Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica #2
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-23, 12:22   Ulica #2



[Profil]
 
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-01, 20:00   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


28 listopada

Codzienne życie stawało się dla Matilde o wiele trudniejsze. Brunetka jednak nie miała zamiaru robić z siebie kaleki, więc pozwalanie, by ktoś ją wyręczał w tak ważnych sprawach po prostu nie wchodziło w grę. Musiała to załatwić sama. Po prostu. I niby wiedziała, że jej pobyt w wielkim, narażonym na zamieszki mieście był niesamowitym ryzykiem, ale nie zamierzała się chować jak tchórz. Nie, kiedy czuła się względnie dobrze, a jej ciąża – pomimo sporadycznie dokuczających bólów brzucha – przebiegała bez zarzutów. Poza tym od jakiegoś czasu Wallace nie rozstawała się z małym rewolwerem, który tak nieszkodliwie leżał na dnie jej torebki, zapewniając dziewczynie poczucie bezpieczeństwa i dziwny komfort psychiczny. Było rano, zegarek nawet nie wskazywał jeszcze dziesiątej. Miasto było wystarczająco opustoszałe, by poruszanie się ulicami nie sprawiało ciężarnej Matilde trudności. Właściwie to nie było się czego obawiać. Po prostu załatwi tę cholerną sprawę i wróci do swojego domu. To nawet nie miało zająć jej więcej niż dwóch godzin. Cholera. Gdyby tylko mogła przewidzieć, że to wszystko potoczy się w tym kierunku. Gdyby tylko mogła przewidzieć, że los wcale nie zmienił zdania na jej temat. Gdyby tylko mogła przewidzieć, że bogowie, czy ktokolwiek rządził tym pojebanym światem wciąż jej niesamowicie nienawidzili…
Ale nie była pierdolonym jasnowidzem. Nie. Była jeszcze bardziej chujowym uzdrowicielem, który nawet nie zamierzał korzystać ze swojej mocy. Być może, gdyby widziała przyszłość… Ale nie widziała. Nie miała pojęcia co miało się wydarzyć w ciągu kolejnych kilku minut. Po prostu, kiedy miała jeszcze szansę zawrócić i zapobiec tym tragicznym wydarzeniom, to stawiała kolejne jebane kroki, nieuchronnie zbliżając się do tego wszystkiego. Przechodząc przez ulicę dostrzegła jakąś niesamowicie dużą grupkę ludzi, ale nie widziała w tym nic alarmującego. To, co ją jednak zaniepokoiło, a raczej rozwścieczyło to widok zbliżającej się z naprzeciwka Cassandry. Matilde przez krótką chwilę rozważała obrócenie się na pięcie i po prostu udanie się okrężną drogą, ale szczerze…? To nie ona powinna to robić. Po tym wszystkim czego dopuściła się Gardner… Wallace nie zamierzała ustępować. Natomiast to co rzeczywiście zamierzała zrobić to po prostu totalnie olać przyjaciółkę i przejść obok niej, nieszkodliwie i całkowicie niewinnie pociągając ją z barka. Z cynicznym, wręcz jadowitym uśmiechem odwróciła więc wzrok, stawiając kolejne kroki, kiedy nagle w całej okolicy rozbrzmiał potężny huk…
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-11-01, 22:55   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Powtórne całkowite wycofanie się z Bractwa najprawdopodobniej nie było najlepszą decyzją, przynajmniej nie pod tym zdroworozsądkowym względem - bezpieczeństwa, dostępu do najróżniejszych dóbr dla mutantów i innych rzeczy - jednakże Cassandra ani trochę go nie żałowała. Wręcz przeciwnie, czuła się znacznie lepiej, odkąd nikt nie sterczał jej nad głową. Przebywając siedzibie głównej, cóż, nieustannie odnosiła wrażenie, iż była tam niechciana. Co najlepsze, nie widząc nawet powodu, dla którego miałoby tak być, ale najwyraźniej co niektórzy wcale go wtedy nie potrzebowali. Przebywała tam wyłącznie dla Tildy, starając się jakoś trzymać na nogach, by być w stanie ją wspierać, jeśli zaszłaby taka potrzeba, jednak z czasem... Z czasem przestała sądzić, aby cokolwiek takiego było jeszcze potrzebne. Jej przyjaciółka ułożyła sobie nowe życie, w którym najwyraźniej nie było miejsca dla Gardner...
Kiedy więc doszło między nimi do wyjątkowo gównianej awantury, Cass nawet zbyt mocno się nie zastanawiała. Wręcz z dziką przyjemnością, zwyczajnie błyskawicznie zabrała najpotrzebniejsze rzeczy, bez słowa opuszczając siedzibę Bractwa. Nie obawiała się wysłania kogoś za nią. Mutanci już od dawna byli w sytuacji, której nie miało pogorszyć zniknięcie członka, jaki wiedział wszystko o miejscu, w jakim przebywali. Zwłaszcza że ta przeklęta Wallace wiedziała przecież o deklarowanym odejściu Cassandry, a więc w grę nie wchodziła już żadna teoria dotycząca uprowadzenia czy porwania. Z tego względu, Gardner nie miała też zamiaru jakoś specjalnie się ukrywać. Wręcz przeciwnie, zaszyła się w najbardziej oczywistym miejscu pod słońcem - w motelu z przyległym barem o tanich cenach i mocnym alkoholu, a także w okolicy jednej z aptek, w których niespecjalnie szanowano recepty.
Po jakimś czasie przestała w ogóle orientować się, jaki był dzień tygodnia. Co dopiero mówić o dokładnej godzinie czy dacie. Zwyczajnie pogrążyła się w tym, co pozwalało jej nie myśleć o własnych problemach czy lękach. Skoro zaś nie dostała wsparcia od żadnej żyjącej osoby - mimo że skrycie tak bardzo o nie przecież błagała, usiłując jakimś cudem zwrócić na siebie uwagę najbliższych; jej ojciec także nie był pod tym względem lepszy od najlepszej przyjaciółki Cass, ciągle przekładając rozmowę - odnalazła je w czymś zupełnie innym. Tym razem nawet nie próbowała uważać na to, co mieszała z wyjątkowo zatrważającą ilością alkoholu. Nie była zbyt wybredna pod tym względem, szukając tylko czegoś, co było na tyle skuteczne, aby zapewnić jej jak najdłuższy sen bez jakichkolwiek snów... Znacznie bardziej porównywalny do zwykłego omdlenia, co niezmiernie ją cieszyło. Nie korzystała z mocy, nie pokazywała tego, kim tak naprawdę była... I było dobrze. Chujowo, jednak wyjątkowo stabilnie.
