To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

Abandoned Factory - Sala zabiegowa

Nicholas Grenville - 2020-01-10, 02:02

Akcja nabrała dynamicznego tempa. Nikt nie spodziewał się Jaszczurzej Inkwizycji, który zacznie niespodziewanie atakować. Nicholas wziął na siebie jego atak, dzięki czemu ten gad miał skupienie tylko na nim i nikim więcej.
Ugryzienie w przedramię było bolesne, że aż Nicholas skrzywił się z bólu. Poddawać się nie zamierzał i specjalnie też powalił gada na podłogę, by uniemożliwić mu więcej ruchów. Nie miał jednak trzech rąk, by obezwładnić go na dobre. A jego moc nie bardzo się tu teraz nadawała do walki, w obawie, że może zaszkodzić wszystkim. Dlatego też obrywał dodatkowo w prawy bok od pazur Jaszczuro-mutanta. Bolało, krew się lała. Przycisnął mu swoją rękę w pysku, jakby chciał go zadławić swoją krwią, która zapewne spływała też do jego gardła. Wydał polecenie pozostałym, jednak nie zdążył go dokończyć, w połowie przerywając. Tak, zapomniał o ogonie, który owinął się niespodziewanie wokół jego szyi i mocno zaciskał. Sprawiło to, że Nicholas miał problemy z oddychaniem. Nie mógł nic powiedzieć, nie mógł też złapać za ogon, kiedy jedna jego ręka tkwiła w paszczy Jaszczur, zaś drugą musiał trzymać jego rękę. Puszczając ją, mógłby narazić się na jeszcze więcej obrażeń z jego strony. A najbardziej nie mógł złapać powietrza. Im mocniej ogon się zaciskał, tym bardziej Nicholas miał wrażenie, że odleci.
Usłyszał charakterystyczny świst utworzonych glifów przez Mary, wbijających się w ciało Gada. A następnie otrzymał pomoc od niej, próbującej go ratować przed uduszeniem. Gdyby nie jej pomoc, Nicholas walcząc z tym samemu, pewnie długo by tak nie wytrzymał. Jednak uścisk ogona był na tyle mocny, że i Grenwille nie był wstanie długo trzymać jego ręki, co Jaszczur mógł poczuć na swoim nadgarstku.
Ostatecznie poratowała go siostra, posyłając wiązkę światła i dekoncentrując jego przeciwnika. W porę zamknął oczy, by promienie te nie dosięgły i jego. A dzięki temu, rękę przynajmniej miał już wyswobodzoną, co dało odwrotny skutek i ogon zacisnął się mocniej. Tutaj już musiał pomóc sobie obiema rękami, nawet jeżeli jedna bolała dość mocno. Z trudem łapał powietrze i dzięki też szybkiej reakcji Vincenta, oferującego zastrzyk, można było poczuć ulgę.
Jako że Nicholas cały czas miał przed sobą twarz Gada, widział jego łzy, usłyszał jego słowa. Zaraz po tym jak ogon zjechał z jego szyi, zaczął kaszleć oraz łapczywie łapać powietrze, mając tez czasowe oparcie w Mary.
Gdy już mógł oddychać, zszedł z gada siadając na posadzce obok. Przyjął materiał prześcieradła od mutantki i przycisnął do swojej rany na przedramieniu, krzywiąc się z bólu. Cały prawy bok dawał też o sobie znać. Coś czuł, że szybko tego pomieszczenia zapewne nie opuści.
Co do obecności rebelianckich mutantów, przypisanych do pilnowania Caroline, byli w szoku i sami nie wiedzieli gdzie i czy warto się włączać. Podeszli jednak do Jaszczura i Nicholasa.
- Zabierzcie go do kantora... I zwiążcie... Niech dadzą znać, kiedy się obudzi.
Chrapliwie i ledwo dał radę jeszcze im wydać polecenie. Poczucie uścisku na szyi nadal nie zelżało i miał wrażenie że nadal coś tam ma. Oby nie pojawił mu się jakiś siniak, co byłoby bardzo prawdopodobne. Mężczyźni jednak musieli poczekać nim zabiorą Jaszczura, jako że Mary która wróciła z lekarzami, nie ukrywając, posiadającymi szokujący wzrok zadając sobie pytania "Co tu się stało?", postanowiła jeszcze sprawdzić co nieprzytomnym agresorem.
Jeżeli Esther, czy inny lekarz, postanowili nim się zająć i opatrzeć jego rany, Nicholas nie protestował. Nawet w obecnej pozycji, pozbywał się plecaka na swoich plecach.

Esther Goth - 2020-01-11, 10:57

Liczyła się z tym, że może przypadkiem również oślepić światłem brata, ale cóż to nie było jakoś niebezpieczne i na ważniejsze nie raniło. Więc jeśli nawet Nick nie zamknął porę oczu nic mu by się nie stało tak samo Chrisowi. Widziała, że poskutkowało, bo przynajmniej jakieś cześć chłopak przestał atakować Nicka tylko pozostał ogoń, który dusił mężczyznę. Wszystko działo się tak szybko praktycznie działali nie myśliąć. Tak samo jak Vincent zdołał zaaplikować Chrisowi jakiś środek. Esther nie wiedziała co dokładnie było czy uspokajacie, usypiające czy coś innego. Najważniejsze było, że zadziała... Jak gekon opadł sił i wyglądało, że sytuacja została opanowana. Mary podała Nickowi prześcieradło i kazała uciskać. Chociaż powiedziała, by Esther sprawdziła co Vincentem to i tak zamierzała to zrobić. Bo po tym jak zaaplikował Chrisowi zawartość skrzykawki opadł na ziemie. Musiałą sprawdzić, czy tylko stracił przytomność, czy coś gorzej. Poza tym jej brat nie był dzieckiem sam potrafił przez ten czas ucisnąć ranę. Esther podeszła do chłopaka pierwszej kolejność sprawdziła puls. Jak wyczuła to można było powiedzieć, że odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie mieli tutaj ofiar śmiertelnych. Wystarczyło spojrzeć na sale, w której było pełno krwi.
Wiedziała, że Vincent nie lubi dotyku, bo nie raz o tym wspominała jej bratanica. Jednak teraz był nieprzytomny i nie miał za wiele do gadania. Niech się później cieszy, że ktoś się nim zainteresował. Chwyciła go pod ramię by podnieść go z podłogi i ustatkować na jednym z łóżek. Skoro był nieprzytomny to niech nie leży na podłodze, bo jeszcze ktoś go najwyraźniej zdepcze. Jak w końcu jej się to udało to akurat wróciła Mary z lekarzami. Esther dopiero teraz podeszła do brata.
- Niech zaczekają z tym i niech ktoś opatrzy jego rany. Korzystając z tego, że jest pod działaniem leków, bo później może być powtórka z rozrywki - powiedziała, kiedy Nick zarządził związanie i zabranie Chrisa do kantorka. Nie uważała, żeby to było koniecznie, bo chłopak nie panował nad sobą. Jednak skoro Nick był tutaj tym kto podejmuje decyzję to niech zrobi po swojemu. Lecz najlepiej będzie teraz opatrzeć mu rany, by później, jak odzyska przytomność tego nie robić. - Zawsze musisz być tym, który najbardziej ucierpi ze wszystkich. Poza tym jestem ciekawa jak wyjaśnić to wszystko Vanesie - zwróciła się bezpośrednio do brata.

Caroline McCoy - 2020-01-12, 23:46

Wszystko działo się tak szybko... Sceny, krzyki, krew, te wszystkie zdolności... To było za dużo dla mojego - bądź co bądź - prostego umysłu. Może i miałam do czynienia z wieloma niebezpiecznymi obiektami, może i na własnej skórze mogłam poczuć jak wiele złego potrafią zrobić, ale teraz... To przekraczało ludzkie pojęcie!
Czy dlatego chciałam skupić się na tej blondynce, która wydawała się w tym wszystkim jeszcze bardziej bezbronna niż ja?
Poczułam olbrzymią ulgę, gdy tylko doszło do mnie że niewiasta jest świadoma tego, co dzieje się wokół, i razem ze mną skryła się za kozetką. Póki oni walczyli - nie mogłam sobie pozwolić na wiele i bynajmniej chodziło tu o moje rozkołatane nerwy. Nie miałam pewności, jak długo blondyn utrzyma złość jaszczura na sobie, a jeden fałszywy ruch i mogłabym zrobić więcej szkód z ramieniem nieznajomej, niż to wszystko było warte.
- To... To może trochę zaszczypać, może... Może trochę zaboli... - Mruknęłam łamiącym się głosem, starając się zachować jak największy profesjonalizm - choć w tych warunkach to praktycznie graniczyło z cudem. Nie chciałam się z nią podnosić, nie było mowy byśmy przeszły na kozetkę - wolałam trzymać się jak najdalej od wzroku rozwścieczonej bestii. Sięgnęłam jedynie do stolika i drżącą dłonią złapałam środki odkażające i więcej gazy, jak i większą parę nożyczek - by rozciąć materiał z bluzki dziewczyny (jeśli była taka konieczność) i odsłonić w pełni jej ranę. Dopiero po przemyciu ukazywała się ona w pełnej okazałości i co by nie mówić... Byłam jeszcze bardziej przerażona. Że też tego odmieńca nie traktowano mutazyną ani nie zamknięto w laboratoriach departamentu...
Całe szczęście nim zdążyłam w pełni oczyścić i odkazić uszkodzone miejsce na jej skórze, dało się usłyszeć nagły wzrot akcji - w postaci padających ciał na ziemię. Wyglądając jednym okiem poza naszą bezpieczną przystań, szło zauważyć spływającą krew po podłodze i rannych mutantów, od których w tej chwili wolałam odwrócić wzrok.
Zajmujesz się ranną, zajmujesz się ranną, jeszcze nie plunęła w Ciebie ogniem, nie spaliła Ci skóry i nie wygryzła serca, jest dobrze, wszystko jest dobrze... - Powtarzałam we własnych myślach niczym mantrę, łapiąc ze stolika nici chirurgiczne i igły, co by pozaszywać rozcięcia w jej ciele. Nie było tu czasu na porządne znieczulenia - środki odkażające musiały wystarczyć.
- Zagryź to, proszę... - Wydukałam, wciskając w ręce dziewczyny zwinięty kawałek elastycznych bandaży - wszystko było lepsze niż odgryzienie sobie języka, a w tych warunkach... Nie mieliśmy lepszej opcji.
Nitka za igłą, dziurka po dziurce jej rany były zaszywane. Co pomniejsze szramy pozostawiałam otwarte z myślą lepszego gojenia w samotności, ale pewne było jedno - bez blizn tu się nie obejdzie. Ale patrząc po jej ciele... To chyba nie było najgorsze, co ją spotkało, czyż nie? Czy mogła paść taką samą ofiarą tych bestii, jak ja?
Westchnęłam ciężko, przecinając ostatnią nitkę, by po chwili przyjrzeć się jej bladej twarzy.
Musiałam ją zapamiętać. Za wszelką cenę...

Mistrz Gry - 2020-01-14, 01:11

Chwila wystarczyła, by najbardziej sterylne pomieszczenie w fabryce zmieniło się w istne pobojowisko. Na podłodze leżało wiele porozrzucanych przedmiotów, które w całym tym chaosie pospadały ze swoich miejsc. Były to głównie narzędzia chirurgiczne oraz leki w szklanych naczyniach, albo raczej to, co z nich zostało. Rozsmarowane przez obuwie ślady krwi przywodziły na myśl miejsce brutalnego morderstwa. Na szczęście do niczego takiego nie doszło, choć mało brakowało, by doszło do jakiejś tragedii.
Przystąpiono do pomocy poszkodowanym niemal natychmiast, gdy ogoniasty mutant przestał się poruszać. Konieczne były dodatkowe pary rąk, ponieważ przebywający w pomieszczeniu mutanci oraz lekarka nie byliby w stanie zająć się wszystkimi. Obrażenia niektórych były tak rozległe, że unieszkodliwienie jaszczura wcale nie zapewniło im bezpieczeństwa i zagrożenie zdrowia lub nawet życia wciąż pozostawało realne.
Rozsądna Mary czym prędzej udała się po pomoc do sali chorych. W tym czasie Nicholas poparł pomysł Esther i zanim jaszczur trafi do kantora, pierw zostaną opatrzone jego rany. Dwóch mężczyzn dotychczas pilnujących Caroline mimo swych wątpliwości, podniosło go z ziemi i położyło na jednej z prycz z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. W ich oczach ten mutant był jedynie zagrożeniem, lecz nie zamierzali jakkolwiek kwestionować decyzji swojego dowódcy.
Mary szybko wróciła wraz z dwoma lekarzami. Zaskoczenie to mało powiedziane, gdy nowoprzybyli weszli do środka i zauważyli rannych. Mary jednak sprowadziła za sobą kogoś jeszcze... Jak tylko lekarze zamknęli za sobą drzwi, nagle do pomieszczenia weszło trzech uzbrojonych członków Rebelii oraz jeden członek Bractwa, trzymając uniesioną broń palną na wysokości swoich ramion. Za ich plecami z kolei było widać paru przestraszonych mieszkańców DOMu. Powiadomili ich oni o krzykach dochodzących z wewnątrz, lecz zanim przybyło owe wsparcie, sytuacja została opanowana. Zrobiło się za to spore zbiorowisko. Tylko tego brakowało, by tyle osób widziało obecny stan zdrowia poszkodowanych.
- Co tu zaszło? - zapytał jeden z rebeliantów, powoli opuszczając broń. Głos miał wyjątkowo oschły, lecz spostrzegając swojego dowódcę na podłodze i pokrytego krwią, jego twarz momentalnie zbladła.
- Szefie! - zawołał przerażony do Nicholasa, chcąc do niego czym prędzej podbiec, lecz został powstrzymany (podobnie jak reszta rebeliantów) przez lekarza sprowadzonego przez Mary Pond.
- Nie podchodzić, macie pozostać na zewnątrz. Proszę wszystkich o opuszczenie sali. Zajmiemy się rannymi. - zapewnił lekarz, blokując im przejście. Członkowie organizacji próbowali zrozumieć sytuację oraz znaleźć wzrokiem winowajcę, lecz wcale nie było to takie proste i ostatecznie im się to nie udało. Zniknęli za drzwiami, posłusznie wykonując polecenie. Tak, jak ich szkolono. Wciąż jednak było słychać stłumione głosy z zewnątrz, co sugerowało, że daleko nie poszli i chcieli być blisko swego przełożonego.
Mary Pond badając stan uśpionego mutanta mogła spostrzec niepokojące ślady na ciele jaszczura. Trzymana wcześniej przez Nicholasa ręka pozostawała nieruchoma i dzięki temu uniknęła obrażeń, lecz druga kończyna oraz nogi nie wyglądały najlepiej. Lekarz obok niej pierw jedynie obejrzał mutanta. To samo zrobił z nieprzytomnym Vincentem, układając go odpowiednio na pryczy, aby krew nie spływała mu do gardła. Prycza pośrodku była przeznaczona dla Nicholasa i jeśli ktoś chciał wesprzeć lekarzy, mógł pomóc w przemieszczeniu mężczyzny na łóżko, bo kto wie, czy był on teraz w stanie chodzić o własnych siłach.
Kiedy Nicholas znalazł się na pryczy, został poproszony o ściągnięcie górnego odzienia. Będzie wymagane szycie - to nie ulegało wątpliwości. Rany pierw zostały odkażone, co mogło wywołać silne szczepienie i upewniono się, że nie pozostał w nich żaden obiekt, w tym przypadku kieł bądź pazur. Możliwe, że nie obejdzie się także bez miejscowego znieczulenia, więc lekarz obeznany z położeniem wszelkich niezbędnych przedmiotów odnalazł strzykawkę z igłą i nabrał do niej preparat.
- To zbyt poważne rany i wymagają wielu szwów, więc lepiej będzie jeśli zgodzisz na znieczulenie. - stwierdził lekarz. Nicholas miał wybór, z którego mógł skorzystać. Znieczulenie również wiązało się z bólem, ponieważ zacznie rozpychać tkankę, jednak oszczędzi bólu związanego z wielokrotnym przekłuwaniem skóry za pomocą igły.
W czasie gdy Nicholas miał zszywane rany, drugi lekarz zajmował się Christopherem leżącym obok. Ogon miał już wcześniej opatrzony, więc pozostała jedynie ręka. Znajdowało się w niej kilka odłamków, co zaniepokoiło lekarza. Należało je usunąć, ale po ruszeniu jednego z fragmentów, dłoń mutanta nagle drgnęła, a przecież... był uśpiony, prawda? Musiał naruszać jakiś nerw i prawdopodobnie to było bezpośrednią przyczyną ataku mutanta na Imari. Równie dobrze mógł zaatakować najbliższego członka rodziny. Nie miał na to wpływu, jednak jego późniejsze zachowanie musiało wynikać z czegoś innego. Tylko czy ktokolwiek się tego domyśli?
- Jego dłoń się zagoi, jednak nie będzie tak sprawna jak kiedyś. - mruknął do siebie mężczyzna, z chirurgiczną precyzją usuwając kolejne fragmenty. By ręka była w pełni zdrowa, wymagana byłaby bardzo kosztowna operacja. Najważniejsze, by Chris mógł z niej normalnie korzystać w codziennym życiu. Gdy było już po wszystkim, rany zostały zdezynfekowane oraz opatrzone. Mutant przez cały ten czas pozostawał uśpiony i nic nie wskazywało na to, by miał się prędko wybudzić. Dwóch uzbrojonych mężczyzn chciało go od razu zabrać do kantora, lecz zostali zatrzymani, zanim zdążyli położyć ręce na jaszczurze.
- Czy ten mutant posiada chip? - zapytał, rozglądając się po obecnych. W końcu nie wiedział, czy mężczyzna był członkiem którejś z organizacji, czy uciekinierem z Dzielnicy.
W każdym razie Chrisem poszło dużo szybciej niż z Nicholasem. Mężczyzna stracił dużo krwi i po skończonym zabiegu został zalecony mu odpoczynek. Musiał zregenerować siły, podobnie jak Vincent. Wszystko czego potrzebowali to zapewniony spokój oraz bezpieczeństwo. A skoro mowa o bezpieczeństwie...
Lekarz zajmujący się Nicholasem spojrzał krótko na Imari, lecz ta miała już zapewnioną opiekę w postaci Caroline, więc przeniósł swój wzrok na dziewczynę, która ich tu sprowadziła - Mary.
- Dobrze, że nas tutaj wezwałaś. To był ciężki przypadek i czas grał tutaj bardzo istotną rolę. - powiedział do niej. - Nie wiem co tutaj zaszło, ale żeby temu zapobiec trzeba będzie zapewnić lepszą ochronę dla pacjentów. Powiadomię o tym odpowiednich ludzi. Wy również musicie odpocząć. - dodał, odkładając wszystko na swoje miejsce i powoli szykując się do wyjścia. Byli potrzebni na sali chorych, tutaj ich rola się zakończyła. Obecni tutaj mogli czuwać przy pacjentach, jeśli tego chcieli.

Mary Pond - 2020-01-14, 19:32

Pokonanie jaszczura nie oznaczało, że mogli odpocząć. Trzeba zająć się ranami. Sprowadziła lekarzy, którzy mieli w tym pomóc. Starała się nie robić zbyt dużo szumu, ale nie udało się. Ta czy inna osoba zajrzała do pomieszczenia zwabiona hałasem związanym chociażby z samą szarpaniną, a jej reakcja zainteresowała innych ściągając gapiów do drzwi do sali zabiegowej. Lekarze to ukrócili wypraszając wszystkie niepotrzebne tam osoby.
-Jeden z pacjentów stracił nad sobą kontrolę. Sytuacja opanowana.- odpowiedziała rebeliantowi, a następnie zwróciła się już głównie do lekarzy-Ugryzł kobietę, która go wtedy opatrywała. Zajęła się nią lekarka, która tu była. Potem jaszczur jakiś czas szarpał się na podłodze z Nicholasem. Ugryzł go i podrapał. I jeszcze ten chłopak. Stracił przytomność. Chyba nadwyrężył swoją moc. Sam jaszczur ma głównie rany, z którymi tu przyszedł.- opisała wszystkie obrażenia, które zauważyła, a które były przy tym naglące. Była gotowa też odpowiadać na ewentualne pytania i pomóc jeśli została o to poproszona, ale tak to starała się nie wchodzić w paradę. Gdy zdecydowano zająć się Chrisem póki śpi, podeszła do lekarza, który przyjął to zadanie.
-Czy to jest groźne?- spytała wskazując widoczne już znamię na ręce zostawione przez jej glif -Użyłam swojej mocy, żeby go utrzymać przy podłodze. Podobne ma na nogach.- miała nadzieję, że werdykt nie będzie bardzo negatywny.
-Chip chyba ma. Jest z DOMu i wydaje mi się, że nikt się nim tutaj jeszcze nie zajął.- dodała w odpowiedzi na pytanie. Na pochwałę kiwnęła głową. To było dla niej oczywiste. Została w sali tak długo aż nie miała absolutnej pewności, że nie jest już potrzebna czyli w zasadzie dopiero po tym jak wyszli lekarze.

Zt

Nicholas Grenville - 2020-01-14, 20:01

Kiedy tylko zrobiło się spokojniej, każdy mógł odetchnąć i zająć się sobą lub innymi. Siedząc na podłodze, Nicholas dociskał materiał prześcieradła do swojej rany na przedramieniu, wpatrując się w leżącego gada przez moment, gdzie później wydał polecenie zabrania go. Esther jednak stwierdziła, że będzie lepiej, jeżeli opatrzą mu rany, póki jest to możliwe.
- W porządku. To chociaż przenieście do na klozetkę i przytrzymajcie.
Zgodził się z siostrą, a chłopakom zmienił zadanie do wykonania. Co jak później się okazało, sprawnie się z tym uwinęli.
Wróciła też Mary z lekarzami, ale także i z uzbrojonymi Rebeliantami. Nicholas ich widząc, westchnął. Więcej ludzi tutaj nie potrzebowali, skoro sytuacja została opanowana. Skorzystał z pomocy najbliższej osoby, by pomogła mu wstać. Utrzymać się na nogach, jeszcze był wstanie.
- Nic mi nie jest. Wyjdę z tego.
Uspokoił tych, którzy do niego chcieli podejść w panice wywołując jego status w Rebelii. Musiał ich zapewnić, że nic mu nie jest, pomimo tego co powiedział im lekarz. Chciał jeszcze dodać, że później im wyjaśni, ale wtedy odezwała się Mary. Spojrzał na nią, gdzie mimo odczuwalnego bólu, niemal całego ciała, zdał się na ledwo widoczny uśmiech. Interesująca z niej dziewczyna.
Po wyjściu osób nieproszonych, zrobiło się bardzo spokojnie. Nicholas podszedł do łóżka, które mu wskazano, gdzie z trudem ale i może też drobną pomocą, pozbył się plecaka, kurtki i swetra z górnej części ciała. A podczas oczyszczania rany na ręce, musiał zacisnąć zęby i zmrużyć oczy, bo szczypało jak diabli. Normalnie jak przypalanie na żywca. Nie pamiętał, czy kiedyś odniósł takie rany. Kula w ciele to było pikuś do tego co ma teraz.
- Jak trzeba to zgadzam się.
Odpowiedział krótko, po czym przeniósł wzrok na siostrę. Bo przecież zadała mu ważne pytanie czy też stwierdzenie, co powie swojej córce.
- Przynajmniej więcej osób nie ucierpiało. Vanessa wie gdzie teraz jesteśmy i gdzie byliśmy. Jest na tyle duża, że nie będę jej okłamywał. Nie będzie kombinował i kłamał córce, skoro i tak jak wróci do Siedziby, jego rany będą widoczne.
W momencie, kiedy lekarz zajmował się jego ranami, w miarę możliwości, Nicholas rozejrzał się po pozostałych, zatrzymując spojrzenie na nieprzytomnym Vincencie, po czym gdzieś w kącie dostrzegł dwie schowane dziewczyny. Caroline i Imari.
- Dziewczyny, możecie wyjść z ukrycia. Sytuacja opanowana. Nic poważnego Wam nie jest?
Zwrócił się do nich z pytaniem. Szczególnie ważne było wiedzieć, co z Imari. Jak bardzo poważna jest jej rana.
Również padło między innymi pytanie o chip u Jaszczura. Z odpowiedzi Mary, wynikało że posiadał. Czyli Caroline nie zdążyła mu go wyjąć. Lepiej będzie, jeżeli zajmie się tym zaraz, po opatrzeniu ran reprezentantki Bractwa.

Imari Blanc - 2020-01-16, 23:51

Gdyby to tylko było takie łatwe...
Naokoło nich działy się inne rzeczy i może i Imari by się nimi zainteresowała, gdyby nie to, co chciała zrobić Caroline. Igły były bowiem off the table. Kompletnie. W 100%. Poprzednim razem, gdy trzeba było dać jej zastrzyki czy kroplówki trzymał ją William, Michael i pewnie Liam. Niepozorna, chuda Marceline była w stanie walczyć jak lwica, przerażona prawie tak, jak wtedy w piwnicy, gdy pompowano w nią mutazynę. Dla niej zresztą te dwie sytuacje niewiele się różniły, przynajmniej w jej głowie. Tak samo było teraz - coś przeskoczyło, panika rozlała się po jej ciele, adrenalina pompowała się jeszcze szybciej, a serce chciało wyskoczyć z piersi. Imari szarpnęła się w tył, nie dając się nawet zbliżyć igle do swojego ciała, jej źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej.. Jeśli Caroline patrzyła na jej twarzy, to przez sekundę, może ciut więcej całe jej oczy zmieniły kolor.. na biel, upstrzoną.. czymś na wzór popularnych jakiś czas temu obrazów galaktyk? Ciężko było to określić, pewnie Caroline była tak samo przerażona jak Imari i się na tym aż tak nie skupiała. Chwilę później jednak całość wróciła do normalności.
Blondynka za to pokręciła w panice głową, podnosząc się niezgrabnie na nogi, miękkie teraz jak z waty, gdy wszystko, nagle, lawinowo do niej wracało. A już prawie, prawie pozbyła się conocnych koszmarów..
Oddychała płytko, szybko, wycofując się od tej nieszczesnej igły, bo TYM RAZEM nie była przywiązana do krzesła.

Esther Goth - 2020-01-17, 18:06

Przynajmniej nie musiała się z nim kłócić o to, by poczekał z aresztem nad Chrisem aż do czasu, kiedy zostanie opatrzony. Co nie wątpliwie jej ulżyło, bo to było ostatnie czego chciała. Poza tym to było najlepsze wyjście, bo jeśli tego nie zrobią teraz później to może bardziej utrudnione. Zwłaszcza że do końca nie wiedzą co właściciwie spowodowało to wszystko.
Mary sprowadziła lekarzy, a Esther tylko pokiwała głową na słowa Nicka. Cóż Van na pewno wiedziała gdzie się rano wybierał. Jednak też jest pewna, że kazała obiecać tacie, że wróci w jednym kawałku. A nie z ranami po walce z dzikim zwierzęciem. Chociaż ciekawa była jak to wyjaśni właśnie Van. Ona jedynie zamierzała dopilnować by został opatrzony tak samo jak Chris czy Vincent. Dość dzisiaj zrobili musieli oboje zająć się trochę sobą. Co się odwlecze nie ucieknie, poczeka aż dojdą do siebie.
Esther spojrzała na mężczyzn, którzy wpadli zaraz za lekarzami. No oczywiście wsparcie zawsze przybywa po wszystkim. Poza tym to było logicznie, że ktoś musiał usłyszeć co działo się tutaj. Po kilku zadaniach lekarza, Mary i Nicholasa mężczyźni wyszli, a za nimi zamknęły się drzwi odgradzając ich od ciekawski spojrzeń ludzi z korytarza. Kiedy w końcu było na tyle spokojnie, że nikt nie robił już szumu, a lekarze zajęli się poszkodowanym. Pomogła bratu pozbyć się zbędnej odzieży. Była pobliżu jakby lekarz potrzebował jakieś pomocy. Poza tym rozejrzała się po sali, później gdy wszyscy otrzymają pomoc. Przyda się doprowadzić to miejsce do porządku. By mogło dalej służyć do pozbywania się tych chipów, a nie wyglądało jak jakieś pole bitwy.
- Wiem, że wie. Kazała mi złożyć obietnice i pewnie tobie też, że postaramy się wrócić w jednym kawałku. Poza tym jestem ciekawa jak jej wyjaśnisz swoje rany. A i jeszcze jedno nie myśl o wstawaniu do puki nie odpoczniesz - powiedziała do brata, bo taka była prawda. Zamierzała go przypilnować, żeby przynajmniej dwie godziny odpoczął i pozwolił sobie na chwilę wytchnienia.

Caroline McCoy - 2020-01-19, 21:14

Chcąc nie chcąc - słyszałam niemal wszystkie słowa, które padały w tym pomieszczeniu po walce. Chyba nie do końca potrafiłam je przyswoić, odbijały się wyłącznie echem gdzieś z tyłu mojej głowy, gdy swoje myśli próbowałam skupić na jak najlepszym oczyszczeniu ran tej blondynki. Ale mogłabym przysiąc... Że mój wzrok uciekał gdzieś w bok, za każdym razem gdy do moich uszu dochodziło jakieś imię.
Nie wiem... Naprawdę nie wiem, dlaczego się tak na nich skupiałam. To przecież nie miało zmienić mojej sytuacji. Ale... Ale może chodziło o sam fakt, że od tak wielu miesięcy towarzyszyło mi wyłącznie imię Vincenta? Nie znałam ich pod inną nazwą, niż "oprawcy", "porywacze", "terroryści", "mutanci"... Może właśnie brakowało mi tego czynnika osobowego?
Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bowiem ta chudzinka dosłownie ode mnie odskoczyła, gdy tylko miałam jej oddać te bandaże. Nie potrzebowałam wiele, by zrozumieć, skąd może pochodzić taka reakcja.
Bała się. A ja się wystraszyłam równie mocno, widząc dziwne barwy zachodzące na jej oczy.
Wypuściłam bandaż z mej dłoni, samej cofając się pod samą kozetkę. Już po chwili odłożyłam też igłę, gdzieś obok, na stolik z przyrządami, samej podnosząc swoje ręce - tak, by widziała, że z mojej strony nic jej nie grozi. W końcu nie znałam jej możliwości, nie wiedziałam, do czego jest zdolna. Co jeśli właśnie teraz zabijała wszystkie żywe komórki w moim organizmie?
- Nic nie robię, spokojnie. - Wydusiłam z siebie łamiącym się tonem, czując, jak warga mi drży a oczy zachodzą mi łzami. Coraz mniej wierzyłam w to, że przeżyję dzisiejszy dzień. - Nie wiem, co przeszłaś, ale na pewno znajdziemy sposób, żeby opatrzyć Twoje rany bez... Bez... Bez tych rzeczy. - Dodałam po chwili, szczerze żałując że jednak to jej próbowałam pomóc.
Może jednak trzeba było wziąć się za Edamsa?

Mistrz Gry - 2020-01-23, 12:40

Zeznania Mary bez wątpienia były pomocne przy ocenianiu stanu poszkodowanych, choć całe wyjaśnienia wydawałby się aż nieprawdopodobne, gdyby nie dowody w postaci śladów ugryzień i zadrapań. Lekarz wielokrotnie opatrywał mutantów pogryzionych przez specjalnie wyszkolone psy, lecz ten rodzaj obrażeń był czymś nowym. Trzeba było także upewnić się, że nikt z zaatakowanych nie został czymś zarażony - w Dzielnicy Ochrony Mutantów choroby zakaźne były na porządku dziennym. Tamtejsze warunki higieniczne pozostawiały wiele do życzenia i mało kto przejmował się stanem mieszkańców.
- Wszystko będzie w porządku. Obrażenia te nie wywołają stałego uszczerbku na zdrowiu. - stwierdził mężczyzna, przyglądając się wspomnianym śladom na kończynach ogoniastego. Zaskakujące, że sam sprawca zamieszania odniósł tak niewielkie obrażenia.
Najbardziej ucierpiał Nicholas - to nie ulegało wątpliwości. Ilość szwów sugerowała, że dzisiejszy atak pozostawi po sobie pamiątkowe blizny. Na ręce Nick miał założony temblak i minie sporo czasu, zanim będzie mógł z niej sprawnie korzystać. Rany na jego skórze jeszcze dadzą o sobie znać, kiedy środki przeciwbólowe oraz znieczulenie przestaną działać. W jego żyłach dopiero opadał poziom adrenaliny i gdyby nie ona, odczuwalny ból byłby dużo większy. Jaszczur nie tylko naruszył warstwę skóry - jego kły i pazury z łatwością naruszyły głębsze tkanki. Gdyby nie byli na sali zabiegowej i Nicholas nie otrzymałby pomocy od razu, kto wie czy nie czekałaby go powolna śmierć z powodu utraty sporej ilości krwi.
Kiedy już się wydawało, że sytuacja została w pełni opanowana i pozostało jedynie opatrywanie ran, wyciągnięcie chipa Chrisowi i należny wszystkim odpoczynek, doszło do zaskakującej sytuacji. Jedna z poszkodowanych dostała ataku paniki i choć wyglądać to mogło na lęk przed igłami, chodziło w tym o coś znacznie więcej. Niestety nikt nie wiedział, przez co Imari kiedyś przeszła. Nikt nie mógł odpowiednio zareagować. Vincent, który ze wszystkich obecnych znał mutantkę najlepiej, leżał nieprzytomny na pryczy.
- Proszę się uspokoić! - zawołał lekarz zajmujący się dotąd Nicholasem. Medyk szybko dostrzegł, że jego pacjent nie zamierzał bezczynnie patrzeć na całe zajście, więc położył dłoń na jego piersi, dając jasny sygnał, że ma pozostać na swoim miejscu. Na sali ponownie zrobiło się nerwowo.
Kto wie, czy to polecenie Nicholasa czy zaufanego personelu medycznego sprawiło, że dwaj mutanci pilnujący Caroline chwycili panikującą mutantkę, chcąc ją unieruchomić. Było to dwóch dorosłych, wyszkolonych przez Rebelię mężczyzn i drobna Imari zdawała się nie mieć z nimi najmniejszych szans. Sprawa była pilna i nie mieli czasu na pokojowe negocjacje. Wszystkim obecnym zależało na zdrowiu mutantki, a dopóki rana na jej ręce pozostawała otwarta, jej zdrowie było zagrożone.
Dwóch mężczyzn siłą posadziło ją na jednym z krzeseł i przytrzymywało, podczas gdy lekarze chwycili kolejno wcześniej ściągnięte koszule Nicholasa oraz Christophera (na potrzeby przejrzenia ich ran), tworząc z nich prowizoryczne więzy na nadgarstkach mutantki. Imari w jednej chwili została przywiązana do krzesła. Dokładnie tak jak wtedy. Wyglądało to brutalnie, lecz była to konieczność. Na nic jej szamotania i ewentualne krzyki. Ona była tylko jedna, a ich znacznie więcej.
- Niech Pani poda jej środek uspokajający! - zawołał do Caroline jeden z lekarzy. Nic nie zdziałają, dopóki mutantka będzie stawiać opór. Środek powinien ją otumanić, ale nie uśpić. Usypianie pacjenta zawsze wiązało się z ryzykiem, a to ryzyko w tym przypadku byłoby niepotrzebne.
Jeżeli środek uspokajający zostanie poprawnie zaaplikowany, proces szycia powinien odbyć się już bez komplikacji. Dwóch rebeliantów wciąż stało blisko i obserwowało, co jakiś czas spoglądając w stronę Christophera, który jednak nie dawał żadnych oznak tego, że miałby się wkrótce wybudzić. Podobnie Vincent... Minie jeszcze kilka godzin, zanim któryś z nich otworzy oczy.

Imari Blanc - 2020-01-23, 19:39

Spełniały się najgorsze koszmary Imari. A nawet nie koszmary.. tylko powtórka z rozgrywki, która nawiedzała ją po nocach i nie pozwalała spać. Miała jednak nadzieję, że najgorsze ma już za sobą i teraz będzie tylko.. lepiej? Może nie lepiej, to duże słowo, ale chociaż.. cokolwiek, co sprawiało by, że nie czuła się tak gównianie jak od czasu porwania. Nawet nie porwania. Tego jak idiotycznie dała się porwać, naiwnie jak stereotypowa blondynka.
Wydawało się jednak, że cała sytuacja jakoś się rozejdzie, może znajdzie się ktoś, kto ją uspokoi, zajmą się raną w jakiś inny sposób i tyle. Los miał dla niej jednak inne plany i postanowił znów wbić ją w czas nieprzespanych nocy i budzenia się co chwila z przerażeniem. Niestety teraz nie miała Williama, który załatwiał jej środki uspokajające czy nasenne.
Gdy tylko ją złapano szarpnęła się, jeszcze bardziej wystraszona, jeśli to w ogóle możliwe. Czuła, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi, nie mogła złapać oddechu. I na tym się nie skończylo, mężczyźni zawlekli ją na krzesło, do którego została przywiązana. Wszystkie mięśnie blondynki były spięte do granic możliwości, jutro pewnie będzie miała kosmiczne zakwasy. Chwilowo jednak nie myślała o żadnym jutro.
- NIEEEEEEEEEEE!!! - to nie był krzyk. To był wrzask. Jesli był jakiś dźwięk zdolny budzić z martwych - to właśnie ten. Wydawała się nie zdawać sobie sprawy, że szarpaniem się nic nie zdziała, oddychała jakby miała zaraz zemdleć z niedotlenienia - i tak się też czuła. Przy okazji paniki pojawiły się tez flashbacki, obrazy nakładały się na siebie, tamten czas w piwnicy i ten teraz, w opuszczonej fabryce wydawały się mieszać w jedno.
- NON!!! - odruchowo, nie myśląc o tym, przeszła na francuski, który jednak przychodził jej jakoś łatwiej niz angielski, choć w sumie nigdy nie wiedziała dlaczego.

Nicholas Grenville - 2020-01-23, 20:12

Jak on nie lubił składać obietnic. Lecz swojemu dziecku musiał. Widać, że i Esther miała to samo. Zaplanowana akcja zakończyła się z powodzeniem i oboje z tego wyszli cało. To co miało miejsce tutaj w sali zabiegowej, nie było przewidziane. Stąd Nicholas zebrał tyle ran. Ale przynajmniej nikt więcej nie ucierpiał.
Po opatrzeniu, chciał wiedzieć że u pozostałych jest wszystko w porządku i więcej rannych nie ma. Mary swoje zrobiła i wyszła. Miało być spokojnie, a tutaj znów się coś odwalało. Miał odpoczywać, ale niestety będą z tego nici. Uwagę przykuło zachowanie dziewczyn, a szczególnie Imari odsuwającej się od Caroline. Nicholas aż wstał by sprawdzić co się dzieje, pomimo nałożonych szwów i ran. Skrzywił się i czując w tym momencie dłoń lekarza na klatce piersiowej, zmuszony był usiąść i pozwolić mu działać. W porządku. Westchnął, usiadł z powrotem na miejsce, ale obserwował zdarzenie. I nie da się ukryć, że jak zobaczył sposób trzymania kobiety i usadowienia jej siłą na krześle i zabraniu jego ubrania i jaszczura do związania, wkurzył się.
- Co Wy do jasnej cholery odwalacie?!
Wydarł się na nich,, wstał i podszedł, waląc na to że naruszy pozszywane rany na swoim prawym boku. Nawet nie dał się zatrzymać siostrze, jeżeli zamierzała podejmować takie działania.
- Rozwiążcie ją natychmiast!
Rzucił dość ostro i chłodno to nich rozkaz. Nie dość, że mieli sojusz z Bractwem, to teraz odwalają mu taki numer, że będzie musiał się tłumaczyć przed ich liderem za takie potraktowanie ich reprezentanta. Na pewno są inne sposoby na opatrzenie jej rany, by nie musiała na żywca tego odczuwać, jeżeli źle znosiła kontakt z igłą, czy nie wiadomo co. Strzelał, bo nie miał pojęcia co się działo i co chciała zrobić Caroline. Na nią też spojrzał poważnie, zauważając iż jest roztrzęsiona i zapłakana. Kurwa, z kim on tutaj pracuje.
- Zajmijcie się gadem.
Zwrócił się do lekarza i swoich podwładnych, co mieli tylko Caroline pilnować a później Jaszczura. Lekarz swoje zrobił i później schrzanił sprawę, decydując się na drastyczne rozwiązanie w przypadku Imari. Niech lepiej skupi się na tamtym ich pacjencie. Nie da się też ukryć, że krzyk Imari zwróci uwagę mutantów zza drzwiami. Znów się horda zleci, że kogoś zabijają. Sytuacja dziewczyny była inna niż gadziego mutanta, gdyż z niej wylewał się strach, a od niego była agresja. Kij nawet z tym, że Nicholas sam czuł się przez to wszystko fatalnie. Pewnie przez rany, wcześniejszą utratę krwi mógł dostać jakiejś gorączki czy coś. I jeszcze te nerwy. Ale musiał ratować jakoś sytuację, bo jeżeli nie zamierzali się go posłuchać, sam rozwiąże dziewczynę. Nawet jeżeli miałby to zrobić jedną ręką. Nie zapomniał też o obecności siostry, na którą spojrzał i skierował do niej prośbę.
- Zajmij się dziewczynami.
Chodziło mu właśnie o Imari i Caroline. W tej chwili potrzebowały kogoś ogarniętego i to kobietę. Psychiatry im teraz nie załatwi.
Po tych słowach, przeniósł spojrzenie także na nieprzytomnego Vincenta. Jeżeli krzyk dziewczyny go nie obudzi, to widocznie moc porządnie go wykończyła. Niech odpoczywa. Ostatecznie uwagę skupił na nieodpowiedzialnych mutantach, którzy mieli wykonac jego rozkaz jak i Imari, czy uda się ją jej pomóc łagodniej a nie tak drastycznie.

Phil Neumann - 2020-01-23, 21:27

| z sali chorych

Zakląłem cholernie brzydko. Ewidentnie Lucas miał konkurencję, gdyż jeszcze żaden krzyk nie spowodował we mnie tak gwałtownych reakcji, nie mówiąc już o pozostawieniu biednego podopiecznego samemu sobie, kiedy powinienem go eskortować osobiście do sali zabiegowej. Byłem niemal pewien, że będzie się migał od wyjmowania czipu. Nie przepadał za lekarzami, nakłuwaniem i takimi tam…
Ale w sali zabiegowej znalazłem się szybciej niż zamierzałem, znacznie bardziej gwałtowniej niż mogłem przewidywać. Drzwi walnęły z impetem o ścianę, kiedy tylko otworzyły się przede mną, ukazując mi w końcu cały obraz sytuacji. CAŁY OBRAZ. CAŁY TEN CHORY OBRAZ, w którego epicentrum była Imarka przywiązana do krzesła, wydzierająca się na cały głos, a nad nią brutale!
- Dans la vie il faut savoir compter, mais pas sur les autres... CRÉTINS! – stwierdziłem, robiąc kolejne kroki w głąb sali, po czym warknąłem raczej niezbyt przyjaźnie do znajdujących się tu ludzi.
- Imarka! L'amour… de ma vie… – szepnąłem do niej czule, bo oczywiście czym prędzej podbiegłem do krzesła i odwiązałem ją, zamiast stać jak ten kretyn i patrzeć. Nie wiem, czemu właśnie to mężczyźni z rebelii to robili i to wraz z lekarzem, zamiast w ogóle… Może to ich sprawka? Och, nie ręczyłem za siebie. Och, nie ręczyłem. Wszystko się we mnie trzęsło od wściekłości, mimo to zachowywałem względny spokój w stosunku do mojej małej.
- Imarka, mon chat – odparłem miękko, rozwiązując w końcu te szmaty. Co za pomysł w ogóle? Zrobili z niej spętaną psychopatkę, kiedy Imarka była najbardziej bezbronnym stworzeniem stąpającym po tym świecie… Powstrzymałem się ostatkiem sił, by nie rzucić się z pięściami na pierwszego lepszego gamonia, czyli najpewniej lekarza.
- Winni sytuacji mają stąd wyjść – rzuciłem oschle nad głową Imarki do najbliżej zgromadzonych. Lekarza, mężczyzn, Nicka… Nie wiem, kto brał w tym udział. Mieli po prostu wyjść. Najlepiej do końca życia mi się na oczy nie pokazywać!
- Imarka, kochanie – szepnąłem do dziewczyny. Delikatnie musnąłem jej dłoń, nie przegub, swoją dłonią, po czym uścisnąłem ją lekko. Bardziej pokrzepiająco, by ukazać swoją obecność, aniżeli przerazić. – To ja, Phil. Poznajesz mnie? Patrz, już masz wolne łapki. Nie ma sznurów. Nie ma ich. Jestem tu. Już nikt cię nie tknie. Chcesz wstać, ma petite femme? – zapytałem. Mówiłem powoli, niespiesznie. Nie chciałem przecież jej przerazić nawałem informacji, tylko do niej dotrzeć. Była kompletnie w innym świecie. Przez nich. Awrrr. Ręcę, nogi… WSZYSTKO IM POWYRYWAM.

Esther Goth - 2020-01-24, 12:40

Faktycznie dzieci mają do siebie, że często lubiły wymusić jakieś obietnice na dorosłych. A kiedy ci ich nie spełnią rzucić z pretensje stylu ,,Przecież obiecywałeś". Dlatego jeśli coś się im obiecuje to lepiej to dochować, bo innym wypadku można się spodziewać tłumaczenia. Dlaczego nie dało się rady dotrzymać słowa...
Jednak nie o tym teraz, bo to później wyjaśni sobie Nick ze swoją córką. W końcu nie da rady ukryć przed nią tych szwów, a następnie blizny. Wracając do sytuacji z sali zabiegowej Esther obserwowała tylko otoczenie. Tak jak lekarza, który zszywał rany. Chociaż sama nie przepadała za igłami i jeszcze przed oczami miała sceny, jakie widziała w czasie ataku na komisariat. Wtedy też rozległ się krzyk Imari. Co z powodowało tym, że przeniosła spojrzenie na dziewczynę i lekarkę. Widząc to co tamci wyprawiają sama miała ochotę im przemówić do rozumu. Jednak zrobił to Nick. Niech mu tym razem będzie nic nie powie na to, że miał siedzieć i czekać aż lekarz skończy.
- Nie musisz mi mówić... Wracaj i daj skończyć opatrywanie ran - powiedziała do brata. Kiedy do sali wpadł kolejny mężczyzna wydzierając się w jakimś języku. Odwiązał dziewczynę i zaczął do niej przemawiać.
- Każdy ma tutaj swoje obowiązki więc nikt nie wychodzi - powiedziała, kiedy mężczyzna kazał wyjść tym, którzy doprowadzili dziewczynę do takiego stanu. - Zamiast rzucać piorunami... Spróbuj uspokoić Imarii, a później zajmiesz się wymierzaniem sprawiedliwość - powiedziała do niego, bo cóż lekarze musieli zająć się rannymi, a ochroniarze, którzy przywiązali ją mieli też swojej obowiązki. Poza tym nie obchodziło ją kim był mężczyzna. Mógł być nawet kimś ważnym, ważniejszym od niej. Jednak widać było, że tej chwili jest skupiony na Imarii i na tym co się jej stało.
- Podaj mi ten zastrzyk zniczulający - powiedziała do lekarki, która zajmowała się z Imarii. Cóż skoro nie umieli to zrobić cywilizowany sposób. Sama to zrobi... Widziała jak to robił lekarz Nickowi oraz nie raz sama wcześniej miała możliwość pobierania krwi czy dawać zastrzyki. Chociaż obawiała się igieł to potrafiła zapanować nad strachem i zrobić co trzeba.
Jak Caroline podała jej to podeszła do Imarii, a jak nie sama odszukała odpowiednią fiolkę z lekiem i pobrała go. Dopiero ze strzykawka podeszła do dziewczyny. Tak by ta tego nie widziała...
- Imarii teraz podam ci znieczulenie poczujesz ma ukucie, a następnie jakby coś ci rozpychało się pod skórą. Wiem, że boisz się, ja równie. Dlatego skup się na swoim przyjacielu na jego słowach i na nim. Nie patrz, a muszę ci podać, bo ranna wymaga szycia - powiedziała do dziewczyny spokojnie tak, by trochę ją przygotować oraz żeby wiedziała co zamierzała zrobić. Nikt tutaj nie chciał zrobić krzywdy. Przynajmniej ona nie chciała i jeszcze parę osób na sali.
- Niech się skupi na tobie. Przemawiaj do niej nawet o głupotach - powiedziała do mężczyzny, który wpadł do sali widocznie dobrze znał się dziewczyną. Później zamierzała poczekać na dobry moment i też uspokoić swoje serce i emocje.

Caroline McCoy - 2020-01-25, 17:44

Wiele można było powiedzieć zarówno o mojej pracy w Alter Genetics, jak i pracy w Departamencie. Czego jednak byłam pewna - ta praca nigdy nie była tak chaotyczna jak to, co zaserwowano mi dzisiaj w tym miejscu. Jasne, zawsze byłam narażona na ryzyko i byłam tego świadoma - w końcu z mutantami wcale nie ma łatwego życia, co najlepiej przedstawił jaszczurowaty ledwie kilka minut temu.
Moja dłonie drżały, oddech stał się nieregularny. Panika ogarniała mnie coraz bardziej a nerwy wcale nie odpuszczały, gdy napięcie na nowo wzrastało. Miałam ochotę ryczeć razem z tą blondynką, gdy te goryle siłą przywiązywały ją do krzesła - w końcu świetnie rozumiałam jej położenie. I to niby miało być humanitarne? To ta cała zgraja uważała za sprawiedliwość? I to naprawdę ja byłam tą złą?
Gdybym miała więcej odwagi, gdybym miała więcej siły, pewnie bym to wszystko wyśmiała, ale... Nie miałam w sobie nic poza strachem o własne życie.
Na krzyk lekarza niemal natychmiast wstałam, kuśtykając do stolika przy którym miałam przygotowane wszelkie specyfiki potrzebne do wycinania chipów - w tym również środki znieczulające i uspokajające. Drżącymi dłońmi założyłam igłę na strzykawkę i pobrałam odrobinę środka z małej fiolki zabezpieczonej korkiem. Czułam, jak szloch pcha mi się do gardła a warga zaczyna drżeć z nerwów, ale... Powstrzymywałam się jeszcze przed płaczem. Powstrzymywałam się, dopóki do sali nie wpadł kolejny szaleniec drąc się w niebogłosy!
To było dla mnie zbyt wiele. Nogi się pode mną ugięły a z niepewnych dłoni wypadła mi fiolka, tłukąc się pod moimi stopami na małe kawałeczki, tym samym marnując resztę środków uspokajających. Ostała się tylko ta niewielka próbka pobrana w ten zastrzyk, który teraz leżał na stoliku przede mną.
Kurwa.
Zdawałam sobie sprawę, jak ciężko musiało być zdobyć te środki. Miałam wrażenie, że gniewne spojrzenia skupiają się na mojej osobie a cały świat staje przeciw mnie. Słysząc prośbę z ust rudowłosej mogłabym przysiąc, że i w jej głosie słyszałam nutkę zniecierpliwienia i złości.
Zabiją mnie tu. Zatłuką na kwaśne jabłko i wyniosą w czarnym worku.
Pośpiesznie wcisnęłam strzykawkę w jej dłonie, całkowicie wszystko tracąc. Czyżbym zbladła momentalnie wtapiając się w tę białą ścianę gdzieś za mną?
Nie wiedzieć czemu poczułam się strasznie malutka. Miałam wrażenie, że każdy z tu zebranych tylko szykuje na mnie swoje kły, pięści czy inne wynaturzenia. Moje oczy się zaszkliły i całkowicie straciłam panowanie nad swoim oddechem. Podparłam się o stolik, zaczynając się hiperwentylować.
Może jak dobrze pójdzie, świadomość mnie opuści przed najgorszym?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group