To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Kamienica #1 - Mieszkanie #1

Maysilee Griffith - 2019-02-02, 01:12

- Okej, niech ci będzie. To traumatyczne wspomnienia. - Stwierdziła z lekkim przekąsem, nie zamierzając jednak zmieniać swojego podejścia do całej tej sprawy. I wcale nie mając zamiaru odpowiadać na jego chęć śmierci, bo była czysto absurdalna. Po prostu... Traumy też się skądś brały, prawda? Dokładnie rzecz biorąc - były powiązane ze wspomnieniami, reakcjami na nie, a więc... A więc po prostu musiał coś pamiętać. To zaś oznaczało, że dało się to wyprzeć, zmienić, zastąpić. Wystarczyło wyłącznie dostatecznie mocno tego chcieć, a kto, kto non stop pamiętał o tych złych rzeczach, chciał żyć nimi już przez wieczność? Jak na jej oko, cóż, nikt. Nawet Thomas Walker - Władca Traum i Król Rozpaczy.
- W tej rzeczywistości codziennie ktoś umiera. - Palnęła bez większego zastanowienia, po prostu błyskawicznie dopowiadając. - To nie oznacza, że nie możesz wykorzystać swoich możliwości, spróbować chociaż przez chwilę pocieszyć się życiem. Serio, co ci szkodzi? - Skoro w najgorszym przypadku mógł umrzeć, a w najlepszym - przynajmniej według niego, bo ona wciąż wierzyła w inne scenariusze - dalej żyć w dokładnie tych samych warunkach... Naprawdę mógł chociaż spróbować coś zrobić, nie być całkowicie i niezaprzeczalnie sam. Należało mu się cokolwiek dobrego. Nieistotne, w jakiej płaszczyźnie, więc... Czemu nie w relacjowej?
- A jak myślisz? Na ile się czujesz? - Przecież musiał się nad tym zastanawiać, nawet jeśli nie w tym momencie, to kiedyś w przeszłości, podobne rozważania musiały przyjść mu do głowy. A Maisie naprawdę chciała to wiedzieć. Nie tylko przez czystą ciekawość, ale też dla podtrzymania tej wątłej rozmowy. Zdecydowanie wolała dialog niż ciche wpatrywanie się w ścianę i ciężką, depresyjną atmosferę. Poza tym... Chyba lubiła ton głosu Thomasa. Tak po prostu... Bo brzmiał... Przyjemnie. Nawet jeżeli nie zawsze towarzyszył całkowicie miłym słowom.
Chociaż teraz... Teraz znowu zachowywał się wspaniale. Zupełnie jak ktoś, komu mogłaby opowiedzieć praktycznie wszystko, a ona... Ona naprawdę tego potrzebowała. I gdyby nie ta choroba, gdyby nie gorączka i błyszczące, szkliste oczy, których nie była w stanie ignorować, zapewne pominęłaby wszelkie wcześniejsze doświadczenia, robiąc coś, by znowu poczuć czyjąś troskliwą bliskość, wspólnotę. Wrażenia z tamtego pocałunku były w końcu wciąż tak samo żywe w jej pamięci, jak w momencie, w którym je przeżywała. Ale nie mogła tego zrobić, nawet jeśli pod wpływem tego subtelnego dotyku naprawdę zapragnęła go pocałować. Zamiast tego po prostu pogrążyła się w tym, co teraz czuła...
- Podjęłam wiele bardzo głupich decyzji. - Mruknęła w zamyśleniu, przez ułamek chwili muskając palcami wierzch jego dłoni, by moment później po prostu melancholijnie się do niego uśmiechnąć i ostrożnie przesunąć się bliżej ściany. - Wybacz. - Odchrząkując, po raz kolejny nieco się zaczerwieniła. - Powinieneś odpocząć, a ja cię męczę, zamiast zrobić ci coś do picia i dać odetchnąć.

Toby Jensen - 2019-02-06, 20:43

Słysząc słowa dziewczyny, Thomas zamknął powieki. Wolał nie okazywać tego jak bardzo działała mu na nerwy. Po prostu – ustępował. Tak chyba robiły osoby w jego wieku, tak? W każdym razie, nie zamierzał nic więcej dodawać. Zwłaszcza przy tak upartej osobie, która najwyraźniej robiła doktorat na temat jego przeszłości. Bo chyba jeszcze nigdy wcześniej nie spotkał kogoś, kto by miał aż tyle do powiedzenia na temat, o którym nie miał żadnego pojęcia. Ale nieważne. Był ponad to. Był ponad tą jej całą paplaniną.
– Wybacz, panno tryskająca optymizmem, ale naprawdę nie jestem w stanie znaleźć ani jednej pozytywnej rzeczy w getcie – wyrzucił z siebie. Z czego niby miał się cieszyć, huh? Z bycia traktowanym jak jakieś cholerne zwierzę? Z obskurnego mieszkania? Z braku prądu? Z braku jedzenia? Z umierających ludzi? Z brudu, głodu i ubóstwa? Z wiecznych strzelanin i krwi na chodniku? Z łapanek? Tu nie było z czego się cieszyć, a ona po prostu była naiwna.
– Myślałem, że jesteśmy w podobnym wieku – stwierdził po prostu, wzruszając ramionami. Ale teraz faktycznie zaczął się nad tym głębiej zastanawiać. Skoro nawet tak optymistyczna osóbka brała go za czterdziestolatka… może rzeczywiście był starszy? Walker wstrzymał na moment oddech. Kiedy kładł rękę na jej kolanie, właściwie niewiele myślał. Po prostu to się stało. Samo. I dopiero jej dotyk uświadomił mu powagę sytuacji. Mężczyzna przekrzywił lekko głowę, by zerknąć na nią kątem oka. I sam nie wiedział, kiedy właściwie poczuł coś dziwnego. Ale kąciki jego ust nieznacznie się wykrzywiły. I choć ta chwila nie trwała zbyt długo, to się nie liczyło. Obserwował jak przesuwa się po łóżku, by oprzeć się o ścianę. Obserwował jak jego ręka bezwładnie przesuwa się z kolana po łydce. Obserwował jak cały ten czar pryska i w tym momencie nie był w stanie wymyślić nic, co mogłoby to odratować. Więc po raz kolejny – odpuścił.
– Okej – odpowiedział po prostu, cofając rękę i ponownie wbijając wzrok w jakiś bliżej nieokreślony punkt.
***

Nawet nie był w stanie na nią patrzeć. To co zamierzała zrobić, to był cios poniżej pasa. Mogła przecież komuś pomóc. Mogła kogoś uratować. Miała środki. Przepustkę. Drogę na wolność. A zamierzała oddać ją komuś… komuś tak cholernie lekkomyślnemu. Komuś, kto zamierzał tutaj wejść. Wejść. Tyle osób próbowało się stąd wydostać, a ona marnowała przepustkę, by tu wejść?! Przecież mogła kogoś uratować. Cholera, mogła uratować jego…
Nie chciał jej tutaj. I bynajmniej nie chodziło o to samo niechcenie co kilka dni temu. Nie. Wtedy ją chciał, ale się martwił. Teraz… teraz naprawdę jej nie chciał. Czuł się zraniony i zdradzony. I nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie kończy pakować swoje rzeczy i wyjdzie.

Maysilee Griffith - 2019-02-06, 21:22

- Wrócę wieczorem, żeby przynieść ci leki. - Zakomunikowała, nawet na niego nie patrząc. Po prostu nie umiała sprawić, by jej głos zabrzmiał choć trochę mniej oschle i... Cóż, zdecydowanie nie tak bardzo poirytowanie. Nawet jeśli teoretycznie wcale nie chciała kontynuować ich awantury, zwyczajnie nie była w stanie powrócić do chwil sprzed tej przeklętej afery, jaką jej urządził. Do chwil, w których było między nimi na prawdę w porządku, żeby nie powiedzieć - dobrze. Czuła się zdecydowanie zbyt urażona, ledwo powstrzymując łzy i mocno zaciskając usta, by nie drżały jej wargi.
Nie chciała sprawić mu satysfakcji. Zdecydowanie nie chciała, by poczuł się wygrany, by widział, że jego zarzuty naprawdę ją dotknęły. Zdecydowanie wystarczało jej to, że nie rozumiał. Ba!, nawet nie chciał zrozumieć, nie próbował tego zrobić. Zwyczajnie zarzucał jej te wszystkie rzeczy, nawet przez chwilę nie zastanawiając się nad tym, czy miała w ogóle jakieś wyjście. Zaufano jej. Kobieta z klatki schodowej, nawet jeśli się nie znały, powierzyła Maysilee coś naprawdę cennego...
Jak można było w ogóle myśleć o tym, by ją oszukać? By wykorzystać jej zaufanie? Jakim człowiekiem trzeba było być, by z desperacji usiłować przekonać kogoś do czegoś takiego? Maisie było nieco łatwiej, bo znała Ricky i dlatego tym bardziej pragnęła dotrzymać danego słowa, ale wciąż... Zarzucanie jej hipokryzji czy braku ludzkich odruchów było nie na miejscu, gdy ostatnie dni spędziła u boku Thomasa, opiekując się nim w chorobie i nie bacząc na to, że sama mogła się zarazić.
Naprawdę sądziła, że mogli się polubić, jednak w tym momencie pragnęła opuścić jego mieszkanie i chociaż przez chwilę nie musieć patrzeć na wściekłość na jego twarzy.
- Poradzisz sobie? - Mimo wszystko, nie chciała wychodzić bez upewnienia się, co do jego stanu, nawet jeśli teoretycznie spakowała już wszystkie niepotrzebne rzeczy i była gotowa do wyjścia. Prostując plecy i podnosząc się z kucek, ponownie nie zaszczyciła go jednak ani jednym spojrzeniem. Po prostu nie była w stanie tego zrobić.

Toby Jensen - 2019-02-06, 22:25

Tak naprawdę to mogła nie wracać. Nie chciał jej leków. Nie chciał, by dłużej mu pomagała. To nie miało sensu. Zwłaszcza teraz, kiedy mieli tak odmienne zdania… Właściwie to nawet nie wiedział, czy w ogóle miał się spodziewać jej powrotu. Ta awantura była dość poważna, a ona… być może posiadała resztki instynktu samozachowawczego i miała trzymać się na uboczu. Być może wreszcie zrozumiała, jak niechciana tutaj była. Nieważne, po prostu nie zamierzał jej odpowiadać. Siedział, na podłodze, nie spuszczając wzroku z tej cholernej plamy na suficie. Znowu musiało go zalać. Jego były współlokator pewnie, by się nieźle wkurzył, ale Thomasowi to było wszystko jedno. A teraz… teraz to się wydawało być idealną ucieczką od Sally.
– Yhym – odmruknął na jej pytanie. W zasadzie nie zamierzał w ogóle odpowiadać, ale bał się, że jeśli będzie tak milczeć, to ona nigdy sobie nie pójdzie. A w takiej sytuacji, przynajmniej dostała zapewnienie, że nie zamierzał robić nic głupiego. Mogła spokojnie iść do swoich spraw. Mogła… cóż… już nigdy nie wracać. Cholera, chyba miał jej nigdy nie wybaczyć. Tego wszystkiego. Tej zmarnowanej przepustki. Zmarnowanej szansy. Jeszcze kilka dni temu wysyłała go na randkę, chciała by korzystał z życia, a kiedy miał szansę, by rzeczywiście to zrobić… przekreślała to. Walker nie był w stanie dłużej oddychać tym samym powietrzem co ona. Po prostu z wytęsknieniem czekał, aż usłyszy skrzypienie podłogi, a potem dźwięk zatrzaskujących się drzwi. I ciszę. Ciszę zwiastującą samotność. Potrzebował być sam. Potrzebował zapomnieć o tej dziewczynie, która tak bardzo złamała mu serce. Bardziej, niż by się tego spodziewał…

[z/t] x 2



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group