Prawdziwy problem zaczął się jednak wtedy, gdy pieniądze w jej portfelu całkowicie stopniały. Oczywiście, mogła znowu zadzwonić do ojca, słysząc, iż ten nie miał dla niej teraz zbyt wiele czasu, kochał ją i obiecywał zadzwonić za dwa czy trzy dni - czego nie robił już od kilku tygodni, tylko ją za to przepraszając - prawdopodobnie upadła do tego stopnia, aby nie czuć specjalnych wyrzutów sumienia, ale... Nie chciała znowu słuchać jego wymówek. Dobijały ją, wpędzając w jeszcze większe poczucie bezradności i tego, iż nie była już nikomu potrzebna. Czuła się wykorzystana, zdradzona, niechciana... Czuła się jak ostatni śmieć, dla którego nikt nie przewidział jakichkolwiek dobrych uczuć. Nie miała miejsca w niczyim życiu, błąkając się jak duch pośród tych, którzy nawet jej nie dostrzegali. Zupełnie tak, jakby utkwiła w świecie cudzych snów, obserwując, jak cudowne są, ale jednocześnie nie będąc w stanie uczestniczyć w całym tym szczęściu. Na jawie czując wyłącznie pustkę i palące przerażenie, których nie mogła niczym zastąpić.
Nigdy nie sądziła, że tak postąpi, jednak wreszcie nadszedł dzień, w którym nie miała już siły, by dłużej walczyć z rzeczywistością. I chociaż wielokrotnie widziała przecież, co działo się z ludźmi działającymi dla jej ojca, już nie robiło jej to różnicy. Chodziło wyłącznie o to, by wszystko zniknęło, wyparowało niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiedziała, że była ku temu droga. Wystarczyło tylko, by odrobinę się ogarnęła, wyglądała jak człowiek i za rozsądną kwotę zastawiła biżuterię w okolicznym lombardzie. To były wartościowe pamiątki, jednak desperackie czasy wymagały desperackich rozwiązań, czyż nie? Nie musiała zbyt wiele szukać, by w przedniej kieszonce jej kurtki znalazły się dwie śliczne działki środka, który miał ukoić jej nerwy. Musiała tylko wrócić do motelu, a przecież była w stanie to zrobić. Nawet na trzeźwo, gdy rzeczywistość znowu ją przytłaczała...
Plując jej w oczy widokiem ostatniej osoby, jaką Cassandra chciałaby jeszcze kiedykolwiek widzieć. Nie zamierzała jednak przejść na drugą stronę ulicy ani jakkolwiek się wycofać. Matilde nie miała stanąć jej na drodze ku błogiej uldze. Ani psychicznie, ani fizycznie. Po prostu musiały się minąć... A to przecież robiły lepiej niż zajebiście, nieprawdaż?
Praktycznie cała uwaga Cassandry była skupiona na stawianiu kolejnych - jak najbardziej prostych i dumnych kroków - jednak nagły świst, jaki dotarł do jej uszu, przedarł się przez zasłonę zobojętnienia i pośpiechu. Sama nie wiedziała, o co tak właściwie chodziło. Nie zarejestrowała tego świadomie, jednak z chwilą, w której zadziałał u niej jakiś instynkt, mimowolnie wykonała ten jeden ruch. Robiąc sus do przodu, gdy mijała Wallace, ostro pchnęła kobietę w bok, zmuszając ją do upadku za metalowy kontener w jednej z wąskich, bocznych uliczek...
A potem wszystko stanęło w ogniu...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-02, 12:05   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Cassandra Gardner była zdecydowanie ostatnią osobą, jaką Matilde chciałaby w ogóle spotkać. O zgrozo, chyba nawet wolałaby się natknąć na własnego ojca niż na swoją najlepszą przyjaciółkę. Nic ich już nie łączyło, nie miały kompletnie nic wspólnego, a Wallace nawet nie zamierzała się łudzić, że kiedykolwiek będzie w stanie jej wybaczyć. Nie, ona nawet nie chciała jej wybaczać. Między nimi wszystko było definitywnie skończone i teraz gniło, pozostawiając za sobą okropny smród…
Cała ich historia, wszystko co razem przeszły – to było całkowicie stracone i nie do odzyskania. A Wallace nie zamierzała być sentymentalna, wręcz zawodowo wykorzystując swoje mechanizmy obronne do zabicia w sobie wszelkich pozytywnych uczuć względem Cassandry i usunięcia dziewczyny ze swoich wspomnień. W zasadzie, Matilde tak usilnie starała się sobie wmówić, że Cass nigdy nie uczestniczyła w jej życiu, że czasami rzeczywiście miała wrażenie, iż taka osoba nigdy nie istniała. Uśmiercenie jej, usunięcie z powierzchni ziemi, cofnięcie czasu do dnia jej urodzin… to wszystko w jakimś stopniu pomagało zredukować ten upierdliwie powracający ból w klatce piersiowej. Nikomu o tym nie powiedziała. Nikt nawet nie wiedział, co właściwie się wydarzyło. Nikt nawet nie zauważył, że coś było nie tak. Ba, w ciągu dnia nawet Wallace nie zauważała, że coś było nie tak. Myślała, ze jest ponad to. Myślała, że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ale potem dzień dobiegał końca i przychodziła długa, ciemna noc. A Matilde… nie potrafiła tak po prostu przestać myśleć, że te wszystkie jej największe lęki były sprawką jej koleżanki. Że te wszystkie lęki mogły się powtórzyć. Jak miała spać z taką świadomością? Jak miała spać z obawą, że historia znowu się powtórzy…?
A teraz… teraz znowu stanęły twarzą w twarz. Wallace nie zamierzała jednak robić z tego wielkiej sprawy. W zasadzie nawet nie miała zamiaru wyprowadzać Gardner z błędu, bo ta dla niej naprawdę już nie istniała. W zasadzie nie powinna nawet o niej myśleć. Nie powinna poświęcać jej nawet najmniejszej swojej myśli. Wystarczyło tylko przecisnąć się obok i pozostawić to wszystko za sobą. Na zawsze. To wszystko było przecież tak zajebiście proste, czyż nie? Obie były wręcz mistrzyniami w mijaniu się, w zaprzepaszczaniu wszystkiego, w pozostawianiu spraw za sobą. Obie były specjalistkami od zabijania w sobie wszystkiego co dobre… Więc czemu nic nie mogło pójść według planu?
To wszystko wydarzyło się przecież tak cholernie szybko. Matilde nawet nie była w stanie dokładnie tego zarejestrować. Usłyszała tylko coś niepokojącego, a potem zobaczyła jak Cassandra pcha ją w boczną uliczkę, z impetem posyłając jej ciało na metalowy kontener. Matilde jedynie poczuła tępy ból głowy, a potem zsunęła się po ściance na ziemię. Nie wiedziała w zasadzie ile to trwało. Sekundę, minutę, godzinę? Wiedziała jednak, że na pewno musiała stracić przytomność, bo kiedy ponownie wróciła jej świadomość, dziewczyna widziała ciemne plamy. I ten okropny pisk w uszach, jakby wewnątrz niej był jakiś jebany czajnik, który postanowił gotować wodę na herbatę… Wallace sięgnęła dłonią do miejsca uderzenia, wyczuwając we włosach lepką substancję. Co tu do cholery się stało?! Próbowała się podnieść do siadu, ale tak cholernie wszystko ją bolało, uniemożliwiając jej najprostsze czynności. Wykonała ten tytaniczny wysiłek, by obrócić głowę w kierunku ulicy i… Matilde poczuła ścisk w klatce piersiowej. Pożar, wszędzie był ogień. Na ulicy walały się kawałki szkła, kawałki samochodów, cegły i ludzie… Martwi, osmoleni ludzie. Matilde z przerażeniem zaczęła wytężać swój przyćmiony wzrok, by po jakimś upływie czasu dostrzec leżącą kilkadziesiąt metrów dalej ranną Cassandrę.
– CASS – z gardła Wallace wydobył się tak niespodziewany, zrozpaczony krzyk. Próbowała się podnieść z ziemi, ale była za bardzo sparaliżowana przez ten otępiający ból. I przede wszystkim – przez strach. Co jeśli ten wybuch zaraz się powtórzy? Co jeśli, kiedy tylko wychyli się ze swojej kryjówki, ktoś dokończy to co zaczął? Wallace zaczęła drżeć. – Cassie, jestem tutaj – jęknęła łamiącym się głosem. Mogła ją stracić, ale nie mogła jej stracić w taki sposób. – Cassie! - nawet nie miała pewności, czy Gardner jeszcze żyła. Potrzebowała jakiegokolwiek znaku życia. Po prostu... To nie mogło się potoczyć w ten sposób. Cass mogła dla nie istnieć, ale nie mogła nie żyć. Musiała gdzieś tam być... - Popatrz na mnie, Cassie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-11-03, 01:44   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Mimo upływu czasu, była wściekła na Matilde. Była na nią tak niemożliwie wściekła, bo... Bo chciała, by tak było. Potrzebowała tego - zrzucenia na kogoś winy za całe zło tego świata, za wszelkie niepowodzenia i potknięcia. W tym wszystkim chodziło właśnie o Wallace. To ona nie okazywała Cass wsparcia. To ona nie potrafiła jej pocieszyć, odpuścić, odnaleźć w sobie zrozumienia i troski. To ona wykreślała ludzi ze swojego życia, gdy tylko nie było tam dla nich miejsca. To ona traktowała ich jak ostatnie śmieci... A jednak to ona była też jej najlepszą przyjaciółką.
Na dobre i na złe, czyż nie? To dlatego wszystko tak bardzo bolało. Brak porozumienia, zawalanie sprawy, zerwanie kontaktów? Gardner była jednak zdecydowanie zbyt dumna, by coś z tym teraz zrobić. Wychodząc z założenia, iż zawsze to ona wyciągała rękę na zgodę, nie chciała próbować po raz kolejny. Wolała być wściekła, podtrzymując ten ogień złości tak, by nie zgasł i nie sprawił, że znowu zechce jakoś zbratać się z Tildą. Zresztą... Stara Tilly była już dawno martwa. Zastąpił ją jakiś nieczuły potwór - takie myślenie było najlepszą opcją.
Tylko... Dlaczego mimo wszystko Cass poczuła wewnętrzne ukłucie, gdy dostrzegła Wallace na ulicy. Nie chciała nic z tym zrobić. Nie planowała tego.
Gdyby tylko wiedziała...
Gdyby tylko znalazła czas na przemyślenie sytuacji, w jakiej się znalazły. Gdyby to wszystko, co robiła cholernie instynktownie, nie działo się tak szybko. Gdyby miała choć ułamek sekundy więcej, by zrozumieć, na co się zanosiło... Rzuciłaby się za Matilde. Być może wylądowałaby na niej i jej dziecku, być może uderzyłaby całym ciężarem ciała o pieprzony metalowy kontener, jaki zatrząsł się przeraźliwie na moment przed tym, jak fala uderzyła w Cassandrę, a całe ciało kobiety zapłonęło żywym ogniem... Nie miała nawet jak krzyknąć... Chociaż może... Może to właśnie robiła, nim uderzenie o pokruszony beton nie wytłoczyło całego powietrza z jej spękanych, zakrwawionych ust? Nie wiedziała... Nie wiedziała o niczym, co działo się z nią samą i dookoła niej. Zupełnie tak, jakby zawisła w próżni, tylko ta próżnia nie była już wyłącznie psychiczna. Nie czuła w niej pustki. Każdy, nawet najmniejszy kawałeczek jej ciała przepełniony był bólem, który zlewał się w jedno. Jedną wielką gorączkę - czerwoną i żarzącą się. Tak musiało wyglądać piekło...
Wtedy jednak złapała oddech.
Pierwszy i sprawiający, iż jej płuca i gardło, praktycznie całe jej ciało zatrzęsło się pod wpływem jeszcze gorszego bólu. Nie sądziła, że on istniał, że mogło być coś jeszcze gorszego od tego, co czuła przed chwilą. A jednak. Z trudem rozchylając ciężkie, jakby zlepione czymś powieki, spojrzała w niebo nad jej głową. Na budynki i łunę pożaru, na powybijane okna z resztkami szyb, jakby szczerzącymi się niczym ostre zęby. Na popiół, który spadał z zadziwiająco czystego nieba... Ktoś gdzieś krzyczał... Dopiero teraz to do niej dotarło. Czyjś wrzask, panika, dźwięki oddalających się kroków, jęki i odgłosy śmierci. A gdzieś w tym wszystkim... Ktoś ją wolał? A może po prostu tak bardzo tego chciała? Chciała nie być tu całkowicie sama...
Aaron? Mama?
Czy ktokolwiek by po nią przyszedł? Czekałby na nią? Kiedy to wszystko... To wszystko wreszcie by się skończyło... Niemożność złapania głębszego oddechu, lepka wilgoć wokół niej, opadające powieki, spod których sama nie wiedziała, w którym momencie zaczęły cieknąć łzy, jeszcze bardziej zaciskając jej gardło...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-03, 12:32   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


To nie mogło się dziać naprawdę. To wszystko przypominało jakiś kolejny chory i upierdliwy koszmar. Nie było innej opcji, prawda? Nie mogło być innej opcji. I nieważne jak bardzo Matilde szczypałaby swoją skórę, nieważne jak bardzo wypierałaby tą rzeczywistość, jej oczy wciąż spoglądały prosto w nieruszające się, osmolone i poranione ciało Cass. Wallace krzyczała, zdzierała sobie gardło, niemal wypluwała płuca, ale na dobrą sprawę nawet nie była pewna, czy jakiekolwiek dźwięki wydobywały się z jej ust. Miała przytępiony słuch, a w jej uszach wciąż tak niesamowicie boleśnie piszczało.
Chciała poderwać się z tej ziemi, chciała podejść do Gardner, chciała sprawdzić, czy ta jeszcze w ogóle żyła, ale jak do cholery miała to zrobić, kiedy poruszanie najmniejszym paluszkiem jej stopy sprawiało aż tak wielki problem? Wallace była całkowicie sparaliżowana. Sparaliżowana strachem, sparaliżowana bólem, sparaliżowana szokiem… Starała się nie spuszczać wzroku z ciała Gardner, jakby obawiając się, że kiedy to zrobi… ona po prostu całkowicie zniknie. Dlaczego Cass to zrobiła? Dlaczego Cass zrobiła coś takiego dla niej? Matilde nie potrafiła wyrzucić tego ze swoich myśli. Gdyby nie Cas… Gdyby nie Cass to teraz ona leżałaby w płomieniach, umierając w męczarniach. Matilde nie mogła znieść tego poświęcenia. Nie dawało jej to spokoju, przyprawiając ją o kolejne bóle w klatce piersiowej i boleśnie piekące oczy. Chciało jej się płakać, ale te zbawienne łzy wciąż nie nadchodziły. To ona powinna teraz umierać, nie Cassie… To powinna być ona.
Matilde całkowicie straciła poczucie czasu. To wszystko mogło dziać się zarówno w ułamkach sekund, jak i ciągnących się długich godzinach. Nie miała pojęcia, która opcja była prawdziwa, ale kiedy tylko zauważyła zamieszanie na ulicy, biegających w panice rannych… udało jej się zebrać w sobie na tyle, by powoli podnieść się do siadu. Momentalnie położyła dłoń a swoim brzuchu, chcąc się upewnić, że z Obcym było wszystko w porządku, ale… ale nie czuła go. Nie powinna panikować, wiedziała doskonale, że dzieciak był ruchliwy, ale niekoniecznie przez całą dobę, ale… nie czuła go. Tak bardzo potrzebowała go poczuć. Nie przeżyłaby, gdyby go straciła… Wallace zacisnęła usta w cienką linijkę, wykonując gigantyczny wysiłek, by przy pomocy kontenera stanąć na nogi… Nie było to proste, nie kiedy kolana tak mimowolnie się pod nią uginały. Nie była nawet pewna, czy to ona drżała, czy po prostu ziemia wciąż trzęsła się po niedawnym wybuchu. Wallace z trudnością stawiała kolejne kroczki, dosłownie modląc się w duchu, by jej dziecko dało jej jakikolwiek znak. Musiało to przeżyć, prawda? Przeżyło heroinę, przeżyło postrzał w płuco… Nie mogło teraz umrzeć. Matilde zdawała sobie sprawę, że powinna zostać na miejscu i czekać na pomoc, ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła zostawić Cassie samej. Ledwo trzymając się na nogach ruszyła w jej kierunku, co jakiś czas natrafiając stopą na jakieś części ciała. Zbierało jej się na wymioty, ale nie zamierzała się zatrzymywać. Nie, dopóki nie znalazła się przy ciele przyjaciółki i nie opadła bezwładnie na kolana.
– Och, Cassie – wycharczała, świdrując ją wzrokiem. Matilde położyła dłoń na jej włosach, by niedbale ją po nich pogłaskać. Nie chciała zadawać jej jeszcze większego bólu. –Nie jesteś sama. Jestem tu.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-11-03, 22:20   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Dawno, dawno temu, gdy była jeszcze młoda, naiwna i pełna ideałów, jakie z czasem całkowicie z niej wydarto, z nadzieją planowała swoją przyszłość. Marzyła o wielkich rzeczach. O robieniu tego, co kochała. O byciu kochaną i kochaniu tych, którzy na to zasługiwali. O wielkiej miłości, prawdziwej rodzinie we własnoręcznie stworzonym domu - czymś, co byłoby szczęśliwe i stabilne, pozbawione trosk codziennego życia.
W książkach, jakie ojciec czytał jej na dobranoc, wielokrotnie przewijał się dokładnie ten sam motyw... Motyw spełnionych snów. Dobro zawsze wygrywało, a zło musiało się poddać. Nawet najgorsi złoczyńcy ostatecznie uświadamiali sobie własne błędy, rezygnując z mrocznych planów, aby wszyscy mogli żyć długo i szczęśliwie.
Czy to nie było ironiczne? W świecie, w którym działo się tyle złego, dorośli nadal karmili dzieci bujdami wyssanymi z palca, całkowitymi mrzonkami. Gdy zaś te dorastały... Wszystko przestawało być tak piękne i proste. Sprawiedliwość praktycznie nigdy nie triumfowała, a walka o szczęście była trudna i zbyteczna. Ostatecznie wszyscy kończyli dokładnie tak samo - ziemia nie wybrzydzała, śmierć nie dyskryminowała. Jedyną możliwością były próby odwlekania niemożliwego, jednak i one miały swoją cenę. W końcu można było umrzeć nie tylko fizycznie...
Psychicznie Cassandra już dawno była martwa...
A jednak nie chciała odchodzić. Leżąc tak na ziemi i powoli uświadamiając sobie, co się działo, czuła łomotanie własnego serca. Pośród tego całego bólu pojawił się także strach, pojawiło się przerażenie. To nie miało wyglądać w ten sposób. Nawet jeśli nie cieszyła się życiem, nie chciała umierać. Nie tutaj. Nie w taki sposób. Nie całkowicie sama. Przecież tyle razy udawało jej się wyjść cało nawet z najgorszych opresji. Mogło tak być jeszcze raz.
Prawda?
Prawda?
Swąd zwęglonych ciał nagle dosłownie uderzył w jej poranione nozdrza, a huk w uszach sprawił, iż miała ochotę wyrwać je sobie kawałek po kawałku. Nieustannie cieknące łzy sprawiały, że świat zamazywał jej się przed oczami, jednak nadal była w stanie dostrzec krystalicznie czyste niebo nad głową. Piękne i lodowato zimne... Jej było zimno... Nawet mimo gorąca, czuła lodowaty dreszcz, jaki raz po raz przechodził przez jej płonące bólem, drętwiejące ciało. Usiłowała podnieść się w górę, poruszyć nogą, ale... Nie mogła. Nie potrafiła...
Palce jednej z jej dłoni zacisnęły się na czymś - na kawałku śliskiego materiału, czuła to - a ich ruch sprawił, iż z ust Cassandry wydobył się niemy wrzask bólu. Mimo to, nie puściła. Czuła, że nie powinna tego zrobić, mając wrażenie, że - mimo trawiącego ją ognia - ten dotyk przynosił jej ulgę. A przecież całkowicie go sobie uroiła… Uroiła sobie wszystkie słowa, jakie docierały do niej niczym zza grubej kurtyny. Uroiła sobie niewyraźną postać nachylającą się nad nią… Bo po prostu tego potrzebowała. Nie chciała umierać, ale jeszcze bardziej nie chciała być tu sama.
Jej wargi poruszyły się, choć nie towarzyszył temu nawet najmniejszy dźwięk. Dotykając rękawa Matilde, tym razem naprawdę błagała. Nie chciała umierać. Nie była dobrym człowiekiem, ale nie chciała umierać… Potrzebowała tylko drugiej szansy, starając się wypowiedzieć te słowa, nawet jeśli Wallace tak naprawdę tu nie było.
Charcząc przeraźliwie, zaczęła dławić się własną krwią...
Aaron... Mamo... Matilde...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-04, 16:15   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Nie bój się – wyszeptała, po raz kolejny czule przesuwając dłonią po włosach przyjaciółki. Patrzenie na nią, kiedy była w tym stanie, bolało. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Wallace nawet nie spodziewała się, że to wszystko będzie aż tak bolało. Przecież między nimi sprawy były już skończone. Przecież ich przyjaźń dobiegła końca. Przecież obie tak niesamowicie dobrze udawały, że ta druga nigdy nawet nie istniała. Teraz natomiast… teraz, kiedy Matilde obserwowała tą cierpiącą, umierającą twarz Gardner… to przestało mieć znaczenie. Wciąż czuła do niej żal, wciąż miała jej tak niesamowicie dużo do zarzucenia, ale przecież… to była Cassie. Cassie, z którą znała się najdłużej ze wszystkich swoich obecnych, żyjących znajomych. Cassie, z którą przeszła tak niesamowicie dużo. Cassie, która zawsze gdzieś tam była. A teraz… teraz życie rzucało im pod nogi kolejną kłodę. Tym razem jednak, miała to być kłoda nie do przeskoczenia.
Czując jak dłoń Cass zaciska się na rękawie jej kurtki, Matilde poczuła jak jakiś niewidzialny węzeł zaciska się na jej żołądku. Choć teoretycznie powinien to być dobry znak – kontaktu, świadomości tego, że nie była sama – to Matilde wcale nie czuła żadnej radości. Ba, wręcz przeciwnie. Rozpaczliwie poruszające się wargi Cass, ten desperacki chwyt i płynące z oczu łzy… Wallace wiedziała. Wiedziała, że Cassie błagała ją o pomoc. O szansę. O drugie życie. Przecież miała wszystkie potrzebne narzędzia, prawda? Wystarczyło złapać ją za rękę i użyć swojej mocy. Nie musiała jej całkowicie wyleczyć, nie. Wystarczyło ją tylko podleczyć. Na tyle, by przeżyła do wizyty w szpitalu. To nie było nic czego, by wcześniej nie robiła. A jednak… a jednak nie mogła tego zrobić. Była w ciąży, jej dziecko nie dawało żadnego znaku życia, a to… to mogło je zabić. Matilde nie mogła podjąć takiego ryzyka. Nigdy, by sobie tego nie wybaczyła. Już teraz nie wiedziała, czy z Obcym było wszystko w porządku.
Brunetka na moment przymknęła oczy, czując jak robi jej się słabo. Jak niby miała przekazać swojej umierającej przyjaciółce, że jej nie wyleczy? Jak miała jej przekazać, że w zasadzie nie ma zamiaru nic z tym wszystkim robić? Jak miała jej przekazać, że musi pozwolić jej odejść? Wallace poczuła jak jej serce zaczyna niezdrowo przyspieszać. Musiała się ogarnąć. Wdech, wydech. Nie mogła pozwolić, by jej panika wpłynęła na Obcego, ani tym bardziej na Cass. Matilde powoli otworzyła oczy, by nachylić się nad twarzą krztuszącej się krwią koleżanki i pokręcić przepraszająco głową. Nawet nie zauważyła, kiedy z jej oczu popłynęły te tak długo wyczekiwane łzy. – Przepraszam, Cassie… Ale muszę teraz myśleć o dziecku.– wiele razy odmawiała komuś potrzebującemu, ale nigdy wcześniej nie było to aż tak ciężkie jak teraz. Jak niby miała dalej żyć z tą świadomością? Cass nie powinna jej ratować. Powinna pozwolić jej umrzeć. Matilde nie zasługiwała na takie poświęcenie. Nie, kiedy teraz musiała wbić jej nóż prosto w serce. Dziewczyna pociągnęła nosem, odgarniając łzy z twarzy, po czym schyliła się, by pocałować Cass w czoło. – Za niedługo będzie po wszystkim – obiecała. Bo przecież zaraz faktycznie miało być po wszystkim... po bólu, po strachu, po Cassandrze. Nie mogła jej wyleczyć, ale mogła coś zrobić. Matilde powoli spuściła wzrok na przepasaną przez ramię torebkę…
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-11-04, 23:04   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Nie wiedziała już, co działo się naprawdę, a co było tylko halucynacją. Prawdziwe obrazy mieszały jej się ze złudzeniami, zaś Cass - niczym w najgorszym z koszmarów - nie była w stanie oddzielić ich od siebie. Była pewna wyłącznie jednego... Działo się z nią coś niesamowicie złego, czuła to... Tym razem nie chodziło o sen, tym razem nie sprawiła tego jej własna moc. Ona... Naprawdę nie mogła oddychać, krztusząc się i dławiąc, kiedy tuż obok niej krzyczeli ludzie, a nad nią... Nad nią znajdowało się niebo. Ciężkie i mroczne.
Zmierzchało? Nadchodziła noc?
Czarne, jakby atramentowe plamy zaczynały zatrważająco szybko ogarniać jej pole widzenia. Już nie były tylko rozmazaniami, teraz mieszały się z czerwienią i tymi małymi, skrzącymi punkcikami. Ciemność skradała się ku niej, dostrzegała ją w kącikach oczu... Jak miała się nie bać? Dygotała, nawet jeśli jej ciało już wcześniej ogarniały znacznie silniejsze drgawki.
Zaplanowała sobie całe życie. Wymyśliła plan, który miał się powieść, a kiedy runął... Mimo wszystko, nigdy nie pomyślała o tym, by umrzeć, by tak po prostu się poddać. Nawet w najgorszych chwilach, kiedy topiła smutki w alkoholu i poszukiwała zapomnienia w niezliczonych tabletkach czy proszkach, nie chciała podjąć tego ostatecznego kroku... Bo gdzieś tam, gdzieś tam naprawdę głęboko... Chciała żyć. Miała nadzieję na pozbieranie się, naprawienie wyrządzonych krzywd, próbę zaczęcia wszystkiego od nowa. Nie sądziła, że to zostanie jej odebrane.
Ironiczne, nieprawdaż? W rzeczywistości, w której takie rzeczy były praktycznie na porządku dziennym, czuła się jednocześnie tak krucha, doświadczona wszystkimi tymi śmierciami, ale też na swój sposób nieśmiertelna. Odchodzenie jej nie dotyczyło. Tyle razy otarła się o śmierć, wychodząc z tego praktycznie bez szwanku. Tyle razy w ostatniej chwili ktoś ocalił jej życie...
Matilde...
Przecież tu była. Musiała tu być, bo jak przez mgłę pamiętała, że to o nią przecież chodziło. Pamiętała, że pchnęła ją z dala od tego piekła. A teraz były tu razem. Ten cichy głos nie mógł być złudzeniem. Tym razem także mogło nie być za późno. Nawet jeśli się pokłóciły, nawet jeśli wyglądało tak, jakby się nienawidziły... Cassandra wciąż na swój sposób kochała Wallace. Mimo dramatów i braku zrozumienia, gdzieś tam nadal były jak siostry. Takiej więzi nie zrywało się z dnia na dzień. Ba, nie zrywało się jej nawet miesiącami.
To właśnie dlatego uwierzyła, iż Tilly jej pomoże. Nawet w obliczu wiedzy o tym, jak Tilda podchodziła do własnej mocy, takie sytuacje były czymś całkowicie innym. W końcu słyszała o tym, co jej najlepsza przyjaciółka zrobiła dla mężczyzny Colleen... Ocaliła go, ją też mogła. I nawet jeśli musiała ją o to błagać, zamierzała to zrobić. Desperacko ściskała palcami rękaw Wallace, być może nie widząc jej twarzy, ale i tak próbując wyszeptać te słowa. Nawet wtedy, kiedy zaczęło do niej dochodzić to, co chciała jej przekazać kobieta.
Zamierzała dać jej umrzeć...
Podrywając ciało w ostatnim porywie sił, Gardner uniosła głowę tak, aby móc napotkać wzrok Matilde, po czym jeszcze gwałtowniej opadła na ziemię - całkowicie pozbawiona sił do tego, aby poruszyć chociaż jednym palcem.
Naprawdę chciała, by to było tylko złudzeniem. Wolałaby, by Tildy tu nie było. Wolałaby, by w głębi duszy nie wiedziała, iż ta postawiła na niej krzyżyk. Po tym wszystkim, co przeszły razem, Tilly ją pozostawiała. Ale... W końcu nie musiała jej pomagać, czyż nie? Cassandra nie wiedziała już nawet, co tak właściwie czuła, dochodząc do tego wniosku. Choć powinna rozpaczać, z jej gardła wyrwał się desperacki, gulgoczący śmiech. Nigdy nie sądziła, że jedna z najważniejszych osób w jej życiu postanowi pozostawić ją na śmierć, nawet nie próbując jej pomóc.
I wolała zamknąć oczy... Po prostu dać powiekom opaść i czekać, bo co więcej mogła zrobić?
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-06, 10:58   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nigdy w całym swoim życiu Matilde nie spodziewała się, że przyjdzie jej dokonać takiego wyboru. Nieważne jakie sprawiała wrażenie, postawienie krzyżyka na życiu Cassandry, wcale nie przychodziło jej z łatwością. Ale nie mogła jej wyleczyć. Nie mogła jej pomóc. Nie mogła wybrać jej życia ponad życie własnego dziecka. Musiała zachować się słusznie, a to co właśnie robiła w tym momencie było jedynym słusznym wyjściem.
Cass nigdy nie powinna jej odpychać. Nigdy nie powinna jej ratować. To był prawdopodobnie największy błąd jaki Gardner popełniła w całej swojej egzystencji. Liczyła na nią. Poświęciła się, w zamian błagając o pomoc. A Wallace… Wallace nie zamierzała odwzajemnić tego poświęcenia. Nie zamierzała się poświęcać. Jedyne co właściwie miała zrobić to wbić jej nóż prosto w serce i zawieść w najbardziej parszywy możliwy sposób. Ten gulgoczący śmiech właściwie wyrażał więcej niż tysiąc słów. I chociaż decyzja została przecież podjęta, Matilde wciąż mogła się wycofać, prawda? Wciąż mogła zrobić to o co błagała ją ściskająca dłoń Cass. Ale nieważne ile razy Wallace stanęłaby przed tym wyborem… koniec zawsze miał być taki sam. Życie bez Cass miało być ciężkie. Ale nie cięższe niż życie bez Obcego. Zapomni o Gardner. Ruszy dalej… Wallace poczuła jak po jej policzkach spływają kolejne łzy.
– Tak bardzo cię przepraszam – wyrzuciła przez ściśnięte gardło, po raz kolejny muskając ustami czoło Cass. Matilde czuła się z tym wszystkim tak paskudnie. Chyba nigdy wcześniej nie spotkała się z tak silnym poczuciem winy. Nie powinna rozpaczać. Nie zasługiwała na to. Nie, kiedy sama doprowadzała do takiej sytuacji. Wallace z niesamowitym trudem podniosła się z klęczków, by stanąć na proste nogi. Świat wciąż wirował jej przed oczami. Czy to możliwe, że w wyniku uderzenia dostała wstrząsu mózgu? To jednak nie było ważne w tym momencie. Matilde wytarła wierzchem dłoni swoje oczy, po czym drżącymi rękoma sięgnęła do torebki, by wyciągnąć z niej rewolwer.
Mimo, że nie zamierzała leczyć Cass, to przynajmniej mogła pomóc jej ulżyć w cierpieniu. Zakończyć to co wyglądało na istną mękę. Matilde chyba jeszcze nigdy wcześniej nienawidziła siebie tak bardzo jak w tym konkretnym momencie. Nie mogła jednak podchodzić do tego zbyt emocjonalnie. Musiała to zrobić dla Cass. Brunetka przełknęła cicho ślinę, skupiając swój umysł na tych wszystkich lekcjach, które udzielił jej Hopper. Musiała się spróbować jakoś odciąć od tego wszystkiego. Wallace stanęła w lekkim rozkroku, odbezpieczając magazynek, po czym chwyciła broń w obie ręce i z wyprostowaną ręką wymierzyła broń w głowę Cass. Musiała to zrobić szybko. Nie mogła zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Całe szczęście było wystarczające zamieszanie na ulicy. Miała trochę czasu. Tylko cholera, czemu to było AŻ TAK CHOLERNIE TRUDNE?! Dolna warga Wallace zadrżała, ale dziewczyna szybko wzięła głęboki oddech, uspakajając się na tyle, by następnie wraz z wydechem pociągnąć za spust i posłać kulę prosto w głowę Gardner.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-11-07, 16:00   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Zabawne, że tak często Fowler musiał pojawiać się w miejscach, których nie powinno go być. Zupełnie jakby kłopoty go uwielbiały, jakby wręcz za nim chodziły.
Tak było też tego dnia. Miał parę spraw do załatwienia w okolicy - w końcu dopiero wrócił do żywych, było kilka osób, które powinny się o tym dowiedzieć. Miał parę długów, ale też parę przysług do odebrania w Seattle - dlatego nie udał się od razu do Olympii.
Wracał właśnie od pewnego człowieka z którym właściwie wolałby uniknąć kontaktu, o czym świadczyła strużka krwi na brodzie, oraz rozwalony łuk brwiowy. No cóż, tak czasem bywało - tamten wyglądał znacznie gorzej.
No, ale może przejdźmy do sedna. Fowler zmierzał do samochodu zaparkowanego nieopodal z papierosem w dłoni. Na jego twarzy standardowo gościł delikatny uśmiech - być może zbyt arogancki, pewny siebie.
Najpierw usłyszał huk, podłoże zadrżało pod jego stopami. Odruchowo jego dłonie znalazły się przy pasie - prawa przy broni, lewa natomiast przy nożu. Odwrócił się za siebie i ujrzał płomienie. Mimo tego, że znajdował się parę - a może nawet kilka więcej niż parę przecznic od wybuchu do jego nosa szybko dotarł dym nieprzyjemnie podrażniając jego drogi oddechowe.
Dlaczego w ogóle postanowił w to ingerować? Przecież miał się, kurwa, nie mieszać w takie sprawy.
Niestety... Chyba nie potrafił odpuścić. Coś mu podpowiadało, że powinien się tam znaleźć, dlatego dość szybko podjął decyzję. Rozsunął kurtkę i jednym szybkim ruchem oderwał dość spory kawał materiału ze swojej koszulki, zasłonił nim sobie twarz i wręcz biegiem puścił się w kierunku źródła wybuchu.

Stosunkowo szybko znalazł się na miejscu, ale nigdy nie pomyślałby, że napotka tam znajome mu osoby. Mimo dymu, mimo panującego tu chaosu poznał ją. Matilde Wallace - kobieta dzięki której żył, być może właśnie dlatego od razu wiedział, że to ona.
Sytuacja w której wyżej wspomniana dziewczyna aktualnie się znajdowała...
Kojarzył tą drugą, wiedział, że była w bractwie. I wiedział również co za chwilę nastąpi, gdy tylko ujrzał ciemny przedmiot o tak znajomym kształcie w dłoni Wallace.
To... Cholera, przeżył to samo. Również był zmuszony strzelić w głowę swojemu przyjacielowi, wiedział doskonale jakie jest to trudne i gdyby mógł zrobiłby to za nią, ale...
To musiała być ona. Fowler niestety nie miał do tego prawa.
Miał za to prawo do wydostania jej z tego syfu, zabrania jej w bezpieczne miejsce. Była mutantem - tak samo jak i on. Za chwilę zjadą się tutaj psy, GC, oraz wszyscy inni, którzy z radością zabiorą ich za sobą. Dlatego nie mógł jej pozwolić na rozpaczanie.
Pokonał dzielący ich dystans i położył jej dłoń na ramieniu.
- Dasz radę iść? - spytał krótko, po czym podał jej kawałek materiału, którym jeszcze przez sekundą sam zakrywał twarz. On da sobie radę, wytrzyma, teraz ważniejsza była ona, poza tym...
Jeśli Fowler się nie mylił, to jej brzuch trochę urósł. Oby to było od jedzenia - jeśli nie, to mają mniej czasu niż myślał.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-11-07, 21:53   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Pomimo wszelkich problemów, jakie tkwiły między nimi, nigdy nie przewidziałaby, że Tilda postanowi zrobić jej coś takiego. Mimo wszystko... Ufała jej, nawet jeśli od dłuższego czasu pokazywała i deklarowała coś całkowicie przeciwnego. Gdzieś tam głęboko w sercu, nawet w tak paskudnym momencie, miała nadzieję, iż ich wspólna - bądź co bądź, naprawdę bliska i na swój sposób dobra - przeszłość cokolwiek znaczy dla Wallace. Dlatego instynktownie postanowiła odepchnąć ją na bok... Bo jej zależało.
I nawet jeśli czuła się zirytowana tym wszystkim, co działo się wokół nowej rodziny Tilly, gdzieś tam chciała znowu być jej częścią. Starała się to ignorować, zapomnieć o tym, całkowicie przykryć to innymi myślami, ale wściekłości nie dało się przecież podtrzymywać przez całą wieczność. Kiedyś musiała wygasnąć, zwłaszcza ta podtrzymywana wyłącznie dla zasady - po to, by nie czuć się ze sobą jeszcze gorzej.
Chciała zobaczyć, jak wygląda ten cały Obcy, o którym usłyszała jako jedna z pierwszych osób. Chciała widzieć rozwój Bractwa, przemijanie wojny między mutantami a ludźmi, nadejście jakiejś nowej nadziei dla tego świata, to wszystko, co będzie później... Ale później nie miało już nadejść. Nie dla niej. Nieważne, jak bardzo pragnęła, by było inaczej. A przeprosiny? Przeprosiny bolały... Bardziej niż to, co pozostało z jej organów. Bardziej niż łapanie każdego kolejnego oddechu. Bardziej niż wszystko.
To był koniec...
Nigdy nie sądziła, że nadejdzie tak szybko...

[RIP] </3
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-08, 10:24   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Matilde nigdy się nie spodziewała, że to wszystko skończy się w ten sposób. Wpatrywała się żałośnie w powiększającą się, wypływającą z głowy Cass, kałużę krwi i nie była w stanie się stąd ruszyć. Przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że musi stąd uciekać. Zaraz zjawią się tu gliny, psy, GC czy inne świństwo. Kiedy tylko zobaczą, że trzyma pistolet w ręku to wezmą ją za zamachowca i w najlepszym wypadku po prostu zabiją. Powinna go z powrotem schować do torebki. Powinna zrobić cokolwiek.
Nie potrafiła.
Zabiła człowieka. Po raz pierwszy w całym życiu zabiła człowieka. Odebrała komuś życie. Pozbawiła kogoś przyszłości. Zdecydowała się namieszać we wcześniej ustalonym porządku wszechświata i miała za to ponieść konsekwencje. W całym swoim życiu wielokrotnie odmawiała komuś leczenia, przyczyniając się do naprawdę paskudnych skutków. Ale przecież jeszcze nigdy tak po prostu nie pociągnęła za spust, wbijając komuś nóż prosto w serce. A teraz to zrobiła.
Tyle, że to nie był tak po prostu ktoś, prawda? To była jej najlepsza przyjaciółka. To była Cassie. Cassie, którą poświęciła dla dobra własnego dziecka, a teraz nawet nie potrafiła zrobić pierdolonego kroku, by dokończyć to co zaczęła. Wallace nie rozpaczała. Była w zbyt wielkim szoku, by wykrzesać się na łzy, na bezwładne rzucanie się na martwe ciało Cass. Po prostu jak ta jebana idiotka stała ciągle w tym samym miejscu, czekając na… Na coś.
