Lucas Hope - 2018-03-10, 13:58 Po dostaniu wiadomości spojrzałem ponownie na dziecko i dotarła do mnie straszna prawda. Ona nie żyła i nie było dla niej nadziei. Kiedy jakiś pająk rzucił się na kobietę nie wiedziałem co takiego mogę zrobić. Nie wiedziałem co to takiego ale zaatakowały niektórych uczestników pochodu którzy atakowali mocami. Możliwe więc że atakowali tych z genem X.
-Kobieto ogarnij się bo ty też będziesz wąchać kwiatki od spodu- Warknąłem do dziewczyny która wyglądała na oszołomioną. Wstałem i spróbowałem kopnąć wrednego robocika by chociaż odczepił swoje odnóża od tamtej dziewczyny która prawdopodobnie również była mutantem. Nie wiedziałem jednak dlaczego robot zignorował moją osobę jednak nie narzekałem. Mój agent czekał więc musiałem się pośpieszyć.
-Trzeba uciekać i to szybko- Powiedziałem do siebie i w zależności od tego czy robot odczepił się od kobiety to albo postawiłbym ją na nogi i zaczął szybko prowadzić na zachód albo po prostu sam zacząłbym uciekać w tamtym kierunku.Sahir Allison - 2018-03-11, 02:42 Psy były znakomitymi stróżami owiec. Bardzo łagodne, bardzo przyjacielski, o bardzo miękkim futrze. Wylegiwały się na bardzo ciepłej, bardzo nierównej i bardzo miękkiej trawie przy tym pastwisku, na którym owce puszczano bez płotu w wierze, że nawet jeśli zakradnie się tutaj jakiś dziki wilk - pies ich przypilnuje. Nie pozwoli też żadnej uciec z terenu, który został wyznaczony przez ich właściciela - właściciela owiec i właściciela psów. Czy byli więc równi? W końcu właściciel nie zabierał owiec do domu i nie pozwalał im jeść przy swoim boku obiad, nie gładził ich boku i nie chował przekąsek po kieszeniach, zachęcając do robienia sztuczek, za które były przydzielane. Owce za to miały swoją złotą klatkę. Nie musiały nikogo pilnować, nie musiały czuwać - po prostu żyły, wypędzając te czarne, które burzyły ich wizję świata i nie pasowały do reszty. Myślę, że ci z genem X właśnie tacy byli. Czarni. I tutaj nie pojawi się żadne rasistowski żarcik, bo przecież nikt z nas nie jest rasistą. Prawda? Wszystko tu miało swoje zalety i wady. Pasterzowi było obojętne, jakiego koloru była owca - owca to owca, futro każdej było przydatne. Pies? Psy przecież nie odróżniały kolorów. Ich świat był szarawy, badany węchem - a każda owca pachniała inaczej. Czemu więc miałby oceniać je po kolorze, tylko dlatego, że jedna była ciemniejsza od drugiej? Pozostawał jeszcze ten wilk, który co jakiś czas zakradał się na pole i próbował uszczknąć coś dla siebie. Taki wilk ze snajperką, który nie przybywał, by się najeść, a po to, by wymierzyć jakąś swoją sprawiedliwość. Słuszna, nie słuszna - kogo to obchodzi. Pewien narwany człowiek powiedział, że wystarczy tylko pchnąć drzwi - i cała przegniła budowla zawali się z trzaskiem. Wystarczył tylko jeden strzał - i wszystko się zawaliło. Teraz odgłos wystrzałów stał się normą. Tego pierwszego Sahir nie miał okazji usłyszeć - słyszał za to te pozostałe. Tłum chyba niósł je na swoim grzbiecie.
Tak samo jak bardzo szybko zobaczył piękny obrazek przed sceną, spod której większość tłumu zdążyła się już wynieść. Nieznane mu kobiety stały do niego plecami - kobieta mierzyła do pistoletu w… Setha. A nie, jednak nie pistoletem Mierzyła kajdankami. Czy coś. A Seth mierzył do niej. W sumie to nic to Sahira nie powinno obchodzić, bo zajęcie się tym w tej chwili nie było jego zadaniem. Najwyżej się zastrzelą wzajem, no nie? Nie pierwszy strzał i nie ostatni. Rozkaz od szefa był jasny - łapać tych z pierdzielnikami na nogach, to on zamierzał łapać tych z pierdzielnikami na nogach. Bez jakiejś większej filozofii. Coś do siebie krzyczeli. Że pozwolić ginąć? Kajdanki wisiały sobie w ręce jednej jak zaproszenie do zabawy w niegrzeczną Anastazję i Pana Greya. Rzecz jasna w rolę pana Greya wcieliłby się Seth.
Dobrze, że Sahir nie miał tak wybujałej wyobraźni i nawet zbytnio nie zwrócił uwagi na ten trójkącik.
Pod samą sceną buchnęły płomienie, Sahir zobaczył wypuszczone na żer maszyny, ale sama scena i tamta gromadka była jeszcze poza jego zasięgiem. Dlatego minął ich, przyspieszając do biegu - takiego, żeby jego uroczy glut za nim nadążał, rzecz jasna. Minął Lucasa, który zaczął krzyczeć o ogarnianiu się i kwiatkach od spodu. Skierował się nieco na lewo, nie przechodząc bezpośrednio przy nim, by być na plecach towarzystwa. O, trupek. Nawet dwa? Leżały sobie uroczo. Nie, tak naprawdę Sahir ich nadal nie zauważył - jego wzrok prześlizgnął się po Cass, Ali, Leonie, Aaronie - całej tej wesołej gromadce. Och proszę - ktoś tutaj przypiekał właśnie jednego robocika. Niebezpiecznie. Czarne oczy skupiły się jednak na Leonie. Robocik skoczył na niego - i czarna materia również przesunęła się w jego kierunku, wyrywając do przodu. Miała gładko wpełznąć po jego nodze, plecach - aż do twarzy, by zasłonić mu oczy, nos i usta, odcinając dopływ tlenu, podczas gdy druga odnoga miała powędrować po jego ramieniu i wślizgnąć się do pistoletu, by go zablokować. Zatkać. Czarnowłosy zatrzymał się jeszcze przed wypuszczeniem mazi w przód, stojąc za plecami Leona w odległości 10m. Robocik powinien zrobić swoje i skutecznie unieszkodliwić mutanta - on jedynie chciał robocika uprzejmie wspomóc. W końcu to takie dobre, małe psiątka. Serduszko aż bolało, kiedy ktoś je tak bezprawnie niszczył.
Sahir nie oglądał się na Viki i nie rozmyślał nad tym, co robi. Tak samo nie oglądał się na Setha. Co musiało zostać zrobione i tak zrobione zostanie, a w kogo jak w kogo, ale wątpić w swojego dowódcę akurat ani myślał. Zresztą on był tylko pionkiem. Seth mógł być dumnym właścicielem psów pasterskich. Albo i zgorzkniałym - zależy, czy trójkącik mu wypali, bo różnie to bywa z kobietami w tych czasach. Nie wszystkie lecą na broń i groźne spojrzenie, ech. A kiedyś to było prosto - brałeś taką za włosy do jaskini, fifarafa, tytyryty i już była cała twoja. Nie to co teraz. Cholerne feministki.Seth Ambrose - 2018-03-11, 11:41 Seth z szaleńczym uśmieszkiem na owłosionej twarzy spoglądał na powstającą z parteru funkcjonariuszkę prawa. Ta wydawała się mocno poirytowana postępowaniem mężczyzny, albowiem w jej mniemaniu zabicie zmutowanego dziecka było mega przestępstwem. Niestety, ale jej poglądy były błędne, albowiem w obecnych czasach zabicie mutanta we ważnych okolicznościach to coś czym nie wolno się przejmować. Wiadomo, że kiedyś będzie nam za to dane pokutować, lecz tutaj najważniejsze jest przetrwanie. Albo oni, albo my. Proste i zarazem brutalne, jednakże sam los tak utorował prostolinijność życia. Amborse spokojnie wysłuchał argumentów już powstałej kobiety, która w międzyczasie trwania swej wypowiedzi machała jakimiś badziewnymi kajdankami. Czyżby chciała aby jej zapiął i zamknął w swej celi? Hmm... to niewątpliwie ułatwiło mu wypełnienie tajnej misji. Nie mniej jednak przywódca D.O.G.S postanowił raczyć swą rozmówczynię paroma frazami. Niech suka wie, jaki błąd popełniła.
- Schowaj te kajdanki. Tutaj nie ma nigdzie sypialni, abyśmy mogli ich użyć. Odnośnie celności Panny nadal leżącej na ziemi. Widziałem i muszę powiedzieć, że pierwszy strzał był perfekcyjny. Kula idealnie przebiła działo tej mutantki, która jakbyś zapomniała zabiła bezbronnego człowieka. Drugi strzał, hmmm tutaj to ty dorzuciłaś się do tego. Jak? A no postanowiłaś działać na własną rękę i zaaresztować tą wzorową obywatelkę, a wiesz co? Nienawidzę, jak ktoś nie postępuje według moich wytycznych! Świat się zmienia i my także. Chcesz dalej być gliną? To zacznij mnie kurwa słuchać! - machał przy tym bronią, aby wzmocnić swą wypowiedź. Chciał dobitnie ukazać rudej jej braki i błędy, osłabić jej wygórowane wartości, którymi to się kierowała. Już chciał wypowiedzieć kolejne zdanie, ale krótkofalówka nadała bardzo ciekawy komunikat. Oj mina w tym momencie zrzedła paniusi. A Seth mógł jeszcze bardziej się bawić.
- O jej. Czy ty też to słyszałaś? Jak mi przykro, ale twoi zwierzchnicy wydali na ciebie wyrok. Wiedziałem, że w tej państwowej policji są same kurwy. Naprawdę mi przykro, lecz teraz mamy kłopot. Mogę Cię zabić i szczerze mam na to ochotę, ale mam pewno rozwiązanie, jak cię z tego uwolnić, tylko zaczekaj chwilę. - w tym momencie na swojej opasce zaczepionej na nadgarstku przyzwał jednego pajączka, w celu pojmania rudej. Oczywiście Ambrose był w bezpiecznej odległości, tak aby ta nie była wstanie go wówczas obezwładnić. (wspomniałem ową odległość już w poprzednim poście). Następnie bez słowa spróbował postrzelić ją w kolano!.Victoria Johnson - 2018-03-11, 13:31 Czuła poskręcane emocje wijące się po więzi, która łączyła ją z Shivali. Czuła trudny do opisania ból, przerażenie i obezwładniającą pustkę. Ona nie żyje. Ona nie żyje. Kto nie żyje? Nie rozumiała. Niczego nie rozumiała oprócz jednego: coś złego się działo, a Shivali przestała reagować na jej błagania, by się stamtąd wyniosła. Przestała reagować w ogóle...
Niełatwo było przedrzeć się przez uciekający tłum, ale gdy to się w końcu udało, Vika wypadła na... pustą przestrzeń jaka się zrobiła w dość dużej okolicy wokół ciężarówki ze sceną. Miała tylko krótką chwilę by rzucić oko na to, co tam się działo - stali tam jacyś ludzie... Stali? Nie tylko. Ktoś leżał. Ktoś krzyczał. Ktoś... było tam jakieś zamieszanie, kłopoty, ale Tori nie miała czasu się przyjrzeć. Mignęły jej tyko gdzieś plecy Sahira, i coś... czarnego, nim sama skręciła w lewo, szukając tego stoiska z herbatą.
Znalazła je.
Znalazła też Shivali kulącą się pod ladą.
- Shiva... - zaczęła spokojnie, chociaż wcale spokojna nie była. Denerwowała się. To, co się tutaj wydarzyło... Ta cała panika, manifestacje mutantów. Za chwilę na pewno wpadnie tutaj cały oddział DOGS, odetną możliwość wydostania się i będą w potrzasku. A Tori nie mogła sobie pozwolić, by być w potrzasku. Nie mogła też na to pozwolić Shivali. Kucnęła, by wyciągnąć ręce do skulonej postaci, by przytulić ją, pomóc się wydostać spod lady i podtrzymać ją, jeśli nie była w stanie wystać. Ba! Była skłonna nawet ciągnąć ją na siłę za sobą, chociażby w uliczkę po lewej od sceny, byle dalej. Była skłonna ciągnąć ją nawet na siłę, jeśli ona odmówi współpracy. - Shiva, musimy iść. Zaraz sprawa się pogorszy i obie wpadniemy w kłopoty. I już nikomu nie zdołasz pomóc. Musimy iść - powtórzyła się, ale to było ważne.
W zależności od reakcji Shivali: Tori spróbuje ją na siłę wyciągnąć spod lady, bądź spróbuję ją pociągnąć w uliczkę na lewo od sceny.Fay Murphy - 2018-03-11, 13:54 //kilka dni po akcji z Ronnim
Fay nie chciała tu być. Nie wierzyła, że jakiś głupi marsz może coś zmienić, nie widziała niczego bezpiecznego w tylu mutantach zgromadzonych w jednym miejscu, a w dodatku nie chciała wracać do miejsca, z którego notabene uciekła. Jej dom znajdował się niecałe kilkanaście kilometrów stąd, jej ojciec mógł tu być w ramach policyjnego wsparcia w zabezpieczeniu zgromadzenia. Fay z jednej strony zrobiłaby wszystko, żeby go zobaczyć, ale wiedziała też, że nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Dlaczego więc postanowiła tu przyjechać? Proste, osoby, które znała z obozu, na których jej zależało, postanowiły się tu znaleźć. A Murphy nie miała zamiaru czekać na nich sto kilometrów dalej, martwiąc się, czy nic im nie jest. Wolała być gdzieś na miejscu, ale jednocześnie z dala od centrum wydarzeń.
Stąd pomysł z Nurzykiem, średniej wielkości czarnym ptakiem wodnym, z białymi plamami pod skrzydłami i ostrym, długim dziobem. Na szybko udało jej się pochwycić dwa, które wsadziła do niewielkich klatek, a następie umieściła w torbie. Nie lubiła takiego działania, ale cóż, musiała. Cel czasami uświęcał środki.
Odpowiednie miejsce znalazła na klatce schodowej budynku, który znajdował się naprzeciwko sceny. To tam otworzyła odrobinę okno, a potem wyciągnęła jednego Nurzyka i wypuściła go przez okno, jednocześnie nawiązując połączenie. Sama założyła okulary przeciwsłoneczne, żeby ktoś przypadkiem przechodzący nie dostrzegł jej mlecznych tęczówek i usiadła na schodach.
Poleciała. Wzbiła się w powietrze gdy tylko pazurki oderwały się od parapetu okna i wzniosła się wysoko w górę, przelatując nad ludźmi i jednocześnie chcąc znaleźć kogoś znajomego. Widziała wszystko, co się działa, dokładnie słyszała każde słowo ze sceny. Drony przykuły na chwilę jej uwagę, ale przecież sama robiła dokładnie to samo, prawda? Ostatecznie jednak zajęła miejsce na jednej z lamp, kierując swoją uwagę na bardziej przyziemne rzeczy.
Nie miała pojęcia, jak chwilę później wszystko mogło pójść tak cholernie źle. Strzały, śmierć, wypuszczone pajęczaki... Wszystko działo się tak szybko, a Fay oczami nurzyka jedyne, co chciała zrobić, to zlokalizować przyjaciół, sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku.
Odgłos wystrzału skierował jej uwagę na Cass. Widziała konające w jej ramionach dziecko i zamarłą w bezruchu dziewczynę. A przecież te mechaniczne pająki już biegły w ich stronę! Fay ponownie poderwała Nurzyka do lotu, kierując się ku dziewczynie i latając koło niej, a potem także Leona, jak jebnięta. Dupek miał rację, musiała się ruszyć, musiała uciekać!
Nurzyk znowu odleciał nieco wyżej, żeby Fay mogła mieć jeszcze lepszy pogląd na sytuację. Sahira i jego czarnego gluta po prostu nie dało się zauważyć i co gorsze zbliżał się on do jej znajomych.
Nie przepadała jakoś szczególnie za Leonem, ale teraz nie było na to czasu. Każda para rąk, każda moc była w tym momencie potrzebna, więc Fay bez wahania skierowała Nurzyka na Sahira, podlatując nim do jego głowy i robiąc wszystko, żeby go zdekoncentrować. Próbowała dosięgnąć pazurkami jego głowy, twarzy, ostry dziób kierując do jego oczu. Jeśli musiałaby je wydłubać - w porządku, byleby tylko odpuścił, albo zajął się nią zamiast Leonem.Leon Hawthrone - 2018-03-11, 15:43 Leon sądził, że ma wszystko pod kontrolą. Cóż, przynajmniej do momentu, kiedy w jego stronę wystrzelił drugi pajęczak. Odsunął się od Cassandry, mając w zamiarze wystrzelić kolejny strzał w drugiego robota. Skoro dziewczyna nie miała zamiaru się ruszyć, nie mógł jednocześnie się bronić, jak i wlec dziewczynę jak najdalej stąd. Spróbował zastrzelić pająka, ale w tym momencie poczuł jakby coś oślizgłego zaczęło wspinać się po jego nodze, a potem po boku wyżej i wyżej. Sapnął cicho, kiedy coś wlazło mu na kark. Spróbował to strząsnąć, ale maź szybko przeskoczyła na oczy i resztę twarzy. Zdezorientowany, cofnął się od dwa kroki do tylu, a potem padł na plecy, kiedy pajęczak zaatakował jego nogi. Spróbował wystrzelić w niego kulkę, ale raz, że nic kompletnie nie widział (a to było dość ryzykowne, z racji, że mógł sobie przestrzelić nogę), to dwa, durny pistolet nie chciał z nim współpracować. Jakby... spust się zaciął?
Zaczęło mu brakować tlenu. Dyszał i mamrotał, miotając się po ziemi i próbując rękami ściągnąć z siebie to coś. W rezultacie, jego własne moce nie mogły też przejść obok tego obojętnie. Powietrze wokół lekko zgęstniało, a potem zaczęło napierać na wszystko wokół, z wyjątkiem samego Leona. Powoli zaczęły tworzyć się obok wiry powietrze.Alison Blake - 2018-03-11, 22:12 Postrzał, ktoś postrzelił dziecko, której Alison właśnie pomogła wstać z ziemi. Nie było jednak teraz czasu się nad tym rozmyślać, kiedy zagrożenie nadchodziło więcej niż jednej strony. Te przeklęte maszyny. Do tego ktoś oddawał strzały, w tym tłumie ciężko było się skupić i rozeznać skąd dokładnie one padały by się udac w tym kierunku i zlikwidować sprawcę.
Jeden z tych cholernych pająków przyczepił się właśnie do nogi chłopaka obok Cassandry, który upadł, wokół zaczęły się tworzyć jakieś powietrzne wiry. Drugi był na Cassandrze. Alison spróbowała uderzyć w niego lodową kulą. Chyba to właśnie otrzeżwiło Alison do działa. Stanęła sama zakrywając swom ciałem Cassandrę przed kolejnymi atakami
-Uciekajcie stąd! Wykrzyknęła jedynie do Cassandry i dziecka, które moze jeszcze wciąż żyło, kto wie. Może i był na Cassie już pająk,ale i tak musi ona spróbować się stąd wydostać nawet jeśli szanse są nikłe. Zasłoniła swoim ciałem resztę i postarała się wytworzyć lodową kulę na tyle dużą by mogła stanowić swojego rodzaju tarcza. Wierzyła w swoje umiejętności na tyle by sądzić, że taka tarcza będzie skuteczna tak by pozwolić im uciec. Była w końcu ochroniarzem i narażanie życia było jednym z jej obowiązków.Cassandra Gardner - 2018-03-12, 01:12 Jeśli zazwyczaj nie miała zbytnich problemów ani z szybkimi reakcjami, ani z panowaniem nad własnym ciałem i umysłem, teraz... Tym razem wszystko posypało się dosłownie w przeciągu kilku sekund. Owszem, jej problemy - teraz już tylko jej, bo Lizzy nie było - rozpoczęły się znacznie wcześniej, trwając też znacznie dłużej, jednakże nawet w najczarniejszych scenariuszach nie przewidziała, że zostanie sama. Sama pośród tłumu tych, którzy albo chcieli pomóc, albo wręcz przeciwnie - wyłącznie pogorszyć już i tak tragiczną sytuację. Większość z tych obojętnych osób już dawno przecież opuściła najbliższą okolicę sceny.
Do Cassandry jednak to do końca nie docierało. Prawdę mówiąc, mało co w ogóle było w stanie odciągnąć jej uwagę od własnych rąk. Splamionych krwią Addams - tej samej drobnej dziewczynki, którą powinna chronić za wszelką cenę. To nie miało tak być, to nie mogło tak być. Jeśli któraś z nich miałaby otrzymać kulkę, Cass oddałaby dosłownie wszystko, by pocisk trafił właśnie w nią. Nie przez to, że chciała żegnać się z życiem. Przez to, że wtedy nie miałaby na sumieniu małego dziecka. Ktoś na pewno zająłby się Elizabeth, wyprowadziłby ją bezpiecznie z tego swoistego placu pomiędzy ulicami, zagwarantowałby jej bezpieczeństwo.
Ale Lizzy była martwa. I choć ta myśl nadal nie mogła przebić się do umysłu Gardner, sprawiając wyłącznie, iż kobieta nie reagowała praktycznie na nic - ani wrzaski, ani charakterystyczne mechaniczne dźwięki wydawane przez pajęczaki, ani słowa kierowane ku niej przez ludzi pragnących pomóc; dosłownie nic nie docierało teraz do Cassandry - wciąż stojąc w tym samym miejscu, w którym znajdowała się, gdy padł morderczy strzał.
Być może to było skrajnie idiotyczne. Być może powinna zwrócić uwagę na wszystkich tych, którzy nakazywali jej uciekać, ratować skórę i życie, póki jeszcze mogła to zrobić, ale... To tak nie działało, nie tym razem. Czym innym było działanie w ramach jednej z dawnych prac. Czym innym było widywanie ciał zupełnie nieznanych jej osób, bezradne spoglądanie na ich śmierć czy nawet na postrzały - czasem równie śmiertelne - doznawane przez współpracowników. Nawet jeśli to była pewnego rodzaju wojna, kobieta nie była na to gotowa. Nie na śmierć tak niewinnej, drobnej kruszyny, zaledwie pięcioletniego dziecka, które już i tak przeszło zbyt wiele.
Dopiero z chwilą, w której kątem oka dostrzegła coś na kształt metalicznego błysku - choć może tylko tak jej się wydawało; nie miała okazji sprawdzić tego ani wcześniej, ani najwyraźniej też nie później - zamrugała powiekami. Reszta? Była już tylko kwestią sekund...
W momencie, w którym pajęczak skoczył w jej kierunku, Cassandra odruchowo przymknęła oczy, mocniej zaciskając ramiona, jakby wciąż jeszcze była w stanie uchronić Elizabeth przed upadkiem na twardy asfalt. Samej zaś uderzając o niego plecami, przygnieciona przez robota, dosłownie przygryzła sobie wargę do krwi, czując mocno metaliczny posmak w ustach. Nie walczyła jednak z tym, co przycisnęło ją do ziemi. Ponownie - nie przez to, iż nie chciała żyć, lecz przez to, iż znacznie bardziej przygniatało ją coś zupełnie innego, coś psychicznego i o stokroć gorszego od bólu zadawanego przez cienkie nóżki pajęczaka wbijające jej się w skórę.
Nie przestając mocno naciskać zębami na wargę, jednocześnie nie unosiła nawet wzroku w górę, nie mogąc odwrócić wzroku od martwego ciała jej podopiecznej, a zarazem także wcale nie chcąc patrzyć w martwe, puste oczy coraz mocniej zachodzące bladomleczną mgłą...Ricky Roseberry - 2018-03-12, 13:45 Nigdy nie spodziewałam się tego co tu może się stać. Bardzo dobrze że byłam bardzo pesymistycznie do tego nastawiona, ale coś się stało i zmieniłam podejście. Coś? Raczej przez kogoś.
Przez osobę, która była miłością mojego życia. Przynajmniej tego byłam pewna. Uśmiechnęłam się do siebie kiedy ta mnie nie odtrąciła, ale to co później usłyszałam było dziwne. Tłum bardziej zaczął na siebie napierać i krzyczeć, a to spowodowane przez.. no właśnie przez co? Patrzyłam na moją Sami, gdy ta spojrzała na mnie znacząco. Zrozumiałam o co chodzi i zerknęłam, że przy scenie nie było praktycznie nikogo więc podałam ramię mojej dziewczynie i ruszyłyśmy, żeby dostać się przed scenę.
Gdy tam dotarłyśmy zobaczyłam coś co mnie lekko przeraziło, ale po wzięciu głębokiego wdechu moje serce się uspokoiło i zaczęłam analizować to co tutaj się dzieję. Dotarło do mnie to, że Leon leżał na ziemi oblepiony jakąś mazią. Powędrowałam spojrzeniem po drodze skąd ona przybyła i zobaczyłam mężczyznę, który stał za daleko żebym miała możliwość podbiegnięcia do niego, zwłaszcza że nie chciałam zostawiać Sam. Miałam wybór, albo olać to co działo się z moim znajomym i czekać na reakcję, Sami, albo zareagować.
Decyzje, decyzje. Postanowiłam bardzo szybko i bez wahania skupiłam się na tym co działo się przy moim koledze. Może nie znaliśmy się najlepiej, ale moim obowiązkiem jest pomoc moim bliskim, a on do nich należał. Po chwili pomiędzy nim, a tym kolesiem, który go atakował powstała moja tarcza, która odcięła maź od właściciela, a ja modliłam się żeby to coś dało. Przecież nie chciałam, by ktoś umarł. Nie w momencie, gdy mogłam coś na to poradzić, nawet nie zważając na swoje życie.Aaron Bartowski - 2018-03-12, 14:28 I stało się. Używałem swojej mocy w terenie, na prawdziwej akcji, która wywiązała się wbrew jakimkolwiek planom. Musiałem, zostałem zmuszony. Nie miałem innego wyboru. Tu ważyła się kwestia naszego życia, mojego i Alby…
O którą się bałem. O nią i o naszą relację. Moje wcześniejsze obawy wychodziły właśnie z myśli i snów, wchodząc na płaszczyznę prawdziwości czy tam zaistnienia. Nie chciałem, by Alba widziała mnie w akcji, by czuła to, co ja czułem, kiedy poruszałem ogniem w sposób tak gwałtowny, niekiedy też kierując swój gniew na przeciwnika, wszystko to, co niszczyło moje życie, na niego. Tym razem na szczęście na coś martwego, mechanicznego.
Tylko też chaos jaki panował, porwał moją Albę gdzieś ze sobą. Musiałem wybierać i musiałem wybrać walkę z robotem, gdyż nie mógłbym jej ocalić, gdybym został schwytany. Wstrętne. Najgorsze było to, że jej nie widziałem, kiedy na moment odwróciłem się, by ją namierzyć, upewnić się, że wszystko w porządku i że to nie kolejny dron.
Wkurwiłem się jeszcze bardziej. Kula ognia przygasła nieco, ale teraz na powrót rozbłysła swą mocą. Zapalniczka w mojej dłoni niemalże pękała, kiedy chłonąłem emocjami siłę ognia i kiedy jednocześnie karmiłem go swoimi własnymi. Żyliśmy najwyraźniej w symbiozie, w pętli, którą karmiliśmy tym, co znajdowało się wokół nas. Zniszczyć i tyle!
A kiedy zniszczę bestię, będę chciał wrócić do mojej Albeczki, gdziekolwiek ją poniosło…Shivali Nyberg - 2018-03-12, 16:10 Do Shivali nie do końca docierało co się działo dookoła. Przeraźliwy ból głowy niemal całkowicie zniknął, ale to w zasadzie nie pomagało, było tylko bardziej przerażające. Nie odczuwała nawet jej bólu. Tak ciężko było w to uwierzyć, ale Lizzie już nie było. Nie zostało już po niej nic, żadna emocja, żadne marzenie. Tak jak rano ludzie budzą się i zapominają o swoich wszystkich, pięknych snach. Tylko ten przytłumiony, pulsujący ból głowy był jakimkolwiek dowodem, że kiedykolwiek istniała.
Zorientowała się, że ktoś jest obok niej, dopiero kiedy poczuła jak ktoś ją przytula. Ciągle nie była w stanie skupić się na tym co się działo dookoła, na dobrą sprawę nie była nawet w stanie sprawić, żeby ją to obchodziło. To wszystko i tak nie miało znaczenia, skoro ją zawiodła. Skoro pozwoliła jej umrzeć ledwie kilkanaście metrów obok. Może nawet nikogo wtedy przy niej nie było. Może umierała sama, przerażona. Shivali zadrżała na samą tę myśl. Ciągle jeszcze dobrze pamiętała jak cały jej dom, cała jej dzielnica stanęła w ogniu. Pamiętała jak sama próbowała się stamtąd wydostać, biegała przerażona, ale wszędzie dookoła był ogień i śmierć. Krzyczący, poparzeni ludzie, ale też tacy, którzy po prostu kładli się na ziemi i umierali. Sami, chociaż wszędzie dookoła pędzili inni.
Z tego otępienia na chwilę wyrwało ją dziwne uczucie. Ten ktoś, ten człowiek który stał obok niej, to był ktoś z kim miała więź. Przez jedną, okrutną chwilę miała nadzieję, że to Lizzie, ale szybko zorientowała się, że to Tori. Coś od niej chciała, ale cokolwiek to było, Shiv nie mogła jej teraz tego dać. Samo myślenie o tym, kiedy Lizzie... To było po prostu zbyt trudne, zbyt skomplikowane, Shivali nie miała na to siły. Pozwoliła jej zrobić, cokolwiek chciała zrobić. Czuła się jak pusta marionetka, ale nie była w stanie nic z tym zrobić. A może po prostu nie chciała? Kiedy czuła się jakby jej nie było, jakby nie istniała, łatwiej było nie myśleć o tym na co pozwoliła i jak bardzo zawiodła.Louanne Marie - Henning - 2018-03-12, 18:54 Jak dobrze, że prawo jest ułożone tak, a nie inaczej. Przynajmniej wyszła obroną ręką za zabicie tej małej mutantki, która swoją niszczycielską mocą mogła skrzywdzić więcej osób i dołączyć do bractwa. Do tej organizacji terrorystycznej. Którą przewodzi jej siostra. Lou nie mogła pozwolić na to, bo mutacja rozszerza się jak jakiś wirus. Należy z nim walczyć i chronić ludzi.
Jak Lou usłyszała komunikat z krótkofalówki kobiety spojrzała na nią, bo jak to powiedział mężczyzna przed nimi została wystawiona przez swoich zwierzchników. Pewnie Lou zrobiło by się jej żal. Gdyby jej nie zaatakowała i nie chciała zaaresztować.
- Dziękuje panu - zwróciła się do niego, bo nie była pozbawiona manier, a ten mężczyzną przed nią właśnie pochwalił jej strzał oraz usłyszała od niego więcej komplementów niż od innych osób nie licząc jej męża. Jak przystało Lou uwielbiała słuchać komplementów i trzeba przyznać podbudowały jej dumne. - Zostawię państwa byście mogli załatwić to między sobą - dodała po chwili wolała się nie wtrącać między nich.
Dopiero teraz mogła dostrzec, że pod sceną zostało mało osób. Jednak wśród nich dostrzegła tej, którą najbardziej chciała zobaczyć ani też nie widziała swojego towarzysza. Miała tylko nadzieję, że udało mu się uciec.Alba Delgado - 2018-03-12, 21:35 Alba niesiona przez tłum co jakiś czas była szturchana, popychana i w końcu trochę poobijana upadła na ziemię. Przez chwilę leżała, próbując się zorientować, co się wydarzyło. Musiała jakoś ocenić sytuację i sprawdzić, czy w ogóle bezpieczne było podnoszenie się. Widziała biegających wokoł niej ludzi, słyszała krzyki. Aaron był gdzieś daleko i nie mógł jej pomóc. Uznała jednak, że trzeba się wziąć w garść, bo przecież ludzie tutaj byli w dużo gorszej sytuacji niż ona. Nic takiego się nie stało. O tak, niby nic, a jednak była lekko poruszona i zupełnie zagubiona. Martwiła się o swojego ukochanego, który pewnie walczył tam gdzieś swoimi płomykami. Podniosła się z ziemi powoli o rozejrzała wokół. Musiała zobaczyć fruwające płomyki, aby go znaleźć. Odnalazła je bez większego problemu. Niemal czuła jego wściekłość, choć te emocje mieszały się z przerażeniem innych osób. Nie uciekała z tego miejsca pełnego prawdziwej walki – postanowiła powrócić do samego serca i jak najszybciej znaleźć się przy swoim ukochanym. Ruszyła więc ku niemu, jednocześnie łagodząc nieco jego gniew i przywołując więcej skupienia. Na pewno się martwił, a ogień nie był zabawką, którą tak po prostu można było sobie żonglować, choć pewnie sam Aaron twierdził inaczej. Alba jednak pragnęła pomóc, a taki dziki szał agresji w połączeniu z ognistą mocą, mógł się skończyć źle. Oby tylko nie doszło do jakiejś tragedii. Jednak na ile skuteczna była moc Alby? Zmagała się z własnym kiepskim stanem fizycznym, walczyła z potęgą ogromnych emocji wszystkich wokół i siłą swojego strachu. Działała więc sama w dużym chaosie i musiała dotrzeć do jego głowy z pewnej odległości. To na pewno wymagało od niej dużo energii. Chyba nawet nie poczuła, gdy krew zaczęła wypływać z jej nosa.Mistrz Gry - 2018-03-12, 22:28 Nie można było mieć wątpliwości, że w centrum wydarzeń znalazła się w tym momencie Cassandra wraz ze swymi towarzyszami. Kobieta runęła pod pająkiem, bezbronna, nie mogąc się ruszyć nawet na milimetr, sparaliżowana strachem. Dalej trzymała w swoich objęciach to nieszczęsne dziecko, którego ciało z każdą mijającą minutą robiło się coraz chłodniejsze... Mogła się jednak pochwalić wspaniałymi przyjaciółmi, którzy dążyli do jej obrony.
Cóż jednak z tego, gdy pajęczaki były zdecydowanie zbyt silne? Alison, prawdopodobnie wciąż rozkojarzona przez całą sytuację, nie zdołała odrzucić pajęczaka z ciała swej koleżanki – co więcej, skupiła na sobie jego małe, czerwone oczko. Czyżby było teraz bardziej zainteresowane panną Blake, niż bezbronną kobietą, która już była przez niego przyszpilona? Lucas prawdopodobnie też nie docenił siły tej maszyny – gdyż przez próbę kopnięcia, zamiast pomóc brunetce, tylko nabawił się uszkodzenia nogi. Na pewno odczuje to przy obecnej ucieczce – Każde stąpnięcie na nogę, którą wykonał kopnięcie sprawia mu niezwykły ból (obicie stopy – ujemny modyfikator do poruszania się). Zniechęcony swym niepowodzeniem, po oddaniu kopnięcia, zaczął oddalać się w kierunku zachodu, prosto do samochodu swego agenta. Nie będzie jednak w stanie tam dotrzeć w najbliższej akcji.
Jak się okazało, ten nieprzyjemny koleś z kawiarni, zwany powszechnie Leonem stał się drugą gwiazdą wiecz... Znaczy, dnia. Nie dość, że wcześniej to właśnie na nim skupiły się aż dwie maszyny, to jeszcze ruszył na niego inny mężczyzna, zwany ze swojego myślenia iście komputerowego. Sahir starał się dosięgnąć mutanta za pomocą swojej mocy. Zanim jednak to się stało, Hawthrone zdążył wystrzelić jeszcze jeden pocisk w stronę tego przebrzydłego robocika.
Bez problemu zdołał go trafić, prawdopodobnie w jakiś ważny układ, skoro pajączek zaiskrzył i po chwili padł na ziemi, nie sprawiając już żadnego zagrożenia.
Allison miał jednak swą tajną broń, która i tak zdołała dosięgnąć tego mutanta wystrzeliwującego pajęczaki, niczym kaczki w starej grze konsolowej. Maź dotarła pod stopy 25-latka. Nie zdołała jedna wspiąć się po jego ciele, tak jak oczekiwał tego podwładny D.O.G.S. - Wampi... Znaczy, Hawthrone zdołał z odrobiną trudności odbić od siebie za pomocą swojej mocy powietrza czarną materię. Widać – dzisiaj miał zdecydowanie więcej szczęścia jak rozumu...
Starały się mu jednak pomóc dwie znajome z bractwa: jedna – Fay, znana ze swych niezwykłych zdolności kontrolowania zwierząt, która do tej pory tylko biernie obserwowała wydarzenia z nieboskłonu, a teraz starała się wylecieć prosto na twarz Sahira (do ataku nie doszło – mężczyzna ma szansę na obronę), oraz druga - która właśnie wyprowadziła swą partnerkę w centrum wydarzeń. Ricky starała się wytworzyć swoją niezwykłą mocą fizyczną barierę między swym przyjacielem a marionetką rządu. Musiała wykrzesać z siebie bardzo wiele energii, jednak w końcu jej bariera fizyczna, choć niewidzialna, oddzieliła walczących ze sobą mutantów – jednocześnie odcinając członka oddziału taktycznego od części jego zapasów cieczy...
Sama Samantha jednak bardzo źle zniosła widok krwi, walki i swojego brata, który wciąż walczył z zabawkami D.O.G.S.ów... Prawdopodobnie fakt, że nawet jej partnerka w tym momencie skupiła się na pomocy swym towarzyszom, nie bardzo ją w tym momencie pocieszał.
Aaron bowiem, po raz kolejny próbował dosięgnąć tego maleństwa na cienkich nóżkach swymi płomieniami. I zaiste – we wściekłości udało mu się to bez problemu. Maszyna niemal roztopiła się na jego oczach, tworząc dziwną plamę na asfalcie...
Nie można się jednak było zbytnio cieszyć – bowiem, wedle przewidzeń mężczyzny, jego zapalniczka dosłownie pękła w jego dłoniach, powodując niewielki wybuch. Na pewno odczuje poparzenie na dłoni, gdy tylko poziom adrenaliny w jego krwi opadnie... Nie możemy też zapomnieć, że dopóki nie znajdzie nowej zapalniczki, nie będzie mógł korzystać ze swych mocy – no, chyba że będzie bazował na tym małym płomyczku, który wciąż tlił się na resztkach pająka...
Jego miłość natomiast, panna Delgado wciąż była niesiona z tłumem. Czuła też narastające w sobie napięcie, spowodowane zarówno zbierającymi się emocjami w tłumie, jak i oddaleniem od swego ukochanego. Postanowiła jednak wziąć się w garść i spróbować powrócić do serca całego zamieszania, by tylko móc wpłynąć na zachowanie Bartowskiego.
Niestety, nie wiadomo, czy wciąż znajdywała się od niego za daleko, czy jednak humor tłumu miał na nią za duży wpływ – nie dość, że nie była w stanie pomóc swej miłości, to jeszcze sama poczuła się dużo gorzej. Z jej nosa zaczęła cieknąć krew, a opanowanie znacząco spadło...
Ale hola, hola!
Nie możemy też zapominać o konflikcie, który właśnie rozgrywał się całkiem niedaleko naszych kochanych mutków – bowiem wszystkie osoby, które powinny się nimi zająć właśnie były zajęte własnymi porachunkami. Seth wciąż mierzył swym pistoletem w naszą biedną, rudowłosą Amy – bardzo wiele energii tracił jednak na wykłady, które chyba w obecnej sytuacji były dość zbędne. Kto jednak wie? Może w ten sposób chciał jej pokazać, jak był tu ważny? W końcu kto miałby go za to upomnieć? Nasza mała Zoella, która wciąż siedziała w pojeździe i biernie obserwowała wszystkie wydarzenia? Biedna, nie mogło to dobrze wpłynąć na jej niewinny umysł...
Mężczyzna starał się przywołać kolejnego pajęczaka. Niestety, nic jednak nie wyruszyło z pojazdu rządu. Seth więc był zdany tylko i wyłącznie na siebie, by móc unieszkodliwić tą sojuszniczkę terrorystów.
Po chwili wymierzył swoją broń w kolano policjantki – nie wydał jednak jeszcze strzału, więc Vandom wciąż ma szansę na obronę.
W krótkiej chwili w krótkofalówkach rozbrzmiał kolejny, nieco przyjemniejszy od ostatniego komunikat:
- Do wszystkich jednostek! Poszukiwana Szatynka z bronią! Powtarzam, poszukiwana szatynka z bronią! Papierki się same nie uzupełnią, potrzebujemy jej zeznań... – Nie było wątpliwości, że mówiono o naszej drogiej pani wiceprezes Genetically Clean. Czy ktokolwiek jednak weźmie ten komunikat sobie do serca?
Louanne nie była jednak w stanie dosłyszeć tych słów, przez wciąż panującą panikę i krzyki w oddali. Dlatego też, jAk gdyby nigdy nic, podziękowała Ambrose'owi i zaczęła się rozglądać, jak gdyby szukała swej następnej ofiary...
Dosłownie kilka metrów dalej doszło do spotkania dwóch mutantek, które wcześniej nie potrafiły odnaleźć się w tłumie – widać, to przerzedzenie im wyszło na dobre. No, prawie. Gdyż teraz, gdy Victoria wyciągnęła Shivali zza stolika z herbatą, hinduska mogła dostrzec w objęciach panny Gardner i pajęczaka swą małą przyjaciółkę...
Johnson jednak bez problemu była w stanie pociągnąć za sobą kobietę, z którą wiązała ją niezwykła więź. Brnęły więc razem, uliczką, za tłumem...
Z daleka od całego zamieszania znajdował się natomiast Billy, który jak gdyby nigdy nic, wędrował radośnie wśród panikującego tłumu, będąc coraz bliżej wolności...
Na niebie można jednak było dostrzec niepokojące cienie – prawdopodobnie rząd wysłał tu już swoje wsparcie. Jest to ostatnia szansa mutantów, by uciec z miejsca zdarzenia, nim zrobi się... Naprawdę gorąco.
______________________________________ Fay otrzymuje numer porządkowy 13 – wchodzi na miejsce Lena.
Utrata opanowania K20: Samantha, Zoella, Amy (wszyscy za brak reakcji), Alba (wpływ tłumu, odsunięcie się od Aarona, negatywny wpływ mocy)
Utrata opanowania K10: Lucas, Shivali, Aaron, Cassandra, Victoria
Utrata żywotności K10: Lucas, Cassandra, Aaron, Alba
W kolejnym poście na ucieczkę mają szanse te postaci → Billy (wyniesieni z tłumem), Victoria z Shivali. Nie ma już możliwości dołączenia do eventu!
Postaci, biorące udział w evencie, a nie odpiszą do kolejnego udziału mistrza gry, otrzymają ujemny modyfikator do reakcji na rzeczy, które mogą ich dotyczyć.
Numer porządkowy: 18
Dane: Sahir Allison
Rola: Wsparcie ochrony
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Czarna materia [10m/ak. (20max)]
Sahir Allison - 2018-03-13, 03:16 Gdyby nie to, jak mocno jego uwagę skupił na sobie Leon, pewnie teraz bardzo skrzętnie (i chętnie) zająłby się grupką, która ewidentnie nie radziła sobie z maszynkami. Stety czy niestety nie m istnień naturalnych, a Sahir nie był takim geniuszem podzielności uwagi, żeby być w stanie zapanować nad wszystkim, skoro nawet Seth nie był w stanie. No właśnie - nawet Seth! A gdzie mu było do dowódcy oddziału. Był zwykłym mięsem armatnim, prostym żołnierzem - i całkowicie potulnie (wręcz chętnie) zgadzał się na swoją rolę. I chyba prześladował go naprawdę pech (lub głupota, raz, dwa, trzy - dziś wybierasz Ty!), że akurat dobrał się do kogoś, komu zaraz rzucą się na ratunek inni mutanci. Znajomkowie po fachu czy jedni z tych wielkich bohaterów, w których obowiązku było ratowanie tych uciśnionych? Przede wszystkim Sahir nie chciał zbliżać się do maszyn, które atakowały najbliższego mutanta korzystającego z mocy i włazić pomiędzy nie - to byłoby bardzo niekorzystne. Chociaż i tak bardziej korzystne niż mocowanie się z trójką mutantów na raz.
Czarna maź, która sunęła po ziemi jak strumień wody, nie szczególnie wyróżniając się na asfalcie i nie bijąc po oczach, miała swój prosty cel - a raczej Sahir go miał. Był rozkaz - łap faceta z pajączkiem - no to chyba był jedynym, biedny Leon, który wpadł Sahciowi w oko. Heh. Pierwszym z wierzchu. Najbliżej - nie zbitym w mutancią kupę i nie szastał płomieniami - to czyniło z niego potencjalnie łatwy cel. Do czasu. Glucik został odtrącony (biedny gluteł ; ( ) i ciężko, żeby to umknęło uwadze Allisona. Tak samo jak to, że kolejny robocik został postrzelony. Jeszcze bardziej niefartownie. Nie dość, że mutant, to jeszcze wybrał mutanta posługującego się niemal szalenie skutecznie bronią. Bo co jak co - ale żeby ustrzelić to biegnące tałatajstwo nie wystarczy umieć naciskać spustu. Zwłaszcza w stresowej sytuacji. Dlatego pięć punktów dla Gryffindoru! Znaczy… dla mutantów. Pięć punktów dla Bractwa Mutantów. Pasma nieszczęść ciąg dalszy. Nie dość, że biedny, samotny gluteł został odtrącony (a chciał tylko tulu-tulu) to jeszcze coś go przecięło. PRZECI?ŁO! MORDERCY! Bezwzględni, apatyczni, pozbawieni empatii, zafiksowani mordercy bez serca! Jak mogli ciąć biednego gluta! Może on miał w domu córkę na utrzymaniu, chorom w dodatku curke, może miał marzenia, może chciał pracować na kasie w Media Markt! A teraz był już tylko emerytowanym podróżnikiem, który kiedyś też był poszukiwaczem przygód, ale postrzeili go w kolano. Znaczy - odcięli mu nogę. W sumie to całego go odcięli. OMG biedny gluteł!
Sahir nie rozpaczał - gdyby ktokolwiek miał wątpliwości.
Czarnowłosy zamierzał naprzeć na Leona raz jeszcze, kiedy nagle stracił kontrolę nad częścią swojej mocy. Ciężko było mówić, żeby go to nie zdziwiło, ale należał do tej grupy osób, które zadziwienia pozostawiały na po pracy. Teraz nie miał czasu na zadziwianie się, musiało więc poczekać. Czarny strumień rozbił się na kilka żyłek, całkowicie sprawnie i pokazując faka grawitacji pnąc się w górę, po niewidzialnej ścianie, na której rozbił się na pomniejsze linki, które wyglądały teraz jak skomplikowana sieć żył i przekaźników. Szukały dojścia do oderwanej części, ale ta się nie pojawiła. Sahir nie szukał długo, nie dręczył tematu nie marnował na to energii. To był jeden impuls rozesłania żyłek w parę stron, nim zaczął cofać swoje nieco uszczuplone zasoby - minimalnie, zdaje się, skoro ta ściana pojawiła się niedaleko Leona? - do siebie. Bo na niebie zobaczył coś, co zatrważało jeszcze bardziej niż mord gluta…
Zobaczył...
O MÓJ BORZE LATAJĄCY PINGWIN!
Dobrze, że nie gołąb, kupa w czarnym fryzie nie prezentowałaby się godnie.
Allison pozwolił swojej mazi wspiąć się na jego ramiona i głowę (czy raczej rozkazał swojemu glutowi, żeby to zrobił) - i w momencie, kiedy ptaszysko zapikowało, wystrzeliły z bezbronnego glutka w jego kierunku ostre kolce, którym nadane zostały właściwości ciała stałego. Allison zaś teraz powinien szybkim omiotnięciem sytuacji po polu bitwy starał się ogarnąć, co za niecnota blokuje mu dojście do jego celu. Nie żeby to było bardzo skomplikowane. Tylko jedna osoba z tych niewielu obecnych tutaj wgapiała się intensywnie w jego niedoszłą ofiarę. Sęk w tym, że skoro Leon odepchnął ego gluta - to pewnie mógł go też zablokować, wiec jakoś nie wpadł na to, że mogła się w to wmieszać osoba trzecia. To byłby naprawdę dobry moment dla niego, żeby się wycofać. Tylko że w rozkazie mu danym nie było opcji “wycofaj się”. Było wyraźne “złap”. I Allisonowi nawet przez myśl nie przeszła ucieczka.
[u]Wyciągnął pistolet zza pasa i odbezpieczył. I jeśli dobry Bóg da - to i strzelił. Bez przymierzania się, bez wielkiego celowania - po prostu strzelił parę razy w kierunku Leona. No - chu**a to dało, mówiąc brzydko. Pociski odbiły się od niewidzialnej ściany. Pan Allison nadal był kompletnie niewzruszony. Zgrozo, naoglądał się tyle mocy mutantów, że już chyba nie było mocy, która by go jakoś szczególnie zadziwiła. Nie opuszczał pistoletu. Stał tak z wycelowaną w Leona bronią. Bo niby co miał innego do roboty? Jego cel tam se stał, zaraz go pewnie zmiecie z powierzchni ziemi wiaterem, ale co on biedny, bezbronny Alisoneł z glutkiem mogli na to poradzić?