Toby Jensen - 2018-11-29, 20:53 Nie, nie działało. A przynajmniej Thomas bardzo chciał wierzyć w to, że te koślawe spojrzenia, te boleśnie łagodne uśmiechy, kompletnie nie miały dla niego znaczenia. Nie potrafił być dla niej inny. Nie potrafił przyjąć maski i nie być oschły. Okłamała go, a on nie zamierzał jej tego wybaczyć. Nie znosił, gdy to robiono. Całe życie było jedną wielką zagadką, a ludzie, których poznawał, którzy pojawiali się na jego drodze… niszczyli również rzeczywistość.
– Nie szukam przyjaciół – odpowiedział tak po prostu. Miał ich już wystarczająco. Martwych, czy też nie. To nie miało znaczenia. Liczyło się to, że oni go nie okłamywali. Nie w porównaniu do Sally. Czy jak ją tam miał nazywać. Pogubił się już w tym wszystkim. I nie miał siły tego dłużej roztrząsać. Chłopak przyłożył palce do skroni, rozmasowując swoją skórę. Pomagało mu to w skupieniu się. Mimo wszystko, próbował jeszcze przejąć nad sobą kontrolę, by nieco zmienić swoje podejście. – Słuchaj, Sally – ale nie umiał jej nie dać do zrozumienia, że dotknęło go to wszystko. To najwidoczniej nie leżało w jego naturze. – Jestem tu jak zwierzę w klatce. Prędzej, czy później zabiją mnie lub zdechnę z głodu. Jak wszyscy zresztą. Nie bądź głupia i nie przychodź tu więcej. Nie masz tutaj czego szukać. – a zwłaszcza przyjaźni. Dla niego to była zamknięta sprawa. I jeśli tego potrzebowała, mógł udawać, że nie ma do niej żalu. Ale ich drogi nie powinny się więcej krzyżować. Taka była jego decyzja, której nie zamierzał zmieniać.
– Nie, nie chcę – skłamał po prostu, wzdychając. A może wcale nie skłamał? Chciał poznać przeszłość, ale nie chciał jej poznać z ust Sally. Walker wzruszył lekko ramionami, a potem rozejrzał się dookoła, by upewnić się, że nikogo tutaj nie ma. – Bądź rozsądna i nie wracaj tutaj. Wtedy… wtedy ci wybaczę – czy coś. A potem zmusił się do posłania jej przesadnie uprzejmego uśmiechu i skinięcia głową. Nie czekał jednak na jej odpowiedź. Po prostu odwrócił się na pięcie i zaczął odchodzić. Nie najlepiej się czuł tego dnia.Maysilee Griffith - 2018-11-29, 21:39 - To nie oznacza, że oni nie szukają ciebie. - Odparła, mając wrażenie, iż w tym całym wyjątkowo fatalnym nastroju, jaki nieustannie eksponował, Thomas nienaumyślnie pomijał pewne oczywistości. Brak chęci znalezienia przyjaciela nie oznaczał przecież, że ten nie mógł magicznie pojawić się na jego drodze, zwłaszcza że... Cóż, początkowo to właśnie on - ten uparty, nieprzyjemny mężczyzna strojący fochy niczym mały chłopiec - chciał jej towarzystwa. To właśnie on uparcie powtarzał, że mogli... Ba!, musieli się znać.
A teraz? Nie chciała go skrzywdzić. Nie miała pojęcia, iż oskarży ją o kłamstwo czy też o inne zatajanie prawdy, bo... Cóż, praktycznie całe Bractwo znało ją jako *Sally*. To był tylko zwykły pseudonim, ot, niewinny skrót imienia. Nic nie znaczył, przynajmniej nie dla Maysilee. Nie sądziła, że będzie kroplą, która przeleje czarę goryczy. Gdyby było inaczej, sama nie wiedziała, czy powtórnie by go użyła...
Prawdę mówiąc, nie wiedziała już nawet, czy zrobiłaby którąkolwiek z tamtych rzeczy. Owszem, nadal chciała wiedzieć, co stało się z jej przyjaciółmi. Gdzie byli, co tak właściwie wydarzyło się po tym, kiedy ich straciła. Wieść o ich dalszym życiu była dla niej zatem czymś, z czego nie mogła się nie cieszyć, ale... Ale podejście Thomasa na swój sposób to zaburzało. Zamiast pełni radości, czuła pewnego rodzaju przytłoczenie, zmieszanie, wyrzuty sumienia... Nie powinna była go o to prosić. Nie powinna była wywierać na niego takiego wpływu, ale... Czy to miało totalnie przekreślić ich relację?
- Przecież wiesz, że mogę to zmienić. - Dlaczego był tak cholernie uparty? Dlaczego w ogóle to mówił? Nie chciała jego śmierci. Ta myśl napawała ją czymś... Czymś... Nieokreślonym. Czymś więcej niż zwykłym żalem czy poczuciem niesprawiedliwości. O ironio, choćby nawet chciała, nie umiała tego określić.
- Mogę... Mogę przynieść ci coś do jedzenia. Jakieś ubrania, środki czystości, cokolwiek. - Stwierdziła, wpatrując się w jego nieprzejednaną minę. I nawet wtedy, kiedy dostrzegła jego uśmiech, słysząc słowa, które teoretycznie chciała usłyszeć... Nie uwierzyła mu. Nie była aż tak naiwna, aby przyjąć do wiadomości coś, co wręcz krzyczało kłamstwo. Mimo to, stała przez chwilę w miejscu, jak gdyby wcale nie reagując na jego odejście.
Dopiero wtedy, kiedy tak naprawdę zaczął się od niej oddalać, ponownie za nim krzyknęła...
- Thomas, proszę!Toby Jensen - 2018-12-01, 19:47 Nie, to ona nie rozumiała. Nie rozumiała najprostszych spraw. Nie mogła niczego zmienić. Był tutaj. Był w miejscu, z którego nie było ucieczki. A ona… ona była niesamowicie głupia skoro ciągle się tutaj pojawiała, igrając z losem. To była kwestia czasu zanim i ją złapią. A wtedy… wtedy nic po niej nie pozostanie. Po prostu wszczepią jej tego durnego chipa i doprowadzą do stanu, z którego nie ma odwrotu. Zrobią jej o wiele większą krzywdę niż jemu. O wiele większą, bo on w odróżnieniu do niej – nie miał wspomnień, do których mógł tęsknić. Nie musiał jej znać jakoś niesamowicie dobrze, by wiedzieć, że to miejsce ją zniszczy. I… chyba nie mógł na to pozwolić. Po prostu.
– Po co to wszystko? – spytał tak po prostu, bez cienia żadnych emocji. Mogła. Faktycznie mogła to wszystko zrobić. Mogła przynosić mu ubrania, mogła przynosić mu jedzenie, leki, cokolwiek. To nie miało niczego zmienić. I tak wciąż tkwił w tym samym miejscu. W miejscu, z którego nie było ucieczki. Kiedy wreszcie to zrozumie? – Mój los jest już przesądzony, a ty… ty masz szansę – szansę, którą tak lekkomyślnie zaprzepaszczała za każdym razem, kiedy się tutaj pojawiała. To go niesamowicie złościło. O wiele bardziej niż to kłamstwo. Ale ona była zbyt uparta, by to zrozumieć, prawda? Rany, jak on nienawidził tego całego miłosierdzia… tej… tej świętości. Czy ona naprawdę musiała zgrywać Matkę Teresę? Czy naprawdę musiała go doprowadzać do takiego stanu? Thomas zacisnął mocno zęby, by po chwili wyrzucić z siebie przesiąknięte jadem i chłodem:
– Możesz już z tym skończyć? Jeśli szukasz sobie kolejnego faceta do zabawy, to trafiłaś pod naprawdę kiepski adres – nie był dumny ze swoich słów, ale najwidoczniej z nią nie można było inaczej. – Ale hej, w mieście na pewno jest pełno popaprańców, którzy wręcz umierają z tęsknoty, by taka naiwna i głupia dziewczyna się nimi zajęła – a potem… po prostu odszedł. Czuł się paskudnie. Nie tylko dlatego, że łamało go w kościach. Miał kaca moralnego.
ztx2Christian Wilson - 2018-12-10, 21:21 // jakoś 15/12
Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta i chyba wszystkim udziela się ich nastrój. Chociaż sam nie miałem zbytnio powodów do świętowania. To jednak zawsze lubiłem święta Bożego narodzenia, ponieważ w czasie nich można liczyć na cud. Po za tym to właśnie w tym okresie ludzie są dla siebie dobrzy, nie zwracają uwagę na kłótnie i sprzeczki. W czasie świąt zapominają o swoich konfliktach tylko nawzajem życzą sobie święta.
Więc co się dziwić, że nawet mi udziela się świąteczny nastrój. Chociaż nie mam powodu do radości, bo raczej nie będzie dane mi spędzić ich w gronie najbliższych. Z którym dzieli mnie ten okropny mur... Ile bym oddał gdybym mógł przez niego przejść chociaż na wigilie.
Pomimo tego byłem szczęśliwy... tak, że miałem ochotę śpiewać i tańczyć na ulicy.
- ...Time for parties And celebrations. People dancin' all night long... - szedłem śpiewając merry Chrismas nie zbyt przejmując się tym, że ktoś może mnie zobaczyć czy też nie spodobać mu się, że przedstawiciel DOGS śpiewa i idzie jakby występował jakim musicalu. Jednak co na to poradzić, że nawet tutaj w DOM'u, można czuć jakąś radość z powodu nachodzących świąt.Lasair Roarkedaughter - 2018-12-10, 21:37 // jakoś w grudniu
Lasair czuła się okropnie i nie miała zbyt wielu powodów by czuć się lepiej. Nawet nie poprawiało jej nastroju to, że się zbliżają święta. Szczerze gdyby nie ozdoby czy też ludzie mówiący o prezentach nawet by ich nie zauważyła. Nie chciała ich oglądać, obchodzić czy też cieszyć się z nich. Ten rok był dla niej koszmarny... Sama linia porażek, bo co uznać w nim za sukces. Wyznała przyjacielowi miłość, a on zniknął bez słowa. Organizacja, której oddała serce została zamknięta. Na domiar większość jej współpracowników zachowuje się jak gdyby nic lub przechodzą na drugą stroną. Już nie wspomnie o tym, że została aresztowana i nie długo po tym umieszczona w tym miejscu. Jak niby stąd miała pomagać ludziom... Jak sama była potrzebie...
Siedziała przy jednym stoliku czekając na swoją znajomą, którą o dziwo poznała tutaj. Miały do umówienia kilka spraw. Gdy zobaczyła wariata, który szedł jakby tańczył i śpiewał te piosenkę. Szczerze już wolała by śpiewał jakąś piosenkę Biebera... Wszystko byle nie ta pieśń, którą słychać wszędzie i nawet na ulicy nie można od niej śpiewać.
- Przepraszam mógłby by być tak łaskawy śpiewać, by inni nie słyszeli. Ja rozumiem, że pewnie panu do radości, ale nie wszystkim i proszę nie psuć bardziej innym humoru - powiedziała do niego, gdy zbliżył się na tyle by nie musiała krzyczeć na całą ulice. Nie zamierzała drzeć się na ulicy. Zwłaszcza, że była chora i nie powinna jeszcze bardziej nadwyrężać gardła.Christian Wilson - 2018-12-18, 19:30 Czasem może się wydawać, że życie to jedna wielka porażka. Nie którzy nawet uważali, że ktoś z góry kieruje nim według własnych upodobań. Jednak ja nie wierzyłem w to ani trochę. Sądziłem, że sami jesteśmy kowalami własnego życia. Jak sobie wykujemy tak będziemy mieli. Czasem może coś nie wyjść. Możemy spotkać jakieś trudność. Jednak nie należy się nim dołować tylko czerpać siłę. Wyznawałem zasadę, że trzeba pokonywać swoje problemy i wyciągać z nich wnioski.
Nie tylko dla niej ten rok był beznadziejny... Przez trzy lata pracowałem ciężko, by zyskać jak najwięcej przywilejów. Kiedy to mi się udało, dostałem rangę zastępce dowódcy. Straciłem ją w jedne wieczór. Wiedziałem, że nie powinienem w tedy pomagać tym mutantom, którzy się włamali. Tylko nie mogłem zrozumieć dlaczego im pomogłem. Czułem, że nie wszystko pamiętam. Później było tylko gorzej, aż w końcu trafiłem tutaj.
Pomimo tego wszystkiego, miałem ochotę się cieszyć. Ponieważ wiedziałem, że moje rodzeństwo żyje, są razem i o siebie się troszczą. To było dla mnie najważniejsze mogłem się tutaj kisić byle tylko im się powodziło w miarę.
- Przepraszam.... Jednak zbliżają się święta jestem pewny, że i pani ma powody do radości. Tylko ich nie widzi... Trzeba być wdzięcznym, radosnym, cieszyć się z tego co się ma, a nie płakać nad rozlanym mlekiem. Zawsze może być gorzej - powiedziałem do niej i wróciłem do śpiewania, tym razem ciszej tak dla siebie. Nie chciałem bardziej denerwować tej dziewczyny.Lasair Roarkedaughter - 2018-12-30, 19:11 Słysząc jego słowa miała ochotę prychnąć... Z nie dowierzanie, bo jakie ona mogła mieć powody do radości? Nic kompletnie nic jej nie cieszy. Nawet nie wie co dzieję się jej Jamesem czy sobie radzi w pustym domu. Miała nadzieję, że jakoś udaje mu się samemu zdobyć pożywienie. Nawet nie dali jej zabrać przyjaciela. Wszystko, dosłownie wszystko było nie tak jak by chciała. Już wymieniałam wcześniej co nie udało się jej w tym roku. Nie będę powtarzać się, bo i po co. Jednak Lasair nie czuła radości z świąt. Bardziej z końca roku, bo miała nadzieję na polepszenie się jej życia. W końcu coś się dzieję sprawie mutantów. Szkoda tylko, że przez przemoc. Jednak nie można mieć wszystkiego i nie do wszystkich przemawiają pokojowe rozwiązania.
- No cóż proszę mi uwierzyć, że nie mam... Chyba, że masz jakąś czarodziejską moc i sprawisz, że mur zniknie i będziemy wolni albo, że społeczeństwo zaakceptuje mutanty - powiedziała do niego jedynie z tych powodu by zobaczył uśmiech na jej twarzy nawet pomimo choroby. Z tych dwóch rzeczy cieszyła by się najbardziej.Christian Wilson - 2019-02-25, 11:02 Chyba każdy tego pragnął byśmy mogli normalnie żyć wśród naszych bliskich. Niż siedzieć tutaj zamknięciu jak jakiś więźniowie. Ja również chciałem stąd wyjść oraz to by mutanci byli akceptowani. Jednak jak wiadomo nie mamy na to wpływu. Dlatego wolałem z nią nie rozmawiać na ten temat. Jak ktoś jest nie zadowolony to trudno... Jego wola, a ja wolałem chociaż trochę się cieszyć z tego, że idą święta. Nawet jeśli nie spędzę ich z rodziną. Święta to święta i czas nadziej. Może te święta nie spędzę z bliskimi, ale kto wie może uda mi się spędzić następne.
- Dobrze wiesz, że nie mam takiej mocy... Ale może sprawie ci przyjemność odchodząc - powiedziałem do dziewczyny poszedłem sobie.
//ztx2Aaron Bartowski - 2019-11-24, 17:51 | z rogatek
Uciekali. Najwyraźniej spanikowałem, skoro ogień nie odgrodził im drogi ucieczki, w żaden sposób nie zaszkodził. Najwyraźniej spanikowałem.
Zgasiłem karwasze. To była sekunda zastanowienia. Postanowiłem iść za nimi. Nie miałem planu. Śledzić? Przeszkodzić z ucieczce? Zabić? Wszystko zależało od okoliczności, od tego, co miałem ujrzeć w następnych kwadransach swojego życia, stąd wyciągnąłem na wszelki wypadek broń z poważniejszą amunicją, aniżeli strzałki z mutazyną. Trzymałem ją w pogotowiu, by w razie czego… bronić się? Czy atakować?
Szedłem pewnie, póki nie otoczył mnie dziwny, nienaturalnie ciemny dym. Wprawiał mnie dyskomfort, sprawiał, że się dusiłem, ale nie zamierzałem się tak łatwo poddawać. Słyszałem ich. Osłoniłem przed nim usta rękawem i podążałem dalej. Stąpali zapewne również na oślep, stąpali głośno, gdyż przecież nie mieli już czasu na subtelne kroczki. Czas naglił, zaś gruz i mokra ulica im w tym nie pomagała.
Skręciłem w kolejną uliczkę i kolejną. Czułem w kościach, że się do nich zbliżam. Miałem nadzieję, że uda mi się chociaż częściowo pokrzyżować plany rebelii. Nie mogło im przecież ujść na sucho. Nie mogło. Zmogło…?
Zamrugałem kilka razy oczami, by nieco rozjaśnić swój umysł. Dziwnie się czułem, ale nie mogłem im pozwolić uciec, czyż nie? Odpuścić? Co to by o mnie świadczyło? D.O.G.S., który jednak trzyma z mutantami? Owszem, sam byłem mutantem, ale to była pierwsza i ostatnia rzecz, które miała mnie łączyć z rebelią.
Ostatnia…
Chyba na serio ostatnia – pomyślałem, lecąc niespodziewanie kawałek do przodu. Potem upadłem. Po raz setny chyba dzisiejszego dnia. Zamroczyło mną, wyparło powietrze z płuc. Fatalne uczucie. Chciałem podnieść głowę i ogarnąć sytuację, ale pociemniało mi przed oczami. Osunąłem się w ciemność, tracąc przytomność.
Kiedy się przebudziłem, byłem obolały i zdezorientowany, w uszach wciąż mi piszczało. Coś wybuchło, coś niechybnie wybuchło.
Podniosłem się powoli. Na szczęście niczego sobie nie połamałem, ale nie mogłem mówić, że nie byłem poobijany i poobcierany w wielu miejscach. Twarz mnie piekła, ale żyłem. Żyłem… Wciąż żyłem.
Rozejrzałem się wokół. Co teraz? D.O.M. niechybnie został zniszczony. Nie musiałem się nawet odwracać w jego kierunku, by to wiedzieć po sile, jaka mnie odepchnęła nawet z tej odległości… Pytanie więc brzmiało, czy było kogo tam jeszcze ratować.Mistrz Gry - 2019-12-03, 23:20 Słyszałeś dźwięk roznoszących się płomieni. Niemal czułeś ich ciepło, a ich blask odbijający się w nielicznych, całych oknach - niebezpiecznie Cię wołał. Znałeś to uczucie aż za dobrze. Przecież już nie raz śniłeś, że stajesz się jednością z tym nieposkromionym żywiołem, czyż nie?
Z tego transu dość szybko wyrwał Cię jednak aż nazbyt znajomy głos, który teraz... Był przepełniony nie tylko determinacją, ale i cierpieniem.
- Wszystkie jednostki. Podać swoje pozycje. - Nie pracowałeś z Theresą długo, ale już zdążyłeś się poznać, kiedy stara się brzmieć ostro i oschle, gdy wcale nie ma na to sił i chęci. Gdy i ją dopada słabość a porażka - wżera się w jej duszę.
Nie minęła też chwila, gdy w krótkofalówce usłyszałeś położenie swojego oddziału. Rozglądając się po okolicy i skupiając na wciąż stojących budynkach mogłeś poznać, że punkt zbiórki znajduje się zaledwie kilka przecznic od Ciebie.
Czy z tymi mroczkami przed oczyma i wirującą głową potrafiłeś znaleźć w sobie wystarczająco samozaparcia, by samemu dołączyć do swojej grupy? A może jednak wolałeś poczekać, aż ktoś Cię odbierze z tego środka zniszczonej drogi?
Wybór należał tylko do Ciebie.Aaron Bartowski - 2019-12-04, 17:57 Byłem w szoku, owszem. Nie miałem pojęcia, co ze sobą począć, co zrobić, gdzie pójść. Stałem bezradny i czekałem na znak od niebios, póki nie poczułem tego czegoś, póki nie ujrzałem płomieni w oknach.
Z moich płuc wydobyło się ciche westchnienie. Ulżyło mi. Już nie czułem się przegrany i porzucony. Czułem się wszechmocny. Odwróciłem się w kierunku zgliszczy D.O.M.u i, cóż, szczerze do siebie uśmiechnąłem. To, co się tu działo na ulicach Seattle… Było niesamowite. Czułem je wszystkie. Lizały czule moją duszę, przyzywały, nawoływały.
Aaron… Przybądź do nas – szeptały, kiedy wyciągałem swoje emocjonalne dłonie w ich kierunku. Może robiły to również te moje fizycznie? Może stałem i z tęsknotą wyciągałem dłonie w kierunku płonącej części Seattle?
I zapewne bym to zrobił, poszedłbym tam, gdyby z oczarowania nie ocknęło mnie wezwanie w słuchawce. Zamrugałem kilka razy oczami, a kiedy zdałem sobie sprawę z tego, co miało właśnie miejsce, przeraziłem się. Kiedyś zginę, kiedyś zginę z powodu tego głupiego podszeptu.
Ogarnąłem wzrokiem ulicę, szukając jej nazwy. Byłem niedaleko.
- Zaraz będę – odparłem, po czym ruszyłem we wspomnianym przez przełożonych kierunku. Starałem się nie słuchać wciąż przyzywających mnie płomieni… Szeptały. Wciąż szeptały. Było ich tak wiele.
Przyspieszyłem kroku. Musiałem dotrzeć na miejsce zbiórki. Miejsce zbiórki – musiałem myśleć wyłącznie o tym.Mistrz Gry - 2019-12-10, 21:44 Ciało z pewnością Cię bolało - choć pewnie mniej, niż wciąż niepewna psychika. Twój umysł płatał Ci figle, a ta dziwnie znajoma blondynka wychylała się gdzieś zza tych wołających płomieniu. Równy krok jednak skutecznie powstrzymywał Cię przed szukaniem jej w Twoich dawnych wspomnieniach - a może tylko tak Ci się wydawało?
Przyjaciółka? Sam? O co jej chodziło, czemu mówiła o takich rzeczach?
Nie wiedziałeś. Ale czy w ogóle miałeś czas się tym martwić - gdy przed swoimi oczami mogłeś dostrzec olbrzymie ognisko przy zniszczonej już rządowej maszynie?
Czołg, który jechał tu ledwie kilka minut temu z dumą, nie nadawał się teraz do niczego - zniszczone gąsiennice, wgniecione blachy, przekrzywione działo... Część załogi była martwa i mogłeś dostrzec, jak ocaleni z Twojego oddziału pomagają się wydostać tym, którzy przeżyli - przez tylną klapę. Coś jednak od początku Ci tu nie grało...
Theresa. Jej widok zapewne i Tobie zgotował krew w żyłach - jej włosy, do tej pory starannie uczesane, teraz kłębiły się w kołtunach, ale... Tylko po jednej stronie jej głowy. Widziałeś, jak lewa strona jej twarzy, wraz z uchem, są niemal stopione. Jak na jej skórze widać krwawe ślady formujące się w brzydkie szlaczki. Jak jej lewe oko już wcale się nie otwiera, choć wyraźnie widać pod nim ślady po łzach... Oberwała, ledwo trzymała się na nogach, gdyby mogła - pewnie krzyczałaby w niebogłosy, ale teraz miała ważniejszą misję - uratować tych, którzy pozostali.
Czy jej w tym pomożesz?Aaron Bartowski - 2019-12-14, 18:19 Szedłem hardo, starając się ignorować płomienie. Szedłem przed siebie, ale nie było to proste. Ogień był podwalinami mojej mocy, był największym mym pragnieniem… Najlepszym kompanem od początku. Mieliśmy trwać obok siebie aż do samego końca – przynajmniej tak to widziałem w tej chwili, tak właśnie ostatecznie pragnąłem zginąć. Choć tak bardzo wizja samospalenia mnie przerażała, to nie wyobrażałem sobie innego końca od oczyszczającej siły ognia.
Zagryzłem wargę, gdyż to nie wszystko. Wizja mnie w ogniu przywołała obrazy z pola bitwy, które oderwały mnie od rzeczywistości, wrzucając do tej pełnej bólu i przenośni, rzekomo starych twarzy i strachu… Był tam również ogień trawiący wszystko na swojej drodze. I wszystkich. Moją Albę… Siostrę, której tak szczerze nienawidziłem. I tę dziewczynę… Właśnie, śledziłem ich. Zgubiłem… Najwyraźniej nie byłem w zbyt dobrym stanie, skoro o tym zapomniałem. Byłem za bardzo rozkojarzony. Ten ogień…
I to nie koniec… Nie koniec.
Ten dzień był przedziwny. Więcej bólu i cierpienia, więcej nienawiści do mutantów i chorych wizji. Stopiona twarz Theresy migała mi przed oczami, które tak do końca nie rejestrowały jej ruchów. Moje myśli zaczęły błądzić, szukać czegoś… Coś bardzo podobnego miało kiedyś miejsce. Wiedziałem, że nie było mnie wtedy na miejscu… Tak jak teraz, a wiedziałem, że gdybym był, mógłbym nieco zelżyć skutki… Mógłbym ją ocalić. A tak spłonęła… Yv spłonęła, choć była mi jak matka. Theresa była mi jak matka. Żyła. Czemu czułem, że… Rany. Nie powinienem teraz zajmować głowy jakimiś lukami w pamięci.
Ja jebie! Szukałem wspomnień… z życia pomiędzy mutantami, z którymi teraz kompletnie nic mnie nie dzieliło. To, co teraz widziałem, TO JEBANA ICH WINA. Theresa tego nie zrobiła, nie stopiła sobie twarzy… Robili to tacy jak ja. To robiłem ja… Niejednokrotnie. Nawet ludziom. Ale teraz miałem smażyć mutantów. Palić ich żywcem niczym na stosie.
Przez to moje wzburzenie, ogień w moim najbliższym otoczeniu zamigotał złowrogo, może nawet miejscami wybuchł nieco. Zreflektowałem się jednak, nie chcąc już bardziej szkodzić tym biedakom. Zacisnąłem zęby i spróbowałem uspokoić płomienie, a może nawet wygasić? Ostudzić je kompletnie? A wtedy zabrać się za wyciąganie rannych i martwych. Żałowałem aby, że nie potrafiłem cofnąć poparzenia Theresy. Wiedziałem aż za bardzo, jakie katusze będzie przechodziła w najbliższym czasie.Mistrz Gry - 2019-12-31, 21:32 Widziałeś grymas na twarzy Theresy, która zdawała się nawet Cię nie zauważać, tak długo, dopóki ognie wokół niej nie zaczęły tracić na swej sile, dając uczucie miłego "chłodu", przedostającego się z między uliczek. Z całą pewnością - wszyscy tu zebrani odczuli to z wielką ulgą, nawet, jeśli same okoliczności były... Mocno niesprzyjające.
- Bartowski. - Syknęła, wygrzebując kolejne ciało spod blaszanej klapy, byle tylko dać możliwość przejścia ostatniej żyjącej osobie wewnątrz tego czołgu. - Czemu do diaska się nie wycofałeś, gdy padł rozkaz?! - Warknęła po chwili, niby szeptem, ale jej ton głosu... Miał w sobie niezwykłą siłę i... Wściekłość. Widać było, że rozgoryczenie nią targało - w końcu poniosła porażkę. Nie tylko duża część jej zespołu nie przeżyła dzisiejszego dnia, masa sprzętu została zniszczona, ale i... Pozwoliła na ucieczkę tak olbrzymiej grupy niebezpiecznych mutantów. Jej oddział, do tej pory uważany za jeden z najbardziej skuteczny - dziś przegrał sromotnie, przebijając się przez samo dno.
Z wnętrza zniszczonej maszyny w końcu wyszedł ostatni mężczyzna - czy może raczej wyczołgał się, gdyż jego noga była poważnie zmiażdżona. Z jego skóry lała się krew i niemal było widać, jak nieszczęśnik blednie w oczach. Sama Theresa na to przygryzła swoje wargi w niezadowoleniu.
- Z resztą, nieważne... - Przełknęła głośniej ślinę, pomagając żołnierzowi usiąść pod gąsienicą, i rozrywając do końca jego nogawkę za pomocą wojskowego noża. - Wiesz co robić. - Mruknęła w końcu, obnażając skórę ofiary. Do tego też byłeś szkolony - musiałeś znać położenie najważniejszych tętnic i układu krwionośnego w ciele człowieka, właśnie na takie przypadki - by wiedzieć, w których miejscach nieszczęśnika "przypalić", byle powstrzymać te krwotoki. Czy dzisiaj byłeś gotowy wykorzystać tę wiedzę w warunkach polowych, gdy kobieta zakładała zacisk przy jego udzie?Aaron Bartowski - 2020-01-06, 14:06 Nie powiedziałem nic. Po prostu stałem, przyjmując na siebie wściekłość Theresy. Miała do tego pełne prawo. Nie dziwiłem jej się. Choć z początku wyglądałem na zaskoczonego, bo tak też się czułem, po chwili przypomniał mi się ten mało dla mnie zrozumiały przekaz, który postanowiłam olać do czasu pojawienia się kolejnego. Działanie na własną rękę? Och tak! Pokazanie mutantom, kto tu rządzi? I to wszystko, tylko dlatego by ostatecznie móc się poczuć nimi – niezdyscyplinowanymi mendami, niosącymi chaos, ból i cierpienie. Czy będąc w szeregach D.O.G.S. mogłem odkupić własne winy? Czy może jedynie sprawiałem im jeszcze większych problemów?
Zacisnąłem zęby i pomogłem jej wyciągnąć ostatniego poszkodowanego z pojazdu. Zdecydowanie ją odciążyłem, a mężczyzna faktycznie nie wyglądał zbyt ciekawie. Powiedziałbym, że masakrycznie. Patrzył na mnie z odrazą. Przepełniony był bólem, niezwykle cierpiał, ale również obwiniał mnie za to wszystko. Bądź co bądź również byłem mutantem, wynaturzeniem.
Podkradłem odrobinę ognia, który przeoczyłem, gasząc jego większe skupiska. Dziwnie – albo też nie – zachowywałem spokój w podobnych warunkach. Używanie mocy w tak prozaiczny sposób mnie uspokajało, ale myślę, że miały na to wpływ również moje przeżycia z przeszłości, których w większości nie znałem, których częściowo nie rozumiałem… i Samantha… Moje relacje z siostrą, nad wyraz skomplikowane, miały z pewnością spory wkład w to, kim teraz byłem. Może nawet największy? Ale nie w niej rzecz tkwiła właśnie, tylko w tym, bym mógł chociaż trochę przysłużyć się do lepszego jutra.
Drobna kropla ognia śmignęła mężczyźnie przed nosem i zwolniła nad jego nogą. Zaraz zrobiła to druga, kiedy okazało się, że ta pierwsza nie zdołała wystarczająco przypalić jego rany. Tego z kolei – przypalania ran – nie miałem okazji za często czynić. Przynajmniej tak myślałem. Dopiero D.O.G.S. otworzyło moje oczy na nowe możliwości w korzystaniu z mojej mocy, nauczyło mnie anatomii i zasugerowało, że mogę jeszcze bardziej rozwinąć własne umiejętności. Zrodzili we mnie nadzieję na zrzucenie największego ograniczenia, powiedzieli, że być może będę mógł tworzyć samemu płomienie. Uczyli mnie, choć mną w większości gardzili. Ale uczyli mnie i zamierzałem dać z siebie jak najwięcej.
- Wybacz… Ten komunikat… Nie słyszałem go dobrze – odparłem, wznosząc wzrok na Theresę. Rana była przypalona, więc miałem chwilę, by się wytłumaczyć. Pragnąłem, by chociaż ona dalej utrzymywała we mnie wiarę. – Potem wszyscy zniknęliście mi z oczu. Ruszyłem w pościg za rebeliantami – dodałem i zamilkłem, bo mój pościg okazał się być nadaremny.