To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

C. McCoy - #1

Caroline McCoy - 2019-09-19, 23:28

Bycie człowiekiem, rozumną istotą, było tak bardzo trudne. Kto w ogóle wymyślił te wszystkie emocje? Kto wpadł na zaszczepienie w nas moralności? Czyim pomysłem było uczynienie nas tak słabymi, a jednocześnie zdolnymi do wielkich czynów? I czemu te czyny nie zawsze mogły być dobre?
Gdybym tylko wiedziała, jak górnolotne myśli przejawia o mnie mężczyzna, jak wielkie nadzieje we mnie pokłada... Czy wciąż pozwalałabym mu w to wierzyć? Ten wyidealizowany obraz w głowie nie był przecież mną. Co jeśli z czasem i on otworzy oczy, przekonując się, że to wcale nie do mnie żywił te wszystkie gorące uczucia, a jedynie do pustego wyobrażenia, które nigdy się nie ziści? Co jeśli ta bajka wcale nie mogła trwać wiecznie?
Byłam przekonana, że wątpliwości wkrótce nadejdą. Rozterki całego dnia uderzą w nocy - wśród ciszy i mroku, gdzie nie będzie można się przed nimi uchować. Uderzą - z całą swoją siłą, budząc lęk i zwątpienie w kolejne działania. Ale... Ale może jednak silne ramię ukochanego będzie w stanie je odpędzić, nim pochłoną mnie bezpowrotnie?
Patrząc w jego oczy, chciałam w to wierzyć.
Wciąż też do mnie nie dochodziło, jak on może być tak spokojny. Poza.. Poza tym jednym zarwaniem nerwów, zachowywał spokój, którego mi brakowało. Jak on to robił? Jak był do tego zdolny? Miałam wrażenie, że lonty w moim umyśle odpalają się jeden po drugim, uwalniając kolejne skrajne emocje, gdy on pozostawał czystą taflą - tak długo, aż to ja nie wpakowywałam się z bombą w sam środek jeziora. Czy tym razem odpowiedzią mógł być ten alkohol? Nie wiedziałam, ale z całą pewnością - i ja go potrzebowałam.
Mogłam być wdzięczna, że to Scott sięgnął po butelkę jako pierwszy. Mi słabo się robiło już od samego stania w bliskiej odległości od lodówki i myśli, że przyjdzie mi ją odkażać. Teraz jednak podparłam się o blat, biorąc głębszy wdech, nim nalałam szkarłatny trunek do kieliszków. Czarne myśli nie chciały mnie opuścić, wciąż nie wiedziałam, co ma dla mnie większą wartość, wciąż bałam się własnych decyzji. Bałam się... Że to ja mogę być jego końcem.
Przywdziałam jednak uśmiech na twarz, gdy kulejąc wracałam te kilka kroków w kierunku siedzisk.
- Może... Może opowiesz mi, co ciekawego się działo? - Zapytałam, chcąc przejść na nieco lżejsze, codzienne tematy, gdy przekazywałam mu kieliszek do ręki, samej biorąc łyka ze swojego szkła, siadając naprzeciwko bruneta.
Cierpkie... I z całą pewnością uderzy we mnie szybciej, niż ostatnim razem.

Scott D'Amico - 2019-09-19, 23:54

To prawda. To wszystko było cholernie trudne - przecież każdy z nas codziennie zmagał się z jakimiś problemami. Jedni mieli większe, inni mniejsze - ale każdy przeżywał jakieś swoje osobiste tragedie.
Caroline i Scott naprawdę wiele doświadczyli - i choć wiedzieli o sobie tak niewiele - w jakiś sposób się rozumieli.
Tacy ludzie chyba po prostu się przyciągają.
Nie ważne jak Caroline o sobie myślała - on widział przyszłość z nią w jasnych barwach. Widział w niej dobro, nawet jeśli ona nie potrafiła tego dostrzec. Bezgranicznie wierzył w to, że im się uda i nic poza tym nie miało już znaczenia. Nawet jeśli mieliby porzucić pracę, wyjechać z tego miasta, kraju, opuścić to państwo... Razem dadzą sobie radę. Przecież jej to obiecał, prawda? W tej kwestii nie mógł jej okłamać.
Pewnie, że wątpliwości uderzą - zawsze uderzają. Będą gorsze chwile, będą takie momenty, że będą chcieli zawrócić, ale... Ale tego nie zrobią. Zostaną razem. I wszystko będzie dobrze - tak po prostu.
Jeśli chodzi o jego spokój... Myślę, że Caroline tak naprawdę nie chciałaby poznać odpowiedzi.
Robił naprawdę okropne rzeczy i... Zachowywał przy tym wszystkim zimną krew. Naprawdę ciężko było go wytrącić z równowagi - wybuchał, gdy zostawał sam, ale rzadko kiedy przy kimś. Wolał nie pokazywać nikomu emocji, więzienie skutecznie mu to wpoiło - tam jeden błąd oznaczał szybką śmierć. Zwłaszcza, gdy obracało się w takim towarzystwie w jakim musiał obracać się Scott.
Mimo tego, że przez większość swojego życia Duch był wolnym strzelcem... Zdarzało mu się przystać na jakiś czas do kilku grup - wtedy, gdy byli mu do czegoś potrzebni. Przy takich ludziach trzeba było ważyć słowa i nie pokazywać, że są w stanie wyprowadzić go z równowagi.
Dziewczyna wyszła z kuchni niosąc dwie lampki wypełnione winem. Odebrał od niej jedną i podniósł szkło do ust.
- Moje życie jest nudne. - puścił jej oczko i uśmiechnął się lekko nie odrywając od niej wzroku.
- Właściwie chyba nie mam co opowiadać. Cały czas pracowałem. Było kilku pijanych gości, których trzeba było wyprowadzić, jakieś drobne awantury w barze, a poza tym... Poza tym nic ciekwego. - dodał wzdychając w duchu. Przecież nie mógł jej powiedzieć, że cały czas starał się ją odnaleźć, że bez niej wariował, że codziennie sie upijał i codziennie czuł się przegranym... Nie chciał znów zaczynać tego tematu.
Rozmowa jakoś nie chciała się kleić - o co mógł ją teraz zapytać? Jak tam było? Czy ją torturowali? Nie mógł, jeszcze nie.
Zerknął na zegarek i uniósł się nieco na krześle, by zdjąć z siebie kurtkę - do tej pory tego nie zrobił. Zawiesił ją na oparciu swojego siedziska i ponownie wbił w nią wzrok.
- Lepiej Ci chyba w kręconych włosach. - rzucił lekko mając nadzieję, że nie przyjmie tego jak jakiś wielki komplement i nie dostanie ataku paniki. Kurwa, na dziś już chyba tego wystarczy, co?

Caroline McCoy - 2019-09-20, 00:15

Czy ucieczka byłaby takim złym wyjściem?
Rozwiązałaby wiele problemów. Lęk o spotkanie nieodpowiednich osób na ulicy, odcięcie się od przeszłości, zaczęcie nowego życia. To mogłaby być wręcz bardzo optymistyczna wizja na przyszłość. Tylko czy ja byłabym gotowa postawić wszystko na jedną kartę?
Jak w ogóle wyglądałby takie życie? Moglibyśmy liczyć na spokój do starości, w niewielkiej chatce na środku niczego? Czy przeszłość nie dopadła by nas nawet w takim miejscu? Mogłam sobie wyobrazić, jak jednego dnia budzimy się przy świergocie ptaków, razem z pierwszymi promieniami słońca, otuleni ciepłem wstającego dnia, gdy kolejnego rozpoczyna się koszmar - z krzykiem, strzałami i wyłamywaniem drzwi. Niemal czułam, jak cienie z tego wyobrażenia mnie duszą, szepcząc paskudne słowa prosto do moich uszu. Ten kontrast... Był przerażający i nie do przetrawienia.
- Mówisz... Jakby wojna Cię w ogóle nie dotyczyła. - Stwierdziłam dość spokojnie, próbując zrozumieć, jak niektórzy mogli nie zwracać uwagi na tak drastyczne zmiany w życiu. A może... To były tylko moje odczucia? Wzrastająca liczba ataków, patrole na ulicach, zgon za zgonem, kolejne zamachy, postrzały, śmierć, ranni... Było to dla mnie nie do pojęcia, a przecież jeszcze przed kilkoma miesiącami byłam niemal w centrum tych wydarzeń. Całe moje codzienne życie kręciło się wokół żołnierzy i schwytanych mutantów, sama niemal nie zostałam postrzelona podczas jednego z napadów. Prawdopodobnie przez cały ten chaos nikt też nie kwapił się na poszukiwania zagubionej laborantki - uznając ją za zmarłą, podczas kolejnych strzelanin czy wybuchów. Czy... Czy możliwym było, że osoby z cieni miasta mogły wcale nie odczuwać tej dramatycznej dla mnie różnicy?
Z rozmyślań szybko wyciągnęły mnie kolejne słowa bruneta. Mimowolnie podniosłam jedną ze swoich dłoni do niesfornego kosmyka, który zdążył odrosnąć już na tyle, by opadać swobodnie na moje ramię. Przełknęłam głośniej ślinę, przez chwilę wpatrując się w podłogę i kręcąc tymi włosami między własnymi palcami.
- Muszę się z Tobą nie zgodzić. - Wyrzuciłam z siebie w końcu, niemal biurowym tonem, jakbym sama siebie chciała przekonać, że to ja mam rację. - Ja... Nie czuję się w nich dobrze. Źle mi się kojarzą... - Dodałam po chwili, jakby chcąc się wytłumaczyć, tylko... W sumie z czego?
Sama nie wiedziałam, skąd moja awersja do moich naturalnych włosów. Z krótką, ciemną czupryną czułam się mniej zagrożona, czułam się pewniej. Miałam wrażenie, jakby moje naturalne, blond fale sprowadzały na mnie same problemy.
Tylko... Skoro tak było, to dlaczego taka tragedia spotkała mnie w mojej "nowej" odsłonie?
Niemal natychmiast pociągnęłam kolejny łyk ze swojego kieliszka. Czułam się poddenerwowana i znów walczyłam z myślami. Czemu... Czemu jego opinia miała dla mnie takie znaczenie? Czemu gdzieś w środku, jakiś mały chochlik próbował mnie przekonać, że powinnam go posłuchać?
Czemu ten jeden mężczyzna tak bardzo zmieniał moje życie w tak krótkim czasie?!

Scott D'Amico - 2019-09-20, 01:21

Cóż, jeszcze jakiś czas temu Scott odpowiedziałby, że on nigdy nie ucieka. Teraz jednak... Teraz miał powód. Pierwszy raz mógłby zachować się jak tchórz i uciec przed problemami - i zrobiłby to tylko wyłącznie dla niej. Po to, by z nią być.
Hmm. Niewielka chatka po środku niczego brzmi naprawdę fantastycznie - tylko... Tylko czy na pewno dałby radę? Jak szybko zaczęłoby go to po prostu nudzić? Jak szybko Duch zapragnąłby się stamtąd wydostać? Szczerze mówiąc... Scott był do tego wszystkiego optymistycznie nastawiony, ale przecież nigdy tego nie próbował, nie wiedział czy uda mu się powstrzymać te swoje cholerne zapędy. Mógł jednak mieć na to nadzieję, prawda?
Przygryzł wargę słysząc jej słowa.
- Wojna... - powiedział zamyślony i wbił spojrzenie w okno. Oczywiście, że widział co się dzieje. Czy go to przerażało? Chyba nie do końca. Po prostu przyzwyczaił się do wszechobecnego okrucieństwa, w końcu jakby nie patrzeć większość swojego życia spędził na ulicy wśród typów z pod ciemnej gwiazdy. Nauczył się nie ingerować w łańcuch pokarmowy miejskiej natury, przechodził obok większości takich rzeczy obojętnie... A patrole, to, że był poszukiwany?
Ukrywał sie na tyle dobrze, że nikt nie powinien go skojarzyć z Panem Carterem, z 'Duchem'. A nawet jeśli, hej... Przecież potrafił się dobrze ukryć. Potrafił stawać się niewidzialny.
- Przez te wszystkie lata prowadziłem wiele wojen. Prywatnych. Po prostu... W tą nie zamierzam się mieszać. - Pewnie, był mutantem, powinien się bardziej tym wszystkim przejmować, ale... tak jak jej powiedział - zbyt wiele wojen miał za sobą.

Pokiwał głową na znak zrozumienia. Pewnie, przecież miała prawo nie czuć się w nich dobrze, chociaż w jego mniemaniu te loki dodawały jej uroku. Huh... Inna sprawa, że dla niego wyglądałaby dobrze i bez włosów. To w jej oczach, w jej uśmiechu się zakochał, nie miało dla niego znaczenia, czy na jej ramiona opadały loki, czy też proste włosy.
- Źle kojarzą?

Caroline McCoy - 2019-09-20, 02:01

Nuda. Rutyna. Spokój. Czy to nie były rzeczy, które do tej pory miały dla mnie tak wielką wartość?
Lubiłam życie bez zmian. Bez niepotrzebnej adrenaliny. Lubiłam kierować się schematami - wtedy czułam się bezpiecznie. Tylko że... Z jednego z takich schematów tak drastycznie mnie wyrwano, pokazując okrucieństwo otaczającego świata. Zwątpiłam w skuteczność własnych, wyuczonych metod. Musiałam więc znaleźć nowe, lepsze - które nie zawiodą w najmniej oczekiwanym momencie.
I jak bardzo nie chciałam tego przyznawać na głos - trzonem mógł okazać się tu... Scott - niezależnie od decyzji, jaką podejmę...
Słuchałam jego słów, widziałam jego reakcje, czytałam jego akta... Wiedziałam, ile musiał przejść w życiu, jak bardzo był doświadczony. Czemu więc byłam na tyle głupia, by się nie powstrzymać? By nie zamknąć języka za własnymi zębami? Czemu, gdy chciałam przejść na lżejszy temat, i tak musiałam wracać do tych najmniej przyjemnych?
Byłam po prostu tępa.
- Przepraszam... - Westchnęłam cicho, wpatrując się w trunek w moim kieliszku. Płyn niespokojnie drżał, tak samo jak moje ręce. - Mam... Mam tylko nadzieję, że już w żadną nie będziesz musiał. - Dodałam po chwili, z wyczuwalną nutką nadziei w głosie. Jakkolwiek on mógł to odebrać, mój przekaz był dość prosty - nie chciałam, by musiał kierować się agresją, złością i gniewem. Nie chciałam, by to go definiowało. Nie chciałam, by musiał znów przelewać krew - nie, jeśli chciał tymi samymi rękoma, które niosły śmierć, budować lepszą przyszłość...
Wpiłam się w mój kieliszek, co było do mnie niepodobne. Nie miałam jednak lepszego pomysłu na wyciszenie tych nerwów, które mną targały.
- Ja... Nie potrafię tego wyjaśnić. - Westchnęłam ciężko, przymykając swoje powieki. To było głupie, przecież nie miałam się przed czym ukrywać. Widział i mój jasny odrost na czubku głowy i fale kręcące się na włosach. Nikt by już nie uwierzył, że ten kasztanowy kolor był jakkolwiek naturalny.
- Nie wiem czemu, nienawidziłam swoich włosów. Przyciągały uwagę, inicjowały komentarze... Źle się z tym czułam, ciągle osaczona, ciągle zagrożona. Jakby one były sprawcą moich problemów. - Przełknęłam głośniej ślinę, przebierając palcami po szyjce mojego kieliszka. - Nie wiem dlaczego ciotce tak długo zależało na utrzymaniu tych... Tych złotych fal...- Ledwo przecisnęłam przez swoje gardło te słowa, czując ścisk, gdzieś tam w środku, gdy z tyłu głowy usadowił się dziwny niepokój - podobny do tego, gdy mentor Obiektu 36 gładził mnie po głowie. Przez całe moje ciało przeszły nieprzyjemne ciarki, które próbowałam zbyć, czymkolwiek, jakkolwiek... Jedyne jednak co udało mi się z siebie wydobyć, to nerwowy śmiech. - Ale to głupota, znaczy nieważne, znaczy... - Machnęłam ręką, jednak nawet nie wiedziałam, jak sama się z tym czułam. Czy ja kiedykolwiek miałam szansę już to z siebie wyrzucić? Chyba... Chyba to był mój pierwszy raz. Czy... Czy naprawdę mogłam wraz z nim walczyć z moimi lękami?

Scott D'Amico - 2019-09-21, 02:37

Dawny Scott nienawidził rutyny, czy nudy... Ten nowy, ten, którym starał się być - chyba ją polubił. Pracował prawie codziennie - dzień w dzień nalewał alkohol tym wszystkim Panom wątpliwej reputacji, odbywał pogawędki z Paniami chętnymi wrażeń i w sumie... W sumie do tego przywykł. Inna sprawa, że czasem tęsknił za starym życiem. Niegdyś nie wiedział nawet czy dożyje następnego dnia, to co robił było cholernie niebezpieczne i w jakiś sposób go to kręciło.
Czy mógł jej więc zagwarantować, że po prostu z nią ucieknie i już nigdy nie wróci do poprzedniego życia? A co jeśli z czasem ta sielanka po prostu go znudzi?
Tyle pytań, a odpowiedzi nie widać...
Wiedział jednak na pewno, że zrobi wszystko co w jego mocy, by dać jej szczęście. Zamierzał walczyć z tymi wszystkimi pokusami z całych sił.
Machnął tylko ręką, gdy Caroline przeprosiła go za swoje poprzednie słowa.
- Nie ma sprawy. Nie mam problemu z mówieniem o tym. Już dawno nauczyłem się przyjmować to wszystko na chłodno, no wiesz, swoją przeszłość i tak dalej... Więc jeśli chcesz coś o niej wiedzieć pytaj śmiało. Ja... Nie zamierzam Cię okłamywać, Caroline. - przesunął palcem po krawędzi kieliszka, który dzierżył w dłoni. Wbił spojrzenie w szkarłatny płyn i zakołysał delikatnie naczyniem obserwując, jak wino odbija się od jego ścianek.
Zamierzał być z nią szczery - nawet jeśli prawda miałaby być bardzo brutalna. Przecież nie da się zbudować czegoś trwałego na kłamstwie.
Ponownie skupił swój wzrok na jej włosach. Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Chyba rozumiem co czujesz. Mój ojciec jest, albo... Albo był Włochem. Jedyne co mi zostawił to nazwisko, które nijak pasuje do imienia i ciemna karnacja. Jak możesz się domyślić, gdy byłem dzieckiem rówieśnicy nie zostawiali na mnie suchej nitki. - wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie tamtych czasów.
Oczywiście dążył do tego, że kolor skóry, oraz to głupie nazwisko skupiało uwagę wszystkich dookoła. I faktycznie - miał przekichane, ale z czasem nauczył się bronić. I uderzać. Mocno uderzać. I wtedy dali mu spokój.
- Tak, czy inaczej... Ważne, żebyś Ty czuła się dobrze. Dla mnie... Nie ma to znaczenia jaką będziesz miała fryzurę.

Caroline McCoy - 2019-09-21, 03:00

Byliśmy jak dwie skrajne siły. Niczym dzień i noc, woda i ogień, yin i yang. Dwie, tak zupełnie różne osobowości, które potrzebowały się wzajemnie, by zachować równowagę, zdrowie i szczęście. Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło? Bym ja nabrała nieco radości z życia, gdy on w końcu będzie mógł zaznać spokoju ducha, po tak wielu latach? Może potrzebowaliśmy tych zmian, może powinniśmy zaryzykować. Może... Cały świat powinien przestać się liczyć, gdy na szali stała nasza przyszłość?
Wiele pytań cisnęło mi się na usta, tylko że... Nie byłam pewna, czy chcę poznać na nie odpowiedzi. Czy byłam wystarczająco silna, by pogodzić się z przeszłością Ducha? Czy na jeden wieczór nie wystarczyło już tych emocji? Nie mogłam oderwać od niego wzroku, gdy z tyłu mojej głowy budowały się kolejne wątpliwości i tony zapytań, którymi mogłabym go wręcz zarzucić, ale przy każdym kolejnym, które już niemal trafiało na mój język - nie mogłam. Bałam się tego, co mogłam usłyszeć. Bałam się, że ta szczerość, która powinna być tu podstawą, może okazać się moją zgubą...
- Mam wiele pytań, Scott. - Odparłam w końcu, a mój głos brzmiał niezwykle spokojnie i ciepło. - Ale... Dzisiaj nie jest dobry dzień na ich zadanie. - Dodałam po chwili, przywołując uśmiech na usta. Tak było lepiej, tak było bezpieczniej... Wierzyłam, że przyjdzie odpowiednia pora na takie rozmowy - i choć mój umysł doskonale się z tym zgadzał, ciało wyraźnie dawało znać o swoim zdenerwowaniu. Moje palce zdawały się stawać wręcz białymi, gdy zaciskały się na szyjce kieliszka, które już po chwili zbliżyłam do ust, biorąc kolejny łyk. Potrzebowałam... Rozluźnienia.
- Oh... - Mruknęłam, słuchając jego opowieści. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak ciężkie musiało być dla niego dzieciństwo. W końcu... Dzieci naprawdę potrafią być okrutne. Może jednak miałam szczęście, że moja pamięć wyparła wszelkie złe wspomnienia? Szkoda jedynie, że również za cenę tych dobrych... - Czyli... Wychowywałeś się sam z mamą? Opowiesz mi coś o niej? - Zapytałam, wyraźnie zaintrygowana, chyba głównie przez brak jakichkolwiek porównań z mojego własnego życia. - Ja w sumie... Nie znam swoich rodziców. - Wyrzuciłam z siebie po chwili, skupiając przez chwilę wzrok na podłodze i biorąc głębszy wdech w płuca. - Wiem, że moja mama zmarła gdy byłam jeszcze niemowlęciem. Ale... To w sumie tyle. Ciocia nigdy nie była specjalnie wylewna na temat mojej rodziny... - Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową, nim kąciki moich ust ponownie wygięły się w górę, a z mojego gardła ponownie wydobył się dość nerwowy chichot. Czemu musiałam być tak tępa, by w tak stereotypowy sposób walczyć z ciężkimi dla mnie tematami? Byle tylko brunet nie zwrócił na to zbytniej uwagi, bo chyba zapadnę się pod ziemię ze wstydu...

Scott D'Amico - 2019-09-21, 23:30

Przeciwieństwa podobno się przyciągają. Patrząc na nich jestem w stanie w to uwierzyć - jeśli jest gdzieś na świecie kobieta przy której Scott wreszcie osiądzie w miejscu - to jest to właśnie ona.
Był w stanie się przed nią otworzyć tak jak przed nikim wcześniej, a zdobyła jego zaufanie w tak krótkim czasie... Przedtem trzymał swoje tajemnice tylko dla siebie - i był gotów zabrać je ze sobą do grobu, jednak teraz wszystko uległo zmianie. Całe jego podejście do życia.
I nie stało się to przez ich pierwsze spotkanie - chociaż wtedy to wszystko się zaczęło. Dopiero, gdy ją stracił zrozumiał, że nigdy więcej nie może jej zabraknąć.
Jeśli chodzi o jego przeszłość... Fakt, to cholernie ciężki temat. Na pewno nie wystarczyłoby im jednej nocy, by o tym wszystkim opowiedzieć.
Nie wiadomo też, czy Caroline będzie w stanie udźwignąć ten cały ciężar i czy wybaczy mu to, kim kiedyś był.
Można go nazwać różnie - mordercą, bandytą, kimś złym... A przecież nie każdy chce dzielić życie z takim człowiekiem.
- Kiedyś na wszystkie Ci odpowiem. Ja... Nie będę Cię okłamywał. Nie chcę Cię okłamywać. Nigdy. - powiedział cicho patrząc jej w oczy. Potrafił łżeć - robił to bez mrugnięcia okiem, ale ona po prostu zasługiwała na szczerość. I nawet jeśli miał jej czegoś nie powiedzieć to tylko dlatego, że... Nie był jeszcze na to gotów.
Nie mogli budować tego co się między nimi powoli tworzyło na kłamstwie.
Uśmiechnął się sam do siebie, gdy dziewczyna spytała o jego matkę.
Nawet już nie pamiętał jak wygląda. Nie widzieli się przez tyle lat, ale jaka to dla niej różnica? I tak wychowywała go chyba tylko z poczucia obowiązku.
- Uciekłem z domu, gdy miałem szesnaście lat. Nigdy tam nie wróciłem, od tamtej pory nie zamieniłem z matką ani słowa. Z tego co wiem niespecjalnie ją to poruszyło. Wiesz, jeden problem z głowy. - powiedział lekko, zupełnie tak, jakby opowiadał o zeszłorocznym śniegu. Wzruszył ramionami i podniósł kieliszek do ust.
- Może to i lepiej, Caroline... Prawda nie zawsze jest taka, jakbyśmy chcieli. Mimo wszystko przykro mi. No wiesz, z powodu Twojej mamy i tego... Tego, że nic o nich nie wiesz.

Caroline McCoy - 2019-09-22, 00:25

Zapewne nie tylko jego historia mogłaby się ciągnąć przez wiele tomów opowieści. Oboje mieli popieprzone życia - głównie przez własne złe wybory. I nawet, jeśli dzisiaj o tym nie myśleli - kiedyś ich sumienia z pewnością się odezwą, kiedyś, odbije im się to czkawką. Chociaż... Czy mnie już to nie spotkało?
Mimo wszystko jednak... Chciałam w sobie znaleźć siłę, chciałam to zrobić - dla niego. W końcu, skoro sam tak wiele przeszedł, może i pokona mi pokonać moje demony przeszłości?
Z całą pewnością, jedną z pierwszych rzeczy o które będę musiała go poprosić, to wizyta u wykwalifikowanego medyka - nie chciałam przez resztę życia być uwiązana do kuli czy wózka, przez to uszkodzenie kostki. Tylko że... Po zabiegu chyba też będę potrzebować opieki.
O rany...
Potrząsnęłam głową, próbując skupić swoje myśli. Jak błahe się to mogło wydawać, te przyrzeczenia wiele dla mnie znaczyły. Dobrze było chociaż żyć w ułudzie, że cokolwiek w Twoim bliskim otoczeniu jest szczere.
- Przyjdzie dzień. A na razie... Myślmy o tym jak o nieotwartych jeszcze rozdziałach, hm? - Zaproponowałam, choć wiele mnie to kosztowało. Wciąż nie mogłam przetrawić, że mógł być poszukiwanym kryminalistą. Chociaż... Czy naprawdę byłam tym tak bardzo zdziwiona? Jego zachowanie, jego postawa, to, jak potraktował tamtego oblecha, tej nocy, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, podejrzane miejsca, które odwiedzał.. Czy to wszystko już dawno nie powinno nakierować mnie na odpowiedź?
- Nie mów tak. - Odparłam jednak dość szybko na jego wyznanie, przechylając swoją głowę, a usta układając w lekkim grymasie. - Na pewno... Na pewno miała powód. Może nawet nie wiedziałeś, że Cię szuka? Albo wierzyła, że to Tobie będzie lepiej bez jej obecności? Ja... Każdy rodzic musi kochać swoje dziecko, wierzę w to. - Dodałam po chwili, przełykając głośniej ślinę - choć czułam już, jak w gardle zaczyna mnie ściskać. Coś... Coś wewnątrz, mimo moich szczerych chęci, chyba jednak nie chciało się ze mną zgodzić. - To... To w porządku. Ale wiedz, że gdybym miała taką możliwość jak Ty... Już dawno zadzwoniłabym do mamy. Choćby, żeby wiedzieć, czy u niej dobrze. I... I żeby ona wiedziała... Że ja sobie radzę. - Zagaiłam, choć miałam wrażenie że moje powieki stają się coraz bardziej wilgotne. Czemu... Czemu tak nagle ogarnął mnie ten dziwny niepokój? Czemu nagle tak źle się poczułam? Musiałam jakoś pozbyć się tego dyskomfortu...
Przetarłam oczy wierzchem swojej dłoni, by po chwili w pełni opróżnić mój kieliszek. Z mojego gardła wydarło się ciche westchnienie, gdy twarz wygięła się w grymasie - z całą pewnością, nie byłam przyzwyczajona do tego smaku.
- Co... Co takiego się stało, że ją zostawiłeś? - Zapytałam w końcu, wierząc, że może... Może wtedy to coś wewnątrz mnie odpuści?

Scott D'Amico - 2019-09-22, 00:43

No to co, może napiszą wspólną powieść? Tylko jaki to właściwie byłby gatunek? Prawdopodobnie jakiś marny komedio-dramat. Scott czasami miał wrażenie, że serio jest bohaterem jakiejś kiepskiej książki, czy filmu. Czy to możliwe, by na każdym kroku los rzucał kłody pod nogi? W sensie... Jasne, zdarza się - ludzie mają pecha, ale kurwa, aż tyle?
A jeśli chodzi o pokonywanie demonów... Tak, chyba to potrafił. I chciał jej w tym pomóc. Wierzył, że będzie w stanie użyczyć jej swojej siły, że będzie dla niej oparciem w każdej trudniejszej chwili życia - aż wreszcie będą mogli spokojnie usiąść w jakimś ładnym miejscu i głęboko odetchnąć - zadowoleni z tego kim się stali.
To wszystko jednak pozostawało w sferze marzeń - przynajmniej na razie. Od gadania przecież nic się nie zmieni.
- Pewnie. Tak czy siak mam na dzisiaj dosyć. - odparł trochę rozbawiony. Ile można wałkować trudne tematy? Mimo tego, że na takiego nie wyglądał - Scott również miał uczucia. Nauczył się nie okazywać ich i może dlatego był taki wyczerpany tym wszystkim? Każdego dnia zakładał maskę, a gdy wreszcie ją zdjął i pokazał komuś co w nim siedzi poczuł się... Goły. Bezbronny. I tylko zaufanie do Caroline pozwoliło mu nie podnieść tej maski i nie założyć jej na twarz.
- Wiem, że mnie nie szukała, ponieważ... Przez kilka dobrych lat wcale nie było ciężko mnie odnaleźć. Gdyby tylko... Gdyby tylko chciała. Potem wszystko się zmieniło, stałem się... Tym, kim się stałem. Nauczyłem się żyć sam ze sobą, nie potrzebowałem nikogo, a zwłaszcza kogoś takiego jak ona. - odparł sucho. Nigdy nie czuł potrzeby odezwania się do mojej matki. Z boku to mogło wyglądać tak, jakby ją po prostu zostawił, ale... Nikt nie wiedział jaka była naprawdę. I nikt tego nie zrozumie, a on nawet nie zamierzał tego tłumaczyć. Przynajmniej nie dziś.
- Stało się... Stało się zbyt wiele. Jeden dzień... Jeden dzień wszystko zmienił. - ostatnie słowa wyrzucił z siebie szeptem, a jego palce odruchowo przesunęły się po nadgarstku na którym już przecież nie było tej cholernej bransoletki.
Odwrócił na moment wzrok mając nadzieję, że Caroline tego nie widziała.

Caroline McCoy - 2019-09-22, 02:09

Gdybym ja miała o tym decydować... Pewnie skończylibyśmy jako bohaterowie dramatu romantycznego. Nie potrafiłam się dopatrzyć zbyt wiele humoru w sytuacji, w której się znaleźliśmy - no, chyba że mowa o czarnym humorze? Taki z pewnością znalazłby miejsce w naszym repertuarze. Chociaż kto wie? Może to nasz los miał zaśmiać się nam w twarz? Marzenia, wszystkie plany, które już knuliśmy w naszych głowach... One przecież nie miały racji bytu. Jak bardzo bym tego nie chciała - nie byłam księżniczką uwięzioną w wierzy, a on nie był rycerzem na białym rumaku - nawet, jeśli w przenośni mogło na to wyglądać. Czy... Czy mogliśmy wierzyć na nasze "i żyli długo i szczęśliwie"?
- Nie wiem.. Nie wiem, co zaszło między Tobą a Twoją mamą, że żywisz do niej taką niechęć, ale... Mama jest tylko jedna. - Próbowałam go jakoś przekonać do swoich racji. On... On nawet nie wiedział, jak bardzo cierpiałam każdego dnia, nie znając własnej matki. Nie wiedziałam jak wygląda, nie pamiętałam jej uścisków ani kołysanek, nawet nie miałam żadnego podpisanego grobu, by móc ją odwiedzić i poprosić o radę. A on? On po prostu pozwolił sobie odejść, zostawić ją w tyle. Dałabym tak wiele, by móc się postawić w jego miejscu... - Z całą pewnością wciąż Cię kocha. Nawet... Jeśli nie ma okazji Ci tego powiedzieć. - Dodałam po chwili, zmuszając się do smutnego uśmiechu. Ja... Przecież nie zazdrościłam mu jego życia, ale z drugiej strony - nawet, jeśli jego droga była naznaczona samymi trudnościami, przynajmniej miał szansę ją przejść. Ja mogłam o tym tylko pomarzyć...
I wbrew jego oczekiwaniom - doskonale widziałam ten gest. Widziałam, jak wiele bólu mu to sprawiło. Widziałam, jak bardzo jest to dla niego ciężkie.
Wiedziałam też, że nie pozwolę, by na zawsze stracił tak ważny dla siebie amulet.
Przez krótką chwilę mój wzrok był zawieszony na jego nadgarstku.
- Czy... Chcesz zrzucić z siebie to brzemię? - Zapytałam, wyraźnie zmartwiona i zdołowana. Może i nie byłam gotowa na poznanie historii ducha - mimo, że pewnie znałam ją w pewnym sensie już aż za dobrze - ale jego przeszłość nie mogła być przecież aż tak straszna, prawda? - Moje ucho jest gotowe do wysłuchania, a ramię do wypłakania. - Dodałam po chwili, już nieco lżej, przerzucając spojrzenie na jego oczy. Jeśli... Jeśli on miał być moją siłą, ja chciałam być jego podporą - za wszelką cenę.

Scott D'Amico - 2019-09-22, 02:23

Dramat romantyczny? Okej, w sumie nie brzmi to źle... O ile koniec nie okaże się tak dramatyczny jak cała powieść. Jeśli po tych wszystkich trudnościach jakie napotkają na swojej drodze wszystko skończy się dobrze to... To nie ma problemu, Scott z pewnością odnajdzie w sobie dość siły, by walczyć ze wszystkimi przeciwnościami.
Wysłuchał jej kolejnych słów i tym razem nie dał rady powstrzymać się przed parsknięciem śmiechem.
- Nie, Caroline. Ja nie mam matki. Cokolwiek powiesz... To nie zmieni tego jaki z niej człowiek. Nie masz pojęcia co przeszedłem w tamtym okresie i proszę... Proszę nie próbuj zmienić mojego zdania. - powiedział. Być może był zbyt oschły, ale... Ale zwyczajnie nie mógł tego słuchać! Nie chciał znać swojej rodzicielki, przez całe życie czuł się we własnym domu jak ktoś obcy, ktoś niepotrzebny... I w dniu w którym stracił raz na zawsze Julie coś w nim pękło - coś zmieniło się na zawsze, nie potrafił już spojrzeć na swój dom, na swoją matkę... Nie umiał już patrzeć na to wszystko tak samo.
Czuł się winny temu wszystkiemu i tamtego dnia zrozumiał, że jego miejsce nie jest tam. I odszedł. Po prostu odszedł.
Nie sądził, że kiedykolwiek będzie musiał do tego wrócić - choćby myślami. Przez tyle lat skutecznie odsuwał od siebie wspomnienia, wyparł z siebie miłość do matki - która podobno powinna być bezwarunkowa.
- Przepraszam. Po prostu nie lubię o tym rozmawiać. - zszedł trochę z tonu widząc ten jej uśmiech. Przecież... Przecież nie chciała źle - wiedział o tym.
Przechylił kieliszek po raz ostatni i odstawił go na stolik.
- Ja... Nie. To nic. - wydukał tylko i wbił wzrok w podłogę. Nie potrafił o tym rozmawiać, nie umiał znaleźć odpowiednich słów, by to wszystko opisać.
Być może był emocjonalnym niedorozwojem - to by wiele wyjaśniało.

Caroline McCoy - 2019-09-22, 02:39

Czułam, jak całe moje ciało się spina, gdy zobaczyłam tę jego reakcję. To... To wydawało mi się strasznie okrutne. Nie wiedziałam czemu, ale... Odbierałam to bardzo emocjonalnie. Jakby... Jakby miało to dotyczyć mnie samej.
Czy zniosłabym myśl, że moje dzieci się ode mnie tak odsuwają? Że się do mnie nie przyznają? Czy sama byłabym w stanie znienawidzić swoich rodziców?
I właśnie wtedy mnie to trafiło. Ból, umiejscowiony gdzieś w klatce piersiowej, przez który mimowolnie się zgarbiłam. Czemu... Czemu te nerwobóle dopadały mnie akurat w takich momentach? Co takiego się zadziało, że moje ciało tak bardzo chciało się przed tym bronić?
Ponownie tego wieczoru moja dłoń powędrowała w okolice tej paskudnej blizny. Moje oczy były zaszklone i kolejny raz byłam zmuszona do pociągania nosem. I nie wiedzieć czemu... Tak bardzo, jak nie chciałam go krzywdzić - miałam nadzieję, że tę reakcję podpisze bezpośrednio pod swoje czyny, a nie mój chory umysł, który jak widać - bardzo źle znosił symptomy stresu pourazowego...
- Nic... Nic się nie stało. Kiedyś... Kiedyś dojrzejemy do tej rozmowy. - Mam nadzieję...
- Po prostu... Nie wiesz, jak bardzo chciałabym być w Twoim miejscu. Na odległość telefonu, choćby od najprostszej rozmowy. A nawet... Nawet nie znam jej imienia. - Wyjawiłam, jakże odkrywczo, po raz kolejny tego wieczoru. Wzruszyłam jednak ramionami, z tym dziwnym, nerwowym chichotem na ustach. - To głupie, ale po prostu Ci zazdroszczę. - Wyjawiłam w końcu, spuszczając wzrok na podłogę. Potrzebowałam wziąć kilka głębszych oddechów, policzyć w głowie do dziesięciu. Potrzebowałam... Oderwać się.
- Przykro mi, Scott. - Wyrzuciłam z siebie w końcu, gdy zdołałam przegonić te ciemne chmury rozprzestrzeniające się nad moimi myślami, piszące kolejne czarne scenariusze do naszych przyszłych rozdziałów. - Cokolwiek obudziło w Tobie... Ducha... To musiało być straszne. Ale... Wiedz, że jestem tu dla Ciebie. Mimo wszystko. - Wyznałam, uśmiechając się, tym razem szczerze. Może... Może i dalej sama sobie nie ufałam, może dalej moje myśli przechodził ten pomysł, by go wydać, by utrzymać swoją posadę, ale... Naprawdę chciałam dla niego dobrze. Chciałam być dla niego. Przynajmniej tak długo, jak trzeźwość umysłu mi na to pozwalała.

Scott D'Amico - 2019-09-22, 22:16

Podczas dzisiejszego dnia padło już tak wiele ciężkich słów, zostały poruszone struny, które powinny pozostać nietknięte.
Dlatego teraz tak ciężko było im przebrnąć przez jakikolwiek ciężki temat. Chyba naprawdę powinni odpuścić, ale... Jakoś im to nie wychodziło. Wygląda na to, że oboje potrzebowali zadać parę pytań, oraz wygadać się drugiej osobie. I w sumie... W sumie to dobrze. Scott dawno nie czuł sie w taki sposób - mimo zmęczenia, mimo tego przygnębienia, które nim targało... Było mu lżej. Lżej na sercu.
- Masz rację. Kiedyś na pewno. - miała rację. Wiedział doskonale, że przyjdzie jeszcze czas na takie rozmowy - w końcu przed nimi oby całe życie, nie?
- Nie. Nie chciałabyś być na moim miejscu. Nigdy mi nie zazdrość. - powiedział smutno, jednak z uśmiechem na twarzy. To co przeżył w jakiś sposób go ukształtowało, ale... Też złamało. Wszystko co go spotkało pozostawiło blizny na psychice - niektóre sytuacje mniejsze, inne większe. Nie potrafił patrzeć na świat tak samo i... Cóż, miał świadomość tego, że jest zepsuty. Dlatego nie było czego zazdrościć.
Być może kiedyś - gdy przybliży jej swoją sytuację... Zrozumie. Miał taką nadzieję, tego chciał. Zrozumienia.
Podniósł się z krzesła i podszedł bliżej niej.
- Wiem. Niczego więcej nie potrzebuje. - odpowiedział na jej ostatnie słowa i wyciągnął do niej dłoń.
- Chodź do mnie.

Caroline McCoy - 2019-09-22, 23:22

A może po prostu lubiliśmy utrudniać sobie życia?
Może taki był nas cel w tym świecie - by nie przejść przez swoje drogi spokojnie, tylko dążyć do celu mimo tych trudności, które los stawiał na naszych drogach. I tylko od nas zależało, czy potkniemy się na tym odstającym kiju, czy jednak zrobimy z niego coś użytecznego.
Nie tylko on był tym wszystkim wyczerpany. Sama czułam, jak moje powieki robią się coraz cięższe, jak zaczyna mi się robić coraz zimniej... Zmęczenie po prostu we mnie uderzało - ze zdwojoną siłą.
Może dlatego w końcu odpuściłam sobie tę dyskusję, odpowiadając jedynie kolejnymi uśmiechami? Może... Może właśnie tego potrzebowaliśmy?
Zawiesiłam swój wzrok na mężczyźnie, gdy ten do mnie wstawał. Wydawał się teraz... Taki silny, mimo wszystko. Jego postawa, barwa głosu... Onieśmielał mnie, a jednocześnie rozbudzał takie części mojego umysłu, o których sama nie zdawałam sobie sprawy. Przełknęłam więc głośniej ślinę, wstając z jego pomocą i wtulając się kolejny raz dzisiejszego dnia w jego objęcia.
- Zmęczona... - Mruknęłam jedynie, chowając głowę przy jego klatce piersiowej. I... Nie wiem, czy trwaliśmy tak długo w tym milczeniu, po prostu przytuleni, otoczeni wyłącznie ciepłem lamp z żarówek, że w końcu zmęczenie dopadło mnie na dobre, czy jednak brunet rzucił na mnie jakiś tajemniczy urok, ale... Jednego byłam pewna.
Niczego nie żałowałam.


__________________

Minęło już kilka dni od tego wieczoru pełnego wrażeń. Myśli zdążyły poniekąd ochłonąć, słowa znalazły swoje miejsca w wypowiedziach. Mogłabym przysiąc, że mimo tej spiętej atmosfery, jaką sami stworzyliśmy... Czułam się dobrze. Nie wiedziałam, czy to wynik kontrastu po ostatnich, paskudnych miesiącach, czy jednak uroku pana D'Amico, ale powoli stawałam się w końcu szczęśliwa.
Nie mogłam też odmówić tego, że był moją opoką. Nie wiedziałam, co bym dziś zrobiła, gdyby mi nie towarzyszył. Byłabym przykuta do łóżka tak długo, aż noga na nowo się nie zrośnie? Czy w ogóle zdecydowałabym się wtedy na ten zabieg?
Nie wiem... Droga powrotna dała mi jednak wiele do myślenia.
- Mam dobre rokowania. - Uśmiechnęłam się, wtulając w jego szyję, gdy tak trwałam przez chwilę niesiona na rękach. Co jak co - to były plusy tak świeżych związków, że traktowano Cię jak istną księżniczkę. Nie miałam pewności, czy tak pozostanie na zawsze, ale teraz... W mojej obecnej sytuacji bardzo tego potrzebowałam. W sumie... Od czasu mojego powrotu rozstawaliśmy się tylko na krótkie chwile, zaczynałam naprawdę bardzo przywykać do jego towarzystwa. Wręcz źle się czułam, jeśli nie miałam go w zasięgu wzroku. Co wydawało mi się jednak najbardziej dziwne, to sam fakt, że czułam się przy nim, jakbym go znała od zawsze - a ponoć w niektórych wierzeniach mowa jest o nierozłączności dusz. Kto wie, może i mnie to spotkało?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group