Samantha Bartowski - 2018-06-26, 22:03 Przyrzekłabym, że serce podskakiwało mi do gardła. Bałam się, że znowu tu są. Że tylko próbują stworzyć złudne poczucie bezpieczeństwa, że zaraz znowu mnie zamkną. Przecież sprzeciwiłam się im. Wiedzieli gdzie byłam i kiedy. Może właśnie miała mnie spotkać za to kara?
Odetchnęłam więc z ulgą słysząc tak znajome kroki a po chwili widząc moją kruszynę. Z pewnością moje mięśnie się rozluźniły, mimo, że grymas bólu z mojej twarzy nie zniknął.
Syknęłam, czując jej ciało tak pragnące się wtulić w moje. Połamane żebra z pewnością nie lubiły się przytulać, podobnież, jak średnio zabezpieczony, połamany palec. Mimo wszystko jednak, puściłam jedną z kul, która zapewne upadła na ziemię powodując niewielki huk. Chciałam jednak jakkolwiek objąć mą ukochaną. Przynajmniej ona nie rzucała pochopnych wniosków. Przynajmniej od niej mogłam się spodziewać względnej akceptacji. Przecież już od dłuższego czasu trwała ze mną w tym padole. To znaczy... To znaczyło, że mnie akceptowała, prawda?
- Ricks... - Mruknęłam w końcu, gdy ta się ode mnie odsunęła i nie bardzo rozumiałam to pytanie. W końcu... Byłam pewna, że już w takim stanie trafiłam na przesłuchanie. Tylko za żadne skarby nie mogłam skojarzyć, gdzie podbito mi oko, zraniono ramię, połamano palca czy żebra... Nie kojarzyłam też, skąd mogę mieć szramy na plecach. Nie wiedziałam nic i chyba właśnie to napawało mnie lękiem.
- Ja... Nie pamiętam. - Odparłam zgodnie z prawdą, zachrypniętym głosem, jednocześnie próbując się dostać do pierwszego siedziska, jakie miałam w zasięgu swojego wzroku. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak źle to brzmiało i w jakim świetle mnie stawiało, tym bardziej, gdy kac można było ze mnie wyczytać bez większych starań. - Przeżyje. Rozbija się ćwok z Andym... Wyjdą z tego... Ćwoki. - Odparłam z dziwną pewnością w głosie, wciąż mając w pamięci jak mnie potraktowali. Jak... Jak jebanego alkoholika, który nie wie co robi. Jak kłamcę. A ja przecież mówiłam prawdę! Nie tknęłam nic alkoholowego już od wielu dni. Nie, odkąd moja głowa ze mną pogrywała. Nie, odkąd nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nie, odkąd nie potrafiłam odróżnić prawdy od fałszu... Dzisiaj jednak ból głowy i nawracające mdłości na tyle mi dokuczały, że byłam gotowa to złamać. Przy Roseberry mogłam. Ona mnie rozumiała. Ona... Zrozumie.
Usiadłam w końcu na jednym z siedzeń, wzdychając przy tym ciężko. Nie wiem nawet czemu, sięgnęłam do szafki obok, niemal machinalnie, by wyciągnąć z niej jedną z mniejszych butelek. W końcu dobry klin nie jest zły, czyż nie? Spotkałam jednak pewną... Dość znaczącą trudność, bowiem żadnej butelki nie byłam w stanie wymacać.
- Co do... - Mruknęłam zdziwiona, jednak nie byłam nawet w stanie się schylić. Nie wiedziałam jeszcze, jak poważna rozmowa mnie czeka...Ricky Roseberry - 2018-06-27, 12:03 Nie pamiętała. Chyba właśnie taki stan zmusił mnie do tego co zrobiłam. Nie chciałam widzieć jej w takim stanie, a mnie męczyły ciągłe podawanie jej alkoholu. Miała swoje kilka dni słabości po śmierci Alison, ale ewidentnie powinna już z tym skończyć. Załamało mnie te kilka dodatkowych zranień, ale niestety nie miałam możliwości jej teraz nijak pomóc, bo jedyna osoba która od tak mogłaby coś na to poradzić nie odzywała się do mnie. Co bolało jak cholera, bo uważałam Matilde za przyjaciółkę, a ta mnie wystawiła. Zerknęłam na Sami z politowaniem gdy ta wspomniała o chłopakach. Czyli ona wie gdzie oni są i co z nimi, a my z Albą odchodziłyśmy od zmysłów. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i wygodniej usadowiłam się na kanapie patrząc wprost w oczy Samanthy.
- Z Andym? - zapytałam wściekła. - Jak ja ich znajdę to nie wyjdą z tego cało debile... - powiedziałam wściekła i wzięłam głęboki wdech. - Są u niego prawda? W knajpie? - zapytałam trochę ciszej żeby przypadkiem nikt nie usłyszał chociaż wiedziałam, że Alba jeszcze śpi. Było po niej wczoraj widać że jest padnięta, w sumie trochę nie dziwię.
Zaśmiałam się w duchu widząc jak Samantha nie może znaleźć butelek w szafeczce. Udało mi się trochę jej zapasy uszczuplić, ale niestety jeszcze trochę butelek zostało w kuchni i w sypialni. Wiedziałam że będzie za to wściekła, ale wydawało mi się że to był najlepszy sposób, na ogarnięcie sytuacji i Samanthy. Uśmiechnęłam się triumfalnie widząc jej zdziwioną minę.
- Jeśli szukasz alkoholu to w tym domu go nie znajdziesz. - powiedziałam surowo patrząc na jej reakcję. - Wydaje mi się że trochę z nim przeginasz zwłaszcza że po twoim stanie wnioskuję, że wczoraj ładnie pobalowałaś. - powiedziałam surowo, ale nie naskakiwałam na nią. Westchnęłam i poszłam do kuchni gdzie zrobiłam jej herbaty i kilka kanapek. Przyniosłam i postawiłam w zasięgu jej rąk. Nie miałam ochoty się nad nią znęcać, bo sama wiedziałam co to syndrom dnia następnego, ale irytowało mnie to że ona piła a ja musiałam ogarniać i ją i siebie a w dodatku sprawy bractwa.
- Jak chcesz to są tabletki przeciwbólowe, ale nie pozwolę Ci leczyć się tym przez co zachorowałaś. Nie tym razem.- dodałam i usiadłam z powrotem na kanapę patrząc na nią i mierząc jej stan na tyle na ile mogłam.Samantha Bartowski - 2018-06-27, 16:48 W sumie... Dopiero teraz do mnie doszło, że przecież Roseberry o Andym nigdy nie wspominałam. No, poza tym jednym zdaniem przed chwilą. Skąd więc wiedziała, że ten ciołek ma własną knajpę?
- Wy się znacie? - Zapytałam, chyba lekko wybita z tropu, przymrużając oczy i marszcząc brwi. Przy obecnym stanie mojej głowy to w sumie nie mogło dziwić - w końcu łomot pod czaszką wciąż dawał o sobie znać, podobnież jak zmęczenie. A może też tym pytaniem chciałam odwrócić uwagę od mojego stanu? I tłumaczenia się, dlaczego o tym wiem? Przecież jak zabrzmi stwierdzenie "ktoś do mnie dzwonił, to poszłam"? I tak już mogłam wyczytać z oczu mojej ukochanej, że mam u niej przesrane. I mimo, że była mniejsza, młodsza i z pewnością wydawała się dużo delikatniejsza - nie potrzebowałam niepotrzebnych spin i kłótni. Nie w moim obecnym stanie.
No. Przynajmniej do czasu, aż i ona nie osądziła książki po okładce...
- C-co? - Mruknęłam wyraźnie niezadowolona, gdy na mojej twarzy malował się grymas z połączenia zdziwienia i dezaprobaty. Czy ja dobrze rozumiałam, co tu się właśnie działo? - Nie ruszyłam wczoraj ani kropli alkoholu do kurwy nędzy! - Stwierdziłam podniesionym głosem. Tak. Z pewnością zbyt szybko wybuchłam, jednak po wczorajszych oskarżeniach, próbach tłumaczenia się... Nie miałam już sił na logiczną obronę i dobre argumenty. Nie miałam już sił na nic, gdy ból roznosił mi czaszkę, a żołądek tańczył radośnie próbując skierować ku górze wszystko, co się w nim znajdowało. Miałam wręcz wrażenie, że z każdą chwilą czuję się coraz gorzej.
Niemal machinalnie wstałam i niepewnymi, niezbyt skoordynowanymi ruchami próbowałam kroczyć ku brunetce. Z pewnością nie należało to do najłatwiejszych zadań, bez pomocy w postaci kul. Byłam jednak zdesperowana, a kanapa wcale nie była tak daleko.
- Błagam Cię Ricks. Powiedz, że żartujesz. Nie zrobiłaś tego. Skąd... Skąd w ogóle wiedziałaś?! - Zapytałam, niemal padając przed nią na kolanach i próbując złapać jej ramiona. Lewą rękę jednak tylko oparłam o jej bark, bo ból roznoszący się po całej dłoni od złamania był nie do zniesienia. Nawet... Nie zdawałam sobie sprawy, jak musiałam żałośnie wyglądać. A co najgorsze... Dalej nie wiedziałam co się ze mną dzieje. - Nie możesz mi tego zrobić... Kruszyno. Nie Ty... - Dodałam po chwili, wciąż mając grymas na twarzy. Próbowałam wzbudzić litość? Zapewne. Czy coś z tego wyjdzie? Miałam coraz gorsze wątpliwości....Ricky Roseberry - 2018-07-02, 21:35 -Można tak powiedzieć. Dzięki mnie był w bractwie.. - parskłam - tylko kilka dni bo poleciał za Aaronem, kretyni. - Powiedziałam zaciskając szczękę. Nie wiedziałam co teraz zrobić, z jednej strony miałam tego wszystkiego dość i najchętniej wrzeszczałabym na całe gardło, ale z drugiej chciałam zostać sama i odciąć się od tego wszystkiego. Zerknęłam na Samanthę która była tak okaleczona, że było mi jej jeszcze bardziej szkoda. Byłam jednak na nią zła, że przegina z alkoholem i coraz częściej zastanawiam się czy Rocky nie miała racji. Może i miała. Nie dogadujemy się, większość dni ona była pod wpływem, a gdy tylko odzyskiwała tomność to się kłóciłyśmy. Może to racja by dać sobie spokój. Może..
Gdy krzyknęła podskoczyłam na łóżku, ale pierwszym moim odruchem było spojrzenie na drzwi gdzie spała Alba. Odwróciłam się z powrotem do kobiety gdy ta właśnie klękała przede mną. Zamknęłam oczy i wciągnęłam powietrze. Faktycznie nie czułam od niej alkoholu, ale co innego mogłoby powodować takie skutki? Nie wiedziałam i szczerze nie chciałam się dowiadywać.
- Jakbyś chciała kurwa zauważyć mieszkałam tutaj razem z Tobą i to ja robiłam porządki i gotowałam. Nie było trudno znaleźć twoje skrytki. Chociaż nie sorry to nie były skrytki bo przecież szafki są na widoku. - powiedziałam odrobinę głośniej z agresją w głosie. Odepchnęłam jej ręce i wstałam przechodząc obok, tak żeby oprzeć się o stół patrząc na nią.
- Wydaje mi się, że będzie lepiej jak damy sobie trochę czasu i ogarniemy swoje sprawy. - rozważnie dobierałam słowa i starałam się nie pokazywać jej swoich uczuć. Niestety. Nie wyszło mi bo na moim policzku pojawiła się łza którą szybko starłam. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Odwróciłam lekko głowę w bok by tego nie widziała i policzyłam w pamięci od pięciu w dół.
Wróciłam spojrzeniem na nią i odważyłam się na coś czego mówić chyba nie powinnam.
- Wydaje mi się że Rocky miała rację, masz problemy z alkoholem i chcę byś coś z tym zrobiła jeśli mamy być znowu razem.Samantha Bartowski - 2018-07-05, 22:41 Nie mogła tego zrobić. Po prostu nie mogła.
Znaczy... Wiedziałam, że mam problem, jak bardzo nie chciałam się do tego przyznawać. Wiedziałam, że coraz bardziej wdaję się w mojego ojca, a co gorsza ciągnę Aarona za sobą. Wiedziałam, że tak samo jak jak nasz świętej pamięci staruszek... Jesteśmy zbyt podatni na wszelkie używki. A jednak... Nie potrafiłam w żaden logiczny sposób sobie ich odmówić. Wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, to było zdecydowanie zbyt wiele. Przerastało mnie to. Nie mogłam spać, miałam koszmary, dopadała mnie depresja i zespół pourazowy... Potrzebowałam odskoczni, tylko w tym wszystkim chyba zapomniałam, że... Nie jestem sama?
Kurwa. Odzyskałam brata. Odzyskałam swoją miłość. A teraz powoli to traciłam, przez własne słabości. Co najgorsze, byłam tego świadoma, ale już chyba nawet nie miałam siły o to walczyć.
- Nie mogłaś... Nie mogłaś! To były kurwa moje rzeczy! Za moje pieniądze i w moim domu! I nawet fakt, że przez ostatnie kilka dni mieszkałyśmy razem nie upoważnia Cię do grzebania po moich meblach i wylewania mojego alkoholu! I DO KURWY N?DZY NIC NIE PIŁAM!!! - nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Emocje po prostu wzięły nade mną górę, gdy wykrzyczałam wszystko, co na sercu mi stało, jednocześnie waląc pięścią w podłogę. Zabolało. Zapewne przez to cholerne złamanie, które jeszcze mocniej w tej chwili naruszyłam. Jęknęłam żałośnie, w ciągu krótkiej chwili przechodząc z prawdziwej wściekłości w... Desperację? Smutek?
Podniosłam swoją dłoń, przez chwilę jej się przyglądając i przytrzymując ją drugą ręką. Nie obejdzie się bez nastawiania.
Miałam po prostu ochotę zwinąć się w mały kłębek na środku pokoju i zacząć płakać. Nie miałam już jednak łez. Nie miałam też szacunku do siebie. Nie po tym, co zrobiłam. Nie po tym, jak mój podpis zaważył o losie tak wielu osób. Dalej też nie rozumiałam, czemu w ogóle odważyłam się ten podpis złożyć.
Nim jednak zdążyłam się załamać nad własną głupotą, doszły do mnie słowa brunetki. Słowa, przez które na mojej twarzy przez chwilę zagościł gorzki grymas.
Rocky.
Czy ta laska naprawdę nie miała nic lepszego do roboty, niż niszczyć moje życie? Nie miała własnego do ogarnięcia?
- Oh. Rozumiem, że jesteście bliźniaczkami, ale chyba masz własny mózg? Czy wolisz jednak tylko słuchać panny doskonałej, bo już sama w siebie nie wierzysz? - Nie wiedziałam, czemu te słowa w ogóle opuściły moje usta. Wiedziałam przecież, jak dziewczyny były traktowane. Wiedziałam, że Ricky trafiła na tę konkretną uczelnie przez wybór Rocky. Wiedziałam, że to był drażliwy temat. Dlaczego więc tak bardzo chciałam jej zajść za skórę?
Podniosłam się, powoli, zaciskając własne wargi w cienką linię. Czułam się coraz gorzej, a natłok emocji wcale mi nie pomagał. Potrzebowałam klina. A ona... Nie mogła znaleźć wszystkich kryjówek. Zaczęłam więc nerwowo przeszukiwać każde miejsce w tym pomieszczeniu, każdą szafeczkę, każdą półkę, trzaskając kolejnymi drzwiczkami, gdy te okazywały się puste. Żałosne stęknięcia co kilka chwil wychodziły z mojego gardła, tak samo jak ciężki szloch.
Traciłam ją. I zamiast pokazać, że mogę się dla niej zmienić... Coś mnie ciągnęło do jedynego znanego mi skutecznego lekarstwa.
Po dłuższej chwili w końcu trafiłam na kosz, gdzie ostały się dwie smutne butelki, pełne ledwie do połowy. Cóż... Nie pozostało mi nic innego.
- Skoro tak bardzo chcesz słuchać swojej kochanej siostrzyczki, to proszę bardzo. Możesz do niej iść już teraz. - Wyrzuciłam z siebie łamiącym się głosem, łapiąc jednocześnie za szyjkę jednego z trunków. W końcu... W tym momencie już nic więcej stracić nie mogłam. A w najlepszym wypadku, przed wieczorem uda mi się pójść w ślady tatulka. Może wtedy w końcu będzie lżej wszystkim, na którym mi tak bardzo zależy?Ricky Roseberry - 2018-07-13, 22:01 Wiedziałam że tak to się skończy. Kłótnia była nieunikniona. Spięłam automatycznie mięśnie. Przez te kilka lat tyle się zmieniło. Już nie byłyśmy tymi samymi osobami, i chyba nie nadawałyśmy się do życia razem. Ja miałam własne sprawy i życie, a Samantha miała dosyć mnie i swoich trosk. Zagryzłam zęby żeby nie wybuchnąć i odwróciłam wzrok by się nad nią nie zlitować.
- Wydaje mi się że nic mnie nie upoważnia do mieszkania z Tobą. - powiedziałam poważnie, ale nie na tyle pewna siebie żeby od razu stamtąd odejść. Nadal ją kochałam, a wychowano mnie tak by związki naprawiać, a nie porzucać, ale to co usłyszałam po chwili zabolało i złamało mnie. Spojrzałam na nią wściekła i smutna. Po policzkach zaczęły lecieć mi łzy i zrobiłam w jej kierunku kilka kroków.
- Wiesz faktycznie mogłam iść na swoje studia, przynajmniej nie poznałabym takiej laski jak ty i nie popełniłabym błędu wiążąc się z kimś takim! - Krzyknęłam na nią i pokazałam ręką na nią z obrzydzeniem gdy szukała alkoholu. Miałam dość tego cyrku. Wzięłam swoją bluzę i założyłam buty. Wróciłam do salonu akurat w momencie gdy Samantha brała butelkę z kosza. Prychnęłam i podeszłam do niej wściekła. Wyrwałam z jej dłoni butelkę odpychając ją swoją tarczą i zamykając tak by się nie mogła ruszyć. Wyciągnęłam resztę alkoholu z kosza i podeszłam do zlewu zapłakana i zła.
- Pożegnaj się z alkoholem skoro on jest ważniejszy ode mnie. - oznajmiłam i odwróciłam butelki tak by wylać zawartość do kanalizacji. Odstawiłam puste butelki na meble i przetarłam oczy z łez.Alba Delgado - 2018-07-16, 16:16 Wirowały w niej naprzemienne. Tony rozczarowań, miliardy trosk, kilometry smutków. Czuła, że jest gdzieś na granicy snu. Ciało pokryło się gęsią skórką, niespokojna głowa wierciła się na poduszce, nie mogąc odnaleźć miękkiego miejsca. Czy to wciąż mroki nocy, czy już otoczyła ją aura dnia? Dzień potrafił odsłonić gorsze potworności od nocy. Otworzyła oczy, ale zaraz je przymknęła. Hałasy, ale to nie one wypędziły ja z ramion kołderki. Lekko poruszyła głową i przyłożyła dłoń do skroni. Powoli usiadła, aby zorientować się, co się teraz dzieje. Podniesione głosy, przekleństwa, szamotanina emocji. Sami już jest? Odrzuciła przykrycie, a kiedy stopy dotknęły ziemi, już wiedziała, że jest źle. Nie znała sytuacji, ale właściwie nie musiała. Ogrom złej energii był wręcz przytłaczający. Podłoga zaskrzypiała, kiedy bose stopy Alby przemknęły przez pokój. Trochę jeszcze była senna, ale nadwyżki energii w pokoju obok działały pobudzająco. Niepokoiła się, choć chyba nie powinna się wtrącać.
- Ricky? - zapytała cichutko, wchodząc do kuchni. Momentalnie łagodne wyraz twarzy nieco się zmodyfikował. Ałć. Popatrzyła na Sami przy tym koszu, tak zmarnowaną, tak zniszczoną. Cierpiącą i bezsilną. Zupełnie jakby emocje w niej boleśnie kręciły się w kółko. Potem spojrzała na plecy Ricky. I było jeszcze trudniej. Wzięła głęboki wdech. Nie umiała ocenić, co tu się wydarzyło, ale nie musiały nic mówić. Kilka spojrzeń, kilka głębszych spojrzeń i ich aury stały się niemal nagie. Do której powinna podejść? Lekko zacisnęła dłonie, uwalniając spokój. Delikatny, nienachalny. Mogła odebrać im całą siłę stanu, w jakim się obie znajdowały, ale nie miała takiego prawa. Dziwnie nieruchoma Sami, uwięziona w potrzasku. Ale nie tym fizycznym. Dopiero teraz dotarła do niej odurzająca woń alkoholu, dopiero teraz ujrzała w dłoniach Ricky butelkę. Zbyt mocno ściskaną.
Podeszła do niej i chwyciła powoli butelkę. Ostatnie krople alkoholu spłynęły do zlewu. Ujęła dłoń dziewczyny i pogłaskała ją delikatnie. Patrzyła na nią, czujna i uważna. Widziała łzy, widziała złość, niemal mogła dotknąć jej lęku. O kochaną osobę. Miała w sobie więcej siły, niż mogłaby podejrzewać. Tylko o tym nie wiedziała. Nie chciała jej mówić, że wszystko będzie dobrze. Ale czuła, że trzeba się nimi zająć. Jak w przypadku każdej osoby, która była przy niej tak mocno smutna. Jak w przypadku całego świata. - Uwolnij ją. Mogę jej pomóc, ale muszę mieć jak.
Nie potrzebowała dotykać, ale dotyk był tak ludzki, szczery i dobry. Niósł ze sobą moc. Czasami wystarczyło kogoś przytulić, by zniszczyć jego ból.Samantha Bartowski - 2018-07-16, 18:58 Widziałam, że szykuje się do wyjścia. Wiedziałam, że ją zraniłam. Ale może to i dobrze? Jeśli stąd wyjdzie, będzie bezpieczna. Jeśli oni serio dalej mnie śledzą... Nic nie powinno jej grozić. W końcu jaki mieli by cel w ranieniu jej? Skoro wtedy nie zgarnęli nas razem, nie wiedzieli o jej mocach. A to... To znaczyło, że jest względnie bezpieczna, czyż nie?
Czy ja w ogóle mogłam w to wierzyć, wiedząc, do czego oni są zdolni?
Nie miałam jednak sił się nad tym zastanawiać, gdy pulsujący ból w czaszce nie odpuszczał nawet na chwilę. Gdy moje życie się waliło i wszystko traciło sens. Gdy traciłam nadzieję, że jeszcze może być dobrze.
Trafiła w punkt. Nigdy by mnie nie poznała. To wszystko by się nigdy nie stało. Może też nigdy by nie zmutowała? Ile byłaby szczęśliwsza, gdybyśmy nigdy na siebie nie trafiły? Patrząc na to, jakiego farta przynoszę wszystkim, na których mi zależy... Cóż. Jej z pewnością byłoby dużo lepiej. Nie mogłam jednak tego przyznać. A może po prostu nie chciałam mówić, jak wiele dla mnie znaczy?
Rany! Jak ona się bardzo myliła twierdząc, że alkohol jest dla mnie ważniejszy. Nigdy nie był. Nie chciałam żeby był... Czemu więc teraz tak strasznie go pragnęłam? Czemu w sytuacji, w której powinnam choć trochę umieć zawalczyć... Nie potrafiłam?
Krzyknęłam załośnie, gdy poczułam na swoim ciele tę nieszczęsną tarczę. To z pewnością nie było nic przyjemnego, biorąc pod uwagę moje obrażenia, łącznie z połamanymi żebrami i okaleczonymi plecami. Bolało. Bolało cholernie. Sprawiło mi to na tyle duże cierpienie, że nawet po moich policzkach pociekły pojedyncze łzy. I tylko nie wiedziałam, czy to wszystko bardziej bolało fizycznie, czy psychicznie...
- NIE! - Krzyknęłam żałośnie, patrząc, tak mój tak upragniony klin ląduje w zlewie, spływając powoli do kanalizacji. Szlochałam przy tym żałośnie, gdy moje ciało drżało, a ja próbowałam nieskutecznie zacisnąć pięści. Ja... Po prostu się załamałam. Straciłam wszystko, kompletnie. Straciłam brata. Straciłam Ricky. I straciłam mojego ostatniego pocieszyciela, nawet, jeśli ten od kilku dni nie opuszczał mojego organizmu...
I nawet wejście Alby nie rozjaśniło mojego umysłu, choć z pewnością obniżyło poziom agresji we mnie buzujący. Z całą pewnością, teraz bardziej przypominałam zagubione dziecko - taka zapłakana, przerażona, opuszczona... I wciąż utrzymywana pod - dla mnie - bolesnym uściskiem tarczy mojej ukochanej...Ricky Roseberry - 2018-07-16, 20:59 Wszystko działo się tak szybko. Chciałam to skończyć. Łzy płynęły już same. Nie wiem czemu tak naskoczyłam na Sami i nie wiem czemu powiedziałam te słowa by ją zranić. Nigdy tak nie uważałam, nigdy nie żałowałam nawet teraz, ale miałam tego dość. Zachowywała się jak rozpieprzony bachor, a ja miałam ją znosić i się jej kłaniać. Jeszcze czego. Każdy ma swoje zasady, a moje są rygorystyczne ostatnimi dniami. Wylewając alkohol poczułam się lżej nie wiem co na to wpłynęło, ale ulżyło mi że Samantha nie będzie miała już alkoholu, a po chwili usłyszałam jak ktoś wypowiada moje imię. Wzięłam głębszy wdech próbując pozbierać swoje myśli i resztki spokoju w kupę. Wiedziałam że Alba odczyta lub już odczytała nasze uczucia i trochę mnie to zabolało, bo obawiałam się że to my ją obudziłyśmy. Poczułam lekki spokój. Nie wiele on pomagał ale jeden z moich kącików ust się lekko podniósł. Chciała nam pomóc. Miło z jej strony, ale nie powinna się wtrącać. Nie gdy ja nie panowałam nad swoimi odruchami.
Poczułam jak zabiera mi butelkę i głaszcze mnie po dłoni. Szybko zabrałam ją i spojrzałam na Albę wycierając policzki z łez. Pociągnęłam nosem i kiwnęłam głową na zgodę. Puściłam Samanthę, a ta momentalnie upadła na podłogę. Moim jedynym odruchem byłaby pomoc jej. Kiedyś.. A teraz po prostu się odsunęłam siadając na łóżku i wzdychając. Próbowałam ułożyć sobie to wszystko w głowie.
- Pomagaj alkoholiczce, ale to nie przyniesie skutków. Wiem po sobie. - powiedziałam z ironią i sarkazmem. Byłam rozczarowana postawą Sami.
- Popadanie w alkoholizm i picie bez umiaru nie jest żadną pomocą ani radą na stratę ukochanych osób Samantho, pogarszasz swój stan i stracisz wszystko i wszystkich. Tak jak w tym momencie powoli tracisz mnie, ale jeśli masz to gdzieś i to koniec to mi to powiedz, tym razem ja nie ucieknę. Poczekam - dodałam kierując słowa do mojej "dziewczyny" chociaż nie nazwałabym tego już w ten sposób. Nie byłam pewna niczego. Niestety... No może oprócz jednej rzeczy, nadal ją kocham. Nie wiem jak bardzo bym się starała to uczucie we mnie zostanie. Nie wiem co musiałaby zrobić lub powiedzieć żebym jej nie wybaczyła, ale obawiałam się że ona nie wybaczy mi moich słów i czynów. Zasłoniłam dłońmi twarz, a łzy popłynęły mi niekontrolowanie.
Po chwili się uspokoiłam i patrzyłam na poczynania Alby tłumacząc jej co zaszło, a całkowicie ignorując Samanthę. Nie miałam ochoty jej pomagać czy podchodzić do niej. Nie póki nie zdecyduje co woli. Mnie czy alkohol.Alba Delgado - 2018-07-16, 22:08 Niespokojna Ricky, złość, która zmusza do słów ciężkich i trudnych. Słów, w których czai się gniew i nienawiść, choć tak naprawdę to nieoczywiste wołanie o miłość, wykrzyczenie swej bezradności. Ona próbuje ukochaną osobę ratować, a ta się tylko stacza w dół. Tylko Alba wiedziała, że nigdy nic nie jest czarno-białe. Mogła atakować Samanthę, mogła wyzywać ją od najgorszych i bezuczuciowych bestii zniewolonych przez gorzkie trunki. Ale nie mogła przestać jej kochać i przestać się troszczyć. Alba aż za dobrze pojmowała, jak bardzo kłuje Ricky każdy alkoholowy oddech Bartowskiej. Każde to tępe, otumanione spojrzenie i widok ciała owładniętego bólem i niemożnością podjęcia walki.
Nie zrobiła niczego wyjątkowego, kiedy Ricky się jej wyszarpała, niemal jak przez sitko przeleciały przez nią słowa rozgniewanej, cierpiącej dziewczyny, choć przyjęła je. Rozumiała już problem, nie mogła wypłukać z jej ciała alkoholu, ale mogła załagodzić ten podły stan. Ich obu. Wbrew pozorom to Sami wydawała się być w gorszym stanie. Poranione ciało, nietrzeźwy umysł i jakieś poplątane emocje układające się w bardzo zawiły labirynt. Alba była zmartwiona, ale spokojna. Musiała spróbować jej pomóc. Choćby odebrać ten szał, uśpić rozpacz. Czy mogła walczyć z emocjami wynikającymi z pijaństwa? Nigdy tego nie robiła, ale to wciąż przecież były emocje, prawda?
- Jeśli zupełnie w nią zwątpisz, to całkiem się zapadnie w sobie – powiedziała tylko cicho, sięgając po ręcznik kuchenny. Odkręciła wodę w kranie i zmoczyła go. Delikatnie wycisnęła wodę i zbliżyła się do Sam. Upadła na kolana zaraz przy niej i popatrzyła na ten obraz nędzy i rozpaczy. Czy tak właśnie wyobrażała sobie kolejne spotkanie z siostrą ukochanego? To nieważne, trzeba było jej pomóc. Z mocą czy bez. - Nie bój się, Sami – szepnęła czule i zaczęła przemywać jej mokrą nieco buzię szmatką. Czuła wciąż zapach alkoholu. - Zaraz poczujesz się lepiej – mówiła dalej łagodnie. Nie interesowała się w tym momencie tym, co myślała Ricky o jej może zbyt delikatnej metodzie, ale Alba w tym momencie musiała ją nieco uspokoić, bez używania mocy, bez krzyków, aby móc dokładnie przejrzeć jej głowę i dowiedzieć się, co się tam działo. Ścisnęła jej dłoń. - To zaraz minie, przestanie tak męczyć – Czy jej moc potrafiła zdusić tak wielką potrzebę napicia się wódki? - Przymus napicia się jest w jej głowie, jest jak żądza, z którą nie sposób walczyć. Ona nic nie może zrobić, potrzebuje pomocy. W dodatku jest tak… okaleczona – dokończyła przejęta i niemal czuła, jak łzy stają jej w oczach. O nią trzeba walczyć, nie można jej zostawić z tym samej. Alba zadziała na Sami i uspokoiła ją, po czym wstała, by wypłukać szmatkę. Gdy szła, jedna diabelnie samotna łza, spłynęła po jej policzku. Otarła ją szybko. Ricky nie miała pojęcia, jak bardzo cierpiała Samanatha, a Delgado nie była katem, by jej to pokazywać.
Wzięła głęboki wdech i oparła się o blat. Rzuciła jeszcze szybkie spojrzenie w okno, ale wtedy… wtedy to poczuła. Uniosła do ust szmatkę i zaraz ją odrzuciło. Serce zabiło jej szybciej, zupełnie jakby nagle dokonała niespodziewanego odkrycia. Chwyciła szklankę i wycisnęła do niej całą zawartość ze szmatki. - Ricky… Czy z Waszego kranu leci wódka? - zapytała, przystawiając szklankę do nosa. - Czy pot pijanego, jego łzy… czy zmieniają się w wódkę? - Odwróciła się za siebie. Puściła szklankę i podbiegła do Bartowskiej. Rzuciła się na podłogę i popatrzyła znów na nią. Była spokojna, ale… Czy pijana?Samantha Bartowski - 2018-07-16, 22:43 Czy słowa mogły ranić bardziej od czynów? Czy słowo mogło mnie skaleczyć bardziej, niż silne ręce oprawcy? Czy mogłam spaść jeszcze niżej, niż to dno, na którym właśnie się znalazłam?
Straciłam zaufanie wszystkich. Nikt mi nie ufał. A przecież nigdy nie byłam typem chłopca, który ostrzegał przed wielkim, złym wilkiem. Czemu więc, ten jeden jedyny raz, gdy naprawdę potrzebowałam wsparcia - nikt mi nie wierzył? Czemu łatwiej było mnie nazwać alkoholiczką - nawet, jeśli serio nią byłam - gdy przecież mówiłam prawdę, samej zatracając się w tej dziwnej sytuacji, która mnie spotkała? Nie wiedziałam, czy to objaw zbyt długiego nadużywania alkoholu, czy to już może halucynacje spowodowane jego brakiem. Nie wiedziałam już kompletnie nic...
Padłam na ziemię, niemal bezwiednie, znowu wydając z siebie tylko żałosny jęk bólu. Szlochałam, słuchając kolejnych słów Ricky i już nie wiedząc, czy bardziej jestem zła na nią, czy na siebie. Odebrała mi to, co było moje. Nie uszanowała mojej własności. Ale czy to ja nie przesadziłam z reakcją? W końcu do tej pory dzielnie znosiła moje problemy, nie raz samej przynosząc kolejne butelki do domu. Jakkolwiek starała się mnie zaakceptować. A ja? Czym się odpłaciłam? Złością? Agresją? Koszmarami każdej nocy? I stresem po aresztowaniu? Czy nie zapomniałam, że tu nie chodziło tylko i wyłącznie o mnie, ale o nas?
Nawet nie wiedziałam kiedy Alba znalazła się przy mnie. W pierwszej chwili nawet chciałam się odsunąć, mimo, że ciało skutecznie odmawiało mi już posłuszeństwa przez te wszystkie obrażenia i zmęczenie, jednak chłód zmoczonego ręcznika skutecznie przekonał mnie do pozostania w miejscu. To krótkie ukojenie dla bólu w głowie, ta chwila wrażliwości skierowana w moją stronę, po tych wszystkich dniach pomiatania mną i strachu, spowodowały, że... Pękłam.
Po prostu zaniosłam się płaczem, mimo że przez tyle lat starałam się zgrywać tę twardą i niezależną kobietę, z którą nikt nie będzie chciał zadrzeć. Stworzyłam tak grubą maskę, że teraz, w tej jednej krótkiej chwili, wyszło ze mnie wszystko. Każda chwila żalu, smutku i zwątpienia...
Moje myśli były nieskładne i poplątane. Nie potrafiłam już odróżniać snu od jawy. Koszmary nawiedzały mnie na każdym kroku, przesłuchanie zlewało się w ciąg okrutnych zdarzeń, nieprzyjemnie krążąc i wciąż zmieniając miejsce, a spotkanie z Aaronem z minionej nocy... Tylko dołowało mnie jeszcze bardziej. Byłam żałosnym robakiem, który zdradził nie tylko swoje wartości, ale i najbliższych, przez co wyrzuty sumienia też nie chciały dać mi spokoju. Może właśnie dlatego tak mnie ciągnęło do tego upragnionego klina? By się zapić i zapomnieć o wszystkim złym, co ostatnio mnie spotkało? Może wcale nie chodziło o to paskudne suszenie w ustach, a najkrótszą drogę do pokuty? Może zamiast zwalczać swoje problemy, chciałam już je ignorować, jakby nigdy nie istniały?
Wraz z każdą kolejną łzą i szlochem, moje negatywne emocje z pewnością się uspokajały. Najgorsze jednak było to, że nie ważne, jak bardzo chciałam na cokolwiek odpowiedzieć - że przecież wcale nie potrzebuje pomocy, że dobrze sobie radzę, że lepiej by mi było samej, bez nikogo... Nie byłam w stanie. Każda próba wyciśnięcia z siebie choćby jednego słowa tylko nasilała ten paskudny płacz. Wiedziałam, że Ricky już od dawna nie widziała mnie aż w tak złym stanie. I przecież nigdy nie chciałam, by musiała mnie taką oglądać. Kochałam Ricky. Nie chciałam, by cokolwiek jej groziło. I nie widziałam teraz lepszego wyjścia, niż odtrącenie tych, na których mi zależy, byle zapewnić im bezpieczeństwo. W końcu... Kombinowanie będzie skutkować konsekwencjami...
Pociągałam jeszcze żałośnie nosem, gdy blondynka wstawała, wciąż nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Czułam się zmęczona i obolała. a Jednak... To krótkie słowo działało na mnie, niczym płachta na byka. Wódka? Z kranu?
Mimowolnie obejrzałam się w kierunku kobiet, patrząc na nie pytającym wzrokiem i nie zmieniając mojej pozycji, pozostając na ziemi, czując każdą pękniętą i złamaną kość jak i obite mięśnie i poranioną skórę. I miałam wrażenie, że kolejny raz śnie. Że marzenia senne znów nawiedzają mnie na jawie.
A może po prostu zdechłam i trafiłam do mojego prywatnego piekła?
To by wiele tłumaczyło...Ricky Roseberry - 2018-07-16, 23:05 Uspokoiłam się, ale zamknęłam w moim prywatnym zamku, każde słowo, każdy gest, każdy ruch widziałam rzez mgłę nie rejestrując go na tyle na ile powinnam. Byłam w swoim świecie i coraz bardziej pragnęłam w nim zostać na wieki. Uruchamiały mi się moje odruchy obronne przed jakimkolwiek cierpieniem. Myślałam o wszystkim jak i o niczym. Samantha te cztery lata i ja. Każda z nas miała sekret. Najciemniejszy i najmniej przyjemny sekret, ale teraz szło to o wiele za szybko. Nie byłyśmy niewinnymi nastolatkami które mogły żyć na kartę rodziców, Teraz byłyśmy dorosłe i odpowiadałyśmy za siebie, a wszystko utrudniał fakt, że rząd polował na mutantów. Za dużo na raz, a małe błahostki rozbudziły wojnę między nami. No dobra może nie koniecznie małe, bo spożywanie alkoholu w nadmiernych ilościach było dużą sprawą, ale nie powinnyśmy tak wybuchać. Westchnęłam i pomrugałam kilka razy oczami. Zerknęłam na kobiety które nadal próbowały ogarnąć sytuację. Wstałam na nogi i podeszłam do okna w momencie gdy Alba powiedziała coś o wódce z kranu. Obejrzałam się w jej stronę i spojrzałam jak na kretynkę, ale powolnym krokiem podeszłam do mebli, przy których nikogo już nie było bo blondynka podeszła do Samanthy. Wzięłam ręcznik i przyłożyłam go lekko do nosa. Poczułam alkohol i się skrzywiłam. Spojrzałam na materiał i odkręciłam wodę by go spłukać. Tak wodę. Odwróciłam się do dziewczyn i patrzyłam na nie nic nie mówiąc przez długi czas.
- Kiedy ostatni raz miałaś w ustach alkohol? - zapytałam Samanthę odrobinę oskarżycielskim tonem. Podeszłam do Alby i dałam jej wypłukany wodą ręcznik. - Woda. - powiedziałam krótko i ukucnęłam przy niej tak bym mogła spojrzeć w oczy brunetce. Wiedziałam że mogła kłamać, wiedziałam że była poturbowana, wiedziałam że się załamała, ale chciałam dowiedzieć się co się z nią dzieję. To jak Alba zareagowała dało mi do myślenia i zaczynałam podejrzewać to czego najbardziej się bałam i czego nie chciałam. Odruchowo usiadłam na podłodze zmieniając pozycję tak by móc przytulić delikatnie Samanthę by mogła się oprzeć o moje ramię. Sama nie miałam zbyt wielu sił przez ten napad emocji i wrzaski, ale stan fizyczny Sami wcale na pewno jej nie ułatwiał zadania. Może i byłam na nią zła, wściekła i rozczarowana, ale nadal byłam po jej stronie i nadal wierzyłam że damy radę przez to wszystko przejść. Spojrzałam na Albę i posłałam jej krótki niepewny uśmiech. Siedziałam w jednym kawałku, a czułam się jakbym rozsypała się na trylion elementów i nikt nie mógł mnie poskładać. Byłam w rozsypce.Alba Delgado - 2018-07-17, 13:50 Spokojna, obezwładniona i cicha. Nie odnajdująca w sobie sił, by opowiedzieć o swoim bólu, by podjąć walkę z nimi. Alba zastygła przez krótką chwilę i patrzyła na nią. Zdawało jej się, że nieco przysłonięte oczy Sami zdradzają resztki blasku, niewidzialne, ale trwające gdzieś pod zasłoną z cierpienia i niepewności. Potrzebowała ich, choć mogłaby się wypierać. Zdawało się, że nie było już w niej nadziei, że straciła świadomość otoczenia. Choć próbowała podjąć walkę, to wciąż było tylko gorzej, tonęła w odmętach własnych lęków i żałosnych prób uczynienia kroku na przód. Cofała się, choć zdawało jej się, że walczy. Błagała, choć nawet o tym nie wiedziała. Ricky i Alba mogły odwrócić ten zły czar, ale musiały wiedzieć. A ta próba mogła za chwilę okazać się bardziej bolesna niż ostatnie ciężkie tygodnie przeżywane w zdradliwym, gorzkim bagnie cierpienia, którego nawet nie dało się opisać. Wojna, śmierć i brutalność – a jednak Alba dawno już nie miała do czynienia z tak dziwnym, tak tragicznym obrazem emocji. Biedna Sam.
I tak trwała wpatrzona w nią i nieco zamrożona w czasie. W krótkiej chwili świat się zatrzymał, a Alba próbowała zebrać w sobie siłę, bo to, co miała zaraz jej zrobić, nie było leczniczym ugaszeniem płonącej w smutku duszy. Było złem koniecznym, aby mieć pewność. Patrzyła na Ricky. Obydwie wiedziały, jaka może być przyczyna stanu Samanty. I chyba pragnęły, aby próba nie potwierdziła ich podejrzeń. Sami nie mogą, nie ona… nie teraz. Czy to było możliwe?
Otworzyła okno, wpuszczając powiew kojącego powietrza. Opary alkoholowe męczyły czyste dusze. Świeżość w płucach wzmocni je w tej trudnej chwili. Objęła dłonią miskę i wypełniła ją chłodną wodą z krany. Podeszła do dziewczyn i, gdy jej kolana zetknęły się z chłodem kafelków, ułożyła przy Bartowskiej naczynie. Czuła wciąż jej ból. Nie wolno jej było się odgrodzić, nie teraz. Musiała się jej uczyć, aby jak najlepiej i jak najmniej boleśnie przeprowadzić cały… test. Och, jakie to okrutne było. Nie wolno Albie uronić żadnej łzy, nie mogła się rozbić teraz.
- Trzymaj ją mocno – powiedziała pewnie, biorąc głęboki wdech. Spokojna Sami nie mogła wiedzieć, co planują zrobić. A może przeczuwała? Nieświadomość była chyba lepsza od wiedzy. To zaboli, dotknie bardzo głęboko. A Alba musi być w stanie to wywołać, a potem jeszcze cofnąć. Czy czuła się pewnie? - Sami, cokolwiek się teraz stanie, zaraz przejdzie. Zaufaj mi – powiedziała, ujmując delikatnie jej policzek. Cholera, nie nadawała się nijak do takiej akcji. Była zbyt rozbita i słaba. Alba czuła się potwornie z wiedzą, że musi jej jeszcze dołożyć.
Już. Paraliżujące poczucie lęku, odbierające władzę nad świadomością, bawiące się ciałem, kpiące z umysłu. Przeszywające każdą komórkę w ciele, zamykające duszę w kolczastej klatce. Okrutne, nieludzkie. Na tyle krótkie, by udało jej się zmienić wodę i potwierdzić ich przypuszczenia. Oby Ricky nad nimi czuwała. Alba zakleszczająca Sami w jej najgorszych obawach. I Sami, która przy minimalnie wyższym lęku mogła osiągnąć poziom czystego, morderczego szaleństwa. Musiały to wytrzymać.
Zaraz wszystko zgaśnie i pozostanie tylko maleńkim, nieprzyjemnym wspomnieniem. Które Alba zapamięta sto razy mocniej od Sami. Bo takiego obrazu czyiś emocji nie da się zapomnieć.
Kolana wbijające się mocno w podłogę, dłonie zaciśnięte tak mocno jak klatki na duszy. Ciało maksymalnie napięte i skupione. I one dwie zagrożone utonięciem, jeśli Alba sobie nie poradzi.Samantha Bartowski - 2018-07-17, 20:47 Nie czułam się dobrze. Nawet pomijając już mój stan fizyczny i paskudny kac, który dawał mi się we znaki, dodatkowo czułam się nieswojo, gdy obie me towarzyszki tak bardzo się na mnie skupiały. Nigdy nie chciałam być ofiarą. Nigdy nie chciałam, by komukolwiek było mnie żal. A tym bardziej... By były to tak bliskie mi osoby. Czy będę w stanie jeszcze spojrzeć im w twarz po tym wszystkim? Czy nie utonę we własnym wstydzie?
Nie do końca rozumiałam, co się wokół mnie dzieje, więc tylko przerzucałam swój wzrok pomiędzy brunetką i blondynką, szukając odpowiedzi na pytania, które kotłowały się w mojej głowie. Wciąż miałam zapłakaną twarz i wciąż szlochałam, próbując chociaż wyrównać i uspokoić swój oddech. Nie było mi to jednak dane, gdyż pretensjonalny głos mojej ukochanej tylko utwierdzał mnie w przekonaniu, jak wielkim śmieciem jestem...
- Ja... - Zaczęłam, zapewne mało wyraźnie, gdy moje oczy ponownie się szkliły, a głos wyraźnie się łamał - Od naszej... Ostatniej nocy... Nie... - Nie byłam w stanie skończyć, znowu się zatracając we łzach. Miałam jednak głuchą nadzieję, ze Ricky zrozumie, co chciałam jej przekazać. Od czasu aresztowania nie tknęłam nawet kropli alkoholu, bo upojenie towarzyszyło mi od kilku dni i bez tego. Dopiero dzisiaj, po kilkudziesięciu godzinach, gdy miałam wrażenie że to wszystko ze mnie schodzi... Miałam chwilę słabości. Ból pod czaszką tylko wzmagał wszelkie złe wspomnienia. Zlewał się w jedno z całym cierpieniem mojego ciała, dając wrażenie brudu, zła i zarazy roznoszącej się po moim organizmie - kość po kości, mięsień po mięśniu, żyła po żyle...
Chyba właśnie dlatego dałam się ponieść tej chwili i rzeczywiście schowałam swoją twarz w ramieniu Roseberry, mocząc żałośnie jej koszulkę, ale chociaż nie pokazując jej paskudnego wyrazu mojej szpetnej obecnie gęby... A przez to wszystko nawet nie dostrzegłam poczynań Alby, która dążyła... Do czego?
Słysząc jej słowa, mimowolnie uniosłam własną głowę, jednocześnie odsuwając się od mojej Kruszyny. Nie spodziewałam się tego, co miało nadejść. Jeden krótki dotyk panny Delgado. Dla mnie to był ułamek sekundy, Chwila, kiedy mój oddech na moment się zatrzymał, tak samo jak bicie serca i smutny szloch. Chwila, kiedy ten rozczulający moment na podłodze zmieniał się w paskudny koszmar. Moje źrenice z całą pewnością się zwężyły, gdy zaczęłam się ślepo wpatrywać w przestrzeń, a moje oczy zaszły łzami. Strach, który zaczął mnie wypełniać od środka powodował znowu ten paskudny ścisk w żołądku, prowadzący niemal do odruchu wymiotnego, by po chwili wszystkie moje mięśnie się spięły, a z gardła wydarł się głęboki, długi krzyk. Moje wspomnienia zlały się w jedno, tworząc przed moimi oczami obraz, którego tak się bałam. Ricky, nagrania z Aaronem, straszne tortury, groźby, silne ręce zaciskające się, zadające ból... Tylko... Tylko czemu te ręce tak bardzo przypominały moje? Czemu na tym dziwnym obrazie, to moje dłonie przelewały krew moich bliskich?
Przeraziła mnie ta wizja. Patrzyłam na swoje palce, chcąc zetrzeć z nich szkarłatne plamy, całkowicie ignorując złamanie palca. Chciałam wydrapać wszystko co złe. Krzyczałam, płakałam, próbowałam się wyrwać. Tak bardzo chciałam uciec od paskudnej wizji, która mnie nawiedziła. To... To nie mogła być prawda. Tak nie mogło być. Próbowałam się odsunąć, wierzgając nogami, również zapominając o nieszczęsnym złamaniu w udzie. I gdy tylko moje pokaleczone plecy zetknęły się ze ścianą za mną... To wszystko zniknęło, a ten irracjonalny lęk wygasał, wciąż jednak pozostawiając nieprzyjemne doznanie w umyśle. Widziałam przed sobą Ricky - całą i zdrową, choć niekoniecznie zadowoloną. Widziałam Albę, smutną, ale raczej też w jednym kawałku. I widziałam tę miskę z zimną wodą, z rozlanymi plamami wokół niej i na kolanach blondynki - prawdopodobnie spowodowane moim wierzganiem. Sama jednak nie byłam jeszcze świadoma, że woda znajdująca się w tym naczyniu bardziej się w tym momencie nadawała do dezynfekcji metalu, niż picia...
Skuliłam się, próbując się chronić, choć nie wiedziałam przed czym. Mój obraz zaczynał się zamazywać, a mroczki tańczyły przed moimi oczami. Byłam wykończona, mój oddech był nieregularny, byłam zalana zimnym potem, a serce mi waliło, jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej piersi.
Czy tak właśnie mogła wyglądać śmierć?
Tak bardzo chciałam się teraz wtulić w ciało mojej małej Kruszyny, choć na chwilę zapominając, by choć móc odejść szczęśliwym. Los jednak był przewrotny i tego spokoju za żadne skarby nie chciał mi zagwarantować.
Zamiast tego tylko padłam bokiem na ziemię, niemal uderzając głową o posadzkę. Jęknęłam przy tym żałośnie, zachrypniętym od krzyku głosem, drżąc i modląc się, by móc w końcu odpocząć...Ricky Roseberry - 2018-07-25, 16:55 Nie wiedzialam jak zareagowac. Jak w ogole dac sobie z tym rade. Kochalam Sami i ufalam Albie. Moze jej zbyt dobrze nie znalam moze i teraz odrobine torturowala Sam ale rozumialam to, a przynajmniej staralam sie to rozumiec. Chciala wywolac moc Sam i jesli to sie uda to oznaczaloby to ze Sam. Kobieta ktora nienawidzila mutantow, nienawidzila swojego brata teraz stala sie taka jak My. Bylam gotowa jej pomoc, ale nie bylam pewna czy tego bedziemy chcialy. Balam sie.balam sie teraz wszystkiego co mialo sie dziac. Nie chodzilo mi o kilka minut do przodu o tym co miala zamiar zrobic Alba ale o tym co sie dzialo dookola nas. Zaczynalo to przebiegac na wojenna sciezke, a ja pragnelam spokojnego zycia u boku siostry i dziewczyny. Wzielam gleboki wdech i przytrzymalam Samanthe najmocniej jak moglam. Ucieszylam sie z tego jak dawno Sam nie pila ale z drugiej strony to oznaczalo tylko jedno. Kiwnelam glowa do Alby ze jestem gotowa a po chwili zamknelam oczy czujac jak Sam sie wierzga. Trzymalam ale niestety mi sie wyrwala. Nie wiem ile tak siedzialam zastyglam w bezruchu i tylko plytko oddychalam. Po chwili wstalam i polozylam dlon na ramieniu Alby uspokajajac sie i probujac przekazac to Albie. Podejrzewalam ze niewiele to da, ale nadzieje trzeba miec. Nagle uslyszalam uderzenie o posadzke i spojrzalam na Samanthe ktora lezala na ziemi. Podeszlam do niej w ciszy i podnioslam jej glowe tak by polozyc ja na moich nogach. Glaskalam ja po ramieniu i uspokajalam cichym glosem.
Co jakis czas zerkalam na Albe i lekko sie do niej usmiechalam. Czulam sie dobrze, przynajmniej ja. Bylam spokojna i wyciszona chociaz czulam tez jak zoladek podchodzil mi do gardla.
- Sprawdz miske. Mysle ze juz wszystko bedzie wiadome. -westchnelam i podnioslam sie z podlogi. Pomoglam podniesc sie Sami pomagajac sobie moja tarcza i posadzilam ja na kanapie. Podeszlam do Alby i zeobilam to samo sadzajac ja na fotelu obok.
- Zamiast miec jedna pijana osobe mam dwie pol przytomne kobiety. Swietnie. - powiedzialam z sarkazmem i padlam obok Sami glaszczac ja po glowie i tulac sie do niej.