Kiedy poczuła dłoń na swoim ramieniu, pomyślała, że to koniec. Poczuła bolesny ścisk w żołądku, przeklinając w myślach to jak bardzo nieporadną idiotką była. Zniszczyła wszystko. Złapali ją. Złapali, a teraz dowiedzą się, że jest mutantką, wsadzą ją do więzienia, wykonają publiczną egzekucję, czy cokolwiek, co robili z ludźmi takimi jak ona. Ale ten głos, to pytanie… Przerażona, wręcz umierająca ze strachu i stresu Wallace, przekręciła powoli głowę w kierunku mężczyzny, czując jak gigantyczny kamień spada z jej serca. To nie było DOGS, to nie było GC, to była przyjazna osoba. Oszołomiona Matilde lekko skinęła głową, chowając szybko pistolet do swojej torebki i mając zamiar zasłonić sobie usta materiałem otrzymanym od Dale’a, kiedy nagle poczuła jak pod nią robi się dziwnie mokro. Nie musiała nawet spuszczać wzroku, by wiedzieć co się właśnie stało.
– Musisz mnie zabrać w bezpieczne miejsce – wyrzuciła z siebie błagalnym tonem głosu. Nie mogła trafić do szpitala. Nie, kiedy Will o niczym nie wiedział i kiedy nie mógł jej w niczym pomóc. To co się działo nie powinno wydarzyć się jeszcze przez najbliższy miesiąc. Powinna teraz panikować. Ba! Chciała teraz panikować. Ale nie mogła. Musiała stąd uciekać, musiała znaleźć się w bezpiecznym miejscu, by móc zadzwonić po Hoppera. – Błagam – nie mieli czasu. Nie mieli praktycznie w ogóle czasu. W najbardziej optymistycznym scenariuszu miała urodzić za kilka godzin. Ale to nie były normalne okoliczności. Była zestresowana, przerażona, poobijana i kręciło jej się w głowie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-11-08, 16:51   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Fowler również nie spodziewał się, że to wszystko się wydarzy. Chociaż patrząc na jego tryb życia - może to był błąd? Może powinien zawsze być przygotowany na tego typu wydarzenia? Zastanawiam się tylko czy to w ogóle jest możliwe. Przecież żaden człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego... No cóż, jest jak jest - mógł tylko podnieść głowę i stawić czoła tej trudnej sytuacji.
Przez moment wpatrywał się w leżącą na betonie Cassandre. Po raz kolejny poczuł się jak za starych lat - sam był zmuszony do okazania tej łaski kilku żołnierzom i doskonale wiedział co to znaczy. Wiedział jak ciężka musi być dla Matilde świadomość pozostawienia przyjaciółki martwej na środku ulicy jak jakiegoś zwykłego śmiecia. Nie mieli nawet możliwości, by zabrać jej ciało i urządzić jej godny pochówek...
Jasne - przez chwilę zastanowił się nad tym dlaczego właściwie jej nie wyleczyła, przecież doskonale wiedział, że to potrafi, ale... Postanowił jej zaufać. Widocznie miała ku temu powód, a teraz z pewnością nie było czasu na to by nad tym myśleć.
Zanim ruszą Dale postanowił jednak jej coś uświadomić. Przykucnął przy niej na chwilę i ujął w dłonie jej twarz zwracając ją w swoim kierunku.
- Spójrz na mnie. Nie zostawię Cię, wyciągnę nas stąd. Potrzebuje tylko, żebyś mi zaufała. - powiedział dość stanowczo, po czym zabrał dłonie z jej policzków i podniósł się. Złapał ją pod ramię i podniósł do góry pozwalając jej oprzeć się na swojej ręce - jeśli oczywiście tego potrzebowała. Wolną dłoń ulokował w pobliżu pistoletu - wolał mieć broń w pogotowiu, z pewnością całkiem niedługo zjawią się tutaj nieproszeni goście.
Ruszył wraz z dziewczyną w kierunku swojego samochodu - nawet jeśli niekoniecznie z niego skorzystają zawsze lepiej mieć go w pobliżu. Na chwilę obecną najważniejsze było oddalenie się z tego miejsca - potem będą myśleć co dalej.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-11-08, 22:18   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Matilde kompletnie nie spodziewała się tego po Dale’u. Przecież się nie przyjaźnili. Ba, właściwie ledwo się znali. Jasne, uratowała mu kiedyś życie, ale obecna sytuacja była równie ryzykowna. Nie musiał jej pomagać. Nie musiał robić tego wszystkiego, co właściwie teraz robił. A mimo to, był tutaj. Próbował ją uspokoić. Kiedy tylko mężczyzna zmusił ją do spojrzenia sobie w oczy, Wallace nie zamierzała z tym walczyć. Była za bardzo przerażona, za bardzo zdeterminowana, by się stąd wyrwać. Wbiła więc swoje zaszklone spojrzenie w jego twarz i lekko skinęła głową.
– Ufam ci – wyrzuciła z siebie, właściwie nawet się nie wahając. Być może było to niesamowicie głupie z jej strony, ale w tym momencie nie miała innego wyjścia. Nie chciała tu zostać sama. Nie mogła tu zostać całkiem sama, a on… Spotkanie Dale’a było niczym prezent od losu. Matilde odwróciła wzrok. Pewnie, gdyby nie on… nie udałoby jej się ogarnąć. Nie miałaby żadnej szansy na przeżycie. Bez żadnego gadania pozwoliła mu sobie pomóc. Stanęła na własnych nogach, opierając się na ręce Dale’a, a potem zaczęła stawiać powolne kroki. Nogi wciąż miała jak z waty, obraz wciąż jej się rozmywał przed oczami. Ale to nie miało znaczenia. Wystarczyło tylko się stąd usunąć. Wystarczyło znaleźć bezpieczne miejsce i wszystko miało być… dobrze. Wallace przełknęła ślinę na samą myśl o tym kłamstwie. Miało być dobrze? Niby jak? Nie miała pojęcia co się działo z jej dzieckiem. Nie wiedziała, czy było zdrowe. Ba! Nie wiedziała, czy w ogóle żyło. A teraz… rodziła. O miesiąc za szybko. Pozbawiona profesjonalnej opieki. Jeśli coś było nie tak, nawet nie miała się o tym dowiedzieć. To ją dobijało.
– Nie możemy wzbudzać podejrzeń – odezwała się, odsłaniając materiał ze swoich ust. Musiała teraz myśleć. Skoro nie było tutaj Willa, musiała zacząć myśleć tak jak on. To było niesamowicie trudne. Rany, tak bardzo chciała go mieć teraz przy sobie. Matilde przekrzywiła głowę w kierunku mężczyzny. – Jeśli ktokolwiek się zorientuje, będzie chciał mnie wepchnąć do szpitala, a nie mogę.. tam trafić – dodała, kładąc nacisk na wymawiane słowa. Wallace właściwie nawet nie wiedziała gdzie zmierzali. Ale ufała mu. Tak jak ją o to poprosił.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6