To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

downtown seattle - Główna ulica

Samantha Bartowski - 2018-03-13, 18:07

Widać pech wciąż postanawiał mnie prześladować. Miałam wrażenie, że od końca stycznia złe fatum nade mną ciążyło. Utwierdzałam się w tym przekonaniu właśnie w tej chwili, gdy Ricky pomogła mi okrążyć tę nieszczęsną scenę.
Postronnych obserwatorów już dawno wywiało z centrum wydarzeń i nie można było mieć wątpliwości, że ci, którzy zostali - byli mutantami lub ich przeciwnikami. Co najgorsze - dostrzegłam tu kilka znajomych twarzy. Między innymi też Alison...
W mojej głowie wciąż pojawiały się prześwity wydarzeń z polany - ci przeklęci żołnierze porywające bezbronne osoby, padające strzały, palący wrogów Aaron...
Miałam to nieszczęście, że na własne oczy byłam w stanie dostrzec ten wybuch w jego dłoni, który zapewne nie był planowany. Nie wyglądało to na to, by to miało tak wyglądać. Już chciałam się ruszyć, podbiec tam, zrobić cokolwiek... Tylko niby co, skoro wciąż byłam niesprawna?!
Miałam jednak przy sobie osóbkę, która miała znacznie większe szanse przedostać się do tego zamieszania - ba, w sumie to już się do niego wtrąciła, co byłam w stanie zauważyć. Gorączkowo więc zaczęłam szukać po kieszeniach własnej zapalniczki. Spodziewałam się, że mój bliźniak może tego teraz potrzebować...
Jeśli tylko Ricky zwróciłaby na mnie swoją uwagę - przekażę jej to przeklęte urządzonko zapalające, z prośbą, by wspomogła Aarona. W końcu... To był nie tylko mój brat, ale i jej przyjaciel. Byłam niemal pewna, że Roseberry tego nie zignoruje.
Jeśli jednak nie doczekam się nawet odrobiny uwagi od swej partnerki, zapewne spróbuję jakoś dorzucić ten mały przedmiot jak najbliżej Bartowskiego.
Najgorzej jednak czułam się z faktem, że... Nie mogę zrobić nic więcej. A wszystko przez te cholerne kule. Zaczęłam się rozglądać nerwowo po okolicy, i chyba gdzieś w tłumie dostrzegłam dziwnie znajomą blond grzywę, należącą do dziwnie znajomej buźki. Co prawda... Nie miałam jeszcze okazji oglądać wybranki serca Młodego na żywo, jednak po samych zdjęciach byłam już niemal pewna, że ta panienka ze strużką krwi pod nosem musi nią właśnie być.
Wiem, że nie mogłam zrobić wiele. Ostatni raz obróciłam się w stronę Ricky, posyłając jej spojrzenie mówiące mniej więcej tyle, co "działaj". A sama starałam się zbliżyć do tego tłumu, by w miarę swoich możliwości pomóc tej niewieście, która tak usilnie starała się z niego wyjść...

Shivali Nyberg - 2018-03-13, 21:51

Kiedy później Shivali próbowała sobie przypomnieć co się wtedy właściwie wydarzyło, nie była w stanie. Wymieniłaby krzyki paniki, odgłosy wystrzałów, dziwne urządzenia i coraz bardziej przerzedzający się tłum. Gdzieś wśród tego wszystkiego była Tori, która próbowała jakoś ogarnąć ten cały chaos i je stąd wyprowadzić. Właściwie, tego Shiv też za bardzo nie pamiętała. Po prostu Victoria była gdzieś obok i to się liczyło.
Nie miała pojęcia jak długo tu były, jak daleko miały jeszcze do przejścia i od jak dawna próbowały się stąd wydostać. Shivali trwała w tym swoim otępieniu, nie do końca zdolna zarejestrować co się dzieje dookoła niej, aż w końcu nie zobaczyła jej. I to zobaczyła naprawdę, to nie było dzieło jej mocy. Ona tutaj fizycznie była, tak blisko...
Ze swojego miejsca nie była w stanie dużo zobaczyć, zasłaniała jej jakaś kobieta i dziwna machina, ale to musiała być ona. Shiv to po prostu czuła. Była daleko, ale mogłaby przysiąc, że widziała krew na jej włosach. Zraniła się kiedy upadła na ziemię? Jakoś nie była w stanie przyjąć do siebie myśli, że może, może to właśnie był ta rana... A sama Lizzie...
Drgnęła jak poparzona na tę myśl, nagle odzyskując jakąś siłę i choć trochę trzeźwości myśli. Zerwała się w kierunku robota i Cassandry. Musiała jej pomóc. Musiała coś zrobić, pomóc komuś, jakoś to wszystko naprawić. Tu było zbyt dużo przerażającego, obrzydliwego zła. Musiała to jakoś zmienić, sprawić żeby było chociaż odrobinę lepiej.
- Musimy jej pomóc - powiedziała nieco bełkotliwie, nie wiedząc nawet kogo właściwie miała na myśli. - Musimy... Musimy coś zrobić.
Co jeśli to ta maszyna zabiła ją? Przeszedł ją jakiś dziwny dreszcz pełen obrzydzenia, ale i... wściekłości. Co jeśli to było właśnie to całe źródło niesprawiedliwości i okrutnej, bezmyślnej przemocy? Dlaczego oni to w ogóle zaczynali? To był pokojowy marsz, na którym zamordowano niewinne, bezbronne dziecko.
- HEJ! WY! - zaczęła wrzeszczeć, odgrażając się pająkowi na Cassandrze, a jeśli jakieś drony kręciły się w okolicy, to im pewnie też. Jeśli na ziemi leżał jakiś kamień albo zgubiony, twardy przedmiot, to rzuciła nim w robota. - JESTEŚCIE MORDERCAMI! DLACZEGO WY TO ROBICIE? NIE MACIE SUMIEŃ? NIE MACIE WSTYDU? JESTEŚCIE OBRZYDLIWI! TAK, DO WAS MÓWI?! BRZYDZ? SI? WAMI!

Victoria Johnson - 2018-03-13, 23:54

Praktycznie targała ze sobą Shivali w stronę wolności. Trzymała ją w talii i prowadziła przed siebie, a zadanie miała trochę ułatwione, bo tłum przynajmniej w tym miejscu się przerzedził, a Shivali nie stawiała oporów. W ogóle nic nie robiła; Tori miała wręcz wrażenie, że prowadzi, a przynajmniej stara się prowadzić ze sobą bezwolną kukłę. Cienie, które przysłoniły na chwilę słońce też nie zwiastowały niczego dobrego, dlatego Vika już miała przyspieszyć... Tylko, że w tym momencie jej wysiłek i próby okazały się kompletnie bezcelowe, a w bezwolną kukłę, którą miała przy sobie, ktoś tchnął życie.
To nie tak, że Vika nie odczuwała emocji Shivali i że rzeczywiście miała ją za tę całą kukłę. Nie, Johnson doskonale zdawała sobie sprawę z ogromu bólu, który odczuwała jej przyjaciółka. Ale to nie był czas ani miejsce, by sobie z tym radzić. Stąd należało się jak najprędzej ulotnić, nim ktoś wpadnie na pomysł, by wezwać posiłki. Albo już zostały wezwane - na ich miejscu Tori dokładnie to by zrobiła w momencie pierwszego wystrzału, który dosięgnął polityka. Ale w Shivali nagle wstąpiły jakieś nowe siły i zwyczajnie wyrwała się z podtrzymujących ją rąk Victorii. Amerykankę aż zmroziło; teraz to nie tylko była pustka i żal, teraz był wszechogarniający ból i gniew, i... nienawiść, które odczuwała na połączeniu. Za mocno, za mocno. Victoria w postępie geometrycznym traciła spokój, który był jej tak niezbędny. Zabawne, prawda? Potrzebowała go, by świadomie przywoływać i kontrolować swoją moc, ale to właśnie ból, gniew, nienawiść i smutek połączone w wielkim kotle wyzwoliły jej moce za pierwszym razem.
- Shivali, nie! - krzyknęła za nią i lekko poruszywszy głową na boki, by się otrzeźwić, puściła się za nią biegiem. Zatrzymała się przy niej, to przecież nie było jakoś daleko, i już miała złapać ją za rękę, by ponowić ciągnięcie ją z powrotem. Już miała mówić, że nic tu po nich i że żadna z nich nie jest w stanie w niczym pomóc, że mogą tylko zaszkodzić... Problem w tym, że i ona spojrzała na to, co starała się do tej pory ignorować. Zobaczyła pająkopodobne maszyny, leżących ludzi, martwe dziecko w ramionach jednej z kobiet, pistolety wymierzone w głowy, walkę, Boże, zobaczyła nawet Sahira.
I poddała się tym emocjom wysyłanym jej przez Shivali, tym samym, które starała się zagłuszyć, by mieć nad sobą jeszcze jakąś kontrolę. Ba, jej własne emocje podbiły to, co czuła teraz Shiva. Nie czuła już spokoju, jedynie skłębione złe emocje, które wyciągały do niej swoje macki z głębin. Victoria złapała się za głowę, jakby przeszyła ją naprawdę mocna migrena - i to był ten moment, kiedy straciła panowanie nad swoją mocą. Opadła na okolicę niczym całun na martwe ciało złożone w trumnie. W bardzo dużej trumnie.

Seth Ambrose - 2018-03-14, 21:33

Czy wspominałem wam już może o tym, że nasz anty bohater jest pracoholikiem? Jeżeli nie to chciałbym was za to bardzo przeprosić. Jak już się domyślacie, Ambrose jest tak mocno uzależniony od swej roboty, jak dawniej od alkoholu. Wystarczy spojrzeć na jego twarz. Szeroki uśmiech odsłaniający światu jego śnieżnobiałe zęby wydaje się z każdą upływającą sekundą co raz bardziej poszerzać się. Normalne to na bank nie jest, ale czy przywódca D.O.G.S jest normalny? Zdecydowanie nie! Kolejne komunikaty wydawały się napawać jego mroczną duszę, zaś jego mózg produkował na poczekaniu co raz to nowsze plany i strategie. Wiedział, jak należy rozegrać nową rundkę "pokera", tak aby upiec dwie pieczenie na jednym jakże wielgachnym ogniu. W tymże celu lewą wolną dłonią dobył swój telefon, gdzie przy pomocy trybu rozpoznawania mowy wybrał numer do swej asystentki.
- Zośka masz okazję wyrwać się z naszej mobilnej bazy. Zapraszam cię w okolicę ceny. Zabierzesz świadka zdarzenia na przesłuchanie. I to szybko. - oznajmił, po czym spojrzał na stojące przed nim kobiety. Ta druga, która postrzeliła mutantkę chciała się oddalić lecz nic z tych rzeczy.
- Oj nie moja droga. Jeszcze poświęcisz mi swój czas. Musisz złożyć zeznania, a później kto wiem może jakaś kolacja z ewentualnym śniadaniem? Hmmm.... a ty Vandom masz ogromnego farta. Jest dla ciebie szansa na oczyszczenie z zarzutów. Wystarczy, że pójdziesz razem z nami do mojej siedziby i tam uzgodnimy naszą współpracę. W sumie nie masz wyjścia. Jeden fałszywy ruch i ta oto Ślicznotka zasmakuje twojej krwi. - wskazał przy tym swoim wzrokiem na trzymaną w dłoni broń.

