To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

fremont - Garaż #1

Caroline McCoy - 2019-04-08, 18:19

Przełknęłam głośniej ślinę słysząc jego słowa. Jeżeli chcesz przeżyć...
Czy ja tego chciałam? Czy miałam w sobie wystarczająco woli walki, by to wszystko przeżyć? Miałam duże wątpliwości, czy nie wolałabym móc raz na zawsze zamknąć swoich oczu, byle nie musieć czuć dotyku tamtego blondyna. Byle nie musieć martwić się o każde słowo, które pada z moich ust.
Widząc też psa, który się do mnie zbliżał, wyciągnęłam ku niej swoją rękę - tak, by mogła dobrze poznać mój zapach. Nie wyglądała na agresywnego osobnika, a większość zwierzaków raczej mnie lubiła. Jeśli też po chwili zyskała wobec mnie choć odrobinę zaufania, próbowałam ją pogłaskać. Czucie miękkiego, gładkiego futra tego psiaka z całą pewnością było miłą odskocznią od wydarzeń z ostatnich dni, co mogło mi zapewnić choć trochę endorfin w tej tragicznej sytuacji.
Mimowolnie jednak się skuliłam słysząc, że temu drugiemu jestem potrzebna. Nie byłam pewna, czy chcę znać jego zamiary. Napawał mnie lękiem przez swoje zachowanie, przez swoją niejednostajność. A ja tak bardzo nienawidziłam niepewności i zmian... Boleśnie się też przekonałam, że gdy nie potrafisz z kogoś czytać, niczym z otwartej księgi, cios od niego boli znacznie bardziej...
- Przemyśl to, Vincent... - Wydusiłam z siebie w końcu, po jego kolejnych słowach. Niby z jednej strony potrafiłam zrozumieć, że był kierowany poczuciem sprawiedliwości i odpłacenia, ale jednak... To było złe. - To jedna śmierć. Jedna śmierć, przez którą potwierdzisz, że mutanci są źli do szpiku kości. Jedna śmierć, którą potwierdzisz, że mutanci to terroryści. Jedna śmierć, która ściągnie na Ciebie znacznie więcej, niż tylko ochronę AlterGen... - Dodałam po chwili, chyba nazbyt pewnie, wlepiając swoje ślepia w chłopaka. Zmienił się przez te lata, niemal nie do poznania. Nie tylko pod względem siły, głosu czy wyglądu - ale też usposobienia. Tylko czy takie udobruchanie miało jakikolwiek cel? Czy w ogóle dobrze robiłam, próbując przemówić mu do rozsądku?

Vincent Edams - 2019-04-08, 19:05

Pepper chwilę obwąchiwala dłoń Caroline i nie widząc sprzeciwu ze strony właściciela, dała się pogłaskać. Zaczęła majgać wesoło ogonem, nadstawiając się do pieszczot. Czemu Edams na to pozwalał, trudno było ocenić. Pewnie każdy by pomyślał, że nie pozwoli by jakiś żałosny człowiek, bratał się z jego psem.
Gdy zwróciła się do niego po imieniu, przeniósł znów na nią spojrzenie i zmrużył niebezpiecznie oczy. Gdyby potrafił, uśmiechnąłby się szyderczo. Jednak ten rysunek ust, był dla niego niemożliwy do wykonania.
- No patrz... jak sama zasmakowałaś tego, jak traktowani są mutanci w AlterGen czy DOGS, to nagle przestałem być Obiektem Trzydzieści Sześć a nabyłem imię, hmm ? - podparł podbródek na dłoni, obserwując ją z nikłym zainteresowaniem.
Może każdemu powinni fundować taką terapię szokową? Od razu by niektórzy zmądrzeli.
Słuchając dalej tego monologu, to już w ogóle poczuł irytację. Co za stek bzdur.
- Nie wiem czy jesteś naiwna czy raczej głupia - mruknął - Nie wiesz nawet ułamka tego, co ja o Dolores. Widzisz ją zapewne jako wspaniałego i postępowego naukowca, który gotów jest na wielkie poświęcenia, dla dobra nauki. Bo przecież to wszystko, co się dzieje w AlterGen, to dla dobra nauki, prawda? - wysyczał - Byłem nieszkodliwym szczeniakiem, którego jedynym przewinieniem było to, że obudził mutację i powiedział o tym koledze. Nie skrzywdziłbym wtedy muchy, a co dopiero innego człowieka. Byłem normalnym dzieckiem, miałem rodzinę, przyjaciół, szkołę. Byłem normalny, dopóki Dolores nie wpadła ze swoimi gorylami i nie wmówiła moim rodzicom, że jestem niebezpieczny, że ona mnie wyleczy. - atmosfera się zagęściła, bez wątpienia - To nie mutanci są źli, tylko ludzie waszego pokroju. Stałem się taki, tylko i wyłącznie dlatego, że mnie takim stworzyliście. Znecaliscie się nad trzęsącym się ze strachu trzynastolatkiem, twierdząc, że to w imię nauki.
Aż wstał i zaczął chodzić po garażu. Czuł, że znów wzbiera w nim gniew.
- Wiesz, czemu ktoś taki jak Dolores zasługuje na śmierć? Ją to wszystko podniecało. Im bardziej krzyczałem, tym ona czuła większą przyjemność. W dupie miała cały ten rozwój nauki. Wciąż było jej mało, nie wystarczyły jej oficjalne eksperymenty. To wszystko ją tak jarało, że musiała dawać temu upust. Twoja wspaniała Dolores jest nikim innym, jak chorą, nienasyconą psychopatką, która zasługuje na o wiele więcej niż śmierć!
Nagle zdał sobie sprawę, że nie dość że wstał i nawet nie wiedział kiedy, to jeszcze.... zaczął się trząść. Sam wydawał się tym zszokowany. Był pewien, że już panuje nad tym na tyle, by nie tracić kontroli. Zacisnął dłonie w pięści i wrócił na kanapę, Pepper spojrzała za Pańciem, odwróciła się i podreptała do niego. Wskoczyła na kanapę i położyła pysk na jego kolanach.
- AlterGen...DOGS.... Te organizacje nie mają prawa istnieć. Nie zasłużyliśmy na taki los. - powiedział już ci, nie patrząc na nią

Caroline McCoy - 2019-04-08, 20:50

Towarzystwo tego małego futrzaka mimo wszystko wprawiało mnie w pewien spokój. Niby nic, ot, mały psiak, ale jak wiele potrafił zmienić, dać namiastkę normalności...
- Nie o to chodzi... - Zaprzeczyłam jego słowom, ale w sumie... Czy pośrednio nie trafił w punkt? Nie, wcale nie chodziło o to, że zasmakowałam "jak to jest". Bardziej kwestia behawioryzmu - nazwij go Obiektem a nie wyjdziesz na tym dobrze. A co jak co - pozostałe kończyny wolałam mieć całe. Gdy ostatnim razem odważyłam się powiedzieć to słowo, skończyłam z piękną skaryfikacją na mojej klatce piersiowej. Wolałam chyba nie prowokować ich do powtórzenia tego na mojej twarzy...
Jego kolejne słowa jednak celowały znacznie głębiej. I tak, własnie w to wierzyłam. Że robimy dobrze. To wszystko w imieniu nauki. To wszystko, by kolejne pokolenia miały lżej. By już żadna matka nie musiała się martwić tym, że jej dziecko może być inne...
- Próbowaliśmy Was leczyć. Po to były zabiegi mutazynowe. Nie wszystkie obi... Dzieci jednak dobrze tolerowały tę terapię. - Próbowałam się wybronić, choć czy można tu mówić o tym, że miałam rację? Czy rzeczywiście chodziło o fakt, że terapia była zbyt ciężka? Czy raczej chodziło o to, że ich umiejętności były zbyt cenne, by całkowicie ich wyciszyć?
Spoglądałam na chłopaka, gdy zaczął wędrować. Czułam, jak atmosfera zaczyna niebezpiecznie gęstnieć, ale... Co mogłam poradzić na to, że sama byłam wychowana właśnie w takich poglądach? Odkąd pamiętałam, byłam uczona, ze mutanci są niebezpieczni i wiele razy miałam okazję być tego świadkiem. Ostatnia - ledwie kilka dni temu...
Gdy jednak przeszedł do kolejnego tematu, gdy zaczął z taką nienawiścią wypowiadać się o blondynce... Chyba sama zamarłam. Zacisnęłam własne wargi w cienką linię, wciąż przyglądając się chłopakowi. Przecież to co mówił... To... To było chore.
- Nie... To niemożliwe... - Stwierdziłam, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ona... Ona nie była aż tak zła, prawda? Znaczy... Nie mogłam powiedzieć, byśmy kiedykolwiek się przyjaźniły, ale przecież.. Ktokolwiek by to zauważył, prawda?
- Pragnę zauważyć, że to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby nie mut... Ataki terrorystyczne. Powtarzające się, wciąż i wciąż. Powtarzająca się postać strzelająca laserami z dłoni. Ludzie... Ludzie mają to do siebie, że się boją. Idea jest dobra. Wykonanie jest złe. - Stwierdziłam, chyba na nowo za bardzo dając się ponieść mojej własnej ideologii. Ale... Ja naprawdę w to wierzyłam. Wierzyłam, że to może być dobre...

Vincent Edams - 2019-04-09, 13:04

Naturalną reakcją Edamsa, przynajmniej tą spodziewaną, powinien być wybuch złości. Powinien chcieć podbiec do niej i kopnąć ją w złamaną kończynę. Powinien chcieć ją uderzyć w twarz, napluć jej w oko, wykrzyczeć, jaką jest kretynką.
Tymczasem Vincent wstał. Powoli, nie spiesząc się wcale, zbliżył się do Caroline i gdy był już przed nią, usiadł sobie po turecku. Z jego oczu mogła wyczytać jedynie pogardę i żałość do jej osoby.
- Żal mi cię, wiesz? Twój mózg jest tak przesiąknięty kłamstwami, którymi cię karmiono, że ty naprawdę w to wierzysz. - powiedział cicho- Powiedz mi...który element "terapii" miał mnie uleczyć? To kiedy mnie podduszano, by sprawdzić kiedy wektory się dezaktywują ? Albo sprawdzano to samo, trzymając głowę w wodzie? Albo poddając mnie elektrowstrząsom? Przyczepiając obciążniki, których nie byłem w stanie unieść? - dopytywał - Wprowadzając ciało w stan hipertermii albo hipotermii? A może poddając silnemu stresowi, albo zadając coraz większy ból, żebym wpadł w szał, taki jak wtedy gdy cię połamałem? A może... - tu odchylił koszulkę, ukazując wypalony numer "036", dziwnie rozciągnięty, bo przecież minęło 7 lat i zdążył sporo urosnąć. Tors też miał więcej blizn, niż wtedy gdy widziała go po raz ostatni - ...a może to mnie miało cudownie ozdrowić? Oznakowanie jak świnie w rzeźni ? A może te nocne wizyty i "eksperymenciki" Dolores, były elementem terapii normalizującej?
Widział przerażenie w jej oczach, ale jakoś nie przejmował się tym zbytnio
- Dobrze wiesz, jak działało AlterGen. Mutanci "przydatni", tacy jak ja, nie dostawali nawet grama mutazyny. Byliśmy zbyt obiecujący. Ci co mieli pecha, dostawali za to dawki, których ich organizm nie był w stanie przetworzyć. Umierali w męczarniach i dobrze o tym wiesz. Mordowaliście niewinne dzieci, bo nie były wam do niczego potrzebne. - wycedził w końcu
Czuł satysfakcję, widząc popłoch i niedowierzanie w jej oczach. Och, to musiało być przykre, tak dowiedzieć, że ktoś w rodzaju autorytetu naukowego, jest zwykłym psychopatą i sadystą.
- Tak samo dobrze wiesz, że to wy zaczęliście wojnę. To wy się nas zaczęliście bać, zamykać w klatkach jak zwierzęta, wiedząc, że to my stoimy w łańcuchu ewolucji. To co robimy teraz, to obrona. Walczymy, by móc normalnie żyć. Mi nikt nie odda tych siedmiu lat, ani normalności, ale możemy walczyć o lepszy świat dla innych, dla nowych pokoleń.
Mówił spokojnie i w sumie nie wiadomo co było gorsze. Czy jego krzyk, czy spokojny ton. Kiedy krzyczał, przynajmniej był dość przewidywalny.
-Jesteś głupia. I zaślepiona. Wciąż w to wszystko wierzysz, choć prawdę miałaś wciąż na dłoni. - wstał - Jedz. Nie chcesz, żebym cię do tego zmusił - wrócił powoli na kanapę.

Caroline McCoy - 2019-04-09, 20:57

Odwróciłam swój wzrok słysząc jego wyliczenia. Z perspektywy czasu... Miał rację. To było nieludzkie. Z drugiej jednak strony nauka wymaga poświęceń. Gdyby nie one, nie poznalibyśmy możliwości tych obiektów. Gdyby nie te wszystkie niehumanitarne badania, nigdy nie poznalibyśmy choćby w namiastce genezy mutowania genu X. Gdyby nie te badania... Nie wiedzielibyśmy dzisiaj, jak z nimi walczyć...
Baliśmy się? Tak, chyba właśnie tak było. Baliśmy się nieznanego. Baliśmy się tych zmian. Na litość boską! Ja boję się każdej zmiany, nawet tej niewielkiej. Wolę stałość, a fakt, że kiedykolwiek ten gen mógłby i się we mnie obudzić... Napawał mnie przerażeniem.
- Cokolwiek zrobiła Dolores nie jest winą laboratorium. - Wtrąciłam jedynie, ściągając ku sobie moje brwi. Wciąż nie mogłam pojąć moim umysłem, czy chłopak mógł mówić.... O tych rzeczach. Wydawało mi się to wręcz absurdalne. Chciałam też dodać, że wykorzystywanie swojej przewagi przez zajmowaną pozycję jest nie do pomyślenia, ale czy przypadkiem wszyscy w tym nie siedzieliśmy? Daliśmy sobie prawo do decydowania o tych jednostkach tylko przez naszą ludzką pozycję. Ale... Ale to było dla większego dobra, którego młody Edams nie mógł zrozumieć.
- Nikogo nie mordowałam! - Wykrzyczałam w końcu, niemal czując jak łzy zbierają się pod moimi powiekami. Wbrew temu, co mogło się wydawać chłopakowi... Mi nie zależało na śmierci. Nie zależało mi na cierpieniu. Jasne, byłam ciekawą studentką, chciałam wiedzieć jak reaguje organizm na poszczególne bodźce, jednak... Nigdy nie robiłam tego w imieniu zła. Ja... Ja zawsze chciałam dobrze! - Nikogo nie mordowałam... - Dodałam znacznie ciszej, jakby próbując samą siebie przekonać o tym, że mówię prawdę. Spojrzałam na własne dłonie, na których w ostatnich dniach pojawiły się lekkie zadrapania, by po chwili ścisnąć je w piąstki, a własne wargi przygryźć - byle się nie rozpłakać. Nie znowu. Nie przed nim.
- Nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie istniało realne zagrożenie. - Odpowiedziałam też po chwili na jego zarzut o rzekomym rozpoczęciu wojny. Przecież... Gdyby to oni nie atakowali, nigdy nie istniałaby potrzeba do tak drastycznych metod pacyfikacji!
Przełknęłam jednak głośniej ślinę, słysząc jego kolejne słowa i przyciągając ku sobie jeden z pojemników, który dość szybko otworzyłam. Spojrzałam na jego zawartość i miałam wrażenie, że ścisk w żołądku jest jeszcze większy, niż kilka minut temu. Mimo, że dobrze wiedziałam, że muszę się pożywić, ja... Po prostu nie mogłam. Nie mogłam...

Vincent Edams - 2019-04-10, 12:18

Uniósł brew, słuchając jej kulawych tłumaczeń. Naprawdę...trudno było uwierzyć w to, jak bardzo wierzyła w to co jej wmówili, albo ona sama sobie wmówiła. I do tego nie miała za grosz instynktu samozachowawczego.
- Dolores JEST tym laboratorium. Ona je stworzyła, ona daje wam instrukcje i to wy, wykonujecie jej polecenia bez mrugnięcia okiem. To ona dała wszystkiemu początek. Jest jak Królowa, której śmierć zabije cały rój. - odpowiedział jej spokojnie.
Gdy ta krzyknęła w rozpaczy, niemal nie parsknął pogardliwym śmiechem. Co za głupia, żałosna istota.
-Oczywiście, że nie. Nikt tam nikogo nie mordował ani nie skrzywdził. Te dzieciaki po prostu umierały na własne życzenie. Kto im kazał być mutantami i do tego tak bezużytecznymi, prawda? - zadrwił
Nie miał zamiaru jej wbijać tych prawd przemocą, bo odniosłoby to odwrotny skutek. Po prostu miał zamiar zostawić ją, z jej własnymi myślami i wyrzutami sumienia, które, jeżeli była choć trochę człowiekiem, w końcu się pojawią.
- No jasne...bo nam się tak nudzi, by atakować ludzi bez powodu. Bycie mutantem, ziew. - powiedział znudzonym tonem, uznając, że nie ma co ciągnąć dalej tej dyskusji.
Zobaczył, że ta się ociąga z jedzeniem, uznał więc, że nie będzie się z nią dalej bawił.
-Skoro nie zamierzasz jeść, to wskakuj z powrotem na krzesło. Nie mam całego wieczoru. - rzucił do niej, wstając. Gdyby coś kombinowała, jego wektory wędrowały bardzo niedaleko jej ciała.

Caroline McCoy - 2019-04-12, 00:29

Czy mogłam się z nim zgodzić? Nie, chyba nie. W końcu... Dolores nie była ani pierwszą, ani ostatnią z tych, którzy polowali na mutantów. Ile laboratoriów zostało zamkniętych? Ile z nich po dziś dzień się ukrywa? Ile zostało wciągniętych do departamentu?
To środowisko... Nie było tak wąskie, jak Obiektowi 36 mogło się wydawać. To były tysiące naukowców na całym świecie, nie tylko w Waszyngtonie, nie tylko w Stanach. I śmierć jednej kobiety - niezależnie od tego, za jakiego potwora on ją uważał - nie zmieni tu nic, poza zaognieniem tego przeklętego konfliktu. Szkoda tylko, że zapewne mnie i tak by w tej kwestii nie posłuchał. A przynajmniej.... Nie dzisiaj.
- Mylisz się... - Wyszeptałam tylko, jakby sama do siebie. Nie miałam już chyba sił walczyć czy się kłócić. Już wystarczająco źle się czułam.
Zacisnęłam swoje wargi w cienką linię, gdy wypowiadał swoje następne słowa. Tak, te dzieciaki ginęły, często w bólu, ale... To było potrzebne. Nauka wymagała poświęceń. Przez te kilka jednostek mogliśmy osiągnąć tak wiele dla przyszłych pokoleń... Ale tak młoda osoba, tym bardziej żyjąca tylko obecną chwilą nie mogła tego zrozumieć. Tu... Tu wcale nie chodziło tylko o najbliższe lata, tu rysowała się cała przyszłość ludzkości.
- Ataki mutantów miały miejsce przed działalnością naukową. Myślisz że co było tym zapalnikiem dla takiego kierunku badań? Nic nie wychodzi z przypadku, Vincencie. - Skwitowałam krótko jego słowa, wlepiając w niego swoje spojrzenie, by już po chwili odsunąć od siebie ten nieszczęsny, wciąż pełen jedzenia pojemnik. Wtedy też spróbowałam wstać - co wcale nie było takie łatwe z tą przeklętą, złamaną nogą. Syknęłam z bólu stając przed krzesłem i czując... Czując że coś jest nie tak.
Z całą pewnością moja twarz przybrała na chwilę kolor czerwieni. Nie, to nie mogło tak być. To nie był dobry moment. Czemu właśnie w takich chwilach mój organizm działał przeciwko mnie?!
Nie odezwałam się jednak ani słowem. Nie przy nim. On... On przecież by tego nie zrozumiał. Pokuśtykałam więc na to krzesło, modląc się jedynie, by nic nie było po mnie widać. Usiadłam na tym miejscu, które stało się tak bardzo moje przez kilka ostatnich dni. W końcu... Już na początku mnie nauczyli, ze nie ma co się stawiać. Kolejnego ciosu w tym kierunku nie potrzebowałam.

Vincent Edams - 2019-04-12, 09:11

VIncent już nie odpowiedział i Caroline doskonale wiedziała, że się nie dogadają. Byli po dwóch stronach barykady, a Edams doznał tyle krzywd, że nigdy nie wybaczy swoim oprawcom. Fakt, że Dolores dokładała do tego swoje trzy grosze, nie poprawiała całej sytuacji. Czy jej śmierć zachwieje AlterGen czy nie, chciał jej śmierci. Chciał wydusić z niej życie gołymi rękoma. Caroline nigdy tego nie zrozumie, tak samo jak Vincent nie zrozumie jej.
Zauważył, że coś jest nie tak, ale też uznał, że to osłabienie. W końcu teraz nie zjadła i nie sądził, by wcześniej miała wilczy apetyt. Nie jego wina, przyniósł jej jedzenie. I to nawet nieźle pachnące.
Już bez słowa przywiązywał McCoy do krzesła i już gwizdnął na psa, że czas iść, gdy coś sobie przypomniał i aż zaklął cicho pod nosem. Przez tą daremną dyskusję, zapomniał sprawdzić, co z numerem. Ostatnio nie wyglądał najlepiej i wziął od Nicholasa odpowiedni medykament. Nie chciał znów jej przywiązywać i czekać, aż ta zbierze się w sobie, by sama się opatrzeć.
Sięgnął do torby, w której przyniósł jedzenie i niezbyt zadowolony z tego stanu rzeczy, przykucnął znów przed Caroline.
- Muszę sprawdzić...numer - burknął, czując znów to kretyńskie zażenowanie
Wziął głęboki oddech, jakby przygotowywał się co najmniej do rozbrojenia bomby i delikatnie odchylił materiał (NIE PATRZ W DÓŁ) Tak jak się domyślał, jątrzyło się i było zaognione. Nie odczuwał z tego powodu wyrzutów sumienia, bo nie mieli przecież problemu, by znakować mutantów, ale jednak zakażenie mogło oznaczać śmierć.
- Muszę to przemyć - powiedział sucho i sięgnął po Octanisept i jałowy gazik, Nasączył go lekiem i delikatnie przykładał do wyżłobionych cyfr, patrząc w zupełnie innym kierunku.

Caroline McCoy - 2019-04-12, 11:25

Czułam się upokorzona za każdym razem, gdy na nowo posłusznie siadałam na tym krześle. Już pierwsze dni jednak mnie uświadomiły, że nie mam z czym walczyć. Jakikolwiek protest mógł się kończyć jeszcze gorzej. Czego jednak nie przemyślałam, to upomnienie się o tę przeklętą ranę na piersi. Nie wiem na co liczyłam... Że zapomni, wyjdzie i choć jeden raz nie będę musiała się przed nikim obnażać? W końcu prywatności tu żadnej nie miałam a i im się nie śniło zostawić mnie choćby na minutę samą.
Wbrew jednak moich oczekiwaniom - chyba jego poczucie obowiązku było silniejsze - od zażenowania naszej dwójki razem wziętej.
Rzeczywiście, rana wcale nie wyglądała lepiej. Ale czy można się temu dziwić? Nie było tu sterylnych warunków, niepewne dłonie chłopaka wyryły te blizny na mojej skórze nie do końca ostrym nożem szarpiąc krawędzie każdego kolejnego cięcia, a wtarta w to później z agresją sól też na pewno w niczym nie pomagała.
A co było najgorsze - byłam świadoma, że potrzebuję z tym pomocy. W końcu... To dalej bolało, dalej piekło i ciągnęło nieprzyjemnie. Ale jednak... Dalej nie chciałam być dotykana.
Odwróciłam więc od niego wzrok bez słowa. Jakoś... Nie czułam się komfortowo, gdy ten dzieciak musiał mnie dotykać akurat w tym miejscu i dziwnie obawiałam się, że nasze spojrzenia mogły się spotkać. Czego jednak nie przewidziałam... Że dzisiaj ten dotyk stanie się bardziej nieznośny, niż kiedykolwiek wcześniej. W końcu teraz bolały mnie nie tylko te rany, ale i też obrzmiałe piersi...
I z całą pewnością i Vincent mógł zaobserwować nagłe zrywy mięśni, gdy tylko dotknął mnie gdziekolwiek za mocno.
Tylko czy w sumie... Nie gorszym dylematem była teraz walka z samą sobą o kwestię omówienia z nim... Moich obecnych potrzeb?
Gdy chłopak już skończył, i - mam nadzieję - poprawił materiał na mojej bluzce, wróciłam do niego wzrokiem zagryzając swoje wargi. Pewnie już się zbierał do wyjścia, gdy ja w ostatniej chwili rzuciłam do niego żałosne:
- Vincent! - z całą pewnością podniosłam swój głos w desperacji. - Nie mogę tu dziś zostać. - Dodałam po chwili, niemal czując jak łzy zbierają się w moich oczach. Najgorsze... Że nawet nie wiedziałam, jak o tym rozmawiać.
- Dzieje się coś... I... Potrzebuję rzeczy... - Stwierdziłam w końcu dość nieśmiało, spuszczając swój wzrok. - Bo... Bo ja mam... Mam... Krwawię... - Wyrzuciłam w końcu z siebie, raczej przyciszonym tonem. To było tak upokarzające!

Vincent Edams - 2019-04-12, 12:11

Wyczuł jej nerwowe ruchy i napięcie mięśni - nie dziwota, w końcu to musiało boleć. Nie wiedział jednak, że boli ją bardziej niż zwykle i nie wiedział DLACZEGO. Niebawem jednak miał dostać przyspieszony kurs " wychowania do życia w rodzinie". Wstał i już miał wyjść, gdy nagle usłyszał jej zdesperowany głos. Wciąż nie przyzwyczaił się do mówienia do niego po imieniu, przynajmniej z jej strony, ale jeszcze dziwniejsze było to, co powiedziała potem?
- Ależ możesz. I zostaniesz tu jeszcze długo - wtrącił znudzonym tonem, ale potem wyrzuciła z siebie kilka słów, które już tak nieciekawe nie były.
O czym ona pieprzyła? Jakie rzeczy, jakie krwawienie ? Co ona pierdoli ? To była jakaś próba wzięcia go na litość, by mogła uciec. Już zaczął się denerwować, a to mogło się źle dla niej skończył, ale na szczęście(czy też nieszczęście) Caroline, w ostatnim momencie ją otaksował wzrokiem z góry na dół
-Co ty... - i zamarł, bo jego wzrok spoczął na jej udzie, z którego....ciekła krew. I to jakaś dziwna, ciemna. I to na pewno nie była rana uda. Co do diabla?! Przecież nie użył wektorów, ani nic, SKĄD TEN KRWOTOK?
- Kurwa mać - zaklął cicho pod nosem i wyciągnął telefon, by wykręcić do Nicholasa. Nie znał się na tak poważnych obrażeniach. - Gdzie jesteś ranna, skąd ci to leci? - rzucił do niej ostro, bo musiał wiedzieć, czy potrzebne będą jakieś nici do szycia, czy co ?

Caroline McCoy - 2019-04-12, 12:21

Naprawdę nie chciałam tu zostawać. Już pal licho wszystkie te obrażenia i upokorzenia, pal licho całą tę szopkę. Ja po prostu musiałam się umyć i móc w samotności przeżyć najbliższe kilka dni. Źle się czułam z faktem, że w ogóle muszę mówić o tak (niby oczywistych) funkcjach fizjologicznych kobiecego ciała. Do licha, nawet ginekologa wybierałam ze względu na płeć, a teraz miałam się tłumaczyć własnemu obiektowi badawczemu?
Nie napawała mnie optymizmem ta kwestia. Tym bardziej, ze nie poruszałam takich tematów z żadnym mężczyzną.
Z całą pewnością zrobiłam się czerwona na twarzy, na nowo odwracając swój wzrok od niego. Wstyd ogarniał mnie coraz bardziej i... Nie wiedziałam, jak z nim rozmawiać.
- Potrzebuję prysznica. Ubrań na zmianę. Środków higienicznych... - Odpowiedziałam dość wymijająco, gdyż odpowiedź w stylu "z pochwy" wydawała mi się mocno nie na miejscu. Tym bardziej, ze takie słownictwo przecież było dla mnie tematem tabu - mimo wszystko. - To... To okres... - Dodałam w końcu, samej nie bardzo myśląc o tym, czy on w ogóle wie co to takiego. Po prostu... W głowie miałam teraz większe zmartwienia, niż przyspieszona lekcja biologii.

Vincent Edams - 2019-04-12, 13:30

Wykonał telefon i Caroline mogła słyszeć jego urywki. Chłopak absolutnie nie miał pojęcia, z czym ma do czynienia, ale to, co usłyszał od Oprawcy Nr 2, wyraźnie go uspokoiło. W każdym razie, McCoy mogła założyć, że raczej gorzej już nie będzie.
- Dobra...To co potrzebujesz, będzie za godzinę. - wrzucił telefon do torby i ruszył do umywalki. Pod nią stała miednica, do której nalał dużo czystej wody. Sam, kawałek czasu tak utrzymywał tu higienę swojego ciała, więc niech McCoy nie marudzi. Niektórzy mogliby mieć w dupie jej stan.
Położył miskę na ziemi, obok mydło, które wziął z umywalki, po czym chwilę milczał, obserwując garaż. Musiała się jakoś ogarnąć. Nie mógł jej zostawić tu samej, bo mogła prysnąć, choć ze złamaną nogą, byłoby jej ciężko. Ani też myślał na nią patrzeć NAGĄ, co to, to nie. Myślał dłuższą chwilę i wymyślić.
- Dobra. Już wiem. - przesunął michę i mydło tuż obok niej i zaczął znów rozwiązywać więzy. Kiedy już była wolna, podszedł do szafki, rzucił jej ręcznik a sam wziął w ręce koc. - To będzie musiało ci wystarczyć - aktywował wektory i po chwili miała już zgrabny parawanik z koca. No kurwa, co najmniej trzygwiazdkowa niewola - I nie waż się nic kombinować, jeżeli chcesz mieć drugą nogę w całości - rzucił ostrzegawczo i sam usiadł przy drzwiach. Obecnie, zasięg wektorów miał maksymalnie 6,5-7 metra, więc mógł się nieco oddalić. Dzięki temu, nie musiał być zbyt blisko, a miał na nią oko, czy czegoś nie kombinuje.

Caroline McCoy - 2019-04-12, 14:14

Byłam pewna, ze już wychodzę z siebie. Cała ta sytuacja po prostu mnie przytłaczała i wprawiała w paskudny nastrój. Żebym musiała się własnego oprawcy prosić o tak podstawową pomoc... To... To było nieludzkie. Cała ta rozmowa też nie brzmiała dobrze - przynajmniej dla mnie.
Wizja siedzenia godziny w takim stanie również nie napawała mnie optymizmem. Ponownie jednak zacisnęłam swoje wargi w cienką kreskę, powstrzymując się przed powiedzeniem czegokolwiek, gdy łzy bezradności same pchały się pod moje powieki.
Nieśmiało podnosiłam co jakiś czas wzrok na poczynania chłopaka. Nie wiedziałam, na ile pozwolą mi się tu ogarnąć, ani czy w ogóle pozwolą to zrobić. A jednak... Już po chwili miska stała przy tym przeklętym krześle. Może powinnam zacząć nazywać go swoim domem?
Patrzyłam tępo przed siebie, gdy więzy ponownie się poluzowały, a już po chwili ręcznik wylądował na moich kolanach. Przełknęłam głośniej ślinę.
- Potrzebuję przynajmniej papieru... I... I czegoś na zmianę... - Wydukałam, dość nieśmiało nie podnosząc swojego wzroku. On... On naprawdę nie rozumiał, z czym się teraz mierzyłam. Gdy jednak doszło do mnie, że poza tymi zwijkami celulozy chłopak nie zamierza mi więcej pomóc... Łzy w końcu pociekły po moich policzkach.
Nie mogłam powiedzieć, by wiszący na jego wektorach kocyk wystarczająco mnie urządzał. Mimo wszystko jednak... Lepsze to było niż ciągłe siedzenie w tej - już zapewne poplamionej - spódnicy. Przetarłam swój nos dłonią, drugą podpierając się o krzesło i wstając do tej miski. Czułam się tak zawstydzona i upokorzona, że nie zdołałam powstrzymać szlochu. Rozebrałam się z dolnych części garderoby i starałam się jak najszybciej przemyć, zarówno w kroku jak i na nogach, byle tylko nie było widać tych zakrwawionych śladów na mojej skórze. Nie przestawałam płakać nawet w chwili, gdy wycierałam się już z nadmiaru wody czy owijałam tym kawałkiem materiału, jednocześnie próbując jakkolwiek zastąpić chwilowy brak podpasek kawałkami papieru. Nim jednak chłopak pozbył się tego tymczasowego "parawanu", próbowałam też przeprać własną bieliznę w resztce wody. Wszystko, byle tylko mieć cokolwiek do założenia, gdybym jednak nie miała szans na ubrania na zmianę. W końcu... Siedzenie w samym ręczniku, niezależnie, czy tylko przed Edamsem, czy również przed tym drugim facetem napawało mnie lękiem.
Przetarłam wierzchem dłoni swoje powieki, i płaczliwym tonem tylko rzuciłam:
- Już. - Po opuszczeniu koca, chłopak mógł widzieć jak dalej klęczę przy tej miednicy. - Mogę... Mogę to gdzie powiesić? Proszę... - Zapytałam żałośnie, nawet nie podnosząc swojego wzroku.
Jedno jednak było pewne. Nawet osoba tak wyszczuta z emocji jak młody Vincent mógł poznać, jak bardzo walczyłam sama ze sobą i jakim ciosem cała ta szopka dla mnie była...

Vincent Edams - 2019-04-12, 14:47

Nie miał tu żadnych ubrań. Ani on, ani Vanessa ani żaden inny współlokator niczego nie zostawili. Papier jednak otrzymała. Tutaj jednak jego cierpliwość zaczynała się kończyć. Ten jej rozpaczliwy szloch go wkurwiał. Jakby kurwa nie wiadomo jaka tragedia się stała. Dostawała jeść, nie chciała. Miała możliwość umycia się w cywilizowanych warunkach. Za jakiś czas miała dostać ciuchy na zmianę i te całe artykuły higieniczne, a ta wyła, jakby właśnie stała na stryczku. Nicholas mówił, że od tego nie umrze, to o chuj jej chodzi ?
Ani myślał opuścić koc, póki ta siedziała tam naga, lub mniej. Kiedy jednak znów zaczęła psioczyć, zerwał się tak gwałtownie, że Pepper aż się wystraszyła i zanurkowała pod kanapę
- Ja pierdolę, PRZESTAŃ WYĆ! - krzyknął
Wektory puściły koc, on go złapał, już gołą dłonią i zarzucił na kobietę tak, że mogła się zawinąć w tortillę smutku
-Naprawdę myślisz, że masz tak bardzo źle? Naprawdę sądzisz, że gdyby złapał cię ktokolwiek inny, byłabyś karmiona i miała możliwość umyć się, rozprostować nogi? Naprawdę chcesz, żebym ci zaczął zapewniać AlterGenowe warunki !? Nie ma sprawy, mogę tak codziennie! - warknął do niej - Zamknij się i przestań się mazać!
Nie było szans, by jej zaczął współczuć. Ona i wielu innych w AG postarało się, by nie odczuwał takich emocji. Spijała piankę z piwa, które sama sobie nawarzyła.

Caroline McCoy - 2019-04-12, 15:02

Mimowolnie pisnęłam i spięłam wszystkie swoje mięśnie, słysząc jego krzyk. To... To nie było dla mnie łatwe. Nigdy nie byłam skazana na ten rodzaj stresu, na obawę o własne życie w tak szerokim aspekcie, na... Na tak intymne czynności w czyjejś obecności. Bałam się tego i nie miałam wpływu na działanie mojego organizmu - tym bardziej, gdy hormony robiły swoje, przez co byłam jeszcze wrażliwsza.
Wbrew jednak jego oczekiwaniom - tortillą nie zostałam. Zamiast tego jednak przygarnęłam do siebie ten koc, zakrywając się nim jeszcze bardziej, a jedną z jego zwiniętych krawędzi zbliżając do swoich ust. Ton jego głosu wcale nie pomagał mi się uspokoić - wręcz przeciwnie, miałam wrażenie że zacznę wyć jeszcze bardziej. Próbowałam więc stłumić ten przeklęty szloch tą grubą tkaniną, gdy słone łzy jeszcze bardziej moczyły moje policzki. Pokręciłam też przecząco głową, bo żadnych słów nie byłam w stanie z siebie wydusić. Nie chciałam kolejnych krzywd, nie chciałam go denerwować, po prostu... Po prostu emocje brały nade mną górę.
Ale czy można mnie winić? To przecież nie tak, że jeśli masz zapewnione dosłowne minimum do przeżycia, powinieneś się cieszyć. A dla mnie to była olbrzymia różnica od mojego codziennego, jednak dużo bezpieczniejszego życia, gdzie nie musiałam się przed nikim obnażać ani błagać o tak podstawowe środki jak podpaski...
- N-nie chcę... - Wyjęczała żałośnie, zostając na swoim miejscu i dalej wbijając wzrok w podłogę. Modliłam się, by ten czas mijał szybciej i zaczynałam żałować, że w ogóle powstrzymałam go przed wyjściem...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group