Poprzedni temat «» Następny temat
Biuro
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2019-01-17, 17:48   Biuro



[Profil]
 
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-17, 19:18   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


10 grudnia

Nie robiła tego z dobroci serca. W zasadzie miała kompletnie gdzieś tą całą rebelię. Niby nie powinna, prawda? A przynajmniej nie od kiedy Hopper zaczął się z nimi układać, ale w zasadzie nie czuła się jak ktoś, kto przynależał do Bractwa Mutantów. Wolała o sobie myśleć bardziej jak o wolnym strzelcu i dokładnie w takiej postaci się tutaj pojawiła. Bez zdradzania tożsamości, bez wyjawiania o sobie jakichkolwiek informacji. Była niczym duch, który niósł pomoc, nie? A girl has no name – tyle w temacie. Wallace nie oponowała, kiedy postanowili ją przeszukać. Nie miała nawet czego ukrywać. Przyszła tutaj kompletnie bez żadnego zabezpieczenia, zdradzając miejsce swojego pobytu tylko jednej osobie – Fay. Być może i stawiała wszystko na jednej karcie, być może postępowała naprawdę głupio, ale to wszystko było tego warte. I z jakiegoś powodu była wobec tego wszystkiego optymistycznie nastawiona. Chociaż może to nie do końca było trafnym określeniem. Ale po prostu była niesamowicie pewna tego co właśnie robiła. Nie wyobrażała sobie, by coś naprawdę mogło pójść nie tak. To była za wysoka stawka, czyż nie?
Nie wiedziała ile minęło czasu, kiedy wreszcie wpuszczono ją do gabinetu Delgado. Przez odgrywanie w głowie różnych scenariuszy, próby ustalenia co dokładnie powinna powiedzieć, jakoś całkowicie straciła rachubę czasu. A teraz… teraz ta po prostu usiadła naprzeciwko tego cholernie niebezpiecznego mężczyzny i wbijała wzrok w jego tęczówki.
– Słyszałam, że macie pewne problemy – zaczęła, darując sobie jakieś przedstawianie się. Przecież a girl has no name, nie? Kąciki ust Wallace lekko drgnęły. – I tak się składa, że jestem w posiadaniu czegoś, co może wam pomóc – dokończyła po kilkusekundowym zawieszeniu, w żadnym stopniu nie zmieniając swojego obojętnego i niewzruszonego tonu głosu.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2019-01-21, 10:26   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Nie mogłem powiedzieć, że nie mam rąk pełnych roboty. Nie tylko ta choroba zbierała swoje żniwo, zarówno wśród chorych, jak i odpornych. Nie tylko ginęli ludzie i mutanci. Robiło się... Coraz mniej przyjemnie. W niczym nie pomagało też napięcie rosnące między mną, a Gardnerem - już od momentu śmierci jego córki. Sytuacja robiła się coraz bardziej skomplikowana a próby załagodzenia jej potrzebowały czasu. Wiele czasu...
Nie byłem przez to zbyt optymistycznie nastawiony względem tej "okazji nie do stracenia". Tym bardziej, biorąc pod uwagę fakt, że nie wiedziałem o co dokładnie chodzi.
A ja - nie lubię być niedoinformowany.
Ostatecznie jednak zgodziłem się na spotkanie z tym tajemniczym posłańcem, którym okazała się... Ta filigranowa kobietka?
Przysunąłem swój fotel nieco bliżej biurka, odsuwając wszelkie papiery i dokumenty gdzieś na bok, a swoje łokcie opierając o blat i splatając moje dłonie na wysokości własnej brody.
- A kto ich nie ma? - Odpowiedziałem, raczej beznamiętnie. Imponowała mi postawa tej nieznajomej. W końcu - przyszła tu sama, bez broni i nie bała się wypowiedzieć słów, które niejednemu by pewnie stanęły w gardle. - Powiadasz? W takim razie zamieniam się w słuch. I bez podchodów, droga panno Singer. Ani ja, ani Ty nie mamy czasu na takie zabawy, jak sądzę. - Wyrzuciłem z siebie po chwili, dokładnie lustrując brunetkę wzrokiem. Miałem świadomość, że nie przedstawiła się swoimi prawdziwymi danymi - na litość boską, nikt rozważny w tym świecie tego nie robił. W pewnym sensie jednak... Byłem gotowy zaufać tej młodziutkiej Murphy, szczególnie, gdy grunt palił nam się pod nogami...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-21, 11:10   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Słysząc wydobywające się z ust mężczyzny słowa, lewy kącik ust Wallace lekko powędrował ku górze. Nie, nie zamierzała się bać wilka. Być może i był zdolny do okropnych rzeczy, miał kasę i wpływy, ale lubiła myśleć, że w tym momencie byli całkowicie równi. A może nawet, co nieśmiało przebijało się przez jej myśli, w jakimś naprawdę drobnym stopniu była odrobinę wyżej.
– Mam lekarstwo – powiedziała bez ogródek. Nie, nie mieli czasu. Oboje nie mieli czasu, ale zdawała sobie sprawę, że musi to jakoś rozwinąć. Nie obwieszczało się tego typu rzeczy bez żadnych wyjaśnień. Zaraz pojawiłyby się pytania, na które – jak sam słusznie zauważył – nie było tutaj miejsca. Wallace sięgnęła do kieszeni kurtki po pendrive.
– Nie wzięłam go ze sobą przez czystą ostrożność – i tutaj zrobiła sekundową pauzę, dość jasno dając mu do zrozumienia, że to co robiła wcale nie miało dobroczynnego charakteru. Właśnie robili interesy, nie? Matilde położyła pendrive na biurku, przesuwając go w stronę Marcosa. – Na pendrivie jest zdjęcie tego cuda i ocenzurowane fotografie formuły, na podstawie której się go sporządza. Potrzeba do tego krwi odpornego, ale wszystko jest dokładnie opisane w dokumentach – Wallace wzruszyła lekko ramionami, świdrując mężczyznę wzrokiem. Był zainteresowany, to było najważniejsze. Potrzebowała krótkiej chwili, by poukładać sobie w głowie co jeszcze zamierzała powiedzieć. Nigdy nie była dobrą dyplomatką i wolała załatwiać sprawy prosto z mostu, przy użyciu jak największej ilości sarkazmu i przekleństw. Ale nie tym razem. Tym razem musiała się naprawdę postarać.
– Lek pochodzi prosto ze szpitala, czego dowodem będą pieczątki. I nie jest istotne jak go zdobyłam. Przychodzę tu w interesach i nie mam zamiaru, pana okłamywać. Nie jestem na tyle głupia, by narażać się tak wpływowym ludziom. W każdym razie ma pan moje słowo, że jest skuteczny – Matilde przesunęła koniuszkiem języka po dolnej wardze, po czym nachyliła się w kierunku biurka. Teraz czas na drugą część, nie? Był gangsterem, miał doświadczenie i doskonale zdawał sobie sprawę, że chciała czegoś w zamian. Czegoś bardzo istotnego.
– Słyszałam, że pracowaliście z mutantką lekarką, więc zakładam, że musicie mieć plecy. – nie wiedziała, czy przywoływanie tego typu informacji było bezpieczne, ale niech ją. – To czego chcę w zamian jest bardzo proste. Ktoś, kto jest mi bardzo bliski potrzebuje operacji. Operacji czaszki, ściślej mówiąc. – nie chciała się aż tak odsłaniać, ale nie było innego wyjścia. Musieli grać w otwarte karty, bez owijania w bawełnę. I właśnie to robiła. – Ze względu na naszą… przypadłość nie mamy możliwości zgłoszenia się do szpitala, dlatego moja propozycja jest taka. Ja wam dam lek i recepturę w zamian za zaufanego neurochirurga, który przeprowadzi bezpieczną operację w bezpiecznych, sterylnych warunkach. Bez sztuczek, bez kruczków, jak najszybciej. – zakończyła, nie spuszczając wzroku z twarzy mężczyzny. Mógł ją zabić w tym momencie, ale miała co do tego dobre przeczucia. Gra o tak wysoką stawkę… Wallace nawet nie wiedziała, kiedy zaczęło jej się to podobać. Może jednak należała do tego świata? Prawa brew brunetki stopniowo zaczęła się unosić, wypowiadając za nią pytanie… Zainteresowany?
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2019-01-22, 18:16   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Lekarstwo.
To jedno słowo mogłoby na mnie zadziałać niczym magiczne zaklęcie. Na Boga! Większość moich kochanych mutantów cierpiała z powodu tej straszliwej choroby, męcząc się - zarówno psychicznie jak i fizycznie. Byłem gotów zrobić wiele, by Ci ozdrowieli. W końcu - zdrowa armia z całą pewnością jest lepsza, od martwej. Problem był tylko taki, że nie miał kto o tę armię zawalczyć... Nasi lekarze już od wielu dni poszukiwali odpowiedniego specyfiku mającego pomóc w powrocie do zdrowia - na nieszczęście jednak, żadna próbka jeszcze nie potrafiła całkowicie pokonać wirusa...
Utrzymywałem jednak kamienną twarz. W tym biznesie nie mogłeś pokazać, że na czymś Ci za bardzo zależy - chyba, że byłeś gotowy to stracić. Nie było jednak sensu sztucznie przeciągać tego spotkania. Chwyciłem więc ten pendrive przyniesiony przez kobietę, i umieściłem go w jednym z gniazd laptopa. Po chwili rzeczywiście moim oczom ukazały się skany z widocznymi pieczątkami szpitalu w Seattle...
Co mi się jednak nie podobało, to ilość informacji, które posiadała ta brunetka. Jak widać... Trzeba zadbać o to, by zarówno przyszli jak i przeszli członkowie rebelii nie gderali tak swoimi jadaczkami...
- Oczywiście, w tym świecie nie ma nic za darmo. - Stwierdziłem dość luźno, wzruszając swoimi ramionami, by po chwili wrócić do swojej lekko podpartej pozycji przy biurku. - Nie mogę powiedzieć, że mało oferujesz. Pełen skład leku to rzeczywiście coś. Ale czy jest wart pracy specjalisty, przy - jak mniemam - poważnym zabiegu? - Zastanawiałem się na głos, by po chwili złapać spojrzeniem wzrok rzekomej Marli. Moje oczy zabłyszczały - w ten swój specyficzny, wyrazisty sposób. - Jestem pewien, że jesteś w stanie zaoferować mi coś więcej. - Dodałem po chwili, zaszczepiając w jej umyśle tylko jedną, natrętną myśl. W końcu... To była moja specjalność, czyż nie?
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-22, 22:51   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie mogła tego zepsuć. Być może to była jedyna taka szansa i być może nigdy więcej miała się ona nie powtórzyć. I jeśli naprawdę chciała zawalczyć o swoją przyszłość, nie powinna ryzykować. Nie w tej sprawie. Zwłaszcza, że była zawziętym i niesamowicie upartym człowiekiem. A przegrywanie nie wchodziło tutaj w grę. Nie, kiedy jej aż tak bardzo zależało. Uważnie obserwowała twarz Marcosa Delgado, czekając na reakcję z jego strony. Ona już wyłożyła wszystkie karty na stół, nie miała nic do dodania. Jedynie siedzieć i… i właściwie patrzeć jak wszystko co zrobiła albo traci sens, albo go nabiera.
– Czy życie twoich ludzi nie jest warte znacznie więcej? – odparła takim samym tonem głosu, delikatnie przygryzając dolną wargę. Musiała go przecież jakoś przekonać. Czy wjeżdżanie na ambicję, wątpienie w jego dobroczynność nie było najlepszym posunięciem? Ale wtedy… sama nawet nie wiedziała skąd się to w niej wzięło. Mrużyła bystro oczy, kiedy w głowie zakiełkowała myśl, że może faktycznie powinna dać z siebie więcej. Tu chodziło przecież o jej rodzinę, tak? O Willa, o Josie… dla nich zrobiłaby wszystko. Dla swojego szczęśliwego zakończenia była w stanie zaoferować o wiele więcej. Jakaś część niej chciała walczyć, chciała przemówić do rozsądku, że coś było nie w porządku. To ona powinna rozdawać karty, tak? Ale ta druga część – o wiele silniejsza – po prostu to wszystko ignorowała. Sprawiała, że dziewczyna po prostu lekko skinęła głową.
– Ja… leczę dotykiem – dlaczego to mówiła? Dlaczego się obnażała? Czuła się z tym źle, ale nie mogła przestać. Robiła to dla nich. – Jeśli zgodzisz się na moje warunki, będę… moja moc będzie… do dyspozycji. – zakończyła cicho, wbijając wzrok w jego twarz. Jeśli chciał, mogła mu udowodnić. Ale chyba po wyrazie jej twarzy było widać, że nie kłamie. Była w stanie zrobić wszystko. A to… to było wszystko co miała.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2019-01-27, 12:44   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Słysząc odpowiedź dziewczyny, jeden z kącików moich ust niemal natychmiast uniósł się ku górze. Dobrze, to bardzo dobrze. Tak niezwykłe zdolności nie mogą się marnować - tym bardziej teraz, gdy choroba zbierała swoje żniwo.
- Przy takich warunkach grzechem byłoby odmówić, droga panno Singer. - Odparłem, opierając się nieco wygodniej o blat biurka. Osiągnąłem swój cel, a ona... Ona nie musiała wiedzieć, jaki był tego powód. - Mogę Ci zagwarantować, że Twój bliski trafi w ręce najbardziej kompetentnego personelu medycznego. Ale... Dopiero gdy przekażesz nam lek i jego recepturę. - Zerknąłem w tym momencie do jednego z notatników znajdującego się na blacie. Po chwili wyrwałem z niego kartkę i kilkoma szybkimi ruchami napisałem na niej miejsce ewentualnego spotkania - na tyle uczęszczane, by dziewczyna mogła poczuć się pewniej, a jednocześnie na tyle niszowe, by nikt nie zwracał na siebie zbytniej uwagi.Kartkę tę podsunąłem w kierunku brunetki, przerzucając w końcu na nią swój wzrok. - Dzisiaj. Osiemnasta. W zamian za obiecane dobra, dostaniesz dokładny namiar na lekarzy i zaprzyjaźnioną klinikę. Umowa stoi? - Zapytałem, wyciągając ku niej swoją rękę. Jak dla mnie, sytuacja tu już była jasna i nie warto było tego spotkania dłużej przeciągać - tym bardziej, gdy przypominałem sobie ile jeszcze pracy nas czeka, by ten bar nie zrównał się z ziemią przez kolejne godziny...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2019-01-27, 21:16   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Słowa Delgado nie były dla Matilde żadnym zaskoczeniem. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że będzie zmuszona do czegoś takiego. I w zasadzie to było całkiem logiczne, prawda? Dlatego nie zamierzała stawiać oporu. W tym momencie była zmuszona podjąć to ryzyko i mu zaufać. Była zmuszona uwierzyć, że naprawdę był mężczyzną honoru.
– To zrozumiałe – powiedziała po prostu. Ta choroba już zbierała swoje żniwo, a oni musieli jeszcze ten lek wytworzyć, więc… nie mieli czasu. Nie było z czym zwlekać. Matilde chwyciła do ręki skrawek papieru, świdrując wzrokiem zapisaną treść, a potem… kąciki jej ust mimowolnie się uniosły. Chyba nie muszę mówić jak cool się teraz czuła? To była poważna sprawa, jasne. Ale… no błagam, jeszcze miesiąc temu nikt by się nie spodziewał, że będzie się układała z szefem mafii! A teraz? Huh. Chciała zobaczyć minę Hoppera kiedy się o wszystkim dowie. Już nigdy nie będzie mógł jej lekceważyć. Już nigdy nie będzie mógł podważać jej geniuszu.
– Mam nadzieję, że to co mówią o pańskim dotrzymywaniu słowa jest prawdą – skwitowała, spuszczając wzrok na jego dłoń i ściskając ją mocno. Nie była jakimś delikatnym kwiatuszkiem. W zasadzie to chciała pokazać, że w tej całej grze… że też się liczyła. Że była godnym przeciwnikiem. – To była przyjemność – dodała, po czym odwróciła się na pięcie i opuściła budynek. I oczywiście pojawiła się we wskazanym miejscu o określonej porze, by dostarczyć mały pakunek członkom Rebelii…

[zt x2]
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Nicholas Grenville



...

Smog / Czarna Mgła

87%

Kierownik Baru / Barman / Przywódca Rebelii





name:

Nicholas Grenville

alias:
Andy Spivey / Oliver Mayes / Nicky

age:
31

height / weight:
194/89

Wysłany: 2020-03-08, 21:49   
   Multikonta: Brian, Liam, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


/ 13 maja 2019

O tym, że Delgado miał przyjechać w interesach, wiedział także Nicholas. Nie ukrywał też dziwienia, kiedy miesiąc temu Neuman stwierdził, że z rozmową osobistą może poczekać. Można byłoby pomyśleć, że odwidziało mu się, albo czekał na lepszy moment i czas. Jego sprawa, ale przez to Nicholasowi coś nie pasowało. Skoro tak się wydzierał w fabryce i chciał rozmowy, mógł już z nim przeprowadzić parę dni po ataku na DOM. Nie mieszał się do jego spraw, póki ten nie wtrąca się do jego.
Tak oto tego dnia, Grenville został poinformowany czy to przez kogoś czy smsem, że ma się stawić w biurze Delgado. Było popołudnie a on siedział w swoim biurze ogarniając papiery związane z barem. Interes kręcił się dobrze i zyskiwali nowych pracowników. Rebelia także się rozwijała, zyskując nowych członków. A kilku było w fazie sprawdzenia jak sobie radzą z wykorzystywaniem swoich umiejętności. Na sobie miał jasnoniebieską koszulę i ciemne jeansowe spodnie. Marynarka wisiała na oparciu fotela na którym siedział. Koszulę miał rozpiętą pod szyją, rękawy koszuli podwinięte do łokci. Jedna charakterystyczna rzecz, jaka mogła się rzucać w oczy spostrzegawczym, bo niezbyt ładna blizna na jego prawym przedramieniu, świadcząca o tym, że pogryzło go coś dużego.
Skoro Delgado chciał go widzieć, Nicholas musiał przerwać swoją pracę. Dopił kawę, przeciągnął się i wstał opuszczając swoje biuro i kierując się do nieopodal umiejscowionego, należącego do "Papy". Zapukał i kiedy otrzymał pozwolenie, wszedł do środka. Zmarszczył brwi widząc już nawet obecnego Neumanna.
- Chciał mnie Pan widzieć?
Pytanie ze spojrzeniem skierował na Macosa, zamykając zaraz za sobą drzwi i zbliżając się trochę do biurka.
[Profil]
  [AB+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2020-03-09, 21:04   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Ostatnie miesiące to był jakiś pierdolony żart. Niby powinienem się cieszyć, w końcu Armia X zgarniała coraz większe tereny, zapewniając i nieco więcej ziemi dla moich interesów, ale... To tempo nikomu nie służyła.
Walka od tylu miesięcy odbijała się na wszystkich. Na mnie, moich najbliższych współpracownikach... W kolejnych grupach dochodziło do ciągłych zmian - takich, jak chociażby zwerbowanie młodego Duncana na front, gdzie ze swoim temperamentem i mocami był mi teraz bardziej potrzebny, niż w Seattle. Do tego, jak powiedział, że ma kogoś idealnego na swoje miejsce... No przecież mu ufałem, jak więc mogłem temu zaprzeczyć?
No i do tego to wszystko doprowadziło. Zaufałem zbyt dużej ilości osób, oddałem dowodzenie w chyba zbyt niedoświadczone, albo zbyt zmęczone ręce. Trzymałem teraz w ręku plik dokumentów, nad którymi przeklinałem siarczyście, biorąc kilka łyków ze szklanki zbyt wysoko wypełnionej drogą whisky z naszego baru.
- Do kurwy nędzy, Neumann! - Krzyknąłem, uderzając szkłem o blat mojego biurka. - Jak mogłeś zjebać taką akcję?! Wiesz ile ten jebany kontener był wart?! Ta jebana broń miała trafić do Nevady, a Ty to przepierdoliłeś! Co miałeś we łbie?! - Warknąłem, wyginając swoje usta w nieprzyjemnym grymasie. Miałem wrażenie, że wszystko wymyka mi się z rąk. - O Albie nawet nie będę wspominał, powinienem Ci za to łeb ukręcić... - Dodałem po chwili nieco ciszej, choć słyszalne wypuszczenie powietrza nosem mogło wskazywać na to, jak bardzo się we mnie gotowało.
W tej samej chwili usłyszałem pukanie do drzwi. - Wejść! - Powiedziałem wyraźnie podniesionym tonem, by osoba za przejściem mogła to usłyszeć. - Greenville... - Mruknąłem po chwili, witając się z nim skinieniem głowy. - Mamy kilka rzeczy do omówienia. Siadaj, bo szykuje się długi wieczór. - Rzuciłem dość oschle, i w sumie ciężko było stwierdzić, czy byłem teraz wkurwiony na cały świat, na ich dwójkę, a może tylko na jednego z nich. Podszedłem do barku, z którego wyciągnąłem butelkę, polewając sobie więcej do mojej szklanki. Phil swoją miał ledwie upitą, ale gestem zapytałem, czy również i blondyn zechce sobie coś łyknąć. Wiedziałem, że bez alkoholu to się dzisiaj z całą pewnością nie obejdzie.
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Phil Neumann



I'm the whole damn cake and the cherry on top

Szczęście

69%

Boss mafii, a Papa boss to mój boss





name:

Phil Ashley Neumann

alias:
Agent Lucasa, Lucky, John Smith

age:
33

height / weight:
188/76

Wysłany: 2020-03-09, 21:57   
   Multikonta: Aaron Bee, Averill Bee
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


| 13 maja 2019 roku

Siedziałem jak ten kołek i słuchałem z niezadowoloną miną przekleństw Delgado. Raczej w tej chwili nie mogłem zrobić nic innego, za wyjątkiem rozkminiania, czemu dziś jest poniedziałek, nie zaś piątek… Niechybnie bardziej pasowałby do dzisiejszej daty. Myślę, że ogólnie cały kwiecień i maj powinien być trzynastym maja w piątek.
Westchnąłem ciężko i napiłem się whisky, która niezbyt lekko przechodziła przez mój przełyk. Prawda była taka, że schrzaniłem i w tej chwili nie tylko rozmyślałem o poniedziałkach i piątkach, myślałem bowiem również o wyjściu z tej gównianej sytuacji… gównianych sytuacji? Tylko nie mogłem zbyt wiele poradzić na zniknięcie jego córki, skoro zapadła się pod ziemię. Nawet nikt o niej nie słyszał w D.O.G.S. Ba!, niektórzy utrzymywali, że nie żyje, ale wolałem tego nie mówić Papie, skoro nie było to potwierdzonym info. Tak było lepiej…
- A gdyby zrobić wjazd na magazyn? Z pewnością przetrzymują wszystko w jednym miejscu… Może przy odrobinie szczęścia zgarnęlibyśmy dodatkowy towar, że tak to nazwę zadośćuczynienie w postaci broni, może nawet narkotyków? – zaproponowałem. Myślałem o tym już wtedy, tamtego wieczoru… Brakowało jednak rąk do pomocy. Taki nalot wymagał wcześniejszego przygotowania. Trzeba było zebrać ludzi, transport i przede wszystkim wybadać, gdzie znajdowały się nasze fanty.
Zamilkłem na powrót, kiedy przybył Nicholas. Za często nie bywałem taki cichy, pogrążony w milczeniu… Niezbyt dobra odmiana. Cholera, jeśli tak dalej pójdzie, jeśli ta zła passa się utrzyma, niechybnie Delgado mnie zdegraduje, o ile nie zabije, a na moje miejsce da kogoś innego. Chociażby Grenville’a, który miał ostatnimi czasy raczej same sukcesy aniżeli porażki na koncie… Może za wyjątkiem tej nieszczęsnej sieczki po powrocie z najazdu na D.O.M. Raczej drobnostka w obliczu samego ataku na D.O.M. i kolejnego na te całe… Alter Genetics? A ja straciłem jego najdroższą córkę Albę… już dawno z oczu i nie mogłem jej odnaleźć, przejebałem cały kontener broni i, jeszcze gdyby tego było mało, miałem ten fatalny pojedynek z dwoma szwadronowcami D.O.G.S. Po zażyciu mutazyny, żeby przecież za łatwo mi nie było.
Zmierzyłem Nicka od stóp do głów i z powrotem. Może nie prezentował się tak elegancko i seksownie jak ja, ale miał potencjał.
[Profil]
  [AB+]
 
Nicholas Grenville



...

Smog / Czarna Mgła

87%

Kierownik Baru / Barman / Przywódca Rebelii





name:

Nicholas Grenville

alias:
Andy Spivey / Oliver Mayes / Nicky

age:
31

height / weight:
194/89

Wysłany: 2020-03-09, 22:21   
   Multikonta: Brian, Liam, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Już zbliżając się do biura Delgado, dało się słyszeć jego podniesiony głos jak to na swój sposób opieprza Neumana. Czemu to tak bawiło Nicholasa, kiedy stanął przy drzwiach nim zapukał? Może dlatego, że faktycznie ten człowiek nic nie robił tylko grabił sobie bardziej u szefa. Nie okazując tego, opanował wyraz twarzy i wszedł za pozwoleniem do pomieszczenia. Rzucił krótkie spojrzenie na Neumanna siedzącego ze szklanką whisky. Już od dłuższego czasu musieli prowadzić jakąś rozmowę, opieprzającą nieudane misje Phila. Do tego się wtrącać nie będzie. Ale po co jego tu obecność? Niebawem ma się dowiedzieć.
Podszedł do wolnego fotela czy tam krzesła i usiadł. Podziękował alkohol, ale pić nie będzie. Wolał z nimi rozmawiać na trzeźwo bez procentów.
- Więc... Co jest do omówienia?
Zapytał przy okazji, spoglądając poważnie pierw na Neumanna, po czym ostatecznie zatrzymując wzrok na Delgado. Nie miał pojęcia jak ważne tematy teraz będą poruszane i czego mogą dotyczyć.
[Profil]
  [AB+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2020-03-23, 21:28   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Moje paliczki stawały się białe od siły nacisku, jaką moje palce wywierały na drogiej szklance do brunatnych trunków. Nie było łatwo mnie wyprowadzić z równowagi, ale Naumann ostatnio wszystko pieprzył! Jak miałem się nie denerwować, gdy jeden z moich najbliższych przyjaciół, jeden z najbardziej zaufanych ludzi okazuje się być tak... Nieodpowiedzialny?
- Jaką mam gwarancję, że i tego nie spieprzysz narażając moich kolejnych ludzi? Hm? - Zapytałem dość ironicznie, szczerze wątpiąc, czy na najbliższy czas nie powinienem był odsunąć Philla od jego codziennych obowiązków. Zdawałem sobie sprawę, jaką traumę przeszedł w ostatnich miesiącach, ale do jasnej cholery - chyba wypadało się w końcu wziąć w garść? Nie był jedynym poszkodowanym ani w mafii, ani w rebelii. A jeśli nie potrafił skupić się na tym co było ważne... Cóż, może warto było pomyśleć o urlopie?
Przybycie samego Nicholasa jednak pozwoliło mi choć na chwilę odsunąć myśli od tych ostatnich przykrych wydarzeń, choć przecież... I w tym przypadku nie mogłem się wykazać pełnym optymizmem.
- Przede wszystkim, co na lagunie robią pierdoleni obcy? To miał być wewnętrzny interes, sposób na odbicie się dla członków rebelii, nie miejsce dla przeciętnego Smitha. - Zacząłem dość sucho, od zwykłych interesów, mając świadomość, jak wiele brudów może przechodzić przez mój ukochany bar - dokładnie, jak lata temu... - Zwolnij każdego, kto nie należy do rebelii. Chuj mnie obchodzi, jaki podasz argument. Ma ich tu nie być. - Wycedziłem przez zęby, biorąc łyk swojego trunku. Moja twarz na krótką chwilę się skrzywiła, gdy ciepło zaczęło rozchodzić się po moim języku i gardle. - Racz mi w ogóle wyjaśnić, co z tą rebelią się odpierdala. Rozumiem, że Duncan Ci ufał, z jakiegoś powodu podsunął Ciebie na swojego zastępcę, gdy zgarnąłem go do Montany. - Westchnąłem, wspominając młodego. Bardziej był mi teraz potrzebny w tamtejszym oddziale, niż tutaj, w Seattle, gdzie panował względny spokój. Chyba dlatego liczyłem na to, że to ugrupowanie chociaż tutaj skupi się na tym, do czego została powołana. - Tak jak mogę Ci pogratulować ostatniej akcji, tak chyba zapomniałeś, co mieliśmy w założeniu? - Przeniosłem swój wzrok na blondyna, opierając się wygodniej w swoim fotelu.
Ale spokojnie. Dotarły do mnie Twoje ostatnie wyniki badań. Muszę przyznać, Greenville... Jesteś chyba bardziej przydatny, niż początkowo mogłem przypuszczać... - Dodałem na koniec dość tajemniczo, drapiąc się kciukiem po elegancko zapuszczonej bródce. Oj, miałem co do niego plany...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Phil Neumann



I'm the whole damn cake and the cherry on top

Szczęście

69%

Boss mafii, a Papa boss to mój boss





name:

Phil Ashley Neumann

alias:
Agent Lucasa, Lucky, John Smith

age:
33

height / weight:
188/76

Wysłany: 2020-03-28, 11:36   
   Multikonta: Aaron Bee, Averill Bee
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


I to właśnie jeden z tych momentów, do których lepiej było nie doprowadzać. Zamilkłem, bo nie istniały słowa, które mógłbym rzec. Szef szefów miał rację. Jaką mogłem dać mu gwarancję? Kurde, marną. Zjebałem i moja skuteczność spadła. Nie ma. Nie mogłem powiedzieć, słuchaj, stary, na sto procent wszystko pójdzie po mojej myśli. Nie szło. Od jakiegoś czasu niemalże wszystko się komplikowało. Nawet już nie chodziło o porwanie… A może właśnie o nie? Nie rozumiałem za bardzo tego, co się ze mną działo. Jedno było jednak pewne – musiałem się ogarnąć i wynieść Sombras Mutadas na piedestały, ogarnąć na powrót karierę Lucasa, oczyszczając go ze wszelkich zarzutów, i zapewnić bezpieczeństwo Imari nim znowu coś postanowi się spieprzyć.
Łyknąłem kolejną porcję whisky. Z kontenerem postanowiłem poczekać do chwili aż ponownie zostanę sam z Marcosem. Wiadomo, nie wszystkie informacje były przeznaczone dla wszystkich uszu, szczególnie że rozchodziło się o sprawy mafijne, nie zaś rebelianckie. Ach, ta broń.
Ale okej, Nicholas przybył i na pierwszy plan weszły inne sprawy. Skupiłem się na całej tej otoczce. Postanowiłem się chwilowo nie odzywać, skoro adresatem pytań był Nick Grenville. Sam swoje podpadłem i nawet nie spieszyło mi się do przemądrzałych dyskusji.
Co prawda, sam planowałem reaktywować bar dla przychodów… Aczkolwiek nie tak szybko. Zastanawiało mnie, czy ci ludzie mają chociaż w umowie kruczek odnośnie poufności? Z pewnością Nick ogarnął jakoś kwestię tego, by nagle grono randomów nie dowiedziało się o siedzibie rebelii i jej działaniach. Myślę, że faktycznie wśród pracowników nie powinno być nikogo z zewnątrz. Za często się tu kręcili i mieli dostęp do kuchni, na zaplecza… Kruczki nic by nie dały, nawet ubezpieczenie przez mafię. Z pewnymi informacjami trzeba było obchodzić się delikatnie, sam już coś o tym wiedziałem. Podstępna Vera…
Ponownie upiłem alkoholu, przyglądając się rozmowie, niekiedy wpatrując się w dal. Mój mózg pracował, niekiedy schodząc do niezbyt preferowanych rejonów.
[Profil]
  [AB+]
 
Nicholas Grenville



...

Smog / Czarna Mgła

87%

Kierownik Baru / Barman / Przywódca Rebelii





name:

Nicholas Grenville

alias:
Andy Spivey / Oliver Mayes / Nicky

age:
31

height / weight:
194/89

Wysłany: 2020-03-29, 15:06   
   Multikonta: Brian, Liam, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Atmosfera napięta. Panowie rozmowę przerwali, kiedy tylko Nicholas wszedł do środka. Zajął miejsce i czekał co też Delgado chciał z nim omówić. Niby zaczęło się wcześniej spokojnie, tak gdy przyszło do spraw, zaczęło się nieco ostrzej. Nicholas zmarszczył brwi, gdzie wspomniano o zatrudniano obcych osób. Nie przyjmował każdego zgłoszonego, ale wyszukiwał mutantów. Miał co prawda na razie zatrudnioną na dłuższy stać dwójkę - młode dziewczyny. Zarzucone uwagi Nicholas o dziwo przyjął spokojnie, ale to Marcos się wkurzał.
- Nie zwolnię.
Odpowiedział od razu. Co zapewne nie spodoba się Delgado, ale chuj go obchodził. Nawet nie spoglądał na milczącego Neumanna.
- Powód jest prosty. Zatrudniłem na razie dwie dziewczyny, co są nie związane z rebelią ściśle, ale ich pomoc jest cenna. Jedna z nich brała udział w akcji na DOM i dzięki niej nawet żyję. Jej umiejętności są bardzo przydatne. Drugą potrzebuję by mieć kontakt z innym mutantem, równie mogącym ze swoimi zdolnościami przydać się organizacji. Z drugiej strony, bar potrzebował kucharza. A byle kogo nie zatrudnię jak tu szef sam wspomniał.
Nicholas działał rozważnie. Może i początkowo ogłosił ogólne zatrudnienie, to na razie przeglądał jedynie CV i przeprowadzał rozmowy kwalifikacyjne. Paru może było na parę dni i swoje zrobiło, ale to bardziej mutantom pomagał. Nie bez powodu przecież uczynili fabrykę kolejną siedzibą Rebelii by bar nie stał się ich głównym teraz miejscem, do którego tak na prawdę mają dostęp wszyscy. Co zrobią, jak przyjdzie kontrola typu sanepid? Też ma ich nie wpuszczać na oględziny kuchni? Nicholas chyba lepiej ogarnął prawo biznesowe do prowadzenia lokalu.
Kolejna rzecz dotycząca rebelii nie była mu zrozumiała. Więc postanowił się zapytać.
- O co szefowi chodzi z tym odpierdalaniem się?
Wolał otrzymać wyjaśnienie pytania, niż samemu powiedzieć coś, co może być nie na miejscu. Bo nie miał w tej chwili pojęcia co chciał przez to powiedzieć Delgado.
Tak czy inaczej, Nicholas poczekał aż ten ochłonie i mu odpowie na spokojnie. Zamiast tego jednak usłyszał w tej chwili co innego. Gratulacje, które przyjął skinieniem głowy, ale wzmianka o jego wynikach badań już nie była zadowalająca. Zmarszczył brwi, nie do końca pojmując o co mu chodzi.
- Co chce szef przez to powiedzieć?
Zapytał. Coś czuł, że nie chodzi o samo przewodzenie Rebelii w Seattle, ale o coś innego z nim związanego. Na krótko przeniósł spojrzenie na Phila, jakby myślał że on coś o tym wie. A jeżeli nie, powrócił spojrzeniem powagi na Marcosa.
[Profil]
  [AB+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5