Amy Vandom - 2018-03-14, 22:31

To były jakieś cholerne jaja! Powoli coraz bardziej się wkurwiałam. Mimo, że nie należę do osób jakże mocno stabilnych emocjonalnie, to na pewno szkolenie wiele mi dało i w samych zakresach pracy staram się być profesjonalistką i korzystać z dobrych rad wykładowców. Także i w ty przypadku, przypomniały mi się podstawowe zasady jednego z moich dowódców "Gdy terrorysta wydaje rozkaz, lepiej go wykonać i oczekiwać na dogodny moment". Wszystko bym zniosła, naprawdę, ale mierzenie do mnie z broni?! No to już kurwa przegiął! Całe szczęście, że nie strzelił, bo rehabilitacja kolana trwa bardzo długo, a niestety potrzebowałam pracy, aby jakoś funkcjonować. Na dodatek te dziady wydali na mnie wyrok, na mnie! No szlag mnie omal nie trafił, choć nie pokazywałam tego, tylko dość mocno zaciskałam wargi. Ten z DOGSów miał się za nie wiadomo kogo. Oczywiście, rozumiałam, w jakim żyjemy świecie, ale czemu panuje aż taka niesprawiedliwość? Ta mała nie musiała zginąć. Równie dobrze, mogli ją nauczyć kontroli. A zresztą, gdyby któryś kretyn nie zastrzelił polityka, to to dziecko w ogóle nie straciłoby kontroli ze strachu. Sceny które rozgrywały się za moimi plecami, były dość istotne, słyszałam krzyki. JESTEŚCIE MORDERCAMI! DLACZEGO WY TO ROBICIE? NIE MACIE SUMIEŃ? NIE MACIE WSTYDU? JESTEŚCIE OBRZYDLIWI! TAK, DO WAS MÓWI?! BRZYDZ? SI? WAMI! Nie potrafiłam przetrawić tych słów. Zamknęłam oczy i próbowałam opanować nerwy by nie palnąć czegokolwiek wbrew sobie. Przecież nie po to tu byłam wysłana, nie taką składałam przysięgę.
- Po pierwsze to nigdzie z tobą idę. Po drugie to nie boję się wyroku, bo nie jestem tchórzem i znam zasady. Nie użyłam broni ani środków przymusu bezpośredniego. Znam sobie prawa. - pozwoliłam sobie to powiedzieć bardzoooo spokojnym głosem, wręcz za spokojnym jak na moją osobę. Opuściłam nawet ręce i wskazałam jedną na scenę odgrywającą się za nami.
- Widzisz co narobiłeś? Ty i te twoje pajączki. Gdzie się podziało twoje sumienie? Tak samo byś potraktował swoich bliskich, gdyby okazali się inni nie z własnej winy? - chciałam mu dać do myślenia, choć wiedziałam, że psycholom się nie przemówi do rozsądku. Mają własny kodeks, własne zasady i myślą tylko i wyłącznie o jednym celu. Powinnam teraz spindalać, a jednak mimo wszystko nadal tu stałam jak osiołek na muszce kolesia, który ewidentnie chciał mieć na mnie jeszcze większego haka poprzez ukrycie mojej osoby przed władzami. Jaki byłby efekt? A no tylko jeden - Policjantka niby wspierająca terrorystów uciekła i ukrywa się, ewidentnie miała coś z ty wspólnego i z mutantami . Dlatego nie ucieknę i nie przyjmę jego propozycji. Nie zniosłabym patrzenia w lustro na siebie, robiącą takie rzeczy jakich on się dopuszcza.
- Chcesz to mnie zastrzel, ale na chwilę obecną mam ważniejszą robotę. Ci ludzie potrzebują pomocy. Wycofaj te swoje stworki, bo narobisz tylko więcej szkód, a później sobie rób co sobie chcesz, byleby ludzie mogli odejść stąd, a ranni trafić do szpitala. - nie mogłam więcej mówić, bo przecież już i tak mi opanowanie wariowało jak huśtawka. Raz miałam ochotę mu przypierdolić, a innym razem po prostu zamienić się w dym i ratować własną dupę. Nie potrafiłabym tak, naprawdę. Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że nie mogę w dalszym ciągu robić tego co robię, a zarazem, że każde wyjście do sklepu może być monitorowane. Czy wspomniałam już o tym, że w krótkofalówce pojawił się i kolejny komunikat? A no właśnie, w tamtym momencie miała m iście szatański uśmieszek. Z wielką satysfakcją patrzyłam, jak suka, która najpierw dziękuje za pomoc teraz musi zostać i się stawić na zeznaniach ups!.

Ricky Roseberry - 2018-03-15, 10:24

Męczące, tak bardzo mnie męczyło utrzymywanie tarczy, ale musiałam ją trzymać zwłaszcza w momencie gdy zobaczyłam, że ten facet wyciąga broń. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym jak o tym że trzeba ratować innych. To był mój obowiązek, no dobra może nie do końca, ale jednak lubiłam tego chłopaka, nawet gdy mało rozmawialiśmy. Gdy pociski odbiły się od tarczy odetchnęłam i przez chwilę wpatrywałam się w obcego. Nie miałam ochoty jednak niczego innego robić zwłaszcza, że zobaczyłam Aarona, którego właśnie wybuchła.. no właśnie co mu wybuchło? Ręka? Przeraziłam się nie na żarty, ale po chwili gdy zobaczyłam co robi Sami domyśliłam się, że Aaron nie ma zapalniczki, a to był problem. I to dość spory problem. Podtrzymując nadal swoją tarczę złapałam szybko zapalarkę i kiwnęłam potwierdzająco do Sami. Odwróciłam się od niej i szybkim krokiem udałam się w stronę mojego przyjaciela, który w tym momencie chociaż nie wiem jak bardzo by się wypierał, potrzebował pomocy.
Wręczyłam mu zapalniczkę i rozejrzałam się. Nie podobała mi się ta cała sytuacja. Było.. Za cicho? Jeśli można to tak nazwać. Tylko kilku przeciwników mieliśmy do eliminacji, więc na pewno zaraz zjawią się ich kompanie, a tego bym nie chciała. Może i miałam na tą chwilę łatwiejszą sytuację, by bronić naszych, ale ludzie nadal gdzieś tam byli i wrzeszczeli uciekając. Nie podobało mi się to, ale nie mogłam teraz się rozkojarzyć, bo tarcza nadal gdzieś tam była i pilnowała nieznajomego, gdyby chciał strzelić po raz kolejny. Spojrzałam na niego i spróbowałam wyeliminować go z gry okrążając go moją tarczą dookoła, żeby nie miał możliwości zrobienia czegokolwiek.

Lucas Hope - 2018-03-15, 14:17

Ten pajączek był jakiś chory. Obejrzałem się i widząc kogoś kto zmierza w kierunku tego powtórka i kobiety postanowiłem sobie odpuścić. Noga bolała mnie jednak nie zamierzałem się nad sobą rozczulać. Ruszyłem najszybszej jak mogłem na zachód przy okazji uważając by się nie przewrócić. Na mojej twarzy był widoczny strach a ręce drżały niekontrolowanie. Pierwszy raz w życiu widziałem tyle okrucieństwa i nie miałem zamiaru już tu przebywać. Miałem zamiar wydostać się stąd nawet jeśli miałbym użyć swojego głosu na wszystkich stojących najbliżej ludziach. Nie nastąpił jednak jeszcze ten moment.
Zoella Oaks - 2018-03-15, 18:03

Sytuacja była koszmarna, a ja siedziałam jak ta skończona, pierdolona idiotka, w tej cholernej, zasranej ciężarówce. Dlaczego tak starannie wykonywałam rozkazy? Ja pierdole! Chodziłam w miejscu, trzęsąc się ze złości i bezsilności, wpatrując się w monitory, skąd widziałam wszystko, co się działo. Pajęczaki wprowadziły zamęt, a w centrum tego wszystkiego wciąż dostrzec mogłam kobietę z martwą, maleńką dziewczynką na rękach. Nie mogłam znieść tego widoku... Nie mogłam... Widziałam, kto ją zastrzelił, a domyślałam się, że nikt z tym nic nie robił, absolutnie nic... Kurwa, jak tak można było? Ona celowała do dziecka, małego, maleńkiego dziecka.
Miałam dość tych wszystkich pierdolonych rozkazów. Naprawdę, miałam ich dość po dziurki w nosie.
Przeładowałam pistolet i wyszłam z ciężarówki, biorąc głęboki oddech i starając się skupić na tyle mocno, by odnaleźć umysł strzelającej kobiety. W krótkofalówce, którą wzięłam ze sobą z ciężarówki, slyszałam wezwanie. Poszukiwania szatynka z bronią. Okej, to mogłam to zrobić oficjalnie?
Świetnie.
Weszłam w tłum, przepychając się przed siebie i szukając jej we wszystkich umysłach, które mnie otaczały. Bolała mnie głowa, ale starałam się nad sobą panować, bo nie moglam pozwolić morderczyni na spacerowanie na wolności.
No i wtedy to zadzwonił do mnie Seth, a ja nawet mu nie odpowiedziałam, tylko skupiłam się na jego myślach...
Musisz złożyć zeznania, a później kto wiem może jakaś kolacja z ewentualnym śniadaniem?
Co ten pajac mówił? Mówił do tej kobiety, która postrzeliła dziewczynkę... Ruszyłam biegiem, i już po chwili byłam przy nim.
- Myślę, że grozić, to powinniśmy morderczyni. - powiedziałam, stając przy nich (Seth, Amy, Louanne) i celując z broni do Louanne.

Cassandra Gardner - 2018-03-15, 18:44

Choć minęło już naprawdę sporo czasu, odkąd... Odkąd... Odkąd... Nadal nie potrafiła tego do siebie dopuścić, równie dobrze mogąc teraz zwyczajnie zniknąć, zapaść się pod ziemię, byleby nic nie czuć, o niczym nie myśleć... Fakt faktem, kolejne minuty mijały wręcz w szalonym tempie, sprawiając, iż Cassandra tylko jeszcze bardziej się gubiła. Choć od samego początku była świadkiem wszystkich tych wydarzeń, czuła się zupełnie niczym ktoś, kogo nagle i bez ostrzeżenia wrzucono w ich ciąg. Co miała zrobić? Dała się temu porwać, dalej niewiele rozumiejąc i - musiała przyznać - wcale nie chcąc zrozumieć.
Czuła tylko ciężar robota, którego nóżki wbijały jej się w skórę, ale w gruncie rzeczy dosyć niewiele ją to teraz obchodziło. To nie było tak ciężkie do udźwignięcia jak świadomość, że zawaliła. Totalnie, kompletnie, bezpowrotnie, nie do naprawienia. Oczywiście, dla własnego dobra, najprawdopodobniej musiała przyswoić to w jak najszybszy sposób, ale po prostu tego nie robiła. Zupełnie tak, jakby straciła całą motywację ku temu.
Naturalnie, nie mogła w całości odciąć się od tego wszystkiego, co ją otaczało. Doskonale słyszała wrzaski, jęki, okrzyki złości, wulgaryzmy i obelgi płynące od osób, których głosy kojarzyła lub które musiały być jej nieznane, tylko... Autentycznie jej to teraz nie obchodziło. Walczyła praktycznie przez całe życie, a ostatnie ciosy od losu - nie tylko śmierć Lizzy, lecz większość zdarzeń, jakie miały związek z tym przeklętym Bractwem - sprawiły, że najzwyczajniej w świecie się poddała. Nie spoglądając nawet w górę, zamknęła oczy. Potrzebowała ciszy. Głębokiej, pustej ciszy, ale ta nie nadchodziła.

Aaron Bartowski - 2018-03-15, 20:56

Zwycięstwo. Dron D.O.G.S. poległ, ale nadal nie mogłem spocząć na laurach, szczególnie że nie miałem obok siebie Alby, z którą mógłbym świętować to niewielkie zwycięstwo. Mimo wszystko jednak poczułem nieznaczną ulgę, która umknęła sobie gdzieś, kiedy poczułem znajomy, piekący ból w prawej dłoni.
- Niech to szlag – wymknęło mi się spomiędzy warg coś raczej delikatnego w słowach w przeciwieństwie do paskudnych przekleństw, choć nadal bardzo szelestnego i niezadowolonego. Machnąłem dłonią, by te resztki zapalniczki, które nadal ściskałem, opadły sobie na ziemię. Będę musiał później to opatrzyć, cholera. Znów będę szedł w łaski Matyldy, a ona dalej będzie strugać księżniczkę. Chuj tam! Musiałem odszukać Albę, bo to teraz było ważniejsze od mojej dłoni.
Obróciłem się nawet, by ją namierzyć swoim spojrzeniem. Szukałem jej wśród tłumu… Chyba ona miała większe szanse dostrzec mnie, bo niechybnie byłem wyższy i bardziej charakterystyczny. Cholera! Pewnie też wpadłem w oko niejednemu D.O.G.S.’owi. Parszywie. Choć to potwierdzało to, że powinienem czym prędzej odszukać Albę i Sam, a potem się z nimi stąd zwijać…
Tylko że znikąd pojawiła się Ricky i plan w mordę strzelił. Chyba że to Alba znajdzie mnie… Ricks podawała mi zapalniczkę, więc musiała dostrzec tę moją ciotowatą akcję. Super.
- Ricks, nie widziałaś Sam? Uciekła stąd? Zaparkowałem niedaleko, na północ stąd… jeśli nie masz czym wrócić, aby muszę znaleźć Albę w tym tłumie – rzuciłem do niej rzeczowo raczej. Miałem nadzieję, że wie, co się dzieje z Samanthą, i że ją ogarnia. Inaczej chujnia totalna. Musieliśmy się zwijać. Natychmiast. – O, tam jest! Zabiorę ją stąd. Ty też się zbieraj. Nie możemy tu dłużej zostawać. Za dużo mocy, ludzi… Namierzą nas.
I poszedłem. Ruszyłem w kierunku Sam, ale po drodze skumałem na kogo patrzy, więc pomknąłem w kierunku Alby, by ją ogarnąć. Bałem się o nią. Chyba jej moc wymykała się spod kontroli, bo krwawiła… chyba że to ktoś ją skrzywdził, kiedy to mnie nie było tuż obok. Ta myśl, cóż, mocno mnie zabolała, dlatego zaraz otoczyłem ją ramieniem.
- Hej, misiu, wszystko w porządku? Dasz radę iść? Musimy się stąd wynosić. Wziąłbym Sam na ręce i poszlibyśmy do samochodu – odparłem do jej ucha. Widziałem już oczami wyobraźni jak to będzie z Sam i ta propozycję, ale, kurwa, nie miałem ochoty słuchać żadnych wymówek, nawet jeśli zabierałaby się, że potrafi biegać szybciej niż olimpijczyk przy tych kulach.
Aby musiałem wiedzieć, że Alba da radę iść. Wyglądała słabo.

Louanne Marie - Henning - 2018-03-15, 21:27

Zachowywała spokój, bo została nauczona, że nie warto podawać się emocjom. One nas głupią... sprawiają, że jesteśmy podatni na atak. Obserwowała wszystko co się dzieję. Zastanawiając się czy Bill już się ulotnił. Nawet sama zamierzałam odejść robiło się tutaj za gorąco. Zbyt wielu mutantów w tym innych nie przyjaciół. Jednak zatrzymały ją słowa mężczyzny.
- Zeznania? Oczywiście nie ma sprawy, a co do reszty to się zobaczy - powiedziała do mężczyzna. Co prawda miała męża ale czego oczy nie widzą temu sercu nie żal. Po za tym wolała mieć w tym mężczyźnie sojusznika niż wroga. Skoro.o wrogach mowa ich trójkąt powiększył się w czworokąt. Na dostatku kobieta zaczęła mierzyć do niej bronią. [i],,Serio"[/b] przeszło jej przez myśl gdy zobaczyła broń skierowaną w swoją stronę.
- Możesz przestać mierzyć bronią jak widzisz nigdzie się nie wybieram- powiedziała do niej. Co z tego, że chwilę temu chciała się ulotnić z stąd. Jednak pracowała z policją i nie obawiała się zeznań.

Fay Murphy - 2018-03-15, 22:46

Czasem latające pingwiny zawodzą i cóż, trzeba wziąć sprawy we własne ręce. Tak było właśnie w tym przypadku, gdy krążąc dookoła Sahira, Fay doskonale zdawała sobie sprawę, że Nurzyk stanie się jego celem. Może lekko upierdliwym i generalnie mało wymagającym, ale wciąż celem. Taki był w końcu zamysł.
Problem jednak nie leżał w ptaku. Jeśli umrze, wiadomo, będzie to dla Fay przykre, bo nigdy nie chciała wykorzystywać zwierzaków w tak okrutny sposób, jak jakieś mięso armatnie. Jednak teraz... chciała coś zrobić, chciała pomóc, a to był najszybszy sposób. Sęk tkwił w tym, że nie mogła pozwolić sobie na śmierć w jego ciele. Aż za dobrze pamiętała ból głowy, który się z tym wiązał, strach i smutek temu towarzyszący, na który w obecnej sytuacji nie mogła sobie pozwolić. Dlatego gdy tylko oczami Nurzyka zobaczyła, że mężczyzna szykuje się do ataku, wycofała się. W ułamku sekundy zerwała połączenie i wróciła do swojego ciała, znowu mając przed oczami widok na klatkę schodową.
Drugiego Nurzyka po prostu nie miała serca skazywać na pewną, bezsensowną śmierć. Widziała, co się dzieje i nie uważała, żeby mały ptaszek mógł cokolwiek zmienić. A ona? I to w dodatku z bronią? Już prędzej.
Dlatego postanowiła wyjść z ukrycia. Wypuściła Nurzyka na wolność, schowała rewolwer za pasek spodni i ruszyła schodami w dół, prosto do wyjścia na ulicę, na której rozgrywała się cała akcja. Nie miała żadnego planu, więc pewnie będzie próbować dostać do tamtej grupki. Bo w końcu gdzie największe tarapaty, tam i jej nie może zabraknąć, prawda?

Alison Blake - 2018-03-16, 01:04

Coraz więcej osób podbiegało do leżącej Cassandry i ciała Lizzy. Chyba ciała bo dziecko nie wydawało z siebie żadnego odgłosu choć Alison nie miała czasu, żeby sie przyglądać. Wciąż było dużo pająków, wciąż ktokolwiek strzelał nie został unieszkodliwiony. Niebezpieczeństwo w żadnym wypadku nie minęło. Cały czas martwiła się o Sammie, końcu kto wie kto się tam zakradł w międzyczasie i czy właśnie nie zaczął strzelać. Na razie jednak nie mogła nic zrobić. No może poza powstrzymanie Shivali, żeby nie wpadła w jeszcze większą histerię. Najchętniej pozbyła by się pająka z nogi Cassandry, wiedziała jednak na tylke, że jej moce nie są wystarczające by tego dokonac. potrzeba zapewne więcej niż uderzanie lodową powierzchnią.
-Ej, ej. Uspokój się. Znajdź kogoś i zabierzcie ją stąd. Ona nie może tutaj zostać w tym stanie. Będe was osłaniać powiedziała w kierunku Shivali i innych, którzy zaczeli się tutaj gromadzić. Jej rolą było narażanie życia by chronić innych. I to właśnie miała zamiar zrobić. Wytworzyła kolejną lodową kulę i czekała na pojawienie się jakiegokolwiek nieprzyjaciela.

Leon Hawthrone - 2018-03-16, 10:02

Chłopak wziął głęboki wdech i podniósł się na równe nogi, i zaraz potem poczuł się trochę lepiej. Tak, jakby zaczerpnięcie tchu samo w sobie miało jakieś magiczne właściwości i z miejsca dodało mu siły. Albo po prostu tak mu się wydawało, odkąd był w stanie stanąć o własnych nogach. Buzująca w nim wściekłość i złość, poirytowanie, klasycznie nasilały jego moce. Zlokalizował wzrokiem natrętnego psa i już miał się zbliżyć do niego, kiedy w następnym momencie zaatakowały go dwa nurzyki. Automatycznie rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie zobaczył Murphy. Niemniej, skoro byli tu jej guardianie, to musiała być tu gdzieś i ona.
Nie dość, że służbista, to jeszcze dupek. - przemknęło mu przez myśl, kiedy zobaczył, jak facet pozbywa się nurzyków, a potem celuje do niego z pistoletu. Nie to, że tak sobie stał, oglądając wszystko co się działo wokół. Co chwila uchylał się przed strzałami, a kiedy Allison zaczął do niego strzelać, wypruł do przodu wspomagając się powietrzem i okrążył tę jego maź. A kiedy był już w odpowiedniej odległości, machnął ręką i facet poleciał kilka metrów do tyłu, jakby czyjaś niewidzialna ręka odrzuciła go jak szmacianą lalkę.

Mistrz Gry - 2018-03-16, 19:39

Czy sytuacja miała szansę stać się jeszcze gorsza?
A no, jak widać mogła.
W całych tych emocjach, nerwach, złych wydarzeniach, zaczęła się w końcu topić Victoria do której dopiero teraz zaczęła dochodzić powaga sytuacji. Złapała się za głowę, nie radząc sobie z obrazami, które właśnie przyszło jej zobaczyć i w ciągu krótkiej chwili straciła panowanie nad własną mocą, mając wpływ na osoby znajdujące się najbliżej niej: jej przyjaciółkę – Shivali, leżącą na ziemi Cassandrę oraz broniącą jej Alison. Wszystkie 3 kobiety mogły odczuć, jak ich moc zostaje zablokowana.

Cóż to? Czy stało się kolejne nieszczęście? Nyberg mogła mieć takie wrażenie, gdyż tuż po jej wybuchu, tuż po wyrwaniu się z rąk amerykanki, tuż po tym cudownym rzucie jakimś byle znalezionym butem, który zapewne spadł z nogi przerażonego uczestnika marszu prosto w robota... Straciła połączenie z jedyną osobą, która jeszcze próbowała jej tu pomóc. Straciła przez to kolejny raz nerwy, jednak może to ją w końcu obudzi? Może to przywróci choć odrobinę zdrowego rozsądku i uświadomi, że but nie jest najlepszą obroną przeciw maszynom D.O.G.S.ów?
Gdyby to jednak miało nic nie dać, reakcja maszyny powinna być wystarczającym budzikiem – bowiem ta na ostatnie ataki odpowiedziała elektrowstrząsami wydanymi w stronę blondynki, na której wcześniej zawiesiła swój wzrok...
Kto by pomyślał, że właśnie tak może się zakończyć próba obrony? Tym bardziej w momencie, gdy moc obraca się przeciw Tobie i już żadna, nawet najmniejsza lodowa kula nie chce wyjść spod Twych dłoni...
Cassandra natomiast wciąż leżała na ziemi i zdawało się, że przestaje już walczyć. Nie chciała, miała już dość. Nie robiły na niej wrażenia krzyki, hałasy, tragedie z najbliższej okolicy. To wszystko już nie miało znaczenia. Nawet te przeklęta skaleczenia na jej skórze, które przecież były niczym wobec wciąż obecnej tu śmierci...

Nasz dumny piesek D.O.G.S. Zdawał się jednak być oderwany od tego wszystkiego, mimo że przecież dołączył do samego centrum wydarzeń. Widać, jeszcze nie do końca rozumiał mechanizmy, jakie tu działały. Ot, przyszedł wykonać rozkazy. I nie specjalnie robiły na nim wrażenie obecne wydarzenia. Próbował ominąć ścianę Ricky, jednak na nic mu to się zdało. Wycofał więc swoją maź, ku sobie. I to był chyba najlepszy pomysł, bo dzięki temu zdołał skierować materię ku dużo groźniejszemu przeciwnikowi, jakim był ping... Znaczy, nurzyk. Tak, nurzyk. Na nic jednak zdały się jego próby, gdyż wyraźnie przerażona tą wizją Fay uwolniła ptaka spod swego zaklęcia, i ten zdołał zareagować bardzo szybko na zagrożenie, odlatując ku nieboskłonowi jedynie z małym obrażeniem brzucha. Zdecydowanie to jednak lepsze od śmierci, czyż nie?
Drugi nurzyk opuszczał właśnie blokowisko z naprzeciwka sceny, gdy Allison zaczął strzelać w bliżej nieokreślony kierunku. Niestety, jego kule powędrowały nie w kierunku mężczyzny, na którego cały czas polował, a w kierunku tej biednej, porażonej kobiety...
Murphy, niczego nieświadoma, zbiegła natomiast w dół klatki i znajduje się tuż przy jej drzwiach, z bronią w ręku...

Alison, nie dość, że wciąż odczuwała otępienie spowodowane zarówno utratą mocy jak i tym nieoczekiwanym elektrowstrząsem, po chwili poczuła też krew spływającą po jej ramieniu i brzuchu. Nie była jeszcze w stanie określić, co dokładnie się stało. Chyba nawet nie czuła już bólu. Pewne było tylko jedno – zdecydowanie, wypełniła swoją misję, jako ochroniarza w Bractwie. Pytanie tylko, czy nie przepłaciła za to najwyższej ceny...

Czemu jednak to się stało? Przecież jeszcze przed chwilą wszyscy widzieli, jak dziwna, niewidzialna siła odpycha moc tego żołnierza. A jednak... Teraz, nie działało nic. Ricky całkowicie straciła panowanie nad własną tarczą, prawdopodobnie zbyt pochłonięta próbą pomocy swemu przyjacielowi. Nie zdołała więc zamknąć tego pieska w idealnym kenelu. Miała jednak to szczęście, że Sahir wciąż nie podejrzewał jej o używanie nadnaturalnych zdolności. Czy zatem posłucha swego kompana i ruszy za nim?

A właśnie, gdy o Aaronie mowa, ten przyjął zapalniczkę w swe dłonie i natychmiast ruszył w poszukiwaniu swej miłości oraz siostry. Bez problemu więc wyminął Samanthę, obmyślając tylko plan ucieczki i dobijając się bez większego problemu do swej ukochanej.
Nie mogło jednak być zbyt pięknie, gdyż blondynka w ciągu chwili poczuła nagłe, jeszcze mocniejsze osłabienie. Jej własna moc ją przerastała. I stwierdzenie, że wyglądała słabo i tak było bardzo optymistyczne. Nie minęła chwila, gdy kobieta osunęła się, czując silne, bezpieczne ramiona otulające jej ciało...

Wciąż jednak na placu boju pozostał Leon, który starał się odpłacić pięknym za nadobne i próbował odepchnąć Sahira gdzieś w dal. Prócz jednak kilku mniejszych wirów powietrza, które równie dobrze można było zrzucić na pogodę – nic większego się nie działo. Sahir jednak mógł się modlić, by ktoś teraz mu strzelił supi foteczkę na pierwszą stronę gazet – jeszcze nigdy nie wyglądał tak pięknie z tak rozwianymi włosami...

Najlepsze jednak wciąż odgrywało się wśród towarzystwa, w którym względnie nie powinno być żadnych mutantów. Tam walczą, krew się leje, umierają, a tu dochodzi do propozycji matrymonialnych. No cóż... W końcu trzeba sobie jakoś radzić w tym trudnym świecie, nieprawdaż?
Resztki (nie)zdrowego rozsądku próbowały przemówić przez Amy, która starała się reszcie udowodnić swoje racje. Opuściła ręce, próbując nakierować wzrok zgromadzonych na tą sieczkę, która właśnie odbywała się za ich plecami.
Celował w nią dowódca oddziału, Seth, który z niezwykłym spokojem starał się nakłonić Vandom do zmiany swego nastawienia, jak i z sukcesem przekonał Louanne do przejażdżki do siedziby D.O.G.S. Gdyby tylko policjantka była tak samo uległa w tej sytuacji...
Nie minęła jednak chwila, gdy młoda stażystka, Zoe również dołączyła do towarzystwa – wymierzając swą broń jednak ku pani wiceprezes. Cóż... Oby tylko nie otrzymała reprymendy i nagany do akt.

A od tego wszystkie powolnym, choć sprawnym krokiem oddalał się organizator tego zamieszania – Lucas. Pójście wzdłuż ulicy wcale nie było takie trudne, gdy większość ludzi już dawno uciekła z centrum zamieszania. I zaraz... Czy to, tam przy końcu ulicy to nie jest to kochane BMW Twojego agenta?! O rany, gdyby noga nie bolała, nasz model pewnie by skakał z radości! Hope ma szansę wskoczyć do pojazdu i odjechać w siną dal, ku bezpieczeństwu. No. Przynajmniej do czasu, aż ktoś się zainteresuje z czyjej inicjatywy to wszystko w ogóle wyszło...

W podobnej sytuacji był Billy, który wmieszany w tłum odchodził coraz dalej. Czuł jednak, jak ciała innych uczestników coraz bardziej na niego napierają i jeśli czegoś nie zrobi – skończy przydeptany przez tych spanikowanych ludzi...

A gdyby tylko ktokolwiek podniósł wzrok, mógłby dostrzec, jak na dachach budynków lądują kolejne śmigłowce, a po linach spuszczają się już siły specjalne rządu... To nie wróżyło niczego dobrego...
______________________________________
Kolejny odpis MG -> poniedziałkowy wieczór.
Brak rzutu na strzał Sahira – wolą graczy trafia on w ciało Alison.
Utrata opanowania 2K20: Victoria
Utrata opanowania K20: Shivali, Lucas, Aaron
Utrata opanowania K10: Amy, Zoe


Osoby mogące opuścić teren w tym poście: Billy, Lucas → należy wyraźnie zaznaczyć opuszczenie tematu! W innym wypadku wsparcie D.O.G.S. Wciąż ma szansę na przejęcie postaci!
Nie ma już możliwości dołączenia do eventu!
Postaci, które biorą udział w evencie, a nie odpiszą do kolejnego udziału mistrza gry, otrzymają ujemny modyfikator do reakcji na rzeczy, które mogą ich dotyczyć.
Jest to ostatnia szansa mutantów na próbę wmieszania się w tłum i w miarę bezpieczne usunięcie z terenu marszu.

Rzuty:
Ukryj: 
Statystyki:
Ukryj: 

Numer porządkowy: 1
Dane: Lucas Hope
Rola: Organizator
Żywotność: 96%
Opanowanie: 63%
Inne: Syreni śpiew [3/1], modyfikator -1 do wszystkich rzutów (marznie)
Numer porządkowy: 2
Dane: Zoella Oaks
Rola: Ochrona
Żywotność: 100%
Opanowanie: 69%
Inne: Telepatia [5/3], astma wysiłkowa
Numer porządkowy: 3
Dane: Shivali Nyberg
Rola: Organizator
Żywotność: 100%
Opanowanie: 27%
Inne: Więż telepatyczna [1-9/1], boi się pożarów, modyfikator -1 (opanowanie)
Numer porządkowy: 4
Dane: Billy Sanders
Rola: Ukryty agent
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Numer porządkowy: 5
Dane: Seth Ambrose
Rola: Ochrona
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Numer porządkowy: 6
Dane: Amy Vandom
Rola: Ochrona/Policja
Żywotność: 100%
Opanowanie: 80%
Inne: Zamiana w dym [1-2/1]
Numer porządkowy: 7
Dane: Alba Delgado
Rola: Uczestnik
Żywotność: 90%
Opanowanie: 61%
Inne: Empatia [3/1]
Numer porządkowy: 8
Dane: Alison Blake
Rola: Uczestnik
Żywotność: [50]%
Opanowanie: 100%
Inne: Kriokineza [3/2]
Numer porządkowy: 9
Dane: Aaron Bartowski
Rola: Uczestnik
Żywotność: 95%
Opanowanie: 63%
Inne: Pirokineza [5-8/1-3]
Numer porządkowy: 10
Dane: Lizzy Addams
Rola: Uczestnik
Żywotność: 0%
Opanowanie: 0%
Inne: MARTWA; Opiekun [3/2]
Numer porządkowy: 11
Dane: Samantha Bartowski
Rola: Mówca
Żywotność: 90%
Opanowanie: 67%
Inne: Złamana kość biodrowa.
Numer porządkowy: 12
Dane: Cassandra Gardner
Rola: Uczestnik
Żywotność: 99%
Opanowanie: 62%
Inne: Manipulacja snami [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 13
Dane: Fay Murphy
Rola: Uczestnik
Żywotność: 90%
Opanowanie: 100%
Inne: Kontrola zwierząt [5/2]; Brak czucia w lewej ręce
Numer porządkowy: 14
Dane: Leon Hawthrone
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Aerokineza [???], szybki. [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 15
Dane: Louanne Marie - Henning
Rola: Ukryty Agent
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: -
Numer porządkowy: 16
Dane: Victoria Johnson
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 68%
Inne: Blokada mocy [4/2]
Numer porządkowy: 17
Dane: Ricky Roseberry
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Bariera ochronna – fizyczna [5/3]-
Numer porządkowy: 18
Dane: Sahir Allison
Rola: Wsparcie ochrony
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Czarna materia [10m/ak. (20max)]



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group