Samantha Bartowski - 2019-04-07, 13:31 - Nie znasz mnie wcale. Nie jestem tą osobą, co przed laty, za jebanego gówniarza. - Skwitowałam krótko jego słowa. Zmieniłam się i to niekoniecznie w taki sposób, w jaki oczekiwałam za młodego. Zmieniłam się... Na gorsze. Sama siebie nie poznawałam. Jak więc on miał mnie tak dobrze znać?
Ja... Ja nawet nie wiedziałam, co się własnie tutaj dzieje. To była jedna wielka abstrakcja. Miałam się uspokoić po jego słowach? No błagam! Ja... Ja wiem, że sama chciałam dla siebie najgorzej, ale gdy to bliscy sprowadzają Cię do roli inkubatora... To boli tysiąckroć bardziej.
- Och, świetnie. To teraz sugerujesz, że mam słabe geny? - Zapytałam z wyrzutem, gdy na mojej twarzy pojawił się istny grymas złości. Mimowolnie wstałam ze swojego miejsca podchodząc do ściany i próbując skupić na jej bieli swój wzrok. Nie miałam sił na niego patrzeć w tym momencie, coraz bardziej żałując tego, co między nami zaszło. W dupie już miałam że i jego zachipowali. W dupie miałam jego sytuację. Widać... Zasłużyliśmy sobie na taki los.
Prychnęłam słysząc jego słowa.
- To powiedz - jak dla mnie może być jeszcze gorzej? - Zapytałam, wciąż nie odwracając się do niego twarzą, a zamiast tego, uderzając pięścią o tę nieszczęsną ścianę. Ból, który odczułam przez to w knykciach pozwolił mi na chwilę trzeźwego myślenia, nie sprowadzonego tylko i wyłącznie do mojego łona.
- Kurwa, Ty tego dalej nie rozumiesz! - Wycedziłam przez swoje zęby, podnosząc swój ton. - Czy Ty kurwa nie widzisz, co oni robią? Serio kurwa tego nie widzisz? Mydlą Ci oczy tym jebanym gówniarzem, tylko po to, żebyś był im kurwa posłuszny! Ze mnie zrobią jebany inkubator w tej jebanej klitce na kolejne pół roku, żeby w Tobie mieć dalej oddanego jebanego szwadronowca, i co dalej? Jaką masz kurwa pewność, że tego dzieciaka Ci szybciej nie zajebią, bo jednak - heh - dostanie moje zjebane zmutowane geny? Co będzie po tym ze mną? Zrobią ze mnie potrawkę dla tego całego Ogara czy worek treningowy? A może kurwa jeszcze sobie wymyślą hodowlę kundli, jeśli za pierwszym razem im się uda? - Zaczęłam sypać czarnymi argumentami rodzącymi się w mojej głowie. Ale czy można mnie o to winić? Od tak wielu miesięcy na własnej skórze doświadczałam, czym jest bycie szczurem laboratoryjnym. Jaką mogłam mieć pewność, że nie będą chcieli swoich praktyk kontynuować i na moim dziecku?
- Kurwa mać! - Krzyknęłam kolejny raz, tym razem już kopiąc w ścianę, by po skulić się pod nią powstrzymując łzy. Jak widać... Emocje nie były po mojej stronie.
- Tu już kurwa nie chodzi o mnie, Kersey... Oni... Oni... JA im nie ufam. Zrobią z tym coś złego... - Dodałam po chwili, zaciskając wargi w cienką linię. W moim głosie dało się wyczuć żal, rozpacz i smutek. Rząd miał to do siebie, że mówił to, co ludzie chcieli słyszeć. Ale przecież... Ja to znałam od środka. Nie mogłam się doczekać jebanego lekarstwa ani pomocy, gdy w pokoju obok mnie zdychała tamta dziewczyna. Byłam napełniona strachem, ale teraz... Teraz coraz bardziej byłam pewna, że to dziecko nie może się urodzić. A przynajmniej - nie tutaj...Brian Kersey - 2019-04-08, 23:23 To że się zmieniła, zauważył od razu. Westchnął, kiedy wypowiedziała takie słowa. Nie skomentował ich nawet. Nie było po co. Tylko nie potrafił właśnie konkretnie stwierdzić, w którym kierunku. Może faktycznie stała się tą gorszą, przez aktywację genu X? Może to ten gen ją tak zmienił? Wszystko możliwe.
Wspomnienie o słabych i mocnych genach przyniosło nie tak pozytywny kierunek, jakiego spodziewał się Brian.
- Nie to miałem namyśli. Chodzi mi o możliwość uśpienia na długo mutacji.
Jak inaczej miał jej przekazać to o co mu chodziło? Ale skoro ona twierdziła, że ma słabe geny, to czy nie było też prawdą? Poddawała się. Słabła z każdym dniem, przechodząc przez tutejsze piekło.
Jak mogło być jeszcze gorzej dla Samanthy? Co mogli jej zrobić gorszego? Sprać jej mózg. Nawtykać takich głupot, by później funkcjonowała tak jak oni tego będą chcieli. Brian wiedział, jak kończą niektóre mutanty. Jej mogło nawet grozić specjalne więzienie. Całkowita izolacja od otoczenia. Samotność do końca życia. Nie chciał tego dla niej. Nie wiedział też, jak ma jej pomóc. Czy w ogóle może to uczynić?
Nie chciał jej odpowiadać na to pytanie. Zamilkł jedynie spuszczając wzrok. Wiedział co może być, ale nie chciał jej dobijać bardziej. Sam jednak wyrzuciła w niego wyrzuty, zarzucając nie rozumienie sytuacji.
Tego było za dużo. Z jednej strony rząd narzuca mu, że to wina mutantki która nim manipulowała. Z drugiej, Sam twierdzi, że to oni nim sterują i wmawiają wszystko w co powinien wierzyć. Gdzie tu jest prawda? Czy faktycznie może być tak, że go wykorzystują? Jego szef nie przejmował się tym, czy Sam urodzi dziecko czy nie.
To co mówiła, nie mieściło mu się w głowie. Patrzył na nią z powagą i przejęciem. Nie uważał, by chcieli z niej robić inkubator na tworzenie dzieci mutanckich, by potem je wychowywać na żołnierzy.
- Więc co powinienem według Ciebie zrobić? Złamać umowę i pozwolić by mnie zamknęli w więzieniu? I tak grozi nam to samo.
Nie miał pojęcia, ile lat by mu przyszło odsiedzieć za swoje czyny. I może nie chciał wiedzieć.
Oboje byli w kiepskiej sytuacji. Domyślał się, że jej nie przekona. Zmusić także nie może by urodziła jego dziecko. Co było z jednej strony smutne.
- Zrobisz co uważasz...
Dodał po krótkiej chwili przerwy. Mieszało mu się wszystko, z informacji jakie otrzymał.
- Ja... Naprawdę nie wiem komu wierzyć.
Rzekł z rezygnacją w głosieSamantha Bartowski - 2019-04-09, 22:40 On tego nie rozumiał. Po prostu tego nie rozumiał...
To nie on teraz nosił w sobie nowe życie. To nie on był skazany na samotność i zbyt wiele czasu na przemyślenia. To nie jego zamknęli za sam fakt, że był inny. To nie przed nim rysowała się wizja, że może wszystko stracić.
On... On nie mógł zrozumieć, jaki to dla mnie cios.
Ledwie odzyskałam brata, a straciłam go na nowo. Ledwie wróciła do mnie kruszyna, a znowu jej nie było. Ledwo odzyskałam dawnego przyjaciela, by stanąć przed wizją, że znowu go stracę. A teraz? Ledwie dowiedziałam się, że mogę zostać matką, by za chwilę mogli mi zabrać to maleństwo?
Nie. Tak... Tak po prostu nie mogło być. Wszyscy ode mnie odchodzili, ale ta jedna, jedyna osoba... Po prostu nie mogła.
Na nowo odwróciłam swój wzrok, ledwie powstrzymując się od płaczu.
- Brian, ja... Ja zaatakowałam kobietę, by ten dzieciak mógł to przeżyć. - Wyznałam w końcu, biorąc głębszy oddech. - Zachorowałam. Byłam świadkiem, jak tamta dziewczyna zdycha w męczarniach przez tego jebanego wirusa. Byłam zdesperowana. Nie chciałam tak skończyć, nie, gdy... Gdy noszę Twoje dziecko. - Wyznałam, podnosząc na niego swój wzrok. Pojedyncza łza spłynęła wtedy po moim policzku, jednak szybko ją otarłam. - Ale wtedy pojawiła się tam dziewczyna. mieszkaniu Jensena. I ona... Ona miała rumieńce... Mówili, że to oznacza odporność, że to lekarstwo... Ja... - Nie wiedziałam, jak mam to wytłumaczyć, by nie zaczął mnie nienawidzić. W końcu... Stałam się zwierzęciem walczącym o przetrwanie. - Ja ją zaatakowałam. Ja piłam jej krew, na Boga! - Wyrzuciłam w końcu z siebie podniesionym tonem, po chwili chowając twarz we własnych dłoniach. - Robiłam wszystko co mogłam dla tego bachora. Nie możesz mi go teraz zabrać. Nie możesz pozwolić, żeby oni go zabrali... - Wyjęczałam między szlochