być może w dużym stopniu wpływał na to fakt, iż nie tak dawno temu znalazła się w podobnej sytuacji, pozwalając sobie na impulsywny uścisk, ale wtedy została przynajmniej leciuteńko poklepana po plecach. Nie stała jak kółek i nie poczuła się źle z tym, co zrobiła. Najwyraźniej miniony rok całkowicie wymazał ten drobny kontakt fizyczny, jaki kiedyś przecież z pewnością istniał i nie był aż tak nienaturalny.
Nic dziwnego, że tak szybko się odsunęła. Możliwe, że nie była najbardziej szanującą przestrzeń osobistą osobą, przez znaczną większość czasu wcale nie żałując tego naginania reguł społecznych, ale kiedy już tak otwarcie dano jej do zrozumienia, że nie powinna tego robić... Cóż, w pewnym stopniu pożałowała tej nadmiernej czułości, usiłując jakoś zamaskować, wyprzeć wrażenie sprzed paru chwil. Zdecydowanie nie chciała przecież pokazywać, że ją to dotknęło. Nie potrzebowała jakichkolwiek rozmów o tym, co uległo zmianie, zbyt wyraźnie to dostrzegała. Skoro jednak podjęła już decyzję o zostaniu, nie zamierzała nagle wychodzić. Mogła przynajmniej spróbować zrobić z tego w miarę przyjemny - albo przynajmniej neutralny - wieczór.
- Uważaj, bo jeśli dalej będziesz tak bardzo świdrować mnie wzrokiem, to kiedyś pęknie ci żyłka w oku i faktycznie przedwcześnie umrzesz. - Stwierdziła, kontynuując dokładnie w tym samym tonie, co wcześniej. Musiała rozładować atmosferę. Czuła się do tego wręcz zobowiązana po tym, jak sama znowu w sporym stopniu ją skiepściła. Całe szczęście, zawsze mogła zaproponować coś w miarę neutralnego, dzięki czemu zmienili temat na luźniejszy.
- Wyciągniesz to coś? - Spytała, nawet jeśli jednocześnie nie oczekiwała jednak przeczącej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, mimo pytającego tonu głosu, sugerowała, że jedyną prawidłową, powszechnie akceptowalną odpowiedzią było tak, mój mistrzu. Zresztą. Nie czekała zbyt długo na potwierdzenie, unosząc się na czubkach palców, by chociaż na moment sprawić poważniejsze wrażenie, po czym po prostu ruszyła we wskazanym kierunku, tym razem już się nie obracając.
- A więc idę się rozgościć. Zaraz wracam, życz mi powodzenia. - Sama nie wiedziała, w czym tak właściwie potrzebowała tego mentalnego wsparcia, jednak... Przyznajmy szczerze, nie zawsze wybitnie radziła sobie z technologią, a to mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jakby miało mieć wyjątkowo skomplikowany w obsłudze prysznic. Taki z miliardem nieopisanych przycisków, systemem innych guziczków, automatycznie wysuwaną rączką i strumieniem piekielnie gorącej albo przeraźliwie lodowatej wody - niczym pomiędzy.
Zanim jednak przeszła do testowania własnych umiejętności, sprawdzając stopień skomplikowania w działaniu prysznica, faktycznie w pełni się rozgościła. Czym innym byłby w końcu rzeczywisty nalot na szafę w poszukiwaniu czegoś, na co mogłaby potem zamienić mokre, częściowo zimne ubrania? Być może nie zamierzała bawić się w konesera mody czy detektywa otwierającego każdą, nawet najmniejszą szufladę. Nie to, że nie była ciekawska - aczkolwiek miała na tyle poszanowania prywatności, by trzymać się tylko tej części rzeczy, o których pożyczaniu faktycznie wspomniała. Jednocześnie spędziła jednak dosyć sporo czasu na ocenianiu, co nie byłoby na nią drastycznie za duże i nie sprawiłoby, że skończyłaby bardziej odsłonięta niż przeciętna striptizerka. Z dwojga złego, wolała już chyba przypominać młodszą wersję ludka Michelin, niż zbyt mocno świecić ciałem. Nie w tym konkretnym przypadku, nie w takiej sytuacji. Całe szczęście, najwyraźniej nie musiała dokonywać aż tak drastycznego wyboru, zadowalając się prostym, ciemnym t-shirtem, który dla niej samej znacznie bardziej przypominał krótką sukienkę.
W połączeniu z pierwszym lepszym paskiem, którym po prysznicu związała kieckę w talii... Naprawdę nie było źle. Może trochę krócej niż mogłaby chcieć, ale wciąż na tyle dobrze, że była z tego dosyć mocno zadowolona. Przepierając ubłocone nogawki przy pomocy odrobiny mydła, zawiesiła spodnie na kaloryferze, chwilę później zajmując go też resztą rzeczy. Mokrawe końcówki rozpuszczonych włosów przeczesała palcami, jeszcze przez moment spoglądając w lustro, by dojść do wniosku, że było całkiem dobrze. Nie mogła pozbyć się tylko tego uporczywego wrażenia, że może trochę za bardzo przypominała starą wyjadaczkę w takich sytuacjach. Co lepsze, wcale specjalnie jej to nie przeszkadzało. Poprawiając fryzurę, wzruszyła ramionami, po czym opuściła łazienkę, pozostawiając tam większość swoich rzeczy - tak, aby rano mieć je w jednym miejscu.
Sama nie do końca wiedziała, gdzie powinna była szukać Vera, jednak wystarczyło jedno spojrzenie, by zarejestrować, że nie było go w miejscu, w którym go zostawiła. Czekał tam na nią wyłącznie kot, który zeskoczył z kanapy, kilka razy ocierając się o jej gołe nogi, a następnie ruszając w tylko sobie znanym kierunku. Nie do końca orientując się w rozkładzie mieszkania, po prostu ruszyła za nim, podświadomie uznając, że pewnie miał swój kąt w jaskini właściciela.
- A już myślałam, że zaginąłeś w akcji i zostawiłeś mi mieszkanie. - Stwierdziła, stanąć w progu drzwi i rzucając spojrzenie na śmiertelnie zajętego gospodarza przy komputerze. - Jeśli masz coś mega ważnego do roboty, powiedz mi tylko, gdzie mogę się położyć i już cię zostawiam. - Dodała pogodnie.
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum