To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Bar "Laguna Negra" - Stoliki

Nicholas Grenville - 2019-05-13, 20:06

/ 7 luty 2019

Dość późny wieczór. Nihcolas tego wieczora pozostawał w siedzibie, gdzie przez parę godzin trenował córkę. A kiedy ta była zmęczona i poszła spać, skorzystał z ciszy w pomieszczeniu i poddał się medytacji. By uspokoić swoje wnętrze. Co wiele razy mu pomagało podczas działań i podejmowaniu decyzji. Jednak po dłuższym czasie praktyka została mu przerwana dosłyszanymi krzykami dziewczyny. Od razu otworzył oczy i spojrzał na swoją córkę. Spała. Przeniósł spojrzenie w stronę drzwi, zastanawiając się co tam się dzieje. Wstał i zabrał pistole ze sobą. Wyszedł z pokoju, będąc w pogotowiu. Szedł boso, w spodniach dresowych i podkoszulku czarnym. Zszedł na dół, zachowując ostrożność. Celując broń przed siebie. Gdy znalazł się na hali baru i dostrzegł Vincenta, odetchnął i opuścił dłoń z bronią.
- Co tu się wyprawia?
Zapytał podchodząc bliżej. Zwrócił uwagę na leżące ciało dziewczyny na kanapie, gdy tylko znalazł się przy młodym Edamsie. Nie ukrywał zaskoczenia, że widzi tutaj jego siostrę. Nie ukrywał też tego, jak bardzo ten pomysł mu się nie podobał. To poważne spojrzenie, powędrowało na Edamsa.
- Raczysz mi to wyjaśnić?
Zapytał, bronią wskazując na śpiącą królewnę Edams.

Vincent Edams - 2019-05-13, 20:33

Vincent był tak zajęty czuwaniem nad siostrą i sprawdzaniem, czy ona w ogóle jeszcze dycha, że został przez Nicholasa zaskoczony. Będzie musiał nad tym popracować. Pierwszy raz tak dał się podejść, a przecież było tu cicho - powinien usłyszeć jego kroki. Był jednak tak skoncentrowany na Vanessie i utrzymaniu jej przy życiu, że zapomniał o innych sprawach.
Podniósł spojrzenie na opiekuna, gdy ten opuszczał broń. Na jego pytanie, zmarszczył czoło.
- A na co ci to wygląda? - mruknął
Nieprzytomna Vanessa leżała i zapewne gorączkowała. Wokół nich na podłodze, rozrzucone były nasączone krwią waciki w ilościach hurtowych, a w powietrzu unosił się ostry zapach środka odkażającego.
- Jest ranna. Poważnie - powiedział, wracając wzrokiem na siostrę - Znalazłem ją parę przecznic dalej. Ledwie kontaktowała, ale udało mi się wyciągnąć z niej, co się stało. Nie martw się, byłem ostrożny. Wracałem inną drogą, pilnowałem czy nikt mnie nie śledzi, . Dodatkowo obejrzałem ją , nie ma nadajnika. Zakryłem jej też twarz, by nie wiedziała, gdzie się znajduje. - Nick wiedział, że Edams jest typem, który prędzej porzuci siostrę, niż narazi Rebelię bezmyślnie na niebezpieczeństwo.
- To robota Dolores - powiedział ponuro - Chcieli z niej wyciągnąć, gdzie się ukrywam.
Sądząc po tym, że mimo to sprowadził ją tutaj, musiała go nie wydać. Inaczej by się tu nie znalazła.
Tak swoją drogą, Dolores miała pecha do Edamsów. Obu miała w AlterGen i tylko im udało się uciec.
- Jeżeli tylko przeżyje i jako tako dojdzie do siebie, znajdę jej kryjówkę. Nie mogłem jej zostawić na pewną śmierć. - powiedział krótko
Zapewne czeka go rozmowa wychowawcza z Papą. Cóż...trudno. Bardziej żałowałby porzucenia Vanessy, nawet jeżeli już nie żywił do niej braterskich uczuć.

Nicholas Grenville - 2019-05-18, 11:03

Więc tego powodem były hałasy i krzyk dziewczyny. Nicholas słuchając Vincenta, rozejrzał się po okolicy miejsca, gdzie leżała nieprzytomna Vanessa. I najpewniej obolała. Nie wyglądała za dobrze. Podszedł do niej i wolną dłonią, dotknął jej czoła. Zmarszczył brwi, odczuwając iż jej czoło jest gorące. Więc ma gorączkę która spowodowana musiała być bólem zadanych jej ran. Jakim więc cudem uciekła Dolores, o której wspomniał Vincent?
- Zabierz ją do piwnicy. Jest tam skrzydło szpitalne.
Zarządził, kiedy młody skończył gadać. Nie mogła tutaj leżeć.
- Potem to posprzątasz. I bez używania mocy, w jednym i drugim przypadku.
Ostatnie zdanie dodał ogólnie i ku przypomnieniu. Chciał, by Vincent zaczął wszystkiego się uczyć i funkcjonować bez swoich wektorów. Więc nie powinno to być dla niego problemem. Z kolei Nicholas schował broń na miejsce za pasek spodni i również skierował się do piwnic, by pootwierać młodemu przejścia. Później na jej temat porozmawiają. Na razie trzeba było ją ukryć, by nie leżała na widoku w głównej sali baru.

Vincent Edams - 2019-05-18, 11:49

Nie zaniósł Vanessy od razu do skrzydła szpitalnego, bo chciał ją opatrzyć jak najszybciej ( A tak naprawdę autorka zapomniała iż takie pomieszczenie w Rebelii posiadają) . Sam Edams nieco mgliście pamiętał pobyt w tamtym miejscu.
Na jego uwagę o nieużywaniu mocy, łypnął na niego niezbyt przyjaźnie. Nicholas nie wiedział jednak, że młody mutant, przyniósł tu siostrę o własnych siłach, na barana, by nie zwracać na siebie uwagi.
Podniósł siostrę ostrożnie i zaniósł ją do skrzydła szpitalnego

-> skrzydło szpitalne

Imari Blanc - 2019-10-27, 15:21

/kwiecień

Spędzała tutaj coraz więcej czasu od momentu, gdy zaczęła pracę z Vincentem. Obecnie jednak miała chwilę dla siebie, w spokoju i względnej ciszy, gdy siedziała przy jednym ze stolików. Na blacie miała jakiś zeszycik z sudoku, obok siebie herbatę, parującą ze sporego kubka, w dłoni ołówek.
Dawno się tym nie zajmowała, czuła że wyszła z wprawy. Nie umiała się też skupić, denerwowało ją to.. dlatego też wolne kawałki kartek pokrywały bezsensowne doodle zwierzątkowo-robaczkowe. Szybko przestała się skupiać na wypełnianiu kratek i zajęła się na dobre bazgraniem po kartce bez większego celu.

Phil Neumann - 2019-10-27, 21:10

| 3 kwietnia, późnym wieczorem

Ostatnimi czasy wiele rzeczy mi zabroniono. Pomijając ten okres, kiedy zabraniała mi głównie Vera wolę pominąć… Chodziło mi bardziej o lekarzy od siedmiu boleści na czele z Marcusem Delgado! Kazali mi siedzieć w domu i wypoczywać, kiedy wokół tyle się działo. Były stare sprawy, te trwające od dłuższego czasu, były również nowe, sterta zaległości, rzeczy, które mnie ominęły przez nieobecność bezpowrotnie, a ja wegetowałem, mimo że rebelia postanowiła zorganizować najazd na D.O.M.! Dziś w nocy! Nie potrafiłem usiedzieć na tyłku…
Dlatego nieśmiało przekroczyłem próg baru. Mogłoby się zdawać, że wszystko przychodzi mi z lekkością, dziecinną może nawet beztroską, ale tak naprawdę obawiałem się reakcji Imarki na mój widok. Może nie wyglądałem już jak zombie, może wciąż byłem trochę za bardzo wychudzony i ospały, ale trzymałem się dobrze… Nie byłem również pijany, choć w płaszczu nosiłem od jakiegoś czasu pierścionek zaręczynowy. Bez obaw, nie zamierzałem go używać, szczególnie po tym jak minęło… ile to czasu? Zbyt wiele, by móc mówić o jakimkolwiek za mąż wychodzeniu. Przez Imarkę, bo ja miałem się ożenić. Wiadomo.
Ale za to taszczyłem ze sobą bukiet różnokolorowych frezji. Miałem kupić ogromny bukiet róż, ale pani z kwiaciarni pokręciła na ten pomysł głową, kiedy opowiedziałem jej co nieco o moich grzechach. Poza tym taszczyłem termos ugotowanego przeze mnie kakao oraz dwie paczki pianek. Wino odpadało, bo nie mogłem mieszać alkoholu z lekami. Może to dobrze? Ostatnie nasze spotkanie było zaprawione zbyt dużym procentem.
Wsunąłem się do środka przez drzwi frontowe i rozejrzałem wokół. Było tu raczej pusto, ale niemal natychmiast namierzyłem osóbkę siedzącą przy jednym ze stolików, pochyloną tak nad swoim dziełem, że ledwo można było ją dostrzec. Zapukałem w drzwi od wewnętrznej strony, by się nie skradać i jej przypadkiem nie przestraszyć… o ile jej uwagi nie zwróciły skrzypiące drzwi czy też podłoga nie pierwszej nowości.
- Hej, kocie – odparłem z zakłopotanym uśmiechem, machając do niej lekko trzymanym bukietem. Powoli, jak gdybym nie chciał zbudzić wściekłego niedźwiedzia, podszedłem do jej stolika, wcale nie oczekując, że rzuci mi się na szyję i obsypie buziakami… choć mogłaby. Byłoby z pewnością lżej. Dla mnie i moich wyrzutów sumienia. – Mogę się postresować z tobą? Mam pianki i kakao – zapytałem i odwróciłem się tak, by ujrzała mą torbę skrywającą skarby. Ach, i mnie jeden z kwiatów smyrnął w nos, więc przypomniał mi tym samym, że przecież miałem wręczyć bukiet Imarce.
- A to dla ciebie… Wiosna idzie – stwierdziłem, wyciągnąwszy w jej kierunku bukiet. – I przeprosiny – dodałem ciszej, mrukliwiej, bo miałem nadzieję, że przez ten czas chociaż ona zapomniała moje grzechy. To jak? Gramy w kółko i krzyżyk?

Imari Blanc - 2019-10-27, 22:11

Stres zżerał ją zdecydowanie bardziej niż normalnie ostatnimi czasy. Bała się, oczywiście, że się bała. O innych, o Vincenta, całą resztę ludzi z Rebelii, których zdążyła poznać. Sama nie pakowała się na tę misję, wiedziała, że jest kompletnie nieprzydatna i stanowiłaby tylko łatwy cel, a tego nie chciała - być problemem w drodze do celu. Chociaż.. zapewne nawet gdyby mogła nie wybrała by się na misję. A może..? Ciężko jej było ostatnio określić swoje stanowisko względem tego wszystkiego. Po prostu robiła swoje, unikała większości ludzi i tyle.
Podniosła wzrok, gdy z zamyślenia wyrwał ją dźwięk.. kroków? I to jakby znajomych kroków. Phill..? Jego się tutaj obecnie nie spodziewała. Właściwie, już sobie nie robiła nadziei, że wróci, po raz kolejny. Który to? Drugi, trzeci?
Nie była mistrzem poker face, więc zapewne Neumann mógł wiele z jej twarzy obecnie wyczytać.. złość, strach, nadzieję może? Radość, ale też jakąś wewnętrzną panikę, że znów zniknie, cholera wie gdzie, po co, na jak długo.. Finalnie zacisnęła zęby i opuściła wzrok na kostki zbielałe od zaciskania się na ołówku. Odetchnęła głęboko, nie wracając już wzrokiem na meżczyznę, a wbijajac go w kubek ze stygnącą herbatą.
Dopiero gdy podstawił jej kwiaty pod nos, znów uniosła wzrok. Nie na niego oczywiście, na bukiet. Wzięła go i odłożyła na bok stołu, jak niechciany prezent. Na kilka chwil zapatrzyła się na niego, ale nie powiedziała niczego.
Przeprosiny?
Rychło w czas.
Dużo słów cisnęło jej się na usta, ale nie umiała ich złożyć w sensowne zdania, to po pierwsze. Po drugie.. czy to miało sens? Coraz bardziej utwierdzala się w przekonaniu, że dla niego to tylko zabawa.. A jej emocje i uczucia nie są tutaj tak naprawdę istotne.
Wbiła wzrok w swoje doodle i dorysowała kilka szarpanych linii.
- Źle wyglądasz - stwierdziła tylko, nie odrywajac wzroku od kartki.

Phil Neumann - 2019-10-29, 18:56

| wsparcie muzyczne

Dla mnie to nie była zabawa. Stres zżerał mnie od środka i już nie miałem pojęcia, czy bardziej ze względu na rozpoczynający się wkrótce atak na D.O.M., czy może ze strachu przed reakcją Imarki? Zależało mi na jej akceptacji, na tym, by dalej mnie lubiła. Och, co to by był za fatalny dzień, gdyby kazała mi się spakować w karton i wysłać do Japonii, na drugi koniec świata, a może jeszcze dalej? Do jakiegoś Pakistanu albo innego Urugwaju?
Miałem ochotę westchnąć ciężko, ale się powstrzymałem, patrząc z nadzieją na jej obojętność, na pogardę rzuconą w kierunku kwiatów, na unikanie spojrzenia. Czyżbym był na przegranej pozycji? Najwyraźniej. Milion słów przeprosin cisnęło mi się na usta, ale jakoś żadne… Nie, to nie było to. Brzmiało, wiedziałem, że zabrzmi, jak papier ścierny, jak na wiatr rzucone słowo, a ja chciałem, by było dobrze, byśmy nie przejmowali się tym, co było, tylko zajęli tym, co będzie… Przynajmniej tym, co będzie po ataku, bo to bądź co bądź również było stresującą sprawą.
Ledwo powstrzymałem uśmiech, kiedy w końcu raczyła się odezwać. Na szczęście udało mi się zachować powagę na czas odpowiedzi. Potem pal licho!
- Ty również – rzuciłem, o zgrozo!, zawadiacko, po czym zdjąłem torbę i wsunąłem się na siedzenie naprzeciwko niej. Chciałem zapytać o to, co u niej, jak się czuje…, ale uznałem to za zbyteczne i jedynie pogarszające moją pozycję w jej sercu, stąd stuknąłem bezwiednie w stół, zastanawiając się, co bym tu mógł zrobić.
Niemalże od razu wpadła mi w oko ta moja torba. Miałem kakałko, miałem pianki, ale nie miałem szklanek, więc musiałem się po nie pofatygować do baru. A te wcześniejsze stukanie… Znacie mnie. Niespokojna trochę ze mnie dusza. Stukanie bowiem przypomniało mi o pewnej szalonej piosence.
Zacząłem sobie gwizdać ni stąd, ni z owąd. I wstałem, i zacząłem śpiewać. A co! Dla rozładowania atmosfery… Szczególnie że było tu tak cicho.
- Just shoot for the stars, if you feels right. Then aim for my heart, iIf you feel like… – Kiedy doszedłem do kontuaru i zabrałem zza niego dwa kufle, był czas na refren. Wyszczerzyłem się jeszcze bardziej i zacząłem wygłupiać, próbując tańczyć jak Mick Jagger. Powtarzam, tylko próbując, bo zapewne do perfekcji brakowało mi… sporo umiejętności. A może wręcz przeciwnie? Może miałem szczęście do takich rzeczy? Cóż, nie mnie to oceniać.
- Take me by the tongue and I'll know you. Kiss me 'till you're drunk and I'll show you all the moves like Jagger! I've got the move like Jagger! I've got the mooooove… O, rany! Chyba nie powinienem tak wyciągać. Nie nadaję się na gwiazdę poopu, nie na gwiazdę popu, nie na gwiazdę pooopu? – zaśpiewałem czy też zapytałem, stawiając szklanki na stole i wyciągając zapraszająco rękę w kierunku Imarki. – Zatańczysz? – dodałem, nie zamierzając dostać w pysk. Ani z kwiatów. Ani z kubka. Ani też z ołówka.

Imari Blanc - 2019-10-29, 20:28

Świadomość tego, że ludzie pójdą na rzeź. że mogą nie wrócić, że to może przewrócić ich życie jeszcze bardziej do góry nogami.. Bała się o Vincenta, który rwał się do akcji, ale Imari wiedziała, że może być przez to nieostrożny. A przynajmniej tak uważała. Dużo się zmienil, dużo nauczyl będąc tutaj, ale wciąż.. Idei walki z głowy mu nie wybiła i nie sądziła, że w ogóle się da to zrobić.
A jego ton.. w ogóle nie pasował do tego, jaki powinien być w tej sytuacji, jak czuła się Imari, jakie napięcie wibrowało w powietrzu. Jakby był kompletnie odporny na czyjeś emocje. Jeszcze gorszy empatyczny kamień niż Vincent. Chętnie właśnie teraz odesłała by go w cargo do Chin, niech go wystawią na aliexpress, może się komuś na coś przyda, bo miala ochotę go zabić.
Nie wytrzymał długo w spokoju, bo jakże by inaczej. Nie zdążył nawet usiąść porządnie, a już poderwał się na nogi i ruszył w stronę baru. I to nie jak człowiek, po szklanki i z powrotem, nie. To było by za proste. I być może nawet kiedyś by ją to rozśmieszyło i uznała by ten taniec i podśpiewywanie za zabawne, ale obecnie była od tego bardzo, bardzo daleka.
- ...skończ.. Skończ! - burknęła, głośniej niż zamierzała, głośniej niż zwykle mówiła. Ale Neumann akurat wylądował przed nią.
Spojrzała na jego rękę, a potem wzdłuż niej na twarz Phila i widac było, że daleko jej do jego rozbawienia i humoru.
- Równie dobrze możesz wrócić tam, skąd przyszedłeś jeśli zamierzasz tylko pajacować - cóż, panna Blanc najwyraźniej humoru nie miała.
- Albo wiesz co? Nie, w sumie ja wyjdę - podniosła się z krzesła i odepchnęła od stolika, zostawiajac na nim i swoje sudoku i herbatę. Najwyraźniej faktycznie zamierzała wyjść.

Phil Neumann - 2019-11-01, 16:24

Spojrzałem na nią, jak gdybym nie rozumiał, co właśnie ma miejsce. Właściwie, wyglądałem tak, bo faktycznie tego nie ogarniałem swoim móżdżkiem. Zamiast się do mnie przyłączyć, oddać chwili beztroski w ten niepewny czas, Imarka wariowała i mnie… odtrącała? Mnie odtrącała? Można było mnie odtrącić? Przecież wszyscy mnie kochali…
Cofnąłem się o krok z wciąż wyciągniętą w jej kierunku dłonią, choć już bez entuzjazmu i raczej w szoku, wciąż trzymając tak tę rękę. Nie potrafiłem przyswoić do siebie tego, co jedynie żartem wcześniej obijało się o mój umysł. Żartem, bo przecież Imarka nie byłaby przecież zdolna do odtrącenia mnie, a jednak… Ale nie mogła tego zrobić! Nie chciałem, by to zrobiła!
Może trochę nazbyt pewnie wróciłem do poprzedniego miejsca. Złapałem ją lekko za przegub. Nie chciałem, by sobie stąd szła. Po prostu nie mogła. Nie po to tu przyszedłem. Chciałem jedynie dotrzymać jej towarzystwa i, cóż, też nie być samemu.
- Zostań. Chciałem jedynie rozładować trochę napięcie… Będę już grzeczny – wyrecytowałem nieco zakłopotany, nieco skruszony, nieco zamyślony. To ostatnie, bowiem działo się coś, co raczej nie powinno mieć miejsca. Wskazałem jej zapraszająco wolną dłonią stolik, przy którym wcześniej siedziała, sam zaś powoli puściłem jej dłoń i bez słowa wsunąłem się na miejsce naprzeciwko. Delikatnie postawiłem szklanki przed sobą tak, by zanadto nie hałasowały, i, raczej starając się nie myśleć o tym, że Imari może mnie serio tu samego zostawić, wyjąłem termos z kakao. Zacząłem je wlewać do szklanek, by następnie wrzucić do kubeczków trochę pianek i posypałem jeszcze jakąś czekoladową posypką, która w ostatniej chwili wrzuciłem do swojej torby. Miałem wiele takich drobiazgów w szafkach, by wrzucać estetyczne zdjęcia na fanpejdż Lucasa… A przynajmniej niegdyś wrzucałem. Miałem nadzieję, że Lucas nie zostanie… Nic mu się nie stanie. Nie mogło.
Nie mogło przecież nikomu.
Postawiłem jedną szklankę przed Imari, a drugą przed sobą… o ile Imari wciąż tu była.

Imari Blanc - 2019-11-07, 15:44

Wyglądał idiotycznie, ale nie rozbrajalo jej to tak, jak zawsze. Denerwowało ją. Był tak okropnie pewny siebie, pewny tego, ze Imari zawsze wróci i zawsze będzie, gdy tylko on się pojawi na horyzoncie.. A jednak, nadal tu była, prawda? Nie wyszła, gdy tylko zobaczyła jak wchodził do sali.. Wzdrygnęła się jednak, gdy ją złapał. Czasem nie byłą w stanie kontrolować tych odruchów, nie reagowała już tak samo na nagły dotyk jak kiedyś.
- ...Grzeczny..? - aż uniosła brwi z niedowierzania. Cofnęła się o krok, gdy ją puścił i splotła dłonie na piersi.
- Zniknąłeś na pół roku i teraz jakby nigdy nic mówisz mi, że będziesz grzeczny..? - brakowało jej słów na niego najwyraźniej, bo zacisnęła jedynie dłonie na ramionach, az pobielały jej palce, obserwując jak Phil nalewa tego cholernego kakao do szklanek. Miała ochotę wylać mu je na głowę. Aż nią trzęsło. Pomijając fakt, że była od pół kroku od rozpłakania się po prostu, widząc go znów. Ze złości i smutku i wkurwienia i radości, że jednak żyje, chociaż czasem życzyła mu, żeby zginął w męczarniach.
Nie odzywała się, najwyraźniej oczekując jakiś wyjaśnień.

Phil Neumann - 2019-11-12, 19:01

Najchętniej wróciłbym do czasów, kiedy szybki i wściekły wpadałem w tłum ludzi, dymu, strzelanin i zabierałem biednego Lucasa do domu. Jakoś lżej przychodziło mi życie, jakoś lżej wszystko mi się udawało… Szczęście, phi! Szczęście – tak mało, a zarazem tak wiele. Kiedy brakowało szczęścia, wszystko się rujnowało, ale nie potrafiłem go nadużywać w obecności Imarki. Nie powinienem. Nie chciałem. I może to dobrze? To, że tak to wszystko się sypało między nami? Może po prostu ja i ona… ja i ona… Po prostu może my to… Ech… …pomyłka?
Nie chciałem tego, ale podniosłem głowę i spojrzałem na nią. Nie lubiłem, kiedy była wściekła. I nie lubiłem się z nią kłócić, gwoli ścisłości.
- A co mam powiedzieć, hę? Że będę niegrzeczny? – zapytałem wpierw z pretensją, zaś, hmm, to drugie pytanie, to w sumie powinno było zostać przemilczane. Niestety, nie potrafiłem się powstrzymać przed głupimi aluzjami i innymi śmieszkami. Nim jednak Imari cokolwiek rzuciła pod tym kątem, szybko kontynuowałem.
= A tak serio, nie jest mi lekko, kiedy nie ma ciebie obok. Martwiłem się. Cholernie. I pragnę zauważyć, że sama nie chciałaś ze mną jechać, tylko wrócić sobie do nich. Po tym wszystkim, co cię spotkało… Jezu… Nawet nie wiesz, jak jestem wściekły na siebie o to! Tak, zawodzę i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, co takie porażki oznaczają dla takiego rasowego szczęścia jak ja – wyrzucałem z siebie. Pretensjonalnie, a co! W kierunku Imarki! Chciała powagi, prawdy? Miała! Nawet skapnęła odrobina moich uczuć, co było niemałym wyczynem. Chciała więcej? To proszę!
- Kurwa, kocham cię! Rozumiesz to, Imari?! Nie potrafię inaczej tego przekazać w inny sposób… Próbowałem jakoś odciągnąć twoje myśli od ataku. Również się martwię. Sam nie chciałem siedzieć w domu sam. Zakazali mi tam iść… A jest tam też Lucas, tylu ludzi z rebelii, których również miałem okazję poznać. Niektórzy są z mojej branży! – Zrobiłem pauzę na oddech. Nieco się rozemocjonowałem. Chyba nadmiernie machałem rękoma. Wstałem. – I to nie moje widzimisię ani żadne inne moje głupie decyzje, że nie było mnie przez ten czas, WIĘC nie podoba mi się, że naskakujesz na mnie, jak gdybym to ja był jedynym winnym. – Chyba serio tak myślałem. Wow.
I choć serce mi pękało, postanowiłem zapytać. Ewidentnie się jej dziś narzucałem.
- Widzę, że jedynie działam ci na nerwy. Mam sobie iść? – zapytałem. W miarę neutralnie, choć czułem się, jak gdybym zaraz miał wyjść z siebie… a raczej paść tu długi, nieprzytomny. Takie sobie palpitacje serca.

Imari Blanc - 2019-11-26, 20:18

Tego się na pewno nie spodziewała.. Nie od niego, to na pewno. Prędzej pewnie od Vincenta, że wybuchnie w końcu, od tego nadmiaru emocji, które tlumil tyle czasu, jeśli pojawi się jakiś trigger. A tutaj, proszę.. Phil wlaśnie na nią krzyczał, a ona czuła się z tym.. dziwnie. Coś skręcało jej się w żołądku tak, aż było jej niedobrze.
Na pewno też nie spodziewała się.. cóż, całej reszty. Że powie jej kiedykolwiek, że ją kocha. A nawet jeśli chciała to usłyszeć to na pewno nie w trakcie takiego monologu.. Miala w wyobraźni raczej bardziej romantyczną scenerię. I wyznania, a nie wykrzyczania i do tego z jakimiś kurwami po drodze. Na to wszystko wstał i zaczął machać rękami, rozkręcając się chyba coraz bardziej. W spojrzeniu Imari obok zdziwienia pojawialo się też powoli przerażenie, bo jeszcze nigdy na nią tak nie naskoczył. Zresztą chyba nigdy nie widziała go pod działaniem jakiś większych emocji.
Sama zrobiła krok w tył, potem drugi, obserwując go. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa obecnie, a wyglądała jakby przy okazji miała się popłakać. Nie miała pojęcia co o tym wszystkim sądzić.. Tym kocham cię, tym martwieniu się tym, że.. no.. wszystkim, po prostu. Dlatego po prostu gapiła się na niego idiotycznie.

Phil Neumann - 2019-11-27, 21:57

Najwyraźniej dni spędzone w luksusowej piwnicy Very pozbawiły mnie cierpliwości, lekkoducha i tej namiastki tajemniczości, którą zawsze wokół siebie rozprzestrzeniałem, nie mówiąc ludziom wokół tak w stu procentach kim jestem i co tu robię. Tym razem wyrzucałem z siebie podirytowany wszystko jak leciało, nie potrafiąc tego zatrzymać. Ba!, nawet nie próbowałem. Słowa płynęły, ja mówiłem dalej w najlepsze. Nawet wstałem! Podniosłem dłoń! Zaraz opuściłem, ale za chwilę znowu nią machałem…
…a Imarka stała i patrzyła, i nie miała pojęcia jak na to wszystko zareagować. Sam bym nie wiedział. Nigdy przecież się tak nie zachowywałem. Jedynie znikałem bez słowa – ostateczność, bo ogólnie to byłem takim tulaśnym słodziakiem, nie? Trochę jak Pikachu. A teraz, cóż, raziłem ewidentnie prądem, bo Imarke sparaliżowało, kiedy zrobiła te dwa drobne kroki, mnie zaś to nieco ocknęło. Albo fakt, że skończyłem swój monolog, czekając na jej odpowiedź? IDK, ale najpewniej to drugie.
- Ojej… – wyrzuciłem z siebie, bo kompletnie nie to chciałem osiągnąć, wyrzucając z siebie to, co mi tam leżało na wątrobie czy innym sercu. Z uniesionymi w górę dłońmi na znak, że nie zamierzam jej tu bić czy coś, podszedłem do niej czym prędzej i przytuliłem. Nie chciałem jej przerazić, no. Takim brutalem to ja nie byłem. Przynajmniej nie dla swojej Imarki, bo, wiadomo, jako podszef mafii musiałem mieć respekt. Ale to w specyficznych kręgach, a tak to mogliśmy wrócić do kochanego, tulaśnego Phila.
- Wybacz. Nie chciałem na ciebie naskoczyć – wymruczałem delikatnie, głaszcząc ją czule po włosach. – Po prostu egzystencja pozbawiona szczęścia ssie – stwierdziłem. Tajemniczo. Najwyraźniej serio wracałem do trybu starego Phila. Ale nie chciałem jej obarczać niepotrzebnymi opowieściami o tym, jak to byłem przetrzymywany w piwnicy przez własną ciotkę, faszerowany mutazyną i torturowany. Chora psychopatka. I zapewne przyznała się mi do zabicia mojego własnego krewniaka, a swojego męża… Cóż, chora psychopatka.
- Jak możesz tak żyć? Oddychać? Tak ślicznie wyglądać? – zapytałem, ściskając ją na moment mocniej tymi swoimi łapami, by zaraz spojrzeć w te jej oczka. Miałem nadzieję, że już nie przerażone.

Imari Blanc - 2019-11-27, 22:26

W pierwszej chwili zrobiła jeszcze jeden niepewny krok w tył, gdy Phil ruszył w jej stronę, ale dała zamknąć się w uścisku, najpierw trochę desperackim, jak jej się wydawało. Rozluźniła się powoli i objęła go w końcu.
Do cholery, znów znika, potem wraca, wygląda gorzej niż kiedykolwiek, przychodzi tu jakby nigdy nic, oferując jej kakao i pianki i posypkę jakby tego było mało, a potem zaczął na nią krzyczec i wyznawac miłość równocześnie. Okraszając to jakąś kurwą po drodze. Skonfundowana to mało powiedziane, jeśli miała by określić jak się teraz czuje.
Odetchnęła głęboko, ale jakoś to westchnięcie złamało się w połowie i gdy podniosła wzrok na Neumanna miała podejrzanie mokre oczy. Chyba po prostu ostatnimi czasy nałożyło się na siebie zbyt wiele emocji, i to negatywnych.
- Skończ - odezwała się w końcu - Po prostu skończ.. pierdolić - cóż, Imari rzadko przeklinała. Bardzo rzadko.
- Co się działo, gdy cię nie było? Tylko.. bez ładnych historyjek. Zmyślania, ogólników.. - puściła go, chociaż bardzo niechętnie i cofnęła się.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group