Frank Wolf

urodzony w Shoreline 6 stycznia 1983 roku, mieszka Seattle od 25 lat, przynależy do Departamentu Bezpieczeństwa Genetycznego, piastuje stanowisko zastępcy dowódcy oddziału taktycznego, wizerunku użycza Charlie Weber
historia
Urodziłem się 6 dnia stycznia roku 1983 w mieścinie znaczącej tyle co płatek śniegu w lawinie. Wychowywała mnie matka, ojca nigdy nie poznałem, nie miał odwagi wychowywać bachora z kobietą z przypadku. Pieprzony palant i tchórz. Nie byliśmy nigdy bogaci, mieliśmy dach nad głową, ciepły posiłek i wodę, to nam wystarczyło. Matka pracowała ile tylko była w stanie, mało kiedy siedziała bezczynnie w domu, dając sobie odpocząć chociaż na sekundę. Cholernie podziwiam tę kobietę do tej pory. Tyle siły, energii, bez wykształcenia, chwytając się byle jakiej nędznej pracy za psie pieniądze żeby tylko przynieść cokolwiek do domu. Wielu już dawno by się odechciało, a ona choć tej w domniemaniu słabszej płci, pokazywała jak bardzo kłamliwe są te wszystkie stereotypy. Ja natomiast jako młody gówniarz pomagałem jej na tyle ile mogłem - w kuchni, przy domu. Uczyłem się z pożółkłych książek które znajdowała w śmieciach, na szkołę nie było nas stać. Kiedy nie pomagałem w domu i nie uczyłem się, spędzałem czas na zabawie jak każde zdrowe dziecko w tamtych czasach. Ganiałem po krzakach, biłem się mieczami powstałymi z patyków, wracałem do domu z siniakami i obdartymi kolanami. Można by powiedzieć że nie licząc biedy, moje dzieciństwo było wspaniałe i całkowicie normalne. Do czasu. To wszystko zmieniło się tego felernego dnia, pieprzonego 13 listopada, zabawne, wypadało to akurat 13 i to w piątek, roku 1993. Bawiliśmy się jak zawsze - za starą fabryką, która od dobrych kilku lat była zamknięta z bliżej nieznanych nam, albo raczej mało interesujących dla nas, powodów. Byliśmy młodzi, głupi, powoli zaczynaliśmy dojrzewać i właśnie tak zrodził się pomysł siłowania się na ręce. Każdy z nas chciał udowodnić, że to właśnie on jest najsilniejszy, każdy z nas chciał być „liderem” naszej grupy. Zaczęło się niewinnie - kilka prób, kłótni że ktoś oszukiwał. W końcu przyszła moja kolej i naprawdę cholernie żałuję, że chciałem wziąć w tym wszystkim udział. Usiedliśmy przy prowizorycznym stoliku, który chybotał się na wszystkie strony świata, mały, drobny ja i mój znacznie wyższy i starszy kolega. Wiedziałem jaki będzie wynik, zawsze byłem tym słabszym, drobniejszej budowy. Zacisnąłem zęby, przygotowując się już na gorzki smak porażki. Ustawiliśmy się, zamknąłem oczy i na dźwięk słowa „start” z całej siły spróbowałem powalić jego rękę. Trzask. Krzyki. Płacz. Dziwny szum. Otworzyłem oczy, ze zdumieniem zauważając, że mi się udało, ale dopiero po chwili zrozumiałem dlaczego wszyscy krzyczeli. W tamtej chwili zastanawiałem się czy to jakiś wyjątkowo pokręcony sen, czy też koszmar o wyjątkowo krwawym finale. Pech chciał, że to jednak była pieprzona rzeczywistość. Oto siedział przede mną ten sam kolega, z twarzą bez tego cwaniackiego uśmiechu pewnego wygranej, a twarzą wykrzywioną ze strachu, bólu i płaczu, kątem oka zauważyłem tworzącą się na betonie ciemną plamę w okolicy jego nogawki. Jego ręka była złamana, z przedramienia wystawała złamana kość, z rany sikała brunatna posoka, a palce jego dłoni były kompletnie zmiażdżone. Miałem wrażenie jakby czas się na chwilę zatrzymał, wszyscy coś krzyczeli, próbowali wydostać jego dłoń z mojego uścisku, chłopak płakał i bladł coraz szybciej po chwili osuwając się w ramiona innego wysokiego chłopaka stojącego za nim. W głowie miałem wtedy tylko jedną myśl - uciekaj. Wyrwałem się z transu, zerwałem się i ruszyłem pędem do domu, po drodze potykając się o krawężnik i rozwalając kolano do krwi. Płakałem, płakałem jak cholera. Nie z bólu, ze strachu przed samym sobą. Skoro skrzywdziłem kolegę to kto będzie następny? Mama? Zniszczę dom? Wpadłem do mieszkania jak burza, zastając rodzicielkę w połowie drogi do drzwi. Spojrzała na mnie z rozbawieniem już pytając czy rozpłakałem się z powodu kolana - dopiero wtedy zauważyłem że cokolwiek się z nim stało. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami, uważnie obserwując czy mimika jej twarzy jakkolwiek się zmienia. Zniknął jedynie pobłażliwy uśmiech, pojawiła się powaga, nie było ani krzty strachu. Padła decyzja - przeprowadzka w trybie natychmiastowym. Nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy, byłem zaskoczony, że wpadła na taki pomysł i była gotowa go zrealizować już teraz. Mówiła coś o jakimś starym mieszkaniu po ciotce, w biedniejszej dzielnicy Seattle. Poruszaliśmy się autostopem, matka z dzieckiem w obdartych łachmanach było łamiącym serca widokiem, dzięki któremu w miarę szybko znaleźliśmy się pod adresem, który zapisany miała moja matka na pożółkłej kartce papieru wyrwanej z jednej z książek. Mieszkanie nie zachęcało – po przekroczeniu progu poczułem mieszankę szczyn, wymiocin i wielu innych zapachów, które poznałem i byłem w stanie skojarzyć dopiero kilka lat później. Nie mieliśmy wyjścia, nie mogliśmy też winić ciotki za stan w jakim zostawiła to miejsce – matka nie chciała mi zawracać głowy „niepotrzebnymi” historiami rodzinnymi, a ja wolałem nie drążyć tematu. W tamtej chwili chciałem jedynie cofnąć wydarzenia sprzed kilku dni abym nie musiał jej narażać i zmuszać do wydawania pieniędzy, których nie mamy. Dosyć łatwo wtopiliśmy się w okolicznych mieszkańców – samotna matka licząca na łut szczęścia i lepsze warunki w większym mieście. Wróciliśmy do „starego” stanu rzeczy – moja rodzicielka chciała jak najszybciej zarobić jakiekolwiek pieniądze aby móc zapewnić mi jakiekolwiek życie, nawet w tych godnych pożałowania warunkach i w tym pieprzonym mieście, gdzie dla takich jak moja matka ciężko było dostać prace za nawet minimum minima płacy. Nie bawiłem się już z innymi. Bałem się. Siebie. Ich. Świata. Leżałem patrząc w sufit, na którym widoczne były pęknięcia, plamy po zalaniach ze strony sąsiadów i tym podobne. Nawet jeśli byłem zadowolony, że nie krzywdzę nikogo tutaj pośród czterech ścian, to jednocześnie wiedziałem, że nie mogę wiecznie siedzieć bezczynnie i tylko patrzeć w ten ufajdolony sufit. Nie myślałem za dużo w momencie gdy moje ciało samo się podniosło i ruszyło prosto, przeszło przez drzwi, wyszło na ulicę, kierując się w stronę jednego z mniejszych sklepów spożywczych. Czułem jak moje dłonie poprawiają pozszywany kaszkiet, który znajdować się na mojej głowie, jak chustka, którą zawsze nosiłem w kieszeni nagle pojawiła się na mojej twarzy niczym maska. Czułem chłód i gładką powierzchnię kamienia znajdującego się w mojej dłoni. Jak biorę zamach, rzucam. Słyszałem trzask witryny sklepowej, która rozsypała się prawie w drobny mak. Ludzie biegli zaaferowani, rozglądali się, szukali sprawcy, naboju, w końcu co mógł zrobić taki mały kamyczek? Nie miał takiej destrukcyjnej siły – to ja mu ją nadałem. Znowu. Na tą jedną chwilę zamknąłem oczy, skupiłem się i rzuciłem. Słyszałem tylko świst z jakim przemierzał powietrze i trzask. Taki sam trzask jak wtedy, co? Wykorzystałem zamieszanie. Nikt nie skupiał się na drobnej postaci chłopca, który zabrał z wystawy obok dwa jabłka i szybko schował je za pazuchę. A przynajmniej taką miałem nadzieję. Szedłem dalej przed siebie, udając że kompletnie nie obchodzi mnie to co przed chwilą zrobiłem. Dopiero w tamtym momencie wyszedłem z tego dziwnego transu. Brzydziłem się tego, że uciekłem się do kradzieży. Brzydziłem się swoich mocy, siebie, tego czym się stałem, czym byłem. Miałem zaledwie kilka lat - zbyt mało by móc sobie z tym wszystkim poradzić. Nogi prowadziły mnie dalej, w stronę ciemnej uliczki z boku, którą planowałem przejść, skręcić gdzieś w główną drogę, okrążyć parę domów i wrócić do domu. Ale szło mi zdecydowanie za gładko. W tamtej chwili myślałem, że kradzież jest jednak niewyobrażalnie łatwa, a jeszcze z tą mocą – to wszystko wydawało się po prostu banalne. Zerwałem chustkę z twarzy, w tym samym momencie wpadając na, jak mniemałem, ścianę. Podniosłem wzrok – mężczyzna, duży, silnie zbudowany, byłem pewny że widziałem wyraźny zarys mięśni pod płaszczem, który wydawał się zdecydowanie na niego zbyt mały. Przełknąłem głośno ślinę. Czułem jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa, jak zmieniają się w watę. Nie miałem zielonego pojęcia co robić, jednocześnie czując, że nie wpadłem na niego przypadkowo, że na mnie czekał. Że wiedział. Zacisnąłem pięść, zaraz z duma podnosząc na niego wzrok. Teraz jestem silny, dam radę. Przeprosiłem za to, że na niego wpadłem i już go wyminąłem, już zadowolony szedłem dalej przed siebie według planu, który stworzyłem…
- Gdzie ta nagła pewność siebie, która zapłonęła w twoich oczach? – usłyszałem głos donośny, o sile przypominającej rozszalałe fale rozbijające się o skały podczas sztormu. Zignorowałem go, szedłem dalej, czując że ta rozmowa w każdej chwili może stać się nieprzyjemna. – Jeśli dalej masz zamiar wykorzystywać tę moc w taki sposób, kompletnie bez kontroli, prędzej czy później wpadniesz i to że jesteś dzieckiem wcale nie sprawi, że spojrzą na Ciebie łagodniej.
Zatrzymałem się. Co ja chciałem osiągnąć? Czy naprawdę liczyłem na to że za każdym razem ujdzie mi to na sucho? Że kiedyś nie wpadnę albo nie będę musiał zacząć się bronić? Naiwny. Odwróciłem się do niego, od razu szukając jego oczu dla jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, pech chciał, że kapelusz i ogólne zaciemnienie tej uliczki sprawiały, że nieważne jak bardzo bym się starał nie byłem w stanie nawet na krótką chwilę dostrzec jego oczu. To mnie wcale nie uspokoiło, a wręcz przeciwnie – wiedziałem, że jestem w gorszej sytuacji. Widział moją twarz, mógł zapamiętać, zgłosić. Powtórka z rozrywki? Głośny wdech, wydech.
- Jak może mi pan pomóc?
- Uderz mnie najmocniej jak potrafisz.
Powiedział to z takim spokojem i opanowaniem jakby wcale nie był świadomy tego jak dużą siłę posiadam. Problem w tym, że on właśnie był tego całkowicie świadomy. Oszalał? Ufał mi? To nie miało sensu, dobrze wiedział że nie panuję nad tym, że mogę zrobić mu krzywdę.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić… Skrzywdzę pana… - wydukałem patrząc na czubki swoich butów. Staliśmy we dwóch pośrodku łąki, na której poza nielicznymi kępkami trawy w sumie nic nie było. Byliśmy poza Seattle, gdzieś za dzielnicą w której mieszkałem. Może wydawać się to niewyobrażalnie głupie, że tak po prostu poszedłem za nieznajomym, w końcu mógł mi coś zrobić, uprowadzić, cokolwiek. Ale czy miałem w tamtym momencie jakieś inne wyjście z tej sytuacji? Nie. Po cichu liczyłem na to, że zrezygnuje z tego szaleńczego pomysłu, ale po chwili znowu usłyszałem:
- Uderz mnie najmocniej jak potrafisz i nie przejmuj się konsekwencjami.
Zacisnąłem zęby, pięść. Nie musiał prosić trzy razy. Zamach, zamknięcie oczu. Dziwny dźwięk i uczucie jakbym przywalił w metalową ścianę. Otworzyłem oczy. Moja pięść uderzyła w metalową dłoń. Spojrzałem w dół – przy uderzeniu jedynie przesunąłem go nieco do przodu. Spojrzałem w górę i zamarłem, prawie zachłysnąłem się przy tym powietrzem. Mężczyzna przede mną był całkowicie metalowy, a przynajmniej te części ciała które widziałem były z metalu. Wtedy co nieco do mnie dotarło.
- Jesteś taki sam jak ja… - wyszeptałem, dalej nie mogąc w to wszystko uwierzyć. W ciągu kilku dni cały mój świat się zmienił, nie rozumiałem kim albo raczej czym jestem, a teraz… Teraz stał przede mną ktoś taki… jak ja-
- To nazywasz ciosem z całej siły? – zaśmiał się nisko, zaraz pokrzepiająco klepiąc mnie po ramieniu. Wydawał się być jeszcze bardziej rozbawiony widząc moją minę i to jak bardzo byłem zaskoczony i skonfundowany tym wszystkim. A on? Widziałem jak metal znika i stoi przede mną ten sam człowiek co w tamtej ciemnej alejce. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. – Mamy przed sobą sporo pracy zanim będziesz mógł naprawdę chwalić się swoją mocą. Ba, żebyś mógł cokolwiek sobą reprezentować, ale jesteś młody, masz młode ciało i umysł, da się z Tobą coś zrobić. Jak się nazywasz?
Wciąż nie mogłem do końca faktów i tego wszystkiego co tutaj się działo. Nie jestem jedyny? Są inni i przy tym są… Jeszcze inniejsi? To wszystko brzmi jak sen, jak jakiś naprawdę dziwny i poryty sen. Tylko dlaczego nie mogę się z niego obudzić? Spojrzałem jeszcze raz w przenikliwie niebieskie oczy mężczyzny. Nie mogłem kazać mu zbyt długo czekać, prawda?
- Frank – przedstawiłem się, odruchowo wyciągając rękę w jego stronę. Uścisk jego dłoni był pewny, silny. Jego oczy pomimo tego, że przywodziły na myśl lodowe urwiska przeszywające chłodem na wskroś, tliło się w nich jakieś ciepło. Na jego ustach pojawił się zadowolony uśmiech tak jakby spodziewał się tego, że będę skory do współpracy. Bądźmy szczerzy – miałem jakiekolwiek wyjście? Skoro życie daje Ci szansę to najlepiej ją wykorzystać.
- Więc Frankie, bierzemy się do pracy.
Właśnie w tej zapadłej dziurze jaką była najbiedniejsza dzielnica Seattle poznałem jego – pana Steele, nigdy nie zdradził mi swojego imienia, wyłącznie nazwisko. Był dla mnie kimś więcej niż tylko trenerem, kimś kto uznał, że w mojej destruktywnej sile może być jakikolwiek potencjał i to nie taki który zmarnuje na kradzieży jakichś jabłek czy innych rzeczy które akurat sobie upatrzę lub uznam za potrzebne. Był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałem. Pomagał rozwiązywać mi problemy, którymi nie chciałem kłopotać matki. Już na samym początku powiedziałem mu dlaczego się na to wszystko zgodziłem, że to nie dla mnie, że to wszystko dla mamy, nie chciałem żeby tylko ona pracowała, rwała włosy z głowy. Nie chciałem być utrapieniem i pasożytem. Zrozumiał i docenił, że nie byle jaki motyw pcha mnie do działania. Dzień w dzień dawał mi solidny wycisk. „Najpierw zniszczymy i zbudujemy na nowo twoje ciało, aby było w stanie przyjąć twoją nową siłę.” Brzmiało przerażająco jak cholera, ale tego się po nim spodziewałem. Były bokser, sławny, z wieloma zwycięstwami na karku, zapasem pieniędzy w banku i kompletnym brakiem jakiejkolwiek motywacji do dalszego życia. Opowiedział mi jak wszystko stracił przez to „przekleństwo”. Zawsze był fair, dlatego w chwili gdy pierwszy raz jego ciało pokryło się stalą porzucił boks. Jego moc aktywowała się dosyć późno – dopiero w chwili gdy jego żona, wraz z dzieckiem, zginęli podczas porodu w szpitalu. Obwiniał się za to. Lekarze mówili, że podczas porodu doszło do niespodziewanych komplikacji, że dziecko kompletnie się zaklinowało, a jakikolwiek kontakt cielesny z jego skórą kończył się wypaloną skórą, jak można było się domyślić to samo działo się z żoną pana Steele. Obwiniał się, że to przez niego dziecko takie było, że to przez niego jego żona zginęła w najgorszy z możliwych sposobów. Chciał ze sobą skończyć i nie zrobił tego do tej pory tylko z mojego powodu, bo rozpaliłem w nim ten płomień, który zgasł przed kilkoma latami. Mój trening chociaż mógł wydawać się dosyć prosty – ot ćwiczenia, podnoszenie ciężarów, walka, kontrola. Brzmiało łatwo, prosto i zbyt… ludzko, czyż nie? Nie panowałem nad mocą na tyle aby korzystać z niej, ot tak po prostu, stąd pan Steele postanowił wytrenować moje ciało, aby zacząć je motywować do samoistnego aktywowania mocy. Działo się to zazwyczaj przy zbyt dużych obciążeniach – tego czego moje ciało samo nie mogło podnieść, moja moc podnosiła z łatwością jakby to był ptasi puch. Pewnego dnia przyszedł i pokazał mi kartkę głoszącą o walkach mutantów. Nie wyglądała na coś co mógł przypadkiem znaleźć w gazecie przy porannej kawie, więc domyśliłem się, że nie jest to nic legalnego. Kątem oka zauważyłem dopisek o nagrodach pieniężnych. „To jest nasz cel. Przygotuję Cię do tego. Nie spodziewaj się efektów w miesiąc, może nawet nie w rok, ale osiągniemy to. Zarobisz pieniądze dla matki.” Taki mieliśmy plan. Nie zajęło nam to roku, ani dwóch lat, dopiero kiedy miałem dwadzieścia lat i większość jego treningów nie robiła na mnie wrażenia, a w walce z nim byłem w stanie wymierzyć mu parę ciosów uznał, że jestem gotowy. Trenowaliśmy razem dziesięć lat – dziesięć lat podnoszenia ciężarów o jakich zwykłym ludziom się nie śniło, treningu walki wręcz na wszelakie sposoby, głównie skupiając się na boksie. „Nie traktuj tego jako coś co musisz włączać i wyłączać. Czy ktoś kiedykolwiek uczył Cię oddychać? Potraktuj to jak oddychanie.” Początki były ciężkie – przypadkowe rozwalanie sztućców, ścian czy też bardzo bolesne uściski dłoni. Ale kiedy przestałem traktować to jako coś obcego, a zamiast tego jako coś naturalnego, tak prostego jak oddychanie – wszystko stało się prostsze, łatwiej było to wykorzystać i zamiast ćwiczyć kontrolę, mogliśmy w pełni skupić się na poszerzaniu moich granic i poznawaniu takich aspektów mojej mocy, które wydawały się być niemożliwe. Nic nie może jednak trwać wiecznie. Pan Steele bał się o swoje życie w Ameryce. „Nie czuję się już tutaj bezpiecznie, Frankie. To nie ten sam kraj co kilka lat temu, a kto wie co stanie się jutro.” Wyjeżdżał do Europy, tam gdzie jak mniemał będzie bezpieczniej, gdzie mutanci będą mieli jakiekolwiek szanse na godne życie. Jedyne co mi po nim pozostało to brak strachu o to, że nieświadomie kogoś skrzywdzę i złoty zegarek. „Chciałem dać go mojemu synowi, ale… Wiesz jak jest, Frankie.”
Znalazłem pracę w jakiejś fabryce. Nie wymagali wiele, ważne że byłeś zdrowy i skory do pracy. Nie płacili dużo. 26 maja 2003 roku, tydzień po wyjeździe pana Steele do Europy, zszedłem do zadymionej piwnicy, pośrodku której stała obskórna klatka, której znajdowało się coś co miało wyglądać jak ring do walki. To była pierwsza moja noc w ringu, pierwsze wygrane pieniądze. Psie pieniądze, ale zawsze coś. Walki odbywały się dwa razy w miesiącu, przewijały się tu różnorakie stworzenia. Zmiennokształtni, żywe pochodnie, ludzie tacy jak pan Steele, telepaci, telekinetycy. Wszyscy starali się wygrać. Jedni próbowali zastraszać przed walką, inni wyraźnie dawali Ci do zrozumienia, że wygrają i już możesz się poddać. Cóż… Przyjemnie wycierało się nimi podłogę. Ci co mieli zbyt wiele do gadania, nie reprezentowali sobą nic w ringu. Potrafiłem ostro oberwać, wygrać bez nawet drobnej zadyszki lub mieć bardzo wyrównaną walkę. Za zarobione pieniądze kupowałem jedzenie, odnowiłem nieco nasze mieszkanie, a moja matka w końcu mogła odstawić pracę na bok. Nie wiedziała co robię, myślała że te wszystkie rany są z pijackich bójek kiedy to wybierałem się do pubu. Wiedziałem, że nie byłaby zadowolona. „Im mniej wiesz tym lepiej śpisz, Frankie.” Przepracowałem w fabryce jedenaście lat. Jedenaście lat walczyłem w nielegalnych walkach, wszelkie pieniądze przeznaczając na lepsze życie moje i mojej matki, oraz odkładając nieco na czarną godzinę. W końcu wiedziałem, że nie będę mógł tego robić całe życie – albo w końcu zamkną tę budę albo ktoś mnie zabije. Byłem tego świadomy, w końcu to był sport bez zasad. Jednocześnie cały czas starałem się odkrywać co takiego jeszcze kryje w sobie moja moc, na jak wiele mogę sobie pozwolić bez uczucia zmęczenia czy protestów ze strony mojego ciała. 18 listopada 2014 roku rząd zrobił nagonkę na piwnicę, w której odbywały się walki. Większość albo wywęszyła, że coś jest nie tak i spieprzyła zanim zrobiło się gorąco, zginęła w walce lub tak jak ja została złapana i zabrana do jednej z wielu siedzib organizacji. Nie walczyłem, nie szarpałem się. Widziałem jak jednego chojraka już uraczyli kulką między oczy, a mnie taki los nie kusił. Byłem szczerze rozbawiony widząc ich zaskoczenie gdy podniosłem ręce do góry w geście poddania się. Chyba nie spodziewali się, że ktoś pójdzie z nimi po dobroci. Miałem jakieś wyjście? I tak by mnie znaleźli, w końcu to rząd. Poddali mnie różnym badaniom i testom, o nazwach, które zapomniałem pięć sekund po tym jak mi je przedstawili. Serio, kto wymyśla te skomplikowane nazwy? Cały czas byłem grzeczny, nawet na chwilę nie narzekając na ból. A bolało jak cholera, w tamtej chwili dziękowałem tym dniom spędzonym na treningach bo gdyby nie to, nie wiem czy zniósłbym to tak dobrze. W końcu posadzili mnie przed biurkiem, oczywiście wcześniej zakuwając w kajdany i racząc specjalną obrożą. Dziwiłem się tylko, że osoba która się za nim znajdowała na pytanie czy strażnicy mają zostać, kazała im się wynosić i że sobie poradzi. Nie żebym coś planował, ale rozsądek raczej nakazywał… A z resztą. Dostałem propozycję, jedną z tych nie do odrzucenia. W zamian za moją bezwzględną lojalność i posługę do końca moich dni, rząd obiecał zająć się moją matką w każdym możliwym sensie, poczynając od finansowego na zdrowotnym kończąc. Kurde no same plusy, gdzie jest haczyk? Ciągłe zagrożenie życia. No normalnie coś co kocham i uwielbiam. Poza tym jeszcze bycie wiernym i lojalnym pieskiem, nie odmawiającym swojemu dowódcy, i wiecznie zamkniętym w tych przepięknych koszarach. Co by się stało gdybym odmówił? W najlepszym wypadku wąchałbym kwiatki od spodu.
- Damy Ci czas do namysłu, pewnie chcesz się z tym przespa- urwał widząc, jak intensywnie się w niego wpatruję. Pewnie zastanawiał się czy rzucam mu wyzwanie i zaraz spróbuję na niego rzucić w szaleńczej próbie ucieczki.
- Na kogo mam szczekać, generale?
Tylko się uśmiechnął, widocznie zadowolony z odpowiedzi.
Tak właśnie skończyłem tutaj – w tych koszarach, z tymi ludźmi. Zaczynając niczym zero – od pozycji kadeta, zwykłego członka oddziału taktycznego, powoli, bardzo powoli wspinając się po szczeblach zaufania jak i zasług aż tutaj – do stołka zastępcy dowódcy. Muszę przyznać, że nawet jeśli jedyne niebo jakie widzę to to jakie pozwala mi oglądać generał, nawet to wszystko polubiłem. Miałem jakieś wyjście? Jeśli to zapewni bezpieczeństwo mojej matce, mogę być bezmózgim wiernym psem całe swoje życie.
charakter
Niegdyś młody, niepokorny chłopak, który śmiało mógł walczyć o tytuł najbardziej upartego stworzenia na świecie z samym osłem. A teraz? Najwidoczniej pokora przychodzi z wiekiem. Twierdzi, że wyrósł już z bycia buntownikiem i akceptuje obecny stan rzeczy. Dla niego walka o lepsze traktowanie mutantów była już jak walka z wiatrakami, to było oczywiste, że ludzie będą się bać, badać, niektórzy zabijać i zostaną fanatykami „czystych genów”. Jest odrobinę wygodnicki i leniwy, w końcu skoro jemu i jego rodzinie jest dobrze, to po co narzekać i niepotrzebnie rozlewać krew? Tu właśnie wychodzi wielka skaza na jego charakterze – gdy w grę wchodzą pieniądze i dobro jego rodziny jest gotowy sprzątnąć kogo trzeba, dlatego tak szybko przyjął propozycję rządu. W końcu jedyne co musiał robić to być potulnym pieskiem, jednocześnie mając zapewnione wyżywienie, dach nad głową i wsparcie dla rodziny, chociaż sam nie jest do końca pewny, czy ta obietnica została spełniona.
Jest do bólu szczery, chociaż większość swoich komentarzy woli przemilczeć niż mieć jakiś wyjątkowo niepotrzebny zatarg z kimś – a co dopiero, z którymś z przełożonych. Wobec nich stara się być zawsze potulnym i grzecznym pieskiem, wiernym i lojalnym, takim który nigdy nie gryzie ręki, która daje mu jeść. Przy pracy z podopiecznymi bywa ostry, rzeczowy, ale zawsze stara się jak najlepiej pomóc im przy rozwijaniu ich umiejętności. „Ja już się niczego nie nauczę, ale ty jeszcze możesz.” Często zdarza mu się „tatuśkować” młodszym i dopiero przybyłym kadetom; zdarzało mu się nawet żartobliwie wysyłać niektórych „do spania”. Jest dobrym słuchaczem i potrafi dotrzymać tajemnicy, ma też dużo cierpliwości co zdecydowanie ułatwia mu „oswajanie” nowych i zdobywanie ich zaufania. Sam nie obdarza nim jednak tak łatwo, żyje w przekonaniu, że najpierw musi kogoś lepiej poznać i wiedzieć co nim kieruje, zanim powie mu jak łatwo wbić mu nóż w plecy.
Nie obnosi się z emocjami, ale również nie ma wiecznie pokerowej twarzy – uśmiecha się, marszczy brwi albo rysy jego twarzy wykrzywiają się w jakimś grymasie. Stara się podchodzić do wszystkiego spokojnie, bez nerwów, dokładnie obmyślając wszystkie za i przeciw, chociaż w chwilach gdy chodzi o życie kogoś z oddziału potrafi reagować impulsywnie i pod wpływem emocji, ale stara się ograniczać samobójcze wyprawy w celu ratowania kogoś. Kiedy chodzi o ratowanie czyjegoś życia potrafi być wyjątkowo bezlitosny i brutalny, nie szczędząc w środkach tortur czy jakiejkolwiek przemocy. Oj zdarzało mu się siłą wyciągać informacje, łamać ludzi czy próbować ich przekonać w sposób inny niż przy kawie i przyjacielskiej pogawędce. Nie chlubi się tym, ale też nie biczuje co noc – uważa to za coś co musiało być zrobione, a skoro jeszcze nakazał tego generał to już kompletnie nie ma co podważać tej decyzji.
opis mocy
Nadludzka siła
Brzmi prosto, brzmi banalnie i w sumie właśnie takie jest. "Bozia pokarała" Franka nadludzką siłą, która objawiła się przy głupiutkiej zabawie kiedy miał 10 lat. Nie nacieszył się jednak swawolą za bardzo bo zaraz "wpadł w sidła" pana Steele, który uparł się, że go wyszkoli na tyle, że będą z niego ludzie. Pod jego okiem trenował 10 lat, pozostałą część życia trenując już na własną rękę w opuszczonych fabrykach czy na polach oddalonych od miasta na tyle aby żaden przechodzień się nie napatoczył. Moc sprawia, że czy to ręce, czy nogi, a nawet głowa, potrafią uderzyć, kopnąć lub uraczyć "barankiem" z siłą grubo wykraczającą poza ludzkie kanony; również podnosić ciężary i nimi ciskać na jakąś odległość, a także skakać "nieco wyżej" niż przeciętny człowiek.
Jest w stanie podnosić przedmioty i istoty ważące do 3 ton, bez większych trudności - wszystko powyżej 3 ton sprawia mu jednak kłopot, a gdyby zdarzyło się że by to podniósł to zdecydowanie nie mógł by tym wymachiwać ani rzucać. Właśnie - rzucanie, dzięki swojej sile jest w stanie rzucić przedmiotem na odległość nie większą niż 3 kilometry. Przy czym zarówno jak i przy podnoszeniu swojego maksimum (3 ton) jak i rzucaniu na maksymalną odległość (1km) potrzebuje od 1 do 2 postów przerwy - w przypadku podwójnego maksimum (1km i 3 ton) potrzebuje od 3 do 4 postów przerwy.
Oczywiście jego siła znajduje też zastosowanie w walce wręcz, gdzie jest w stanie bez żadnego problemu zmniejszać i zwiększać siłę wkładaną w każdy cios. Cios z całej siły, czyli taki, który posłałby niewinną ofiarę 3km do przodu, wymaga postu przerwy od całkowitego korzystania z mocy.
Natomiast co do skakania - jest to stosunkowo niedawno odkryta zdolność, dlatego jest w stanie skoczyć zaledwie 3 razy na wysokość 6 metrów w górę, po czym potrzebuje 3 postów przerwy.
ciekawostki
• Uwielbia alkohol, ale stara się go pić z umiarem. Czego niestety nie można powiedzieć o kawie - to już zdecydowanie podchodzi pod silny nałóg.
• W parze z alkoholem idą mocne, duszące papierosy, chociaż ostatnio upodobał sobie cygara.
• Po dołączeniu do oddziału taktycznego nauczył się korzystać z broni palnej, w końcu pięści to nie wszystko.
• "Jeśli nie ma drzwi - Frank je zrobi", tak, zasłynął już w oddziale jako niszczyciel ścian i drzwi wszelakiej maści. Oczywiście wszystko dopiero kiedy padnie rozkaz.
• Stara się przynajmniej dwie godzinny dziennie poświęcać na trening na siłowni czy po prostu podnosząc ciężkie przedmioty, aby jego ciało się nie rozleniwiło i dalej pozostawało wytrzymałe.
• Jest mistrzem walki wręcz ale w tym najklasyczniejszym stylu - boks, chociaż jego styl powoli zaczął przejawiać jakieś ślady ulicznego stylu walki gdzie wszystkie chwyty dozwolone. W końcu przeciwnik nie zrezygnuje z ciosów poniżej pasa bo tak nie wypada, czyż nie?
• Jako tako zna się na gotowaniu, ale niestety nie ma zbytnio okazji tego zaprezentować.
• Spec od brutalnych tortur, zaczynając od łamania palców, idąc przez wyrywanie paznokci, a kończąc na rzeczach o których strach wspominać.
• Ma spory próg bólu, chociaż nie jest pewny czy to samo tyczy się tego psychicznego.
• Nawet lubi szkolić innych w dziedzinach walki wręcz i chętnie służy wsparciem gdy ktoś chce potrenować lub odkryć nowe tajniki swojej mocy.
• Jeśli słucha muzyki to wyłącznie klasycznej.
• Kocha orzechy laskowe.
• I zapach lawendy również kocha.