It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-19, 23:31
2 Lata Giftedów!
Jasne. Wiadomość o ciąży kompletnie wybiła mnie z rytmu. Znów poczułam ten ogromny, pulsujący ból w głowie… Tak samo czułam się, gdy Dale pokazał mi wisiorek od mamy. Czułam się tak, jakby zawalał mi się świat. Ale absolutnie nie byłam zła na Bradley’a. Nie mógł wiedzieć, że nic o tym nie wiedziałam, albo po prostu mógł się zapomnieć… Cholera, przecież pamiętałam jego, więc jak mogłabym nie pamiętać rzekomej ciąży? To oczywiste, że musiało jej po prostu nie być. Martwiło mnie jednak to, jak Brad się przejmował. Nie mówił mnie przepraszać… nie miał przecież za co.
- Hej, uspokój się. Po pierwsze, nie masz mnie za co przepraszać. A po drugie, przepraszać mnie będziesz musiał wtedy, jak zaczniesz mieć przede mną sekrety i tajemnice. – odpowiedziałam od razu i nawet uśmiechnęłam się nieznacznie, trochę żartując, choć faktycznie… byłabym wściekła, jakby coś przede mną zataił. Chciałam wiedzieć rzeczy o swojej przeszłości, musiałam je wiedzieć. To, co przeżyłam, było przecież częścią mnie. Nie mogłam na nowo stać się sobą bez wszystkich swoich wspomnień, a wiedziałam, że sama wszystkiego sobie nie przypomnę… Potrzebowałam pomocy i opowieści innych, więc nie mogłam się godzić na kłamstwa, lub ukrywanie przede mną prawdy. Absolutnie nie mogłam się na to godzić.
- No, tak… W sensie, do tej pory większość przypomniałam sobie, jak działo się coś podobnego do tego, co było kiedyś. Rozumiesz? – zmarszczyłam nieznacznie czoło, nie wiedząc, czy dobrze to wszystko tłumaczę, trochę plątałam się we własnych słowach – Dzisiaj rano uciekłam z furgonetki, przewozili mnie do innego laboratorium. Jeden z ochroniarzy wycelował we mnie, a ja… przypomniałam sobie moment odkrycia swojej mocy. To, jak zatrzymałam kulę. Stałam wtedy przed budynkiem, tutaj, na obozie. I w tym domku było główne biuro obozu biblijnego, no i ktoś się tam włamał… Zabił moją przyjaciółkę, chciał zabić i mnie, ale ja odbiłam kulę. Mocą. Zginął na miejscu. No a… mamę przypomniałam sobie, gdy Dale wcisnął mi w rękę wisiorek ode mnie. Od razu przypomniało mi się, jak ją zamordowali… – wyjaśniłam mu już trochę obszerniej to wszystko, chcąc, by mnie zrozumiał. Nie miałam pewności, czy przypadkiem nie powtarzam się w swoich historiach, bo może już kiedyś opowiadałam mu, jak moja moc się aktywowała, ale no… chyba nie obraziłby się, gdybym powiedziała mu to drugi raz, co nie? Westchnęłam ciężko na jego kolejne pytanie, ale byłam gotowa na nie odpowiedzieć.
- Trzymali mnie w izolacji. Prawie non stop. Czasami kazali walczyć z innymi, a czasami strzelali do mnie i kazali mocą wyjmować kulę z rany. Pokazywali mi zdjęcia ludzi, śmiali mi się w twarz. Bili mnie. Nie pozwalali mi się kąpać. Nie odzywali się do mnie w ogóle. Raz… raz wypuścili mnie na stołówkę i… tam była dziewczyna. Ona znała Aarona. Wypowiedziała jego imię, a ja… pobiłam ją. I jakiś czas później dali mi świeże ubrania i wsadzili w samochód, z którego rano uciekłam. – nie było zbyt wiele do opowiadania, ale każde słowo sprawiało mi niemal fizyczny ból. Kątem oka zerknęłam na te wszystkie blizny, które szpeciły moje ciało. Te wszystkie siniaki, krwiaki, strupy… Wyglądałam jak potwór i chyba właśnie potwora chcieli ze mnie zrobić. Cierpiałam i pewnie znów bym wybuchła płaczem, gdyby nie Bradley, który mimo wszystko wywołał we mnie śmiech.
- Nie wiem, mam nadzieję, ale… możesz się cieszyć, ciebie pamiętam najlepiej. – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się nieznacznie, choć chwilę później posmutniałam, gdy zaczęliśmy mówić o Dale’u. Nie chciałam o nim rozmawiać. Byłam na niego zła. Bałam się jego dotyku i czułam się winna za coś, za co nie powinnam być i cholera, Brad miał rację. To nie była moja wina. Wtuliłam się w dłoń chłopaka, gdy ten pogłaskał mnie po policzku i czułam, że się uspokajam. Westchnęłam cicho, niemal odprężona, ale poważne rozmowy wcale się nie kończyły, a ja znów zaczęłam uważnie go słuchać, gdy opowiadał o epidemii i rebelii i o wszystkim, o czym ja nie miałam pojęcia.
To brzmiało jak koszmar. Koszmar, który mi udało się ominąć, a do tej pory myślałam, że to ja miałam najgorzej… Wtuliłam się w chłopaka, który wyciągnął do mnie ramiona. Przytuliłam się do niego tak mocno, jakbym chciała wręcz utonąć w jego objęciu. Brakowało mi go, bardzo.
- Chcę iść z tobą, Bradley. – powiedziałam tylko, zgodnie z prawdą. Brad na mnie nie naciskał. Nie atakował mnie. Rozumiał co przeżyłam i w pełni mnie akceptował. Cierpliwie tłumaczył mi wszystko i miałam w nim wsparcie, a Dale… a co, jeśli go nigdy nie pokocham? Już zawsze się będzie na mnie wściekał?
Nie dziwił jej się, że jest wybita z rytmu. Po takiej wiadomości każdy by był, prawda? Nie chciał jej tylko przytłaczać tym wszystkim, skoro miała taki ciężki dzień. Chciał, żeby odpoczęła i czuła się dobrze, skoro już miała za sobą kłótnię z Dale'em. Miał dziwne przeczucie, że naprawdę była w ciąży, ale nie mógł tego potwierdzić w żaden sposób, więc już się nie odzywał.
- Ha, tylko wróciła i już mną rządzi - zaśmiał się i puścił jej oczko. Oczywiście mówił żartobliwie i miał nadzieję, że się nie obrazi. Zrozumiałby jeśli jej humor po tym wszystkim byłby zupełnie inny. Albo jeśli wcale by go nie miała.
W każdym razie miała rację, najgorsze co może być to kłamstwa od bliskich osób. Zasługiwała na to, żeby znać prawdę i nie okłamałby jej. Zwłaszcza, że nie pamiętała przeszłości, więc tym bardziej musieli jej o niej mówić i przypominać.
Kiwnął głową, gdy zapytała czy rozumie. Podobne sytuacje wyzwalały wspomnienia, co było zrozumiałe.
- Dzisiaj rano? W takim razie masz za sobą naprawdę długi dzień. Może chcesz już odpocząć? - zapytał, bo jeśli chciała się położyć spać to mógł usiąść na fotelu gdzieś obok i jej pilnować. On i tak nie zaśnie od tych emocji.
Słuchał uważnie, gdy zaczęła opowiadać. Wydawało mu się, że już kiedyś opowiadała mu tę historię, ale nie miał nic przeciwko by usłyszeć ją jeszcze raz.
- Cieszę się, że nic ci nie jest - powiedział z wyraźną ulgą w głosie. Kiwnął głową odnośnie wisiorka od Dale'a i wspomnieniu o matce. Czyli musi być jakiś czynnik pobudzający wspomnienie.
Gdy opowiadała o tym co jej robili zacisnął pięści ze złości. Kolejny powód, żeby ich wszystkich pozabijać. Sam przeżywał wiele strasznych chwil i nawet nie chciał myśleć jak wielu mutantów to przeżyło... a jak wielu nie.
- Nawet nie wiesz jak chciałbym im odpłacić tym samym co ci robili. Dlatego chcę dołączyć do rebeliantów - stwierdził, a gdy zobaczył jej wzrok, ujął jej twarz w dłonie, żeby na niego spojrzała. - Jesteś piękna i żadna blizna tego nie zmieni.
Sam miał pełno blizn, ale wiedział, że kobiety inaczej do tego podchodzą. Nie miała powodów do wstydu i nie miała prawa uznawać się za potwora. Oni nimi byli.
- Cieszę się. I z tego, że cię odzyskałem i z tego, że mnie pamiętasz - odezwał się z czułym uśmiechem, patrząc na jej twarz. Miał świadomość, że Dale nie podzieli jego entuzjazmu, ale nie mógł teraz o tym myśleć. Chciał tylko pomóc, a przecież jak wrócą jej wspomnienia to i uczucie. Wystarczy poczekać.
On również mocno ją do siebie przyciskał, ale biorąc pod uwagę wielomiesięczną rozłąkę to nie było się co dziwić. Zaczęło mu być trochę niewygodnie, więc zaproponował, żeby oparli się o górą ramę łóżka. W pozycji półleżącej znów przyciągnął ją do siebie.
- Jesteś pewna? Tam nie jest bezpiecznie. Może powinnaś zostać z Dale'em w bractwie? Pomogą ci się ze wszystkim uporać, a ja będę przyjeżdżał kiedy tylko będziesz chciała? - zapytał, bo doceniał, że chciała iść z nim, ale nie chciałby być przyczyną jej ponownych problemów. Bałby się o nią cały czas.
Chwycił wódkę i wypił kilka łyków. Alkohol powoli zaczynał działać i delikatnie go rozluźniał. Podał butelkę Colleen i pogłaskał ją po głowie. To wszystko było po prostu szalone.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-20, 00:23
2 Lata Giftedów!
Jak to się działo, że przy Bradley’u czułam się taka spokojna? Nieważne co mi mówił, ja po prostu… reagowałam na to jakoś normalniej, albo nawet jak zaczynałam wpadać w panikę, to on uspokajał mnie szybciej, niż bym w ogóle o tym pomyślała. Jak to działało? Trochę nie rozumiałam tego, jak skrajnie potrafiłam zachowywać się w towarzystwie dwóch innych osób. Przy Dale’u… cholera. Miałam świadomość tego, jak okropna dla niego byłam. Widziałam jego cierpienie jak na dłoni, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Przez kilka minut cieszyłam się, że był przy mnie i że patrzył na mnie wzrokiem pełnym miłości, a za chwilę chciałam od niego uciec, bo nie mogłam wytrzymać tych wszystkich uczuć, jakimi on mnie darzył, a ja go wcale. Było ciężko, cholernie. Nie umiałam się zrozumieć, szalałam, wpadałam w złość, a przy Bradzie… wszystko było takie proste. Umiałam żartować, śmiałam się i chyba nawet częściej odczuwałam radość, niż smutek.
- Nie, nie chcę. Spałam już dzisiaj. Teraz… niedawno się obudziłam. – wyjaśniłam mu, bo choć czułam się trochę zmęczona, to wcale nie chciałam spać. Dopiero co go odzyskałam! Wcale nie chciałam, żebyśmy już się kładli. Wciąż mieliśmy przecież tak dużo do omówienia, a poza tym… bałam się koszmarów, które nawiedzały mnie każdej nocy odkąd tylko pamiętam, a więc pewnie od dnia, w którym naukowcy w fartuchach wyprali mi mózg.
- A ja cieszę się, że z tobą jest wszystko w porządku. Nie wiem co bym zrobiła bez ciebie… – powiedziałam szczerze, patrząc mu w oczy. Nie pamiętałam go na początku, to prawda, ale potem… gdybym go sobie przypomniała i okazałoby się, że nie żyje, albo jest w zamknięciu… Poruszyłabym niebo i ziemię żeby go pomścić, i ewidentnie on to samo chciał zrobić dla mnie, bo już zaczął rzucać pogróżkami, na które nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo chwycił moją twarz w dłonie, zmuszając mnie tym samym bym na niego spojrzała.
- Ty naprawdę musiałeś oszaleć z tęsknoty. – uśmiechnęłam się smutno w odpowiedzi, bo wcale nie uważałam, że jestem piękna, nie z tymi wszystkimi bliznami – Ja… ludzie będą się pewnie mnie bali na ulicy. Mam nadzieję, że chociaż połowa tych wszystkich ran zniknie… – wyznałam mu i westchnęłam ciężko. Nie, że byłam jakąś strasznie pustą laską skupioną tylko na własnym wyglądzie, ale życie z tymi wszystkimi bliznami… cholera, nie chciałam ich. Przypominały mi o wszystkich cierpieniach, jakich doświadczyłam w laboratorium. O chwilach słabości, o utraty nadziei…
I wtedy Bradley nieświadomie wyrwał mnie z tych mrocznych myśli, proponując, byśmy usiedli trochę inaczej, a ja oczywiście się zgodziłam i ułożyłam głowę na torsie mężczyzny, układając się wygodniej. Zaśmiałam się cicho, gdy Brad tak się martwił, że coś mogłoby mi się stać w tej całej rebelii i w ogóle, a on… przecież nie wiedział najciekawszego. Wzięłam od niego butelkę i wypiłam kolejny łyk, nie zauważając nawet, że się nie skrzywiłam. Chyba już zaczynałam być pijana.
- Gdy mnie tam zamknęli… Musieli robić na mnie jakieś eksperymenty. I nienawidzę ich za to wszystko. Zabrali mi pamięć, życie, wszystko, ale… ale dali mi to… – mruknęłam i wtedy drewniane krzesło, które stało w roku pokoju po prostu uniosło się do góry. A następnie wszystkie cztery nogi połamały się na idealne połowy, a ja znów cicho się zaśmiałam, wtulając się Bradley’a jeszcze mocniej. Nienawidziłam tych ludzi z laboratorium, ale ta moc… moja nowa moc… To było coś. Potrafiłam manipulować nie tylko metalem, ale każdym ciałem stałym.
- Chyba będę umiała sama się obronić. – dodałam jeszcze, a krzesło z hukiem upadło na ziemię. Westchnęłam ciężko, zmęczona tym pokazem. Wciąż jeszcze odczuwałam skutki mutazyny…
Cieszył się, że daje jej poczucie spokoju i być może bezpieczeństwa? Chciałby, żeby tak było biorąc pod uwagę jaka zagubiona była w obecnym położeniu. Chciał jej przede wszystkim pomóc, ale w przeciwieństwie do Dale'a nie obarczał jej swoimi emocjami i swoim przytłoczeniem. Mieli trochę inną sytuację, bo Dale był bardzo zakochany w Colleen i chciał jej pewnie szybko o sobie przypomnieć i bolało go, że nie pamięta. Jak będzie boleć, gdy dowie się, że dziewczyna pamięta Brada. Nie chciał nawet o tym myśleć.
Zdaniem mężczyzny Col powinna najpierw uporządkować sobie swoje życie i pamięć, a dopiero przejmować się innymi. Ale nie zamierzał też się w to jakoś bardzo wtrącać.
Kiwnął głową na wiadomość, że nie jest śpiąca. Cieszyło go to, że mogą spędzić ze sobą więcej czasu. Chciał nadrobić trochę czas, choć już nie da się w pełni go odrobić.
- Poradziłabyś sobie beze mnie - uśmiechnął się do niej. Dlaczego miałoby być inaczej? Może byłoby jej ciężej, a może nie. Tak czy siak, dłużej lub szybciej, ale by sobie poradziła. Co do tego nie miał wątpliwości. I ona też nie powinna w siebie wątpić. Przeżyła horror, więc powrót do siebie będzie nieco łatwiejszy. Niewiele, bo sam to przeżył i wiedział jak trudno było wrócić do normalności. Ale wiedział też, że kobieta da sobie radę.
- Mówię prawdę - odpowiedział jej, kręcąc głową. Nie musiała się przejmować. - Większość zniknie, nie martw się. Nikt nie będzie cię ciebie bał. Nie wiem czy to coś dla ciebie znaczy, ale w moich oczach zawsze będziesz piękna.
Nie słodził jej, naprawdę uważał, że była piękna i w jego oczach żadne blizny nie mogły tego zmienić. Być może tego nie doceni, ale to już nie jest zależne od niego.
Zmienili pozycję i było mu przyjemnie, gdy położyła głowę na jego torsie. Nie widział, czy krzywi się od smaku czy nie, ale jeśli się napije to najwyżej zaśnie na jego klatce.
- Wow - powiedział, otwierając buzię. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie wiedział, że moce mogą być modyfikowane. Zaczął się zastanawiać, czy ich praca jest naprawdę taka straszna. Może jeśli robiliby to w jakiś humanitarny sposób to dałoby się to jakoś usprawiedliwić? Może mogliby pomagać mutantom?
Tyle że nie chcieli. Chcieli ich zabić albo wykorzystać dla własnych celów. Nienawiść była uzasadniona i nawet przez sekundę nie powinien myśleć o tym w jakiś lepszy sposób.
- Wiem, że potrafisz o siebie zadbać, ale to raczej by mnie nie powstrzymało od zmartwień - westchnął, zwłaszcza że widać było po niej zmęczenie po tej krótkiej sztuczce. - Jak trochę odpoczniesz to możemy razem poćwiczyć. Twoja moc jest jeszcze lepsza tylko musisz ją opanować - pogłaskał ją po plecach.
- Zaakceptuję cokolwiek zdecydujesz. Jeśli chcesz iść ze mną do rebelii to będę szczęśliwy - powiedział jeszcze, dając jej wolną rękę. Miała prawo do własnych decyzji, prawda?
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-20, 22:33
2 Lata Giftedów!
Leżałam z głową na jego torsie i faktycznie, oprócz spokoju, który ewidentnie mi dawał, czułam mnóstwo różnych innych rzeczy. Wiedziałam, że nic mi się przy nim nie stanie, czułam się bezpieczna. I nie chodziło tylko o takie bezpieczeństwo, że obroniłby mnie, gdyby ktoś nas teraz napadł. Przede wszystkim czułam się przy nim bezpieczna psychicznie, jakkolwiek dziwnie to brzmiało. Wiedziałam po prostu, że nie pozwoliłby mi, żebym oszalała. Rozśmieszał mnie, odrywał moją uwagę od przykrych myśli dokładnie w momencie, gdy chciałam się w nich zatopić. Czy miał w ogóle świadomość tego, jak bardzo mi pomagał?
- Może i bym sobie poradziła, ale chyba nie chciałabym bez ciebie żyć. – odpowiedziałam bardzo poważnie, patrząc mu w oczy. Mówiłam prawdę. Teraz, jak przypomniałam sobie kim był Bradley, co wspólnie przeżyliśmy, co do niego czułam… Cholera, naprawdę nie chciałabym żyć bez niego. Był dla mnie straszliwie ważny, może nawet najważniejszy…
No a przynajmniej teraz mi się tak wydawało, bo był jedną z nielicznych osób z mojego życia, które pamiętałam. Coś mi jednak podpowiadało, że owszem… chyba był najważniejszy, a jak nie najważniejszy, to na pewno w TOP 3.
I wtedy zaczął mi mówić, że dla niego byłam piękna, a ja poczułam jak się rumienię. Cholera. Spuściłam wzrok, zawstydzona jego komplementami, które osobiście uważałam za niesłuszne, szczególnie teraz, ale nie chciałam się o tym z Bradley’em kłócić. Postanowiłam po prostu cieszyć się z tego, jakie miał o mnie zdanie.
- Mam nadzieję, że znikną… I… cieszę się, że tak uważasz. – odpowiedziałam i chyba zarumieniłam się jeszcze bardziej. Od zawsze byłam taka wstydliwa, czy tylko tak teraz, ostatnio się taka stałam? A może to Brad tak na mnie działał? Może to była jego wina? To było całkiem możliwe, ale nie chciałam tego za bardzo roztrząsać, szczególnie, że właśnie chwaliłam się swoją nową mocą, a reakcja Bradley’a sprawiła, że zaśmiałam się głośno. Nienawidziłam ludzi z laboratorium, ale tę moc kochałam całym sercem, a przecież tylko ją pamiętałam. Nie przypominałam sobie jak to było umieć kontrolować tylko metal. Naukowcy obdarzyli mnie znacznie szerszym wachlarzem możliwości i naprawdę mnie to cieszyło.
- Pojęcia nie mam, jak oni to zrobili. – odpowiedziałam szczerze – I to jest jedyna moc, którą pamiętam, ale Dale mi powiedział, że kiedyś tak nie potrafiłam. Oni… oni byli dla mnie okropni, kurwa, naprawdę było źle, ale ta moc… Chcieli, żebym była ich bronią. No to teraz chętnie pozabijam ich wszystkich tym, co mi podarowali. – pierwszy raz od ucieczki zrozumiałam, że chciałam zemsty. Nie teraz, nie dzisiaj… Ale z czasem. Musiałam zemścić się za to, co mi zrobili, co robili innym. Kurwa, trzeba było skończyć ich chore rządy, ataki na mutantów… Bradley też cierpiał, też został porwany. To nie mogło tak wyglądać. Ile jeszcze osób, na których mi zależało, ucierpiało przez chorą nienawiść do odmienności?
- Wiem. Cieszę się, że się o mnie martwisz. – uniosłam nieznacznie głowę, by móc się do niego uśmiechnąć – I już nie mogę się doczekać, aż wrócę do sił i będę mogła skopać ci tyłek. – dodałam i znów się zaśmiałam, jednocześnie wbijając mu lekko palec pod żebro, co by mu pokazać, że wcale nie żartowałam, więc już mógł się szykować na naszą walkę.
Cholera, było mi z nim tak miło… Ale pójście do tej całej rebelii mnie przerażało, choć przecież już chyba podjęłam decyzję.
- A oni… wiedzą, kim jestem? Możemy im ufać? Pozwolą mi w ogóle dołączyć do nich? – martwiłam się. Nie rozumiałam za bardzo swojej roli w społeczeństwie. Wiedziałam tylko, że się boję, że jestem strasznie nieufna… No ale gdyby rebelia była niebezpieczna, to Bradley przecież nawet nie pozwoliłby mi myslec, że mogę do nich dołączyć.
Z jednej strony wiedział, że jej pomaga i trochę wiedział jak to robić, bo niedawno sam był w podobnej sytuacji, więc rozumiał przez co przechodziła i dlatego był taki... pełen zrozumienia i spokoju, ale też akceptacji. Nie oceniał jej, bo doskonale ją rozumiał. Może nie w kwestii amnezji, choć sam wiele by dał, żeby niektóre szczegóły jego porwania wymazać. Ale na pewno ucieszyłby się niesamowicie, że czuje się przy nim bezpiecznie. Bo że czuła się dość swobodnie to widział i był z tego faktu zadowolony. I jasne, że nie pozwoliłby jej, żeby oszalała. Nie na jego warcie!
Uśmiechnął się uroczo, nieco zawstydzony tym jej wyznaniem. Dodatkowo patrzyła mu w oczy, więc tym bardziej na niego wpłynęło. Poczuł uderzające ciepło i nie wiedział co powiedzieć. Była dla niego ważna, była jego przyjaciółką, a nie miał ich wielu. Przez chwilę była kimś więcej, ale potem pogodził się z ich stanem rzeczy.
- Ja chyba też nie, biorąc pod uwagę, że po tym jak wybrałaś Dale'a, pogodziłem się z tym byle cię tylko nie tracić - stwierdził. Taka była prawda, bo w tamtym momencie z nią nie skończył, ale ona skończyła z nim i nie chciał być jakimś namolnym typem, więc po prostu zaakceptował jej decyzję i zamknął ich relację w szufladzie przyjaźni.
Oczywiście, że nie zamierzał się z nią kłócić. Widzieli się po raz pierwszy od roku, więc to nie miałoby żadnego sensu. Nie w jego mniemaniu. Zaśmiał się cicho na jej rumieńce i kiwnął głową. Nie chciał jej zawstydzać, więc zakończył temat. Zwłaszcza, że już powiedział to co chciał.
Moc naprawdę była imponująca i cieszył się, że ją polubiła. Co prawda sam dysponował podobną mocą, więc ich treningi powinny być ciekawe. Ale kto wie, może nawet czegoś się od niego nauczy?
- Tak, kiedyś potrafiłaś tylko poruszać metalowymi przedmiotami - potwierdził i uśmiechnął się trochę z dumą na jej słowa o pozabijaniu ludzi, którzy ją krzywdzili. - Chętnie ci w tym zadaniu pomogę. Od paru miesięcy sam dążę do zemsty.
Nie był nią jakoś zaślepiony, bo przecież póki co nie zrobił nic, żeby zrealizować swoje cele. No może poza tym, że wrócił do formy, ale mógłby już dawno opuścić bractwo gdyby nie sentyment.
- Ho ho, z tym skopaniem tyłka to się nie rozpędzaj. Pewnie nawet nie pamiętasz mojej mocy, ale wierz mi jak ci powiem: nie masz szans - zaśmiał się i zrewanżował się jej, ale zamiast wbijać palce w żebra to zaczął ją łaskotać. Nie chciał sprawić jej przypadkowo bólu, a nie wiedział czy nie ma obolałych żeber.
- Nie przyjmują każdego z ulicy, to skomplikowany proces, żeby się tam dostać. Mam parę pomysłów, żeby ktoś mnie wprowadził. Miała zrobić to Alba, ale ostatecznie chyba już nie są z Aaronem w rebelii - stwierdził, obserwując jej reakcję na te imiona. Czy coś jej mówiły? W międzyczasie wypił więcej alkoholu i podał dziewczynie.
- Nie wiem dokładnie kto w niej jest, to tajna organizacja. Dużo ryzykują. Z ich strony nic nam nie grozi, ale oni non stop walczą przeciw organizacjom szkodzącym mutantom i dlatego nie jest tam bezpiecznie. Nie musisz tam iść, jeśli masz obawy. Możesz wrócić do bractwa, z pewnością przyjmą cię z otwartymi ramionami.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-21, 00:14
2 Lata Giftedów!
Mimo tego, jak cudownie się przy nim czułam, jak swobodnie i spokojnie… Nadal gdzieś z tyłu głowy dręczyła mnie moja amnezja, atakował mnie mój brak wspomnień. Nie rozumiałam trochę, jak to w ogóle mogło się dziać, że zostawiłam Bradley’a, by być z Dalem, a to uczucie do Grey’a pamiętałam. Los tak sam z siebie postanowił być tak przewrotny, czy to ja – nieświadomie – utrudniałam sobie życie w ten sposób? Pojęcia nie miałam, ale cholernie ciężko było mi to wszystko zrozumieć… Szczególnie, że gdy Brad patrzył mi w oczy… czułam się tak cholernie dobrze. Jakby właśnie w jego ramionach było moje miejsce na świecie.
- Ja… cholera. Nie wiem, jak to się stało. Nie pamiętam i… nie wiem nawet, czemu go wybrałam. Strasznie się w tym wszystkim gubię, wiesz? Czemu… czemu od niego uciekam, a od ciebie nie chcę odsunąć się chociaż na sekundę, ale to podobno on jest miłością mojego życia? Jak to, do cholery, działa? – spytałam, trochę retorycznie, bo przecież nie mogłam od Brada wymagać odpowiedzi na te pytania. Pewnie nawet najlepszy psycholog świata nie umiałby mi pomóc z tym wszystkim… Sytuacja była dość problematyczna, a ja wiedziałam, że potrzebuję głównie czasu i dużej dawki cierpliwości, by to wszystko rozegrać. Problem pojawiał się taki, że Dale kompletnie nie był cierpliwy i wiedziałam, że jeżeli będzie się zachowywał wobec mnie tak, jak zachował się dziś… Wiedziałam, że już nawet nie będę chciała sobie przypomnieć tej mojej domniemanej miłości do niego. Byłam okropna? Cholera, możliwe… Ale co mogłam poradzić na to, że tak dobrze czułam się w ramionach Bradley’a i to przy nim rumieniłam się jak zauroczona chłopcem czternastolatka?
Szaleństwo. Płynnie przechodziliśmy od rozmów o naszym związku i moich uczuciach, do dyskusji o zemście, której oboje pragnęliśmy. Mieliśmy tyle spraw do omówienia, tyle chwil do nadrobienia…
- Zrobimy to. – powiedziałam pewnie, kiwając na potwierdzenie głową – Zemścimy się i pożałują, że kiedykolwiek skrzywdzili nas, albo innych mutantów. – dodałam i mówiłam to z taką mocą, że aż sama siebie zaskoczyłam. W tym momencie nie miałabym zbyt wielkich szans przeciwko tym wszystkim organizacjom, które chciały naszej śmierci, ale… ale skoro Brad chciał ze mną trenować, to zdecydowanie mogliśmy planować zemstę. Nie zamierzałam im odpuszczać.
Westchnęłam smutno, gdy Bradley przypomniał mi, że faktycznie, nie pamiętam jego mocy, ale znów nie miałam wystarczająco czasu na smutek. Mężczyzna zaczął mnie łaskotać, a ja przewróciłam się na plecy, śmiejąc się bardzo głośno. I szczerze. Nienawidziłam łaskotek, ale no, nie mogłam się powstrzymać! I było w tym wszystkim coś cholernie uroczego.
- Przestań! Przestań! – krzyczałam przez śmiech i w końcu moje prośby zostały wysłuchane, bo Bradley mi odpuścił i zaczął mówić o rebelii. Poprawiłam się na łóżku, przekręcając się na brzuch i patrząc w oczy chłopakowi, który wypowiedział te dwa imiona.
Alba. Aaron.
Pamiętałam ich. Zdradzili mnie, oboje. Zamarłam, dosłownie na ułamek sekundy, a przez moją twarz z pewnością przeszedł jakiś dziwny grymas, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Nie chciałam o nich myśleć. Miałam znacznie gorszych wrogów, przy których Alba i Aaron byli nikim. Poza tym… zdrada Aarona wepchnęła mnie w ramiona Bradley’a, i to dosłownie, więc ostatecznie chyba nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?
- Okej. – powiedziałam krótko, przyjmując do wiadomości informacje o rebelii. Brzmiało to… spoko. Skoro walczyli przeciwko tym chorym organizacjom, to znaczyło, że mieli mniej więcej takie same poglądy jak ja, czy Brad. Pasowaliśmy tam. A on nadal gadał, że to może być dla mnie zbyt niebezpieczne i w ogóle. Wywróciłam teatralnie oczami, uśmiechając się nieznacznie.
- Jak nie chcesz, żebym tam z tobą szła, to mi po prostu powiedz. Nie chcę się narzucać. – żartowałam z niego, ale wyglądałam śmiertelnie poważnie. Wiedziałam doskonale, że nie o to mu chodzi. Martwił się, miałam tego świadomość. Uważał, że bycie w rebelii może być dla mnie niebezpieczne, ale przecież wcale tak nie było, co nie? Umiałam… chyba umiałam o siebie zadbać. A Bractwo… nie byłam dobrą przywódczynią. Nigdy nie byłam. Wydawało mi się, że wiodło im się lepiej beze mnie.
Oczywiście, że ją dręczyła cała ta sytuacja i nie dziwił się ani trochę. Na jej miejscu byłby przerażony, więc fakt, że się śmiała był imponujący dla niego. On zawsze czuł się przy niej dobrze, więc teraz było po prostu idealnie.
- Zwyczajnie się zakochałaś, to normalne. Nie wiem dlaczego od niego uciekasz, nie potrafię ci odpowiedzieć - westchnął, bo naprawdę chciał dać jej odpowiedzi na wszystkie pytania, ale w tym wypadku po prostu nie potrafił. Westchnął, nie wiedząc co powiedzieć. Może Dale za dużo od niej oczekiwał w tym momencie? Może chciał, żeby wszystko wróciło do normy, nie myśląc o jej obecnych uczuciach?
Nie uważał, żeby była okropna. Po prostu była zagubiona po tym wszystkim. Nie wiedział co dokładnie dzieje się w jej głowie. Ale chciał ją po prostu wspierać.
- Chciałbym tego. Dlatego chcę dołączyć do rebeliantów - nie dziwił się jej podejściem. Po tym co przeszli to było zrozumiałe i na miejscu. Wcześniej nie był tak mściwy ani żądny krwi. Zabijał tylko jeśli nie miał innego wyjścia, przynajmniej w swoim mniemaniu. Obecnie każdy kto pracował dla GC czy DOGS był dla niego złem wcielonym i powinien zginąć. Sądził, że dla Colleen było tak samo, zwłaszcza po słowach, które wypowiedziała.
Trenowanie powinno wyjść im na dobre. Obojgu.
Widział jej reakcję na imiona, które wypowiedział i pokręcił głową.
- Alba i Aaron to twoi przyjaciele. Wiem, że cię zdradzili, ale raczej wyszło ci to na dobre - stwierdził. To ją wzmocniło no i rozwinęło.
- Chcę, żebyś zrobiła co ty chcesz - odpowiedział z uśmiechem, gdy patrzyła mu w oczy. Nie będzie jej mówić co ma robić przecież. - Ale jeśli zdecydujesz się iść ze mną to będę zadowolony, a nawet szczęśliwy.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-22, 19:43
2 Lata Giftedów!
Trochę źle się czułam, że tak atakowałam Bradley’a pytaniami, na które z pewnością nie umiał odpowiedzieć. Głupio mi było, że go tak zadręczałam swoimi problemami i moją wewnętrzną walką. Sama siebie ledwo byłam w stanie znieść i zrozumieć, więc absolutnie nie mogłam tego wymagać od niego. No ale… komu, jak nie jemu mogłam o tym wszystkim powiedzieć? Z kim innym mogłam porozmawiać? Oprócz Dale’a, Bradley’a i tego całego Hoppera (którego chyba nigdy jakoś szczególnie nie lubiłam) nie miałam totalnie nikogo, a przecież z Dale’m nie będę rozmawiać o tym, że go nie kocham, a z Bradem mogłabym uciec na koniec świata. Słaba sytuacja, co nie?
Na całe szczęście Bradley miał do mnie dużo cierpliwości. Słuchał mnie i odpowiadał, szczerze przyznając, że nie umie mi odpowiedzieć, a ja bardzo to doceniałam. Zawsze przecież mógł skłamać i rzucać mi jakimiś bezsensownymi radami, które nie miałyby odzwierciedlenia w rzeczywistości, prawda?
- Zakochałam się? W nim, czy w tobie? – wypaliłam totalnie idiotycznie, ale, cholera, teraz to naprawdę nic już nie wiedziałam. Swoją miłość do Dale’a rozumiałam tak, jakbym czytała książkę i nie do końca potrafiła wczuć się w główną bohaterkę. Miałam wrażenie, że to po prostu nie były już moje uczucia, przeżycia, emocje… Nie czułam ich, nie potrafiłam się z nimi utożsamić i czułam się przez to cholernie źle. Byłam oderwana od swojej duszy i uczuć, którymi ewidentnie darzyłam Dale’a w poprzednim życiu, ale teraz… Totalnie nie. Cholera, to przy Bradley’u serce biło mi szybciej i nie potrafiło przestać.
- Okej, to znaczy, że ja też chcę do nich dołączyć. Nie możemy się godzić na to, jak nas traktują, jak traktują innych… Musimy zebrać armię i raz na zawsze zakończyć to piekło. Mówię poważnie, Bradley. Jak tylko wrócę do sił… musimy działać. – powiedziałam, starając się uciec myślami od tego mojego zakochania do zemsty, której zdecydowanie pragnęłam. Nie wyobrażałam sobie scenariusza, w którym bym odpuściła. Jeżeli dołączenie do rebelii oznaczało zaatakowanie laboratorium i tego całego GC, to mogę mieszkać nawet z Aaronem i Albą, którzy wcale nie byli moimi przyjaciółmi wbrew tego co twierdził Brad.
- To nie są moi przyjaciele. – powiedziałam stanowczo i chyba nawet trochę oschle. Nie chciałam się kłócić z Bradley’em, miałam więc nadzieję, że utniemy ten temat.
- No to w takim razie już zdecydowałam. Idę z tobą. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – uśmiechnęłam się słodko i cholera, naprawdę byłam podekscytowana. Już nie czułam się też taka zagubiona… Odzyskałam moc, znałam swoją tożsamość i wiedziałam już, co dalej muszę ze sobą zrobić. Miałam cel, a przynajmniej jego zarys.
Bradleyowi nie przeszkadzały ani pytania ani jej problemy. Byli przyjaciółmi, więc chciał jej pomagać. Niestety mógł tylko odpowiadać na pytania, na które znał odpowiedź i wysłuchiwać jej. To zdecydowanie za mało w jego mniemaniu, ale nic innego nie mógł zrobić.
Nie wiedział, że nie chce z Dalem rozmawiać na takie tematy, ale nie miał nic przeciwko temu, że rozmawiała z nim. Chciał chociaż w najmniejszym stopniu nadrobić stracony czas.
- W Dale'u. Tak sądzę. Nie wiem czy kiedykolwiek byłaś we mnie zakochana. Przez moment czuliśmy coś więcej, ale nie zdążyło się to rozwinąć - odpowiedział szczerze. Nie mógł jej powiedzieć, żeby zaczęła kochać Dale'a. Nie mógł jej powiedzieć jak ma się czuć w stosunku do kogokolwiek. Co powinien zrobić, jeśli wyjawi mu, że to przy nim serce bije jej szybciej? Nie może się temu poddać, przecież Dale to jego przyjaciel.
- Jestem za. Ja już trochę działam. Czasem idę na jakieś akcje organizowane przez mutantów, żeby pozabijać trochę mundurowych. Nie jest to bezpieczne, ale daje satysfakcje - jakoś musiał radzić sobie ze złością, która nim kierowała. Lepiej w ten sposób, niż jego moc miałaby znajdować niekontrolowane ujście. To źle, że zemsta nim kierowała i nie był pewny czy powinien mieszać w to dziewczynę. Ale miała prawo do własnych decyzji, prawda?
Westchnął tylko i nie skomentował już tematu Alby i Aarona. Miała wymazaną pamięć, więc pamiętała tylko ich zdradę i to uczucie było żywe, więc nie będzie jej teraz namawiał. Nie było sensu.
- Dobrze. Jak tam trafię to cię wprowadzę. Z tego co wiem nie jest to łatwe, trzeba się wykazać. Ale z twoją mocą powinni cię przyjąć z otwartymi ramionami - uśmiechnął się do niej i wiedział, że jakiś cel będzie dla niej dobrym pomysłem i odskocznią.
- Wiesz, gdzie cię przewozili? Zanim uciekłaś? I jak się wydostałaś? Nie podawali ci mutazyny? - tym razem on zalał ją pytaniami, wracając do ciężkich przeżyć. Miał nadzieję, że nie będzie miała mu tego za złe.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-22, 20:56
2 Lata Giftedów!
Dziwnie się czułam. Rozmawialiśmy o tym, że nie kochałam Dale’a. Tego byłam pewna. Ale co w zasadzie czułam do Bradley’a i co powinnam z tym zrobić? Cholera. Nie wiedziałam za bardzo, czy powinnam ratować moją relację z mężczyzną, z którym byłam przed porwaniem, a może… a może spróbować z Bradem, bo to on wydawał mi się w tym momencie lepszą opcją. Bałam się. Cholernie bałam się tego wszystkiego. Nie chciałam mieszać, nie chciałam tracić osób, które dopiero co odzyskałam. Ale… miałam udawać? Kłamać? Bradley twierdził, że nigdy nie byłam w nim zakochana, a mi wydawało się zupełnie inaczej. Kurwa, czemu to było takie trudne? Nie mogłam po prostu wiedzieć czego chciałam? Wyplątałam się z jego objęć. Usiadłam. Wciąż byłam blisko, na tyle blisko, że mógł mnie przyciągnąć do siebie w każdej chwili. Spuściłam wzrok, wlepiając go w swoje zniszczone, poranione dłonie.
- Bradley… mi się wydaje, że jednak coś się między nami rozwinęło. Na pewno z mojej strony… – szepnęłam tak cicho, że istniało duże prawdopodobieństwo, że mnie nie usłyszał. Musiał wiedzieć, choć coś obstawiałam, że się domyślał. Czułam coś do niego i to było oczywiste. Owszem, nie umiałam tego nazwać, ale… ale czy powinnam to ukrywać? Cholera. Przez prawie rok nie miałam kontaktu z ludźmi, a teraz od razu po odzyskaniu wolności wpadałam w jakieś dziwne zawirowania miłosne, których kompletnie nie mogłam rozumieć. Czy mogło być gorzej?
Chciałam skupić się na pragnieniu zemsty. Chciałam myśleć już tylko o rebelii i o tych akcjach, o których opowiadał mi Bradley, ale nie do końca potrafiłam. Gdzieś z tyłu głowy zadręczałam się swoimi emocjami, których nie byłam w stanie pojąć, a wiedziałam, że jak ja ich nie zrozumiem, to nikt inny nie będzie w stanie.
- Zapisz mnie na następną wyprawę, już nie mogę się doczekać. – odpowiedziałam, podnosząc wzrok i uśmiechając się nieznacznie. Co, jak spieprzę naszą przyjaźń jakimiś swoimi dziwnymi emocjami? Naprawdę musiałam zacząć myśleć tylko i wyłącznie o zemście i o chęci zamordowania jak najwięcej liczby mężczyzn w fartuchach. Te uczucia rozumiałam.
- I pokażę tym twoim koleżkom z rebelii wszystkie swoje sztuczki, obiecuję. – tym razem uśmiechnęłam się znacznie szerzej. Z tego, co się orientowałam, byłam dosyć znana w środowisku mutantów, a teraz moja moc była jeszcze lepsza niż wcześniej, więc musieliby być chyba głupi, żeby mnie nie przyjąć, prawda?
I wtedy wróciliśmy do rozmowy o mojej ucieczce, a ja kiwnęłam nieznacznie głową, jakby zapewniając samą siebie, że będzie okej, że mogę o tym rozmawiać.
- Nie mam pojęcia. – odpowiedziałam szczerze, bo przecież nikt nie chciał mi zdradzić, dokąd mnie wieźli – Było ze mną czterech ochroniarzy. Dwóch z przodu, dwóch z tyłu. Ktoś nas zaatakował. Zaczęli strzelać. Dwóch z przodu zginęło od razu. Tych z tyłu chciało mnie zabić, ale wytrąciłam jednemu z nich pistolet i potem coś wysadziło drzwi, ale najpierw zdołali mnie postrzelić w bok. Jakiś facet wszedł do ciężarówki, zabił ich. Spytał, jak się nazywam. Skłamałam. Powiedział ”to nie ona”, a potem mnie wyleczyli jakąś mocą i kazali uciekać. – tutaj podniosłam nieznacznie koszulkę, odsłaniając brzuch i zabliźnioną ranę postrzałową, której wcześniej nie zdołałam się przyjrzeć – Wsiadłam za kierownicę i odjechałam. Jeden z ochroniarzy miał klucze, otworzyłam kajdanki, no i niedługo potem odnalazł mnie Dale. A jeżeli chodzi o mutazynę… Tak, robili mi zastrzyki. Dużo. – wyjaśniłam obszernie i zaraz po tym, jak skończyłam, poprawiłam koszulkę zasłaniając brzuch, bo nie mogłam patrzeć na te wszystkie blizny, które tak strasznie mnie szpeciły, i na te cholernie wystające żebra i kości biodrowe. Wyglądałam jak poparzony kościotrup z masą blizn. Pięknie.
On też trochę dziwnie się czuł, rozmawiając o uczuciach. Rzadko sobie na to pozwalał. Wolał skupiać się na zemście, a nie na życiu miłosnym. Dlatego jego przygody z kobietami opierały się wyłącznie na łóżku. Proste zaspokajanie potrzeb bez większych uczuć. Tak mu pasowało i mówił o tym otwarcie.
Gdy się od niego odsunęła, patrzył na nią i słuchał ją uważnie, dlatego zdołał usłyszeć jej słowa. W co ciężko było mu uwierzyć, bo jeśli z jej strony się rozwinęło to dlaczego wkrótce potem wybrała Dale'a? Nie rozumiał, dlatego zmarszczył nieco brwi. Czy powinni o tym w ogóle mówić? Nie chciał kłopotów, ale z drugiej strony chciał znać prawdę.
- Rozwinęło? Wiesz, wtedy tak mi się wydawało, ale potem zaczęłaś spotykać się z Dale'em i odrzuciłem od siebie tę myśl, że coś do mnie czułaś - stwierdził, wyciągając rękę, żeby dotknąć jej dłoni. Czy wstydziła się swoich dawnych uczuć?
- A co czujesz teraz? - zapytał, chcąc mieć pewność. Najlepiej zapytać wprost, prawda? Czy odpowiedź go przestraszy? Chyba dowie się dopiero gdy usłyszy.
- Na następną jeszcze nie jesteś gotowa. Musimy poćwiczyć. Nie zabiorę cię na akcję, jeśli nie będę pewny, że sobie poradzisz. Nie chcę, żebyś znowu trafiła w ich łapska - powiedział z troską w głosie. - Nie mogę cię znowu stracić.
Po tych słowach nachylił się i pocałował ją czule i krótko w usta. Sam nie do końca rozumiał swoje czyny, ale jego ciało zareagowało zanim mózg zdołał się włączyć. Gdy się odsunął, zaczęła mówić o swojej ucieczce. Niewiele wiedziała, ponieważ uciekła dzięki osobm trzecim, których nawet nie znała.
- Ciekawe kim byli ci ludzie - zaczął się zastanawiać. I kogo szukali tak naprawdę. Jej? Jeśli tak to po co? Może to było bractwo? Ale bractwo poznałoby swoją byłą przywódczynię. Gdy podniosła koszulkę i pokazała jakby zagojoną ranę postrzałową. Jego ręka powędrowała na jej brzuch i palcami przejechał po ranie. Dobrze, że ją uleczyli. Faktycznie miała mnóstwo blizn, ale on przecież też miał. Nie przeszkadzało mu to zupełnie.
- W takim razie będziesz musiała trochę odczekać zanim twoje moce zaczną cię naprawdę słuchać - stwierdził z westchnieniem. Mutazyna była okropną substancją. Sam też musiał dochodzić po niej do siebie, bo nie panował nad mocami.
- Cieszę się, że udało ci się uciec i że nic ci nie jest - powiedział jeszcze, patrząc jej w oczy.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-22, 22:04
2 Lata Giftedów!
Strasznie to było popieprzone wszystko. Sami sobie utrudnialiśmy sprawę. No… w sumie to ja utrudniałam, nie mogąc przestać analizować swoich uczuć i myśli, i cały czas ciągnąc temat tego, co czułam – a raczej czego nie czułam – do Dale’a. Nie wiem, czemu to sobie – nam – robiłam, ale już teraz podświadomie czułam, że to był błąd. Komplikowałam wszystko jeszcze bardziej. Powinnam była skupić się na tym, że kochałam Dale’a i że to właśnie jego powinnam kochać dalej, bo tak wypadało, bo tak trzeba. Nie miałam prawa w ogóle wyznawać czegokolwiek Bradley’owi. Wszystkie swoje wątpliwości powinnam zachować dla siebie, ale… nie zrobiłam tego.
- Brad… Nie wiem, co wtedy czułam, nie mam pojęcia… – łzy znów napłynęły mi do oczu. Było ciężko, cholernie ciężko. Ale pytanie, które po chwili zadał mi Brad sprawiło, że miało być jeszcze ciężej.
Przełknęłam nerwowo ślinę, patrząc mu w oczy. Dotknął mojej dłoni, a ja – zupełnie instynktownie – znów splotłam ze sobą nasze palce. Serce waliło mi tak mocno, jakby zaraz miało wyskoczyć mi z piersi, a ja kompletnie nie potrafiłam ułożyć myśli w słowa. Co powinnam mu powiedzieć?
- Wiem, że jesteś dla mnie cholernie ważny iii mogłabym tak leżeć z tobą w tym łóżku chyba przez całą resztę swojego życia. – nie umiałam nazwać wprost tego, co czułam. Ale coś powiedziałam. Czy to miało mu wystarczyć? Czy zrozumie, co dokładnie miałam mu do przekazania? Cholera, miałam nadzieję, bo przecież ja sama do końca nie byłam pewna swoich słów… Zamartwiałam się więc, czy powinnam jeszcze coś dodać, coś jeszcze powiedzieć. Jednocześnie słuchałam jego słów, kiwając potakująco głową, bo chcąc nie chcą zgadzałam się z tym, co mówił. Nie chciałam po raz kolejny trafić do laboratorium, musiałam być dobrze przygotowana…
I wtedy Bradley mnie pocałował. Totalnie nagle. Na chwilę zamarłam, kompletnie zaskoczona. Ale po chwili odpowiedziałam na ten pocałunek, przedłużając go o kolejne kilka sekund… Zaraz jednak odsunęliśmy się od siebie, a mnie już kompletnie nie obchodziło teraz, kim byli ci mutanci, co pomogli mi uciec.
- Tak, bardzo ciekawe. – wydusiłam tylko, bo nic więcej nie byłam w stanie powiedzieć po tym bardzo spontanicznym pocałunku. A poza tym co jeszcze miałam dodawać? Obserwowałam, jak Brad uniósł jedną z dłoni, by móc przesunąć ją po mojej ranie. Zadrżałam pod jego dotykiem, w którym cholernie starałam się nie zatracić. Dlatego tak szybko się zakryłam i odetchnęłam ciężko, zmuszając się do powrotu do normalności.
- Nie lubię czekać. – przyznałam i uśmiechnęłam się nieznacznie – I tak… chyba całkiem dobrze kontroluję swoją moc, może nie będę musiała czekać tygodniami. Na pewno mam zamiar codziennie trenować. – zapewniłam. Tęskniłam za swoją mocą i zamierzałam używać jej tak dużo, jak tylko mogłam. Serio.
- Też się cieszę. – odpowiedziałam mu od razu, teraz też już patrząc mu w oczy – I cieszę się, że jesteś tu ze mną. – dodałam jeszcze, bo taka była prawda. Bez niego bym oszalała. Było mi źle samej, to miejsce zgniatało mnie wspomnieniami, dusiło mnie. Z Bradem… radziłam sobie z tym wszystkim dużo lepiej.
Brad chyba już się przyzwyczaił, że jego życie było skomplikowane. Co chwila coś i naprawdę nie mógł się nudzić. Nie miał pretensji do Col, bo sama była w tym wszystkim zagubiona. Nie mógł oczekiwać, że będzie zorientowana od razu. Brał trochę poprawkę na jej słowa, ponieważ zdawał sobie sprawę, że wspomnienia mogą jej wrócić i cała sytuacja się obróci.
- Spokojnie Col, nie oczekuję od ciebie żadnych deklaracji - powiedział jeszcze, uśmiechając się delikatnie. Nie chciał, żeby płakała albo żeby się martwiła. W tej chwili było to całkowicie bez sensu.
- Ty też jesteś dla mnie bardzo ważna. Wiem, że twoje uczucia będą się zmieniać jak będziesz przypominać sobie prawdę - stwierdził, dając jej tym samym znać, że choć w miarę spędzania ze sobą czasu, jego uczucia też mogłyby powrócić to ma do tego dystans, póki nie odzyska wspomnień. Nie chciał wchodzić w paradę Dale'owi chociaż miał świadomość, że nie zmusi dziewczyny do miłości.
Niemniej to co mówiła było miłe i w zasadzie on też mógłby tu z nią leżeć i leżeć.
Co do pocałunku to wspaniale było poczuć jej usta. A fakt że go przedłużyła jeszcze bardziej przyśpieszył jego bicie serca. Była taka kochana i urocza, że naprawdę ciężko mu było się oderwać. Ale gdzieś z tyłu głowy miał głos Dale'a, którego nie chciał zawieść. A czuł jakby właśnie to robił. Czy to wyrzuty sumienia? Chyba tak.
- Och wiem, panno "zróbmy to teraz" - zaśmiał się odnośnie jej braku cierpliwości do pewnych kwestii. - Jeśli chcesz to mogę trenować z tobą. Obecnie jestem jeszcze w bractwie. Wrócisz tam?
Nie wiedział jakie są jej następne kroki. Dołączenie do rebelii chwilę potrwa, więc nie wiedział czy dziewczyna mu już jakieś plany.
- Ja też się cieszę, że tu jestem - powiedział uśmiechając się lekko. Byli teraz tacy emocjonalni i uczuciowi, że Brad się dziwił, bo nie był taki na co dzień. Miła odskocznia.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2019-05-22, 23:01
2 Lata Giftedów!
Mieszałam w głowie nie tylko sobie, ale Bradley’owi przecież też. Co, jeśli go zranię tak samo, jak już zdążyłam zranić Dale’a? Albo jeszcze mocniej? Przerażało mnie to wszystko, przerażały mnie uczucia. Może po prostu byłoby lepiej nie czuć kompletnie nic? Chyba… chyba tak byłoby łatwiej.
Słuchałam reakcji Brada na moje wyznanie i przerażało mnie to, z jaką łatwością mówił o tym, że moje uczucia się zmienią, ale… co, jeśli miał rację? Co, jak znowu mi się odmieni i po tygodniu miłości do Bradley’a stwierdzę, że jednak kocham Dale’a? A może w ogóle wynajdę sobie jeszcze jakiegoś chłopca? Może nagle znów pokocham Aarona? Ja pierdole, jakie to było wszystko posrane. Mój własny umysł mnie oszukiwał, i to porządnie. Najgorsze jednak było to, że mogłam skrzywdzić ludzi, którzy mnie kochali. Ta myśl przerażała mnie potwornie, bo krzywdzenie Dale’a i Brada było naprawdę ostatnim co chciałam zrobić.
Nie zasługiwali na cierpienia, jakie mogłam spowodować. Dale’a już odrzuciłam. Krzyczałam na niego i obarczałam winą tak długo, aż nie wytrzymał i wyszedł. Widziałam ból w jego oczach i choć nie czułam żadnej miłości do niego, to serce i tak pękło mi na milion kawałków. Nawet pomimo całej złości, jaką czułam wobec niego.
A z Bradley’em było gorzej, bo przecież faktycznie coś do niego czułam i byłam tego świadoma. Mówiłam mu o tym. Całowaliśmy się, a ja chciałam więcej. Co, jeśli mi się odmieni?
- To może lepiej, jak sobie nie przypomnę? Będziemy mogli uciec na drugi koniec świata iiii będziemy leżeć w łóżku do końca życia, razem. – powiedziałam, pół żartem, pół serio, nie spuszczając z niego wzroku. Ten spontaniczny i lekkomyślny pomysł brzmiał dla mnie jednak jak spełnienie marzeń. Uciekłabym od problemów, wszystkich… Ucieklibyśmy razem.
I moglibyśmy się całować tak jak teraz już zawsze, i wszystko byłoby dobrze. Przecież to naprawdę był plan idealny. Ale musiałam wrócić do rzeczywistości.
- Okej. Ale wtedy musimy się widzieć codziennie, i to po kilka razy, bo mam zamiar trenować tak często, jak to tylko możliwe. – oznajmiłam mu, a zaraz po tym wróciłam do mojej poprzedniej pozycji, układając się na jego klatce piersiowej. Westchnęłam cicho, gdy spytał, czy wrócę do Bractwa, chociaż chwilowo.
- Ja… nie wiem co robić, kompletnie, ale nie wiem, czy Bractwo to dobry pomysł. – przyznałam szczerze, pamiętając te wszystkie przebłyski dotyczące mutantów z Bractwa, które udowadniały mi, jak złą Przywódczynią byłam – Nie wiem… nie wiem, czy jestem tam mile widziana. – dodałam, bo na pewno nie byłam, skoro nie obroniłam swoich ludzi, gdy tamci nas atakowali – Poza tym… przyjdę, i co im potem powiem? Że odchodzimy? Brad… Nie wiem… Co o tym sądzisz? – spytałam, unosząc głowę i patrząc mu w oczy. Dłonią delikatnie sunęłam po jego ramieniu, zupełnie automatycznie, nie zastanawiając się nad tym. I wtedy on przyznał, że cieszy się, że tu jest, a ja nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu. Nawet pomimo tych wszystkich moich zmartwień. Uniosłam się nieznacznie tylko po to, by móc krótko i delikatnie pocałować kącik jego ust, a następnie wrócić do poprzedniej pozycji.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum