To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

C. McCoy - #1

Scott D'Amico - 2019-09-19, 00:08

Dlaczego nie potrafił się z nią obchodzić?
Hmm. Może dlatego, że nigdy w życiu nie poznał nikogo podobnego do niej? Może dlatego, że wcześniej właściwie... Właściwie nie obchodził go los innych? W tym wypadu było inaczej - kurwa, naprawdę zależało mu na tej dziewczynie i chciał dla niej jak najlepiej.
Zaniemówił widząc jej łzy i ten... I ten cały atak paniki.
Nie miał pojęcia jak ją uspokoić, gdy odtrąciła jego dłoń.
Kieliszek upadł na ziemię brudząc dywan na czerwono, ale w tej chwili to nie miało najmniejszego znaczenia.
Najważniejsza była ona.
- Hej, poczekaj... Spokojnie. - cały czas trzymał bezpieczny dystans, nie chciał powtórki - nie chciał, by poczuła się przez niego osaczona, by go znowu odtrąciła.
Cholera, najchętniej przechyliłby teraz kilka kieliszków wódki.
Co powinien powiedzieć? Co powinien zrobić, by przestała płakać, by strach zniknął z jej oczu?
- Caroline, uspokój się, proszę, ja... Spójrz, jesteś bezpieczna, jesteśmy tu sami, ja... Ja też nie zrobię Ci krzywdy. To wszystko... To wszystko już się skończyło... - zaczął nieporadnie nie wiedząc, czy idzie w dobrym kierunku.
Chciał tylko, by zrozumiała, że może mu zaufać i... Kurwa, sam już nie był do końca pewien czego w tym momencie chciał.
Chyba nikt inny na tym świecie nie potrafił zrobić mu takiego mętliku w głowie.

Caroline McCoy - 2019-09-19, 00:48

To co przeżywałam... Było straszne. Przez te chwile, które dla mnie zdawały się wiecznością przechodziłam przez wszystkie skrajne emocje - od strachu, przez złość, aż po żal. Nie wiedziałam, skąd wydobywa się ten irracjonalny lęk, mimo, że te głosy z tyłu mojej głowy niemal wyraźnie to podkreślały, a zapachy i odczucia na skórze stawały się nazbyt wyraźne. Rzeczywistość stawała się rozmywać z kolejnymi łzami, które upośledzały mój wzrok, za swoją mglistą, wodną warstwą.
Czy potrzebowałam chwili? Czy może raczej jakiegoś bodźca, który wydostanie mnie z tej tragicznej wizji, która nie odpuszczała za żadne skarby?
Moje ciało wciąż drżało, a kolejne szlochy zdawały się być coraz krótsze. Czyżby to z braku powietrza? Czy może jego słowa działały?
Mimo, że w uszach wciąż słyszałam ten głos, który wzbudził we mnie tak silne obrzydzenie, gdzieś w tle przewijał się nieco spanikowany, ale znacznie lepiej kojarzący się ton. Jesteś bezpieczna, jesteśmy sami. Czy... Czy ja tego już kiedyś nie słyszałam?
Podniosłam swoje ślepia, wciąż nie mogąc się powstrzymać przed płaczem. Dziwny, ciemny cień, który rysował się przed moimi powiekami, rozmył się w świetle, po chwili pokazując mi oblicze bruneta. Mogłabym przysiąc, że przez ułamek sekundy wyglądał... Zupełnie inaczej, a jednocześnie - dziwnie znajomo. Grymas z mojej twarzy jednak wcale nie zniknął, a nabranie pełnego oddechu wydawało się wręcz niemożliwe. Co najgorsze - było mi wstyd, że brunet musi mnie teraz widzieć taką zapłakaną i zasmarkaną. Z całą pewnością - nie był to najprzyjemniejszy widok.
- Nie możesz, Scott, nie możesz... - Wyrzuciłam z siebie w końcu, dość słabo, między kolejnymi łypnięciami powietrza - dając jednocześnie znać, że znów jestem po tej "żywej" stronie.

Scott D'Amico - 2019-09-19, 00:56

Dla Scotta ta chwila również nie należała do najprzyjemniejszych. Serio, poczuł się jak małe dziecko, które nie ma pojęcia co robić. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś... Z czymś takim, z atakiem paniki. Hmm, wygląda na to, że kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Serce mu się krajało, gdy widział ją w takim stanie. Cholernie chciał zrobić coś, by przestała, by jej się poprawiło, ale... Mógł tylko gadać, co jak widać na załączonym obrazku - wcale nie szło najlepiej.
Minęło parę chwil i Caroline jednak zaczęła się uspokajać. Huh, może jednak nie był taki najgorszy w te klocki?
Odetchnął z ulgą, gdy wreszcie się odezwała i brzmiała o wiele lepiej niż wcześniej. Może nie do końca doszła jeszcze do siebie, ale... No, ale atak paniki chyba powoli mijał.
Mężczyzna złapał się za głowę i przymknął na moment oczy.
Chyba oboje mieli cholernie ciężki dzień.

Scott potrafił sobie radzić z najróżniejszymi rzeczami - serio, widział przez te wszystkie lata naprawdę wiele, ale ona po raz kolejny udowodniła mu jak mało wie. Cholera, przeżywał z nią same pierwsze razy - jakkolwiek to brzmi.
- Nic... Nic nie zrobię, ja... przepraszam. - miał świadomość tego, że ten cały atak paniki, to wszystko... To wszystko wydarzyło się dlatego, że nie potrafił trzymać języka za zębami. Najpierw te durne komplementy, potem groźby wymierzone w jej oprawców i... I po co? Nic nie zdziałał poza tym, że doprowadził ją do takiego stanu.
Po raz pierwszy ujrzał w jej oczach prawdziwy strach - bała się jego. Nie chciał tego doświadczyć nigdy więcej, bo... Bo przecież miała być przy nim bezpieczna, miała się przy nim czuć dobrze... Tego właśnie pragnął. Być dla niej oparciem, a nie kimś przy kim musi uważać na każdy swój ruch.
Nie pierwszy raz widział strach w oczach, tyle, że... Wcześniej to były jego ofiary, a nie osoby, na których mu zależało.
- Ja... To trzeba posprzątać... - wymamrotał cicho i schylił się, by pozbierać szkło. Zrobił to tylko dlatego, ponieważ miał wrażenie, że nawet przez sekundę nie będzie w stanie wytrzymać jej spojrzenia.
Zabawne, niby wielki "Duch", a teraz - przy niej - czuł się taki malutki...

Caroline McCoy - 2019-09-19, 01:20

Wciąż cała drżałam, wciąż próbowałam zamknąć się we własnych objęciach, jakby to miało jakkolwiek uchronić mnie przed złem tego świata. Wciąż też żałośnie pociągałam nosem, starając się na nowo przypomnieć sobie, jak prawidłowo się oddycha, Nie potrafiłam też zbyt długo utrzymać na nim wzroku, gdyż miałam wrażenie, że łzy coraz mocniej pchają się pod moje powieki. Garbiłam się więc - nie ruszając się z krzesła, gdy moje mięśnie były tak boleśnie spięte, a spojrzenie utknęło na podłodze - na tej szkarłatnej plamie, która powoli zajmowała coraz większą część dywanu...
- Wszyscy będziemy ślepi. - Wyszeptałam tylko, zapewne w ogóle nie zachowując kontekstu, gdy moja warga kolejny raz wygięła się w nieprzyjemnych grymasie. Łypnęłam powietrzem, nabranym głęboko w płuca, nim byłam w stanie znów zawiesić wzrok na mężczyźnie. Źle się czułam z faktem, że w ogóle do tego wszystkiego doszło, że pokazałam mu się od tej strony. Ale... Nie mogłam z tym wygrać. - Nie możemy... Nie możemy do tego dopuścić. - kontynuowałam swój wywód, mając oczywiście na myśli kodeks Hammurabiego - oko za oko, ząb za ząb. Czy na własnej skórze nie odczułam takiego działania? Czy serio chcieliśmy, by to rozprzestrzeniało się jeszcze dalej, by jeszcze więcej osób tak boleśnie cierpiało?
Zabawne, że byłam w stanie jednocześnie martwić się o takie głupoty, gdy ledwie przed kilkoma minutami rozważałam wydanie bruneta w ręce Rządu, czyż nie?
- Obiecaj. Obiecaj mi, że tego nie zrobisz. - Wyrzuciłam z siebie w końcu, niemal błagalnym, piszczącym tonem, powstrzymując się przed kolejnym szlochem. Dobrze pamiętałam, jak sama cierpiałam w tamtej chwili. Nienawidziłam tamtego blondyna z całego serca. Ale jednocześnie... Nie byłam w stanie powielać jego schematów. Nie chciałam stać się jak on. Jedyne czego mu życzyłam - to by sam wpadł w sidła Departamentu. Nie leżałoby to wtedy w moim sumieniu, a jego spotkałaby należyta kara, za tak bezwzględne zachowania.
Czy jednak obietnica ducha będzie miała tu tę samą siłę, którą miała tak niewielki czas temu?

Scott D'Amico - 2019-09-19, 01:28

Scott powoli zaczął zbierać szkło z dywanu, właściwie to co robił było bez sensu - zbierał wszystko w jedną kupkę, jakby miało mu to cokolwiek ułatwić. Musiał... Musiał po prostu zająć czymś ręcę - choćby na parę chwil. Gdy ukończył swoją misterną konstrukcje złożoną z pozostałości po kieliszku podniósł się i zerknął na nią.
Nie miał pojęcia o czym mówiła - może gdyby nie był w takim stanie w jakim aktualnie się znajdował te fragmenty coś by mu powiedziały, ale... Ale nie teraz.
Teraz skupił się jedynie na tym, co powiedziała później.
Wbił wzrok w jej oczy i po paru chwilach uśmiechnął się delikatnie, lecz na próżno szukać w tym uśmiechu choć cienia radości.
- Wybacz mi... Nie mogę Ci tego obiecać. - powiedział cicho. Bardziej spostrzegawcze osoby dostrzegłyby, że jego oczy na parę chwil się zeszkliły.
Nie mogła go o coś takiego prosić, na pewno nie teraz, gdy gniew zawładnął jego umysłem.
Oczyma wyobraźni wciąż widział jak ich krzywdzi i resztką sił powstrzymywał się, by nie wyjść stąd teraz i nie zacząć ich szukać.
Ta obietnica... Nie potrafił. Po prostu nie potrafił.
Koraliki wolno zsunęły się nieco niżej na jego nadgarstku, a jego palce ponownie do nich powędrowały. Zupełnie jakby miało go to uspokoić, jakby to był jakiś jego tik nerwowy. I może tak właśnie było.
Jeśli jego odmowa miała oznaczać ich rozstanie...
Będzie musiał odejść.

Caroline McCoy - 2019-09-19, 01:41

Poczułam nagły ścisk w gardle. Zupełnie, jakby ktoś chciał mi odebrać zdolność do mówienia i oddychania. Ostatni raz czułam się tak przed kilkoma miesiącami, na samym początku tej paskudnej niewoli - gdy stres, który mnie dotknął był o wiele zbyt duży, bym była w stanie go na spokojnie przetrawić. I moje ślepia utknęły na jego spojrzeniu, jakby wwiercając się w jego duszę - próbując znaleźć zrozumienie i odpowiedzi. Zamiast tego, dojrzałam ten słaby błysk, który poniekąd sama rozumiałam.
To po prostu było trudne.
Jak bardzo nie chciałam wszystkiego mówić, jak bardzo nie chciałam dzielić się swoimi traumatycznymi przeżyciami... Nie miałam wyjścia.
- To zabij i mnie. - Wyrzuciłam z siebie dość oschle, na moment powstrzymując szloch. Wbrew temu, co mogło się wydawać - było to dla mnie ciężkie. Nie chciałam umierać, bałam się śmierci. Ale... Czy jego sposobem myślenia i ja na nią nie zasługiwałam?
- Bo ja byłam pierwsza. - Wyrzuciłam w końcu z siebie, biorąc głębszy wdech i pociągając żałośnie nosem. - To ja ich oznaczałam. Ja ich krzywdziłam. To ja sprowadziłam na siebie to gówno, rozumiesz?! - Wyrzuciłam z siebie w końcu, samej chyba po raz pierwszy podnosząc umyślnie głos. - Oni już zdążyli się zemścić. Kto będzie następny? Wróci to do mnie, czy do Ciebie? - Zapytałam po chwili, przecierając powieki wierzchem swoich dłoni. Było to dla mnie jednak za wiele - gdy paskudne obrazy na nowo próbowały się rysować w moich oczach. - Nie... Nie wybaczyłabym sobie, gdybyś za moje błędy miał płacić. - Wyznałam w końcu, znów żałośnie szlochając i odwracając wzrok ponownie na podłogę.
Zdawałam sobie sprawę, że ta relacja nie należała do najzdrowszych. Na litość boską - to było piekielnie chore. No bo... Czy ktokolwiek wyobraziłby sobie "dziewczynę z dobrego domu", na rządowej posadce, martwiącą się teraz o kryminalistę spod ciemnej gwiazdy? Czemu on miał być odpowiedzią na wszelkie moje złe decyzje? Czemu... Zabrnęliśmy w to tak daleko?
- Nie oślepiajmy całego świata, Scott... - Poprosiłam go kolejny raz, niemal szepcząc i modląc się w myślach, by choć teraz, choć na chwilę się ze mną zgodził. Inaczej - obawiałam się, że to nie będzie koniec wyłącznie tej znajomości...

Scott D'Amico - 2019-09-19, 01:55

Scott doskonale wiedział jak cenna jest wolność, ponieważ sam ją stracił. Rozumiał co to znaczy mieć kajdany na rękach i wiedział jak cholernie gorzki smak ma karcer.
Spędził kilka lat w więzieniu - jasne, sam sobie na to zasłużył, ale... Nikomu tego nie życzył. To był najgorszy okres w jego życiu, mimo wszystko... Wiele go to nauczyło. Podczas odsiadki wiele zrozumiał i chyba właśnie będąc w więzieniu podjął decyzję. To tam Duch zaczął umierać, a do głosu zaczął dochodzić prawdziwy on.
To... Racja, to wszystko było cholernie trudne.
Wzdrygnął się słysząc jej słowa. Zacisnął mocno zęby i odwrócił wzrok.
A więc o to chodzi. Tym sobie zasłużyła. Oznaczała ich? Tym się właśnie zajmowała. Powoli zaczynał wszystko rozumieć i mimo tego, że powinien poczuć do niej odrazę, czy coś w tym rodzaju... Nic z tych rzeczy. Tak jak sam powiedział wcześniej - nie potrafiłby jej znienawidzić.
Była połamana - jej dusza była strzaskana, być może również i serce. Podobnie jak jego, ale czy nie po to się spotkali? By nawzajem się naprawić?
- Do mnie... Do mnie to nigdy nie wraca. - powiedział ledwo słyszalnie. Na nim się nie mścili, ponieważ... Nigdy nie zostawał nikt, kto mógłby to zrobić. Jeśli już się za coś zabierał robił to skrupulatnie, a więc... Dopadał każdego, kto mógłby mu zagrozić.
Jednak... To już nie miało znaczenia. To było dla niej tak cholernie ważne - kto normalny by się tak zachował? Kto nie pragnął by zemsty, kto zamiast tego chciałby przerwać ten pieprzony łańcuch nienawiści?
Kolejny raz go zaskakiwała i sprawiała, że się gubił. Przy niej nic nie było normalne.
To prawda - ich relacja była chora, a to co było między nimi nie miało prawa powstać, a jednak... Stało się.
Byli tutaj. Oboje mieli świadomość tego, że ich losy zetknęły się i że jest to prawdopodobnie nieodwracalne. Z resztą...
Czuła to samo co on. Miała wrażenie jakby znała go całe życie, kogoś jej przypominał...
To nie przypadek.
Spuścił wzrok na podłogę. Czy powinien... Czy dla niej mógłby odpuścić?
- Przestań... Proszę... - szepnął, a jego palce mocniej zacisnęły się na koralikach.
Zbyt mocno.
Po chwili bransoletka pękła, a koraliki bezładnie rozsypały się po podłodze.
- Obiecuję. - powiedział i spojrzał jej w oczy.
I to była prawdopodobnie pierwsza obietnica, której Duch nie dotrzyma...

Caroline McCoy - 2019-09-19, 02:18

Z trudem dochodziła do mnie ta paskudna rzeczywistość - wiele kosztowało mnie przyznanie, że to, co uważałam za dobre, wcale takie nie było. Ile niewinnych żyć odebrałam dla spełnienia swoich chorych aspiracji? Czy fakt działania dla "dobra kraju", jakkolwiek umniejszał moim czynom? Czy Bóg byłby w stanie wybaczyć mi te grzechy, gdy sama nie potrafiłam się z nimi pogodzić?
Rzeczywistość była bolesna - niezależnie od tego, po której stronie barykady stałeś.
- Do mnie też nie wracało. A widzisz jak skończyłam. - Odparłam na jego słowa, wciąż nie mogąc uspokoić swoich skołatanych nerwów. Czemu tak bardzo zależało mi na ratowaniu jego duszy?
Może rzeczywiście łączyło nas więcej, niż mogłam sobie wyobrazić? Nie tylko mroczna przeszłość nas prześladowała - z całą pewnością byliśmy dla siebie ostatnimi deskami ratunku. Jego prośba jednak mnie zirytowała. Miałam przestać? Co miałam przestać? Bycie sobą? Znał na to jedno rozwiązanie, i jak na razie dalej z niego nie skorzystał. Nie odrywałam od niego swojego smutnego spojrzenia, nie zdejmowałam też własnych dłoni z ramion, wciąż tworząc wokół siebie tę tarczę niepewności i zwątpienia - mimo, że moje słowa mogły brzmieć dość silnie i pewnie.
- Co mam przestać? Być potworem? Wiesz ile dzieciaków straciło przeze mnie życia? Ilu z nich było testowanych ponad swoje możliwości? Wiesz ile cierpienia przewija się przez 7 lat pieprzonych badań w jebanych laboratoriach?! - Niemal wykrzyczałam, używając słów których nigdy bym się po sobie nie spodziewała, samej godząc się ze swoją przeszłością, gdy dostrzegłam jego ozdobę rozrywającą się na strzępy, co niemal natychmiast i mnie zamknęło. Zostałam więc, taka przygarbiona na tym nieszczęsnym krześle, dość szybko jednak opuszczając ręce do siedziska.
- Scott, ja... Ja przepraszam... - Wydukałam jedynie, gdy stukot koralików poniósł się po całym mieszkaniu, nie wiedząc zbytnio co dalej robić. Miałam świadomość, jak wiele ta bransoletka musiała dla niego znaczyć - gdyby tak nie było, już dawno opowiedziałby mi jakąś ckliwą historyjkę jej posiadania, prawda? Nerwy z całą pewnością poniosły nas tego wieczoru za bardzo, a poczucie winy nie chciało mnie opuszczać. Czemu miałam ważenie, że ta krótka chwila, która tak bardzo rozciągała się teraz w czasie, miała tak bardzo mnie prześladować w przyszłości? Czemu głupie koraliki miały wpłynąć na moje życie?
Mimowolnie schyliłam się po jeden z fragmentów tej nietypowej biżuterii, który poturlał się prosto pod moje stopy. Złapałam go w dłoń, przez chwilę przyglądając się wyrytej w nim literce, która przez te lata straciła już swoją ostrość. wciąż jednak wyraźnie dało się odczytać wyraźnie symbol "J". Ja... Ja nie wiem co we mnie uderzyło, czemu poczułam znów ten dziwny niepokój, tam gdzieś w środku? Koralik wydawał się tak dziwnie znajomy, będąc jednocześnie tak obcym. Czemu nie mogłam oderwać od niego wzroku - jakby miał mi coś powiedzieć?
Nie wiedziałam. Jednak ból głowy, który trafił mnie niemal natychmiast, z całą pewnością próbował mi coś przypomnieć...

Scott D'Amico - 2019-09-19, 02:44

Oboje robili okropne rzeczy, cholera jasna... Chyba naprawdę nie byli dobrymi ludźmi.
To nie zmieniało faktu, że... Rozumieli się i myślę, że razem byli w stanie naprawdę wiele zdziałać. I lepiej by było trzymać się tego zamiast rozgrzebywać przeszłość.
Coś mi jednak mówi, że oboje tego potrzebowali. Wykrzyczeć sobie wszystko, wyrzucić wszelkie negatywne emocje... I to właśnie robili.
- Nie jesteś mną. Ani ja nie jestem Tobą. - skwitował krótko. Oczywiście miał na myśli to, że ich życiowe sytuacje są kompletnie różne, podobnie jak oni. Nie mogła przeież tego porównywać.
Ostatnia deska ratunku... Tak, to chyba odpowiednie określenie.
On już nie wyobrażał sobie następnego dnia bez niej. Nie po tym wszystkim, nie teraz, gdy ją odzyskał.
Musiała przy nim zostać, potrzebował tego i musiał za wszelką cenę do tego doprowadzić - nie ważne jakim kosztem.
- Zdaje sobie z tego sprawę. Uwierz, też nie byłem aniołkiem, wiem o czym mówisz, ja... Ech. Po prostu przestańmy... Przestańmy już... - zaczął dość pewnie, jednak przy ostatnich słowach głos mu się załamał. Miał tego zwyczajnie dość. Poruszała struny, które powinny zostać nietknięte, doskonale wiedział jakim jest potworem - nie musiał tego mówić na głos. Tym bardziej... Nie chciał słuchać tego wszystkiego o niej. Czy był na to gotów? Chyba jeszcze nie.

Na moment ogłuchł, oślepł, wszystko wokół niego zniknęło.
Jedyna rzecz, która mu została po Julie właśnie... Właśnie rozsypała się w drobny mak.
Koraliki, które kiedyś nosiła na swojej drobnej ręce, coś, co towarzyszyło mu przez pół życia, przedmiot, który był dla niego najcenniejszy tak po prostu... zniknął.
Wbił spojrzenie w podłogę, patrzył, jak koraliki uciekają w różne kąty mieszkania, a jeden ląduje tuż obok jej stóp.
Caroline podniosła element ozdoby, a Scott podążył wzrokiem za nim.
Co ona w nim zobaczyła?
Dlaczego wyglądała jakby zobaczyła ducha (gra słów hehe)?
- Co... Caroline...? - nie odrywał od niej wzroku. Odpowiedź sama nasuwała mu się na język, wszystko zaczynało się układać w jedną całość. Dlaczego kogoś mu przypominała? Dlaczego ten głupi koralik, który powinien mieć wartość tylko dla niego sprawił, że dziewczyna oniemiała?
To wszystko było jasne, ale... Ale standardowo nie dopuścił do siebie faktów, po raz kolejny odsunął od siebie to, co było oczywiste.
Nie Caroline, tylko Julie. To jej oddał swoje serce - po raz drugi. Tylko dlaczego jego mózg nie chciał tego zaakceptować?
Podszedł do niej wolno i wyciągnął dłoń po koralik.
- Myślę... Myślę, że powiedzieliśmy już dziś... Wystarczająco.

Caroline McCoy - 2019-09-19, 03:10

Nie musiał więcej prosić. W całych tych nerwach był potrzebny moment na przełamanie, coś, co obudzi nas z tego agresywnego amoku. Kiedy się taka stałam? Od kiedy nie potrafiłam utrzymać własnych emocji na wodzy? Przecież... Przecież z tego słynęłam - zaciskania zębów, nawet wtedy, gdy było to najmniej potrzebne. Zawsze tliłam emocje gdzieś tam w środku, gdzie nikt nie mógł ich odnaleźć. Czemu więc teraz stałam się takim potokiem, zalewając wszystko, na czym mi zależało?
Kiwnęłam jedynie głową, na znak zrozumienia. Nie chciałam taka być. Nie byłam taka. Zdecydowanie wolałam się w tej spokojnej, uśmiechniętej wersji.
Teraz jednak zabrakło miejsca nawet na to.Ten głupi koralik tak mnie zafascynował, tak bardzo poruszał już dawno zapomniane struny gdzieś z tyłu mojej głowy. Zwykły ból migrenowy zdawał się być teraz jedynie miłym łaskotaniem przy tym, co właśnie łopotało mi pod czaszką.
Zmrużyłam swoje oczy, a wolną dłonią zaczęłam masować skroń. Przypominały mi się jakieś głosy, przypominał mi się strach, czyżbym... Czyżbym widziała też jakiegoś chłopca, który ciągnie mnie za rękę? Nie, to nie był żaden z moich kuzynów, to nie był nikt, kogo twarz mogłam skojarzyć. To był ktoś inny - ale wiedziałam, że kiedyś mu ufałam.
Z pewnością minęło kilka sekund, nim zdałam sobie sprawę, że brunet znalazł się tak blisko mnie, czekając na zwrócenie swojej własności. Wlepiłam w niego swoje spojrzenie, jakbym chciała się upewnić, że na pewno tu stoi, że to nie jest kolejna dziwna iluzja, która zaraz się rozmyje. Przez chwilę miałam wręcz problem, by zrozumieć, czemu wyciąga tak bez emocjonalnie przede mną swoją dłoń.
- Ja... Przepraszam. Naprawdę. - Wydukałam po raz kolejny, potrząsając swoją głową, a między jego palcami umieszczając ten cholerny koralik, za którym mój wzrok i tak powędrował.
Było mi wstyd. Tak cholernie wstyd. Mimo jego zapewnień sprzed kilku minut, nie zdziwiłoby mnie, gdyby jednak zaraz wyszedł i więcej nie wrócił. Bo tak z całą pewnością żadna zdrowa relacja nie powinna się prezentować.
- Tak. - Potwierdziłam cicho jego słowa, samej nie wiedząc, gdzie zatrzymać spojrzenie, ani co ze sobą zrobić. Miałam wrażenie, jakbym nigdy wcześniej nie była w tak rozdzierającej sytuacji.
Bałam się, że to może być koniec. Bałam się, że pokazałam się od najgorszej strony. Bałam się, że znów zostanę sama - otoczona demonami, których nie będę w stanie pokonać. Po chwili ciszy, wstałam więc ze swojego miejsca, będąc inicjatorem dotyku. Złapałam go za wolną dłoń, szukając kontaktu wzrokowego, szukając zrozumienia, szukając zapewnienia, że zostanie, że wciąż będzie obrońcą, którym zarzekał się być.
Tylko... Czy mogłam dalej wierzyć w tę wersję historii?

Scott D'Amico - 2019-09-19, 03:23

To nic. To nic, że stała się agresywna, że wykrzyczała mu to wszystko. Otworzyła się przed nim, wyrzuciła z siebie to, co ją bolało. Tego właśnie chciał - może nie do końca w ten sposób, ale... dobrze, że przeprowadzili taką rozmowę. Jasne - wiele zostało jeszcze do powiedzenia, ale to chyba dobry początek.
Jak wszyscy dobrze wiemy - takie chwile oczyszczają atmosferę, niszczą podziały i pozwalają zbudować coś od nowa. Coś lepszego, trwalszego.
Pewnie - lepiej jej było z uśmiechem na twarzy, ale... Taką też był w stanie pokochać. Bo przecież na tym to polega, prawda? Żeby być sobie w tych najgorszych chwilach, żeby podać tej drugiej osobie dłoń i pociągnąć ją z całych sił do góry. Pomóc jej odbić się od dna, pomagać podnieść się przy każdym upadku i co najważniejsze - staraćs się nie dopuścić do tych upadków.

Trzymając ten koralik w dłoni przez moment... Przez moment się zatraciła. Nie uszło to jego uwadze, nie do końca rozumiał co się przed chwilą wydarzyło, ale w natłoku tych wszystkich emocji po prostu odsunął to na dalszy plan. Nie chciał tego teraz analizować, był wyczerpany ich rozmową, nadmiarem uczuć, tym wszystkim.
Koralik wylądował na jego dłoni, a on obejrzał go przez kilka sekund i z kamienną miną ukrył w wewnętrznej kieszeni kurtki. Skoro i tak stracił już bransoletkę... Ten ostatni koralik będzie nosił przy sercu. Julie chyba by się nie obraziła.
Pokiwał tylko delikatnie głową na 'nie', gdy zaczęła go przepraszać. Naprawdę nie miała za co. Mógłby jej powiedzieć, że to tylko rzecz, ale tak przecież nie było. Po prostu... Stało się. Nie cofną tego. Być może to był jakiś znak? Może to oznaczało, że powinien zamknąć ten rozdział i ruszyć do przodu?
Na kilka chwil zapadła cisza - która paradoksalnie była w tym momencie cholernie głośna. Odwrócił wzrok, nie wiedział jak się zachować, co powiedzieć... Na szczęście Caroline wiedziała.
Podniosła się i złapała go za dłoń, ich palce się splątały, Scott objął ją drugą ręką w talii i mocno przytulił ją do siebie.
Jego serce ponownie zaczęło bić szybciej. Brunet odetchnął cicho.
- Szukałem... Szukałem kogoś takiego... Nie. - zaczął, ale zdał sobie po chwili sprawę z tego, jak to zdanie mogłoby absurdalnie brzmieć. Dlatego też postanowił nałożyć drobną poprawkę:
- Ciebie. To Ciebie szukałem przez całe swoje życie. - szepnął i mimowolnie delikatnie się uśmiechnął.
Och, Scott... Gdybyś tylko wiedział do kogo mówisz.

Caroline McCoy - 2019-09-19, 03:50

Sentyment.
Czy sama byłam w stanie go zrozumieć?
Nie pamiętałam tak wielkiej części mojego życia. Przez tyle lat miałam już wrażenie, że to nigdy nie powróci. Czy właśnie dlatego tak ciężko było mi się przywiązać? Praktycznie nie miałam pamiątek rodzinnych, poza kilkoma zdjęciami na dnie szuflady - jednak nawet te były mocno przebrane. Niby rozumiałam, jak wielkie znaczenie ma dla innych wartość sentymentalna, ale tym samym... Tak ciężko było mi pojąć, co tak wyjątkowego mogło być w tak niewinnym przedmiocie, jak bransoletka, by była w stanie narobić tak wiele zamieszania - jak się okazywało, nie tylko w życiu Scotta, ale i moim.
Czy był zły? To... To musiało go jakoś poruszyć, widziałam to po nim. Mimo wszystko jednak nie rzucił wszystkiego w pogoni za plastikowymi kuleczkami, on po prostu... Stał. Stał, czekając zapewne na to, co miało nie nadejść. Czy serio pogodził się z tą stratą, czy może jednak to nie było aż tak wartościowe, jak mi się wydawało? Nie, to bez sensu. Gdyby tak było, nie uchroniłby tego ostatniego koralika, i jego by zostawił...
Może kiedyś wyjawi mi tę tajemnicę, która tak ciążyła mu na sercu?
Otworzyliśmy się. Z jednej strony zdecydowanie za bardzo, gdy z drugiej nie mogliśmy wciąż sobie do końca zaufać. Mimo wszystko - brnęliśmy to w dalej. Wchodziliśmy w to bagno wiedząc, że nie ma odwrotu - było już za późno.
Dałam się zamknąć w jego objęciach. Bicie jego serca, tak blisko mojej twarzy dawało mi pewnego rodzaju ukojenie - mimo, że przecież wciąż wyczuwałam od niego te nerwy, jakie nami targały przed kilkoma chwilami. Tutaj mogłam zapomnieć o tym bólu, mogłam na chwilę się oderwać - jakbym była zamknięta w bezpiecznej skorupce, co było przecież wręcz absurdalne, jeśli przypomnieć sobie każdą z rzeczy, które mężczyzna miał na sumieniu.
Czemu więc i na moich ustach zagościł najzwyklejszy, szczery uśmiech, gdy rzucił do mnie te dwa, niby krótkie, a jakże znaczące zdania?
Nie wiem co się ze mną działo. Czy to zmęczenie, wyczerpanie? Czy to jakiś dziwny urok, który nie powinien na mnie działać? Po raz pierwszy chyba nie ukryłam się przed takim wyzwaniem, po raz pierwszy, nie poczułam się speszona. Po raz pierwszy, w pełni świadomie poczułam potrzebę, by samej mieć kontrolę nad swoimi decyzjami - niezależnie od tego, jak miałyby się skończyć.
Na krótką sekundę, moje ślepia, które tak uważnie się w niego wpatrywały otworzyły się szerzej, a w moich źrenicach pojawił się blask radości. Nie znałam słów, które mogłyby oddać to, co czułam. To ciepło, tam gdzieś na sercu. Miękkie kolana, które utrzymywały moją postawę wyłącznie dzięki jego wsparciu. Motyle w brzuchu, przez które czułam się tak lekka, jednocześnie nie mogąc pozbyć się tych wykrzywionych kącików ust, znanych potocznie jako uśmiech. To... To do mnie nie pasowało, to nie pasowało do dojrzałej kobiety, jaką rzekomo miałam być.
A jednak - kolejny raz tego dnia emocje wzięły nade mną górę - pierwszy raz jednak w tak nieobliczalny dla mnie sposób - gdy zbliżyłam swoją twarz do jego, czując jego kilkudniowy zarost, by po chwili złożyć krótki pocałunek na jego ustach.
Wciąż się bałam takich zbliżeń, ale to... To było całkiem przyjemne...

Scott D'Amico - 2019-09-19, 04:06

Ta bransoletka... Tak, to był dla niego cholernie ważny przedmiot, z drugiej jednak strony - przypominał mu o największej życiowej porażce. Za każdym razem, gdy miał gorsze chwile sięgał do tych cholernych koralików i niby mu to pomagało, ale... Ale zawsze też przypominało o tym, że nie uratował jej. Nie odnalazł. Znajomy okrągły kształt pod palcami przypominał mu jak wielkim jest nieudacznikiem, więc... Może to i lepiej, że się rozerwała?
Nie miał pojęcia, czy będzie w stanie kiedyś opowiedzieć jej tą historię. Właściwie... Bardzo by chciał zrobić to już teraz, ale zwyczajnie nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Nie przeszłoby mu to przez gardło, nie teraz i pewnie nie w najbliższym czasie.
Na całe szczęście Caroline chyba to akceptowała, ponieważ nie zadawała pytań - a przecież ta ozdoba nie umknęła jej uwadze.

Po tak długim czasie zmagań, po tej całej cholernie trudnej wymianie zdań wreszcie dopłynęli do brzegu. Dziewczyna znalazła się w jego ramionach, a on znów poczuł się pełny, poczuł, że jest w odpowiednim miejscu.
Tylko przy niej Scott potrafił odnaleźć w sobie delikatność, na chwilę przestawał być tym zimnym skurwysynem, którym przecież był na codzień dla innych.
Jej uśmiech dawał mu siłę, wystarczył, by mężczyzna miał wrażenie, że na parę chwil znalazł się w niebie. Nie w takim zwykłym - w takim tylko ich, prywatnym.
Delikatnie przesunął palcami po jej policzku, gdy ich usta się zetknęły.
Przez chwilę tak po prostu patrzył jej prosto w oczy, po czym przyciągnął ją do siebie trochę mocniej i tym razem to on ją pocałował.
Poczuł się tak, jakby... Jakby całe jego dotychczasowe życie nie miało najmniejszego sensu, jakby wszystko co ważne znalazł właśnie w tej chwili.
I chyba tak właśnie było. Nie potrzebował nic więcej poza nią.
Pocałunek trwał, a huragan szalejący w jego głowie przybierał na sile.
I właśnie w tej chwili Scott zrozumiał, że nie przeżyje bez niej ani jednego dnia.
To, co wcześniej było tylko 'gdybaniem' teraz stało się faktem.
On... On po prostu nie da rady bez niej.
Odsunął swoje usta od jej warg ledwie na kilka centymetrów.
Jego palce przesunęły się po jej włosach.
- Damy radę. Przetrwamy. Wszystkie początki, wszystkie końce. Obiecuję. - szepnął nachylając się nad jej uchem. Teraz był tego absolutnie pewien. Nic nie będzie w stanie im przeszkodzić.

Caroline McCoy - 2019-09-19, 20:05

To było niepoważne, nierozważne, i zapewne mogłabym znaleźć dziesiątki innych przymiotników, rozpoczynających się na "nie", które idealnie określałyby tę sytuację. Jednak mimo tego... Chciałam w tym trwać, chciałam wierzyć, że czeka nas dobre zakończenie. To dziwne uzależnienie, ta zależność od niego... Wciąż nie byłam w stanie zrozumieć tego przyciągania, które zbliżało nas do siebie coraz bardziej - nawet mimo olbrzymich odległości i czasu, jaki spędziliśmy osobno.
Czułam, jak moje poliki zaczynają parzyć. Wiedziałam, że moja cera już dawno nabrała czerwonych barw. Normalnie broniłam się przed takimi odczuciami, odganiałam się od nich rękami i nogami. Dziś jednak - nie chciałam. Czułam się jak durna nastolatka, przeżywająca swoje pierwsze rozterki miłosne, chcąca doświadczyć tego specyficznego uczucia. Chciałam po prostu być... Kochana.
To głupie. Przez całe życie nie mogłam narzekać na brak tego uczucia w domu. Wiedziałam bardzo dobrze, że wujostwo się o mnie troszczyło, nigdy mi niczego nie brakowało. Aż do czasu, gdy pojawił się ten szubrawy brunet, odwracając moje życie do góry nogami.
Co najgorsze - wciąż czułam się nieswojo przy takich zbliżeniach, ale dla niego... Dla niego chciałam to zmienić. Chciałam móc odczuwać radość z tak prostych gestów, jakie mogą wychodzić między kochankami. I z całą pewnością - będzie to albo najlepsza, albo najgorsza decyzja w moim życiu...
Odwzajemniłam pocałunek, własne piąstki układając na jego klatce piersiowej. Czułam, jak oddycha, jak jego serce bije, jak i jego emocje wzrastają i nie wiedzieć czemu - czułam się przez to pewniej. Bo przynajmniej - nie tylko ja tu zaczynałam wariować.
Uniosłam swoje zaszklone spojrzenie, wdzierając się przez jego oczy do jego duszy. Teraz, w tej jednej, magicznej chwili wszystko inne mogło przestać istnieć. Nie miał już znaczenia kurz na podłodze i meblach, nie miał znaczenia zapach wydobywający się z lodówki, ból zdawał się odchodzić w niepamięć, a wszystko przez... Jedną obietnicę?
Moje wargi lekko zadrżały, nim schowałam głowę w jego objęciach, szepcząc ciche: - Dziękuję. - Pojedyncza łza wzruszenia spłynęła po moim policzku, bo w końcu czułam, że rzeczywiście może być... Dobrze.
Ale nie. Nie mogłam się rozbeczeć. Nie znowu, nie teraz. Zachichotałam nerwowo, przecierając palcami mokrą powiekę. - Chyba... Chyba jestem Ci winna kolejną lampkę wina. - Wyrzuciłam z siebie, chyba samej nie wiedząc co zrobić z myślami, jednocześnie odrywając się z jego ramion i kuśtykając do kuchni. Mimo tego, że czułam się przy nim bezpieczna, bałam się, że może się zrobić zbyt intymnie - a tego mogłabym nie znieść. Szczególnie nie po ostatnich kilku miesiącach...

Scott D'Amico - 2019-09-19, 22:59

Nie ważne jak wiele przymiotników na 'nie' mogliby znaleźć. To co ich łączyło było czymś niesamowitym. Myślę, że jeśli ich drogi by się rozeszły... Scott nigdy już nie odnalazłby drugiej takiej jak ona. Nikt nie sprawiłby już, że poczuł by się tak jak teraz.
Przy żadnej innej kobiecie jego serce nie waliło tak mocno, przy nikim innym nie było mu tak... Po prostu dobrze.
I dlatego chciał przy niej zostać. Najlepiej na zawsze, a jeśli nie będzie im dane spędzić ze sobą reszty życia, to będzie przy niej tak długo jak tylko będzie mógł.
Obawiał się tylko tej jednej obietnicy, którą przecież jej złożył.
Czy będzie w stanie jej dotrzymać? Czy da radę utrzymać tkwiącego w nim potwora na smyczy?
Chciał zemsty - oczywiście, że jej chciał. Ciągle walczył sam ze sobą, doskonale wiedział, że jeśli ją okłamie... Może ją nieodwracalnie stracić. Mimo wszystko... To było silniejsze od niego i nie wiedział jak długo uda mu się opierać.
Na razie postanowił jednak odłożyć te rozmyślania na dalszy plan. Postanowił cieszyć się chwilą - pierwszy raz od wielu lat zamierzał nie wybiegać w przód.
Wiedział doskonale, że po tym wszystkim co przeszła będzie im cholernie ciężko, ale... Ale wierzył, że da radę jej pomóc.
Częściowo też bał się tego wszystkiego. Bał się tego, co Caroline potrafi z nim zrobić. Była na chwilę obecną chyba jedyną osobą na świecie, która potrafiła go skrzywdzić - tak naprawdę skrzywdzić. Jeszcze kilka minut wcześniej, gdy podniosła głos, gdy mówiła o tym wszystkim... Cholera, każde jej słowo wbijało się w niego jak rozżarzony pręt, bolało. Nie chciał wiedzieć co się stanie, jeśli kiedykolwiek przyjdzie jej do głowy naprawdę go zranić.
Nie... Przecież nie była taka, jednak... Czy pierwszy raz tak uważał?
Ludzie się zmieniają. Odsłaniają swoje prawdziwe oblicze...
Szybko jednak odgonił te myśli i w duchu stwierdził, że jest w stanie zaryzykować i uwierzyć w to, że jest dobrą osobą - pomimo tego wszystkiego co mówiła.

Dla niego ta bliskość też była czymś zupełnie nowym. Jasne - był wcześniej z kilkoma kobietami, ale... Ale to nie było to. Wtedy zaspokajał jedynie żądze, a z pierwszymi promieniami słonecznymi opuszczał sypialnie. Do żadnej z nich nigdy nic nie poczuł. Niektóre przez niego płakały - a jego to kompletnie nie ruszały. Natomiast łzy Caroline... Każda kropla spływająca po jej policzkach była dla niego porażką, nie chciał jej takiej oglądać - ponieważ w takich sytuacjach jego serce po prostu pękało.
Pożądał jej ciała, och, jak mógłby jej nie pragnąć, ale... Ale pragnął również tego co miała w środku - jej duszy, chciał dostać się do jej serca i tam zostać. A tego nigdy wcześniej nie przeżył.
Dziewczyna podniosła na niego wzrok, a on uśmiechnął się, gdy ujrzał, jak pojedyncza łza wydostaje się z pod powieki. Tym razem wiedział, że to łza szczęścia i... I to on sprawił, że się pojawiła.
Delikatnie starł ją z jej policzka palcem, po delikatnie pocałował ją w czoło i wypuścił ze swoich objęć.
- Chyba tak. - puścił jej oczko i wypuścił ją ze swoich objęć.
Opadł na fotel i dłońmi przetarł twarz.
Był po prostu przeładowany emocjami, miał wrażenie, że w dniu dzisiejszym nie zniesie więcej, więc dobrze, że zakończyli tą burzliwą wymianę zdań.
Sięgnął do kieszeni po telefon komórkowy, przejrzał wiadomości, po czym go wyłączył i odłożył na stolik.
Nie będzie mu dzisiaj potrzebny - nie chciał, by ktokolwiek go rozpraszał.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group