Vera Neumann - 2018-03-05, 10:35 Czyli miałam rację. Moja intuicja, jak zawsze - nie myliła się. To chyba było we mnie najstraszniejsze. Potrafiłam przeniknąć do duszy i umysłu każdego, nawet, jeśli się przed tym bronił. Podejmowałam ryzyko i to się opłacało.
Złamałam go doszczętnie. Miałam przed sobą obraz dokładnie tego, za co uważałam każdego mutanta tego świata - słabego, nędznego robaka. Bez duszy. Bez serca. Bez woli walki. Pustą skorupę, która już tylko dychała, w oczekiwaniu na ulgę, jaką była śmierć.
Jeden z kącików mych ust uniósł się nieznacznie do góry, gdy tylko zauważyłam tą łże na jego policzku. Rany, nie spodziewałam się, że jedna kropla może sprawić tak wiele radości, a me ciepło rozpalić. Czułam przyjemne ciepło w sobie, a moją skórę ogarnęły dreszcze - i to bynajmniej spowodowane chłodem...
- Zwykła dziwka, huh? - Mruknęłam, spoglądając na blondyna z góry. Wygrałam. Pokonałam go. Doszczętnie...
Ponownie wyciągnęłam nóż. Zostało mu jedno, na czym mu na pewno zależało - nawet w tak dramatycznej sytuacji. Zbliżyłam się do niego i najspokojniej jak tylko mogłam, zaczęłam rozpinać jego spodnie, uważnie pilnując, by ten palec wciąż znajdywał się na jego udach. To miało mu przypominać, jak bezwzględna jestem. Na jak wiele mnie stać, byle osiągnąć mój cel.
Howard w międzyczasie szykował już butelkę wody, która miała być przyczepiona na rurze, nad głową Fowlera. Chciałam... Chciałam już przygotować dla niego dodatkowe atrakcje, do których płynnie przejdę, gdy tylko wykonam swą ostatnią karę...
- Może to Cię nauczy, że kłamstwo jest grzechem. A za grzechy się karze. - Stwierdziłam z dziką satysfakcją w głosie, odchylając jego bieliznę i wypuszczając te nieszczęsne oseski. Zbliżyłam swój nóż do moszny mężczyzny z oczywistym zamiarem, gdy... Zadzwonił mój telefon. Moja ręka się lekko wzdrygnęła, tylko kalecząc jego skórę. Musiałam jednak przerwać swoją zabawę.
Lekarz. Kurwa. To musiałam odebrać. Gdy to oni do mnie dzwonili, nie wróżyło to nic dobrego. Odebrałam.
- Tak?
...
- Teraz?
...
- Już jadę.
Odłożyłam komórkę do kieszeni płaszcza i spojrzałam niezadowolona na blondyna.
- Uratowany przez dzwonek, huh? Ale nie martw się, piesku. Jutro wrócimy do zabawy z samego rana. Tymczasem... - Skinęłam na mego ochroniarza, który delikatnie odręcił korek z butelki, co spowodowało powolne wypływanie kropel wody, co kilka sekund, na skórę mej ofiary...
Sama natomiast zabrałam wszystkie swoje zabawki i wyszłam z hali, w kierunku samochodu. Nie minęła chwila, gdy wraz z Howardem opuściłam to miejsce, pilnie kierując się w stronę szpitala w Seattle...Dale Fowler - 2018-03-05, 10:59 Mógł naprawdę wiele znieść. Wiele bólu, możliwe, że gdyby udało mu się to przeżyć podniósłby się nawet po tych wszystkich rzeczach, które mu zrobiła. Nie mógł natomiast znieść śmierci Sam. Zwyczajnie nie mógł tego przeboleć. Zanim pojawiła się w jego życiu Colleen - Samantha była jedyną osobą, która dla niego cokolwiek znaczyła, była jego bratnią duszą, przyjaciółką, była dla niego jak rodzina. Nikt mu na tym świecie nie pozostał oprócz tych dwóch osób, a teraz... Teraz jednej z nich zabrakło.
Zniszczyła nie tylko jego samego, ale potrafiła też niszczyć wszystko, co dla niego ważne. Potrafiła rujnować cały świat, Pani Neumann była zdecydowanie cholernym wcieleniem zła.
Dale nie umiał wydusić z siebie żadnego słowa, właściwie to zastygł bez ruchu oddychając ciężko i cały czas wbijając w nią spojrzenie.
Ślad na jego policzku po tej jednej kropelce był cały czas dobrze widoczny i na pewno sprawiał jej ogromną satysfakcję - ale już go to nie interesowało.
Odebrała mu już zbyt wiele, zbyt wiele stracił w ciągu tych dwóch cholernych dni.
Słyszał co do niego mówi, ale to już przestało być ważne. Podobnie jak nóż w jej ręce. Pewnie - będzie boleć. Straci jaja? Trudno. I tak już mu się nie przydadzą. Mówiłem wcześniej, że nie popełnia błędów? Właśnie jeden popełniła. O wiele bardziej cierpiałby, gdyby najpierw stracił jaja, a potem usłyszał o Sam... No cóż, jednak nikt nie jest nieomylny! Chociaż to raczej słabe pocieszenie w tej sytuacji.
Nie patrzył nawet na nóż, tylko cały czas prosto na nią.
Poczuł dotyk ostrza na swojej skórze, ale nawet się nie wzdrygnął.
-Sam.. - powtórzył w myślach po raz kolejny, wiedział, że za chwilę nastąpi cięcie, że będzie wrzeszczał, ale nie potrafił o tym myśleć. Potrafił myśleć tylko o niej.
To, co wydarzyło się parę chwil później w sumie... Zdziwiło go. Co mogło być tak ważnego, że powstrzymała się przed ucięciem jego jaj?
Mimo wszystko... Nie cieszyła go już nawet chwila odpoczynku od jej tortur, już nie potrafił odnaleźć w sobie jakichkolwiek uczuć poza wszechogarniającą go rozpaczą.
Kap... - kropla wody spadła na jego głowę.
Samantha... Jest martwa. Co, jeśli następna będzie Col? Jeśli podobnie jak on - mimo swojej mocy nie będzie mogła się obronić?
Kap...
Kto ochroni kobietę, którą tak mocno pokochał? Jego już nie będzie obok, ponieważ wiedział na pewno, że nie przeżyje. Nie wyjdzie z tego cało, przestał już się oszukiwać...
Kap..
Czy Sam cierpiała przed śmiercią? Nie spędziła z nią z pewnością tyle czasu co z nim, ale na pewno cierpiała. Na pewno ta suka zrobiła jej ogromną krzywdę, zadała jej ogromny ból, zniszczyła ją. A co jeśli siedzi teraz gdzieś przywiązana i podobnie jak on jest już własnością tego cholernego demona?
Kap...
Co, jeśli na tym samym miejscu znajdzie się Col? Dowie się co ich łączyło? Na pewno się dowie. Gdyby... Gdyby pokazała jej jego ciało na pewno pękło by jej serce. Collen też zostanie przez nią zniszczona, będzie tak strasznie cierpieć...
Kap...
Zaczął krzyczeć. Tak strasznie krzyczał, ryczał jak dzikie zwierzę doprowadzone do ostateczności, z resztą... Przecież właśnie tym był. Zwierzęciem, ona pozbawiła go nawet człowieczeństwa, odebrała mu resztki godności, sprawiła, że stał się... Czymś innym.
Mijał czas, a kolejne krople spadały na jego głowę. Cholernie zmyślna tortura, słyszał o niej, ale nigdy nie sądził, że kiedykolwiek go to spotka, chociaż... Czy mógł się dziwić? Przecież wiedział, że kobieta naprawdę zna się na tej robocie.
Nie miał pojęcia ile czasu minęło. Godziny? Minuty? Dla niego była to wieczność.
Kap...
Poruszył delikatnie ręką, a więzy, które ją krępowały, one... Wydały mu się luźne.
Czy to możliwe? Nie... To na pewno nie jest prawda, nie pomyliła by się - nie ona, ale... Zaraz, zaraz. Przecież to nie ona ostatnia je sprawdzała. To ten pieprzony osiłek...
Poruszył ręką nieco mocniej - nie miał zbyt wiele siły, ale te pierdolone szczury, które zjadł... Mimo tego, że to naprawdę obrzydliwe - mogły dodać mu nieco więcej energii. Czyli... Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Już po chwili wiedział, że uda mu się wyswobodzić rękę. Będzie boleć - okropnie, gdy połamane palce będą przechodzić pod więzami, ale uda się. Kciuk był wygięty w taki sposób, że tylko ułatwiało mu to zadanie.
Chwila cierpienia, stłumiony wrzask i już po chwili jedna z jego dłoni była wolna. Gdyby ktoś kiedyś próbował uwalniać drugą dłoń za pomocą tej pierwszej, gdzie pod każdym paznokciem jest szpilka, a każdy palec wygięty w innym kierunku... Kurwa, nie polecam, ale po jakimś czasie się udało. Spadł z krzesła i po raz kolejny wrzasnął.
Mimo wszystko... Był wolny. Stanięcie na tej nodze, która nie miała przeciętego ścięgna graniczyło z cudem, ale musiał spróbować. Niestety okazało się to niemożliwe, ale przecież potrafił się czołgać - jednak to czego nauczył się w wojsku przydało mu się po raz kolejny, choć nie ukrywam, że w tym stanie było to znacznie trudniejsze. Żeby nie przedłużać... Trochę to zajęło - ale udało mu się wreszcie dotrzeć do wyjścia tej przeklętej elektrowni. Nie miał czasu na wyjmowanie tych szpilek, na opatrywanie się - najpierw musiał się wydostać. Nie wiedział jeszcze co pocznie dalej, ale...
Jeden kącik jego ust delikatnie powędrował do góry. Mimo kurewsko kiepskiego stanu - zarówno fizycznego, jak i psychicznego - jego jedynym celem stało się w tej chwili zabicie jej i wiedział, że choćby miał poświęcić na to całe życie... Zrobi to.
Oh, jak się cieszyłam na kolejny dzień pełen zabaw z mą ukochaną zabaweczką! Pomyśleć, że dzień wcześniej tak brutalnie przerwano moje przedstawienie. No ale, z lekarzem się nie kłóci, tym bardziej, gdy cierpi się z powodu choroby, która może maskować wszystkie objawy poważniejszych stanów...
No i nie powiem - mój lekarz też nie był zadowolony, po zobaczeniu mojego języka. Chyba nawet był wściekły... Ale gdyby tylko wiedział, jakie reakcje wywołała moja cudowna sztuczka...
Dojechaliśmy do hali z pompami zaledwie kilka minut po świcie. Już zacierałam ręce na myśl o dzisiejszym spektaklu, już w głowie układałam kolejne scenariusze, gdy... Pustka.
- Co do... - Wycedziłam przez zęby, widząc przewrócone krzesło z wciąż całymi linami, kałużę na ziemi i ślady krwi ciągnące się ku wyjściu. Jebany... Jebany stąd spierdolił?!
- Howard! - Krzyknęłam wyraźnie niezadowolona marszcząc swoje brwi. Byłam nieomylna, a ten ćwok nie potrafił nawet pieprzonych lin poprawić?!
Ślady już się zeschły. To oznaczało, że ucieczka miała miejsce przed kilkoma godzinami. Ja pierdole! W tym czasie już dawno ktoś mógł go znaleźć. A ja... Nie mogłam ryzykować utratą swojego wizerunku. Ruszyłam ku wyjściu, tupiąc wyraźniej obcasami.
- Jak się nie znajdzie, przepłacisz to własną głową. - Wycedziłam przez zęby, kierując się do samochodu. Dzisiejszy dzień miałam nadzieję poświęcić na poszukiwanie mojego zbiega. Jeśli się nie znajdzie... Pozostanie mi wierzyć, że zdechnie gdzieś pożarty przez dziką zwierzynę...
[z/t]ronnie henderson - 2018-06-27, 18:36 Minęło naprawdę dużo czasu odkąd widział Nancy ostatni raz. Był pewien, że zginęła z Yvonne, więc nigdy jej nie szukał. Można uznać, że był już w pewien sposób wprawiony w żałobę po bliskich. Nie, żeby było mu to obojętne. Nie było. Jednak nosił żałobę po Nancy w wyjątkowej ciszy. Wyjechał na kilka tygodni z Bractwa. Sam nie wiedział czego wtedy szukał. Na pewno nie zbawienia. Ciężko było przyznać się do tego, że to bolało, ale przez lata nauczył się przekuwania bólu w złość. Zresztą… W pewien sposób polubił już swój ból. Był w pewien sposób częścią niego, ale czasami myślał, że pewnych rzeczy nie będzie potrafił znieść i właśnie tak było ze śmiercią Nancy. Łatwiej było być wściekłym. Łatwiej było udawać, że to wcale się nie stało. Nie był to zbyt godny sposób. Na pewno niezbyt fair w stosunku do Flanagan, bo z pewnością zasłużyła na pamięć o swojej osobie, ale była martwa. Martwa już niczego nie czują, ale żywi już tak. Więc radził sobie z tym w sposób w jaki było mu łatwiej.
Nie sądził, że będzie mógł ją jeszcze zobaczyć. Może powinien przyzwyczaić się do myśli, że w ich świecie, ci którzy byli martwi, niekoniecznie tacy w istocie byli. Osoba wysyłająca mu filmik nie powinna w ogóle znać tego numeru. Mieli go tylko najbliżsi. Musieli go mieć, żeby pozostać w jakimkolwiek kontakcie w razie kłopotów. To podsunęło mu myśl, że przecież jedną z tych osób była Nancy. Zastanawiało go tylko czy zrobiła to z własnej woli i jak dawno temu.
Nie powinien się tutaj pojawiać, ale ostatecznie był jej coś winny. Widział co robili jej w dogs i jeśli miał szansę zrobić cokolwiek… Po prostu musiał to zrobić. Liczył się jednak z tym, że to mogła być pułapka. W końcu dogs wiedziało o nim już całkiem dużo, a jeśli mieli dostęp do wiedzy Nancy… Mieli praktycznie pewność, że się pojawi.
Nie stawił się w budynku o umówionej godzinie. Był tam znacznie wcześniej, by obserwować co się dzieję. DOGS miało sprzęt, który mógł umożliwić im obserwację, ale przecież musieli się ustawić na stanowiskach. Naprawdę nie chciał wpaść w pułapkę. Miał po co wrócić do chatki.
Dopiero po jakimś czasie wynurzył się ze swojej kryjówki i ruszył w kierunku dobrze znanego mu miejsca, gdzie pierwszy raz spotkał ducha z opuszczonej elektrowni, wciąż czujnie sprawdzając czy nikt go nie śledzi.Nancy Flanagan - 2018-06-27, 20:27 Nie powinna była pisać do Ronniego. Dla niego i reszty Bractwa zapewne była martwa. Za długo nie dawała znaku życia, a teraz dała mu nadzieję. Z pewnością dawno o niej zapomniał, nie pojawi się tutaj. Denerwowała się tym spotkaniem, zwłaszcza że musiała na nie trochę poczekać. Może i nie mogła wcześniej się z nim skontaktować, to było niebezpieczne, a jeszcze Ronnie zaatakował DOGS... Czuła się, jak nastolatka oczekująca na randkę z chłopakiem, który się jej podoba. Nawet podobnie się ubrała, znaczy... Jak na Nancy było to randkowe ubranie, gdyby randka odbywała się na koncercie metalowym. Czerwone martensy, porwane czarne dżinsy z wysokim stanem, cienka i za luźna srebrna koszulka plus czarna, skórzana ramoneska. Praktycznie cała ubrana na czarno, jak zwykle była cieniem. Nawet w swojej materialnej postaci...
Naprawdę się denerwowała. Co powinna mu powiedzieć, co zrobić? Kiedy usłyszała kroki zadziałała instynktownie. Poczuła się niczym podczas ich pierwszego spotkania. Ktoś obcy naruszył jej kryjówkę. Zmieniła się w cień i pojawiła się za plecami Ronniego.
- Ronaldzie to było skrajnie głupie. - Gdzieś z tyłu głowy pamiętała o jego niedawnych wyczynach, które poskutkowały tym, że dowództwo postanowiło ją odizolować na jakiś czas. Bali się, że pomoże dawnym towarzyszom. I pewnie tak by było. Może i jakiś czas pracowała dla DOGS, ale dalej pragnęła wolności. Móc służyć sobie i robić to, czego pragnęła.ronnie henderson - 2018-06-29, 00:25 Nie wiedział czego ma się spodziewać. Przez chwilę miał wrażenie jakby cofnął się w czasie. Znów był tutaj w opuszczonej elektrowni, co prawda o kilka lat starszy, obciążony dodatkowym bagażem doświadczeń, z pewnością inny niż ponad cztery lata temu, ale wciąż nie wiedział co na niego czeka w tym miejscu. Wyczuwał zagrożenie. Chociaż być może kilka lat ciągłego uciekania, sprawiło że stało stał się paranoikiem, który wiecznie sądził, że za rogiem czyha na niego jakieś niebezpieczeństwo.
Usłyszał głos za swoimi plecami i mimo wszystko skrzywił się nieznacznie, słysząc jak zwraca się do niego “Ronaldzie”. Cholernie tego nie lubił. Być może reakcja na ten zwrot jak zawsze była nieco przesadna, ale zawsze przypominało mu to czasy, gdy był dzieciakiem. Tylko ojciec tak do niego mówił. Nikt inny. Wiedział, że tego nienawidzi, ale bardzo lubił zachodzić za skórę swojego pierworodnego. Zresztą ze wzajemnością.
Mimo nieprzyjemnego uczucia, poczuł dziwną ulgę. Mało kto się jeszcze tak do niego zwracał, a jedną z tych osób była właśnie Nancy. Wypuścił głośno powietrze z płuc. Miał wrażenie jakby nie oddychał lata świetlne. - Co tym razem zrobiłem? - zapytał, unosząc lekko kącik ust ku górze. Obrócił się w jej stronę, a raczej w stronę dochodzącego z ciemności głosu. Nie mógł dostrzec jej w cieniu, być może dlatego że przecież tym właśnie była. - Więc co? Rzeczywiście stałaś się teraz duchem i postanowiłaś mnie nawiedzić? Trochę dramatyczne, nie sądzisz? - zapytał cichym, lekko rozgoryczonym głosem. Rozglądał się wokół siebie, próbując odnaleźć ją wzrokiem. - Myśleliśmy, że nie żyjesz. Co to za gierki, Nancy?