Enzo zszedł zmęczony z góry. Całą noc spędził przy rozliczaniu dochodów z kasyna i nawet nie zauważył kiedy zasnął. Pierwsze kroki skierował do baru by czegoś się napić. Spanie na biurku już dawno nie dało mu tak w kość jak teraz, chyba w końcu odniósł skutki starzenia się. Kręgosłup bolał go strasznie. Gdy stanął w progu pomieszczenia w którym znajdował się bar ujrzał Nate`a. Uśmiechnął się lekko i usiadł na krześle. Nie miał zamiaru mu tam mieszać za barem, szczególnie że jego zdolności w tej dziedzinie były dosyć ograniczone. Wolał fizyczne prace takie jak ochrona i zbieranie zysków z kasyna.
- To co zawsze - Powiedział i oparł się o blat.
Czekając tak na swojego drinka rozejrzał się po lokalu. Było jeszcze w miarę wcześnie, chociaż przez chwilę stracił tę pewność. Przecież Nathaniel nie otwierał by zbyt wcześnie baru, to by było nieopłacalne.
- Po co tak wcześnie przyszedłeś? - Zapytał i ziewnął.
Cholernie się nie wyspał. Powinien chyba iść do domu, zamiast pić alkohol o tej godzinie.
Oni dopiero się rozkręcali. Dziewczyny dopiero co wyszły, a on sam skończył podliczać koszty, mimo że mógł od tego zatrudnić kogoś to wolał to robić samemu. W końcu czas to pieniądz, a on ma czasu jak lodu. Albo jak Haron miejsca na dziąsłach. Właściwie mogliby go zatrudnić do walk. Nie musiałby zbierać zębów...
Wszedł powoli do baru za Enzo i lekko poklepał go po plecach siadając obok niego. Przyjrzał się jego zmęczonej twarzy, a potem spojrzał na swojego drugiego kuzyna i uśmiechnął się lekko, bardziej do siebie niż do nich.
-Pewnie dopiero kończy chlanie. Co ty... nie znasz go?
Rzucił im szybkie spojrzenie i odwrócił się do nich plecami. Miał nadzieję, że chociaż na koniec tygodnia będzie mógł się wyspać, ale... No jak widać nie miał tyle szczęścia. Może przynajmniej Giotto się zdrzemnął na chwilę. W końcu miał żonę o którą musiał dbać, prawda?
-Mi też polej Nate... Zjadłbym pizzę. Może damy Mylano drugą szansę?
Wzruszył ramionami i oparł się łokciami o blat, za którym stał Nate. Szczerze powiedziawszy to miał ochotę się najebać od samego rana i kimnąć, nawet tu, na podłodze. Albo zrobić pompki. O tak! Przy muzyce z mortal kombat. To musiałoby być epickie widowisko. Niestety do mistrza jeszcze dużo mu brakowało, ale przy ciężkim treningu uda mu się opanować jego boską technikę pompek.
- W każdym razie... Może po południu jakiś mały sparing?
Rzucił to bardziej w powietrze niż do któregokolwiek z nich bezpośrednio. Jeśli któryś będzie chciał to zapewne odpowie. Ewentualnie zaproszą Gio i ustalą sobie pary.
Po nowym roku w miejscach takich jak bar zawsze było dużo do zrobienia. Praca tak na prawdę nigdy się nie kończyła. Od nowego roku bowiem codziennie odbywały się tutaj imprezy- w końcu trwał karnawał. Prowadzenie dodatkowo walk w piwnicy wcale nie ułatwiało roboty Nathanielowi, który musiał mieć oko na wszystko. Jedynym odciążeniem była zaufana księgowa, która zajmowała się papierkową robotą chłopaka. Dzięki temu Nate nie musiał spędzić kolejnych godzin o zamknięciu na rozliczaniu całego papierkowego syfu. W zamian za to przygruchał sobie jedną osiemnastoletnią dziewczynę. Pomimo młodego wieku czyniła istne cuda w łóżku- dzięki temu chłopak miał też siłę i ochotę na poranne porządki.
Czyścił właśnie szklanki kiedy do baru zeszli jego bracia- Enzo i Drake. Wyglądali na zajebiście zmęczonych, toteż chwilę po tym jak usiedli nalał im whiksey z colą - dokładając do tego po 2 zamarznięte kamienie barmańskie- nalał również sobie. Upijając łyk powiedział:
- Zamówiłem pizzę z włoskiej pizzerii. Powinna być za jakieś 10-15 minut. Co prawda to nie to samo co nasza domowej roboty sycylijska pizza, ale na pewno lepsze jest to od tego spaghetti syfu, który kiedyś zrobił Enzo...
Następnie spojrzał na Drake'a:
- Poczekajmy na Giotto, może będzie miał jakieś inne zajęcie. Jeśli jednak nie to mata w piwnicy jest umyta- można potrenować.
Upił kolejny łyk.
Kiedy Drake klepnął go w plecy, chciał się odwrócić i przyjebać, mu w ryj jednak na szczęście w porę się odezwał.
- Pewnie masz rację bracie. - Odrzekł i słabo się uśmiechnął.
Przez to zmęczenie nie miał siły na nic. Kiedy na blacie został postawiony drink, Enzo złapał go i wziął większego łyka. Po tym śnie naprawdę zachciało mu się pić. Było tak pewnie ponieważ zdarzało mu się ślinić przez sen. Słysząc o pizzy porównanej do jego spaghetti zaśmiał się i uderzył pięścią w blat.
- To było niemiłe bracie, starałem się. Teraz jest już chyba lepiej - Powiedział nieco spokojniej.
Prawdą było że nigdy nie potrafił gotować i szczerze mówiąc nie miał nawet zamiaru się tego uczyć. Nie był od tego, jego głównym celem była ochrona rodziny i dbanie o ich bezpieczeństwo nawet jeśli sam im zagrażał swoją kuchnią.
- Cóż, możemy spróbować lekki trening urządzić. Jednak najpierw zjedzmy pizzę i wypijmy. Cincin! - Powiedział i wzniósł szklankę.
Oczywiście toast nie został wypowiedziane, jednak każdy z nich wiedział co blondyn mógł powiedzieć. "Pijemy za rodzinę, by następny rok był lepszy od poprzedniego" - Tak właśnie brzmiałyby słowa Enzo.
Drake pokiwał głową patrząc przed siebie. Oczy były dość ciężkie, ale na razoe skutecznie walczył z sennością. Ponownie odwrócił się do braci i chwycił drinoa, z którego pociągnął spory łyk. Muszę przyznać, że drinki Nate'a były pod względem pobudzenia boskie. Gdyby mógł to piłbym je bez końca, choć ten koniec nadszedłby raczej szybko, bo wątroba albo serce, które przestają pracować to już troszkę większy problem niż brak snu.
Nie odpowiedział ja toast Enzo. Wszyscy wiedzieli, że ich toasty zawsze się sprowadzały do tego samego, więc przed upiciem podniół szklankę w jego stronę.
- Znając życie to Giotto jeszcze leży w łóżku albo w ogóle nie przyjdzie, albo przyjdzie później.
Wzruszył tylko ramionami. Jeszcze raz pociągnął swojego trunku i spojrzał na Enzo.
- Masz jakieś drobne na pizze?
Od razu parsknął śmiechem zdając sobie spraqę z tego jakoe to pytanie było głupie i bez sensu. Oni zawsze mieli jakieś drobne. Nie tylko drobne tak szczerze powiedziawszy.
Dante był bardzo zmęczony, gdyż tak jak jego młodszy niedorozwinięty brat musiał dopilnować spraw rodziny tzn. swoich spraw. Jego nowa znajoma, którą poznał wczoraj leżała półnaga koło niego, rozwaliła się jak Rosja na mapie i jeszcze śliniła się jak on do sernika. W jego głowie kłębiły się myśli z ostatnich tygodni i choć bardzo chciał, nie mógł sobie przypomnieć imienia owej nieznajomej. Charlothe? Cherryl? Lagertha? nie to nie to, lecz zanim spróbował szturchnąć ją i spytać o imię usłyszał głosy, które dobrze znał.
- Znowu te ulungi, westchnął po czym spojrzał jeszcze raz w kierunku swojej branki i wsadził jej mokry palec do ucha. Kobieta obudziła się natychmiastowo lecz kiedy miała już zaprotestować ten szybkim ruchem położył jej rękę na ustach.
- Ciiii, pieski małe dwa; powiedział wskazując palcem na jedyne drzwi w pomieszczeniu w którym aktualnie się znajdowali "składziku na szczotki".
Giotto chyba jako jedyny potrafił zaplanować sobie dobrze dzień i czuć się następnego ranka wypoczętym. Zrobił swoje, wrócił do domu, spędził uroczy wieczór z żonką, jeszcze lepszą noc i następnego dnia był pełen wigoru oraz chęci do rozpierdalania łbów. Jak to mawiał jego mistrz: "słyszę nagle "jeb", odwracam się, patrzę, a typ leży w lotkach, trafiony za dyche, muzyczka gra". Nie przeciągając więc podniósł się z łóżka o wczesnej godzinie, jednakże nie dane było mu spędzić więcej czasu z małżonką, która wybyła z ich pałacu dosyć wcześnie, w końcu zawód lekarza zobowiązuje do roboczych maratonów. Zjadł więc coś na szybko i wyruszył przed siebie w stronę zachodzącego słońca ala Mateusz Kijowski.
Postanowił zajechać do firmy, w której nie spodziewał się nikogo spotkać, wszakże jego bracia prowadzili inne tryby życia niż on, mniej poukładane. Dlatego więc sprowadził bardzo ważnego zagranicznego gościa do baru, z którym miał rozmawiać o interesach. Jose Arcadio Morales - kubański pisarz eseista, to była właśnie ta wielka postać. Podjechał swoim Nissanem pod firmę i natychmiast wysiadł, a na zewnątrz czekał na niego Czcigodny z Mazurskiej oraz Jose Arcadio Morales. Weszli do środka i kiedy Nero zobaczył ten burdel, a raczej melinę, od razu tylko westchnął i pomachał przecząco głową, wiedząc, że raczej nie ubije dziś interesu. Goście się rozsiadli wygodnie, a on ruszył szybko po jakąś szczotkę, żeby tu uprzątnąć, w końcu wstyd. Otwiera, a tam morda Nightdrivera Six z jakąś loszką. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że tym razem nie puknął jej na tylnym siedzeniu swojej alfy romeo z przyciemnianymi szybami na lawecie, a w składziku. Zszokowany zamknął drzwi i obrócił się na pięcie, po czym zwrócił się w stronę gości:
- To są moi bracia, popierdoleńcy - przedstawił wszystkich i przeszedł kilka kroków po barze.
- Deal obgadamy kiedy indziej, przepraszam panów bardzo - Czcigodny był gotów wystawić palec, ale Giotto nie był gotowy za niego pociągnąć, skończyło się więc na umówieniu biznesu kiedy indziej.
Nero zamknął drzwi i westchnął lekko, po czym spojrzał na swoich braci.
-Zrobić wam Chujseno no Jutsu, czy jak? - warknął wręcz w ich stronę, po czym wziął do ręki szklankę, nalał sobie whiskey i wypił duszkiem. Musiał to zrobić, nie było innego wyjścia.
Standardowy dzień w ich klubie- nie ma to tamto. Co prawda Nate miał podejrzenia co do tego, że poza nim ubiegłej nocy mógł pukać ktoś jeszcze, ale jak zwykle Dante przerósł jego najśmielsze oczekiwania. Co będzie następne? Używanie mocy grawitacji i wypierdalanie ludzi kopniakiem z kadru?
Chwile później pojawił się Giotto z jednymi z największych osobistości jakie stąpały po ziemi- Jose Arcadio Moralesem oraz nim, samym szefem wszystkich szefów, mowa oczywiście o Czcigodnym z Mazurskiej. Panowie jednak zmyli się tak szybko jak się pojawili, a do jego uszu dotarła groźba Giotto. Delikatnie uśmiechając się Nate nalał pozostałym braciom drinki, a następnie rzekł:
- Spokojnie Fratello. Zaraz przybędzie pizza.
W tym momencie jak na zbawienie pojawił się dostawca pizzy, a był nim nikt inny jak sam Adson Furia. Wykrzykując "ŁAJA!" kopniakiem otworzył drzwi od baru. Uśmiechając się powiedział, że tego kopa ćwiczył na dwóch ciulach, którzy lali Cinka. Wtedy właśnie przypomniało się Nathanielowi, że nie słyszał historii o lotkach. Patrząc na Adsona powiedział:
- Witaj przyjacielu! Mam nadzieje, że tym razem ta pizza nie przeleciała 5 metrów w powietrzu! A właśnie, to jak to było z tymi lotkami?
Zaintrygowany Adson postawił na barze gorące placki i powiedział:
- No ten, Pietro, ojciec Kamylla gadał z szefem mojej pizzerii. Człowieku! Nagle slysze takie *PYK*, patrze i co?! Gość leży w lotkach, światełka się świecą, wpadła dziesiątka!
Roześmiany Nate Dał Adsonowi kasę za pizze wraz ze sporym napiwkiem. Nikt w końcu nie chciał żeby Adson musiał tu wracać bo jakieś kurwie nie podoba się, że telewizor jest zepsuty- to w końcu nie jego wina. Zadowolony otworzył pudełko z pepperoni salami i zaczął jeść jeden kawałek.
Dobra no to teraz przyszła kolej na tego amigo. Było to nie kto inny jak sam El Coyote we własnej osobie, ten co kurniki wysadza to zwykły podrabianiec.
- Czy to czasem nie był ten eseista? Wiesz, cytrynka, olywka, tomato - Powiedział i podszedł do Gio.
Musiał go uściskać ponieważ dawno się nie widzieli. Rodzina była ważna, interesy były ważne, dobre sranie było ważne, ciężko jest to pogodzić nawet dla człowieka władającego mocą czasoprzestrzeni, bo jak tu prowadzić kasyno kiedy chce Ci się postawić statuetkę z brązu. Widząc że brat mija go i idzie do schowka na szczotki, poszedł za nim by dowiedzieć się o co chodzi, a jakże wielkie zdziwienie było jego gdy dostrzegł w małym magazynku Dante z jakąś lambadziarą.
- No to pojechał - Mruknął widząc jak czyści jej ucho paluchem.
Oczywiście pojechał było to słowo klucz w całym tym zajściu. Nie tracąc jednak sił i poczucia komfortu najstarszego brata, zamknął ponownie drzwi by mogli się tam dalej bawić w inspekcję sanitarną.
- Chujseno no Jutsu? Znowu czegoś się żeś naoglądał z tą Twoją żoną? - Oczywiście było to dosyć prześmiewcze.
Nie lubił jej ponieważ uważała się za lekarza, a tak naprawdę to w chuja leciała i w karty z nimi też grać nie chciała, przez co Gio także mniej grał. No takie to właśnie małżeństwo jego brata było, karty nie, alkohol nie, tylko jakieś problemy. Nim się jednak zreflektował była pizza którą przyniósł kumpel Nate`a. Widząc jego akrobatyczny popis był pod wrażeniem. Pewnie spełnił by się jako ochroniarz w barze, no cóż jednak nim nie zostanie ponieważ zdążył opuścić klub zanim Enzo mu to zaproponował. Jego strata, a miałby tu czysty zysk. Podszedł do cieplutkich placków i wziął sobie kawałek. Nie patrzał nawet z czym są ponieważ był głodny, a pizza to było coś co w jego diecie występowało bardzo często ostatnio.
Drake w tym czasie wypił swój trunek. Zdążył nawet roześmiać się, gdy usłyszał, że leją Cinka. Spoirzał na wszystkich kuzynów i westchnął cicho
Zaraz zacznie się rozpierdol. Ale to dobrze. Im wcześniej zaczną, tym szybciej skończą. A może nie skończą... W każdym razie, gdy dostrzegł Czcigodjego z Mazurskiej zauważył, że Majorowi zaiskrzyły oczy, ale najwidoczniej nie zdążył spytać o to o co chciał, bo Czcigodny szybko się zmył. Pewnie ktoś chciał pociągnąć za jego mistrzowski palec.
- No Giotto. I nawet Dante i... tu spojrzał na nową dziołszkę swojego kuzyna i wzruszył ramionami jakby była tylko ciekawym dodatkiem. - Możemy zrobić jakiś sparing z prawdziwego zdarzenia.
Uśmiechnął się lekko do siebie i sam sobie polał łychy. Wziął sobie kawałek pizzy i od razu zjadł. Widać, że od wczoraj nic nie jadł. A apetyt miał wielki.
Dante paradował z ptakiem jeszcze chwile, zanim doszły go słuchy o niejakim Adsonie, przewoźniku pizzy. Był zdumiony tym, że jego bracia tak o niego dbają, wszakże był bardzo głodny po całonocnych zabawach. Wyszedł ze składziku z fujarą na wierzchu, zajumał pierwszy lepszy obrus z sąsiedniego stołu i wrócił do pomieszczenia jak gdyby nigdy nic. Po krótkiej chwili on i jego nowo-poznana pani, której imienia nie mógł sobie przypomnieć wyszli ze wspomnianego wcześniej składziku. Zawinięta w obrus kobieta stała tak przez chwilę starając się ukryć zawstydzenie przed braćmi Ragnara. Dante zaś jak to Dante, podrapał się za głową, rozejrzał w około po czym rzekł:
- Chwila moment, kim jesteś? Dlaczego spałem w składziku? i z czym jest ta pizza?!, zaczął się zwracać po kolei do kobiety, braci i Adsona.
W tej właśnie chwili dostał z liścia w twarz, a kobieta z płaczem pobiegła na górę zapewne po swoje rzeczy. Sam Dante zaś spojrzał na rozbawionych całą sytuacją braci, następnie pogroził im palcem pokręcił głową, ukradł pizze i poszedł się ubrać przeklinając coś pod nosem po włosku z przerywnikiem na esiek.
Sytuacja była wręcz kuriozalna - bracia Nero mieli ukręcić kolejny dobry biznes, poprzez przekabacenie na swoją stronę dwóch wybitnych osobistości, o których ciężko w dzisiejszych czasach. Światem rządzili debile i Żydzi (na jedno w sumie wychodzi), a jeśli chciało się mieć jakieś wpływy, to potrzebne były kontakty, bowiem w tym kraju zawsze trzeba się dogadać, zawsze trzeba coś załatwić, wariackie czasy. Giotto był świadom tego, że nici z biznesów, skoro współudziałowcy urządzali sobie libację, jeden z jego najbardziej zaufanych ludzi wyszedł na ekshibicjonistę, a Adson przywiózł tylko pizzę dla nich. Trzeba było temu zaradzić, nie wolno bowiem marnować czasu kogoś takiego jak Czcigodny z Mazurskiej w dresie Chelsea, dlatego też Nero wyprosił jego oraz Jose Arcadio Moralesa, informując ich, że zaraz stanie się coś złego i Jose musi pociągnąć Tadka za palec, ale może to zrobić dopiero jak wyjadą z miasta. Jak to się skończyło? Wybuchem, który było słychać aż w Seattle, gdy już Czcigodny opuścił miasto.
Giotto złapał się za głowę i patrzył na tych decydentów, którzy popsuli dzisiaj jego plany. To tak jakby ktoś mu ząb wyjebał, bolało w chuj. Niemniej jednak odprowadził wzrokiem Dante, a później spojrzał kolejno na każdego z nich, zaczynając do Nate, kończąc na Enzo, który jako jedyny wcześniej powitał się z nim jak prawdziwy compadre. Jak widać Major naprawdę za nim tęsknił i miał za złe, że żona Gio nie daje mu grać w karty z nimi. Kto jak kto, ale nawet Majonez nie mógł mieć czterech Chaos Max Dragonów w swoim decku, stąd też Giotto był mu potrzebny jak papier w kiblu.
Na szczęście Adson uratował sytuację - tą historię mógłby słuchać na okrągło, dzieje Iron Kicka nigdy się nie nudziły. Niemniej jednak zawiódł się, gdy Enzo nie skumał odpowiedzi z Chujseno no Jutsu, albo obrócił to po prostu w chujowy żart. Pokiwał przecząco głową i nawet się do tego nie odniósł, bo w sumie, co my wiemy o czymkolwiek? Gdybym nazywał się Bob, Jack, albo Sałatka Owocowa, to czy nie byłbym bohaterem?
- Skompromitowaliście się tym wystąpieniem kompletnie - zwrócił się w stronę swojej famiglii, po czym chwycił jeden z kawałków pizzy i zaczął go wpierdalać, jak przystało na makaroniarza.
Następnie spojrzał na Drake, który zaproponował sparing. W ich sytuacji walka z kimś takim jak Giotto, to była jak gra w szachy z gołębiem. Gołąb przewróci wszystkie pionki, nasra na środek planszy i myśli, że wygrał. A skacowany gołąb to jeszcze gorsza opcja, dlatego Shad Rakieta jako jedyny trzeźwy, wypoczęty i ogarnięty z nich wszystkich wygrałby, a to żadna rywalizacja.
- Ty Drake nawet pionków w eurobiznesie nie utrzymasz, a chcesz się lać? - rzucił w stronę kuzyna.
Giotto usiadł na krześle i upił łyk drinka, nie mając zamiaru dodawać nic więcej od siebie. Był z nimi dwie minuty i już go wkurwili. Chociaż tak naprawdę, to chuj z nim. Wkurwili Czcigodnego z Mazurskiej, kwestia czasu, nim nastąpi Final Countdown i rozleje się oranżada po spaghetti.
James zmierzał do tego miejsca nie bez powodu. W barze u Bandyty Keitha pracował pod braćmi Nero jako ten który odpowiadał za to by każda laska wychodziła stąd w takim stanie w jakim się tutaj znalazła. Nie ważne czy nosiła sukienkę czy ray bany, musztardowe spodnie i pedalski wąsik.
Praca była dla niego tylko pracą i choć czasami wbrew osobistym zasadom, musiał Ją wykonywać. Pieniądze kochał najbardziej i nie wyobrażał sobie że nie będzie w stanie go na coś stać. Cierpliwie dążył do tego celu małymi kroczkami. Po drodze wśród jego ambicji jeszcze gdzieś egzystował spokój, władza, trójkąt z azjatką i chinką, markowy zegarek. No takie przyziemne raczej rzeczy które zajmowały głowę każdego faceta.
Tego dnia nie był jakoś szczególnie w nastroju. Poprzednia noc przyprawiła go o migrenę i sprawką wcale nie był alkohol. Kolejna noc z życia faceta który dla zabawy podstawia rękę pod piłę ciesielską by wystraszyć okoliczne bachory. Facet z którym musiał sobie wczoraj poradzić, mierzył więcej niż Ford a to już jest jakiś wyczyn. Perswazja słowna raczej nie wchodziła w grę, a może James miał już po prostu za dużo w czubie i wolał mu pokazać co ma na myśli niż tłumaczyć. Skończył w celi a nad ranem go wypuścili. Swoje kroki skierował więc prosto tutaj. W poszukiwaniu jakiegokolwiek zajęcia.
Wbijając do środka jego oczom ukazał się iście rodzinny obrazek. Bracia i Kuzyni Nero którzy wybrali ten tani szit w Seattle zamiast prima sort makarony na Sycylii, siedzieli razem wpierdalając jak to na włochów przystało, pizzę. Ford zatrzymał się na wejściu mierząc tylko po krótce lekko otumanionym wzrokiem, wszystko to co było w zasięgu jego wzroku. Przetarł brodę i ruszył z wolna w kierunku baru. Nie był typkiem raczej kulturalnym, więc tylko skinął w kierunku Giotto, bo tego tutaj najbardziej znał. Nachylił się przez bar po jakąś szklankę i cokolwiek co było płynem i w zasięgu ręki. Przelał jasno brązową ciecz do szklanki nie czekając dłużej, praktycznie natychmiast opróżniając Ją na hejnał. Odstawił szklankę na blat i skierował wzrok w kierunku mężczyzn.
- Coś mnie ominęło? - mruknął lekko zachrypniętym głosem, którego powodem była noc na zimnym betonie. Wolał spać na podłodze niż w tych zaszczanych materacach przez niewiadomo kogo.
Nate dotknął palcami talię kart yugioh, którą trzymał w tylnej kieszeni spodni. Widząc wzrok Enzo skierowany w stronę Giotto przypomniał sobie jak lubił grać z nimi w tą karcianą grę dla dzieci. Oni jednak nie grali o cukierki- grali o życie. Często zdarzało się im również odwiedzić nexusa szukając cyfrowej uciechy w miażdżeniu przeciwników combo Dark Magician/Buster Blader oraz 6 Blue Eyes White Dragon. Niestety teraz nastał ciężki czas- w końcu zostało tylko 17 dni, a nexus miał zaledwie 29% datków. Co prawda bracia mogli uratować ten biznes, ale to skutkowałoby tym, że ktoś mógłby kwestionować ich skilla- w końcu tylko oni dali radę przyzwać Kozakyego, a to było trudniejsze niż przyzwanie Exodii mając wszystkie 5 części na cmentarzu, z czego te wszystkie 5 części to lewe nogi.
Kiedy do salonu wszedł ich nadworny wybijacz zębów Nate zrozumiał, że wygrał wczorajszą potyczkę, ale noc spędził w areszcie. Za to należała się chłopakowi jakaś nagroda, tak więc nawet słowem nie pisnął kiedy ten jak ostatni cham sięgnął za ladę. No cóż, lubił typa więc stwierdził, że tym razem nie każe mu robić pompek. Trzeba było jednak dokończyć to co szef ochrony zaczął. Nate podchodząc do końca lady wziął do ręki stary stacjonarny telefon i za pomocą klasycznej tarczy wybrał numer 0700... Następnie przyłożył słuchawkę do ucha i wypowiedział spokojnym tonem:
- Isi Szakal. Kyller is dead.
Odkładając słuchawkę usłyszał tylko błagalny głos ziomka z aresztu- później była już tylko seria wystrzelonych pocisków. Po tym zajściu Nate spojrzał na Giotto, który właśnie wystrzelił pocisk w stronę Drake'a. Zaśmiał się i rzekł:
- To już ja lepsze cegiełki stawiam niż Ty masz rzuty kostką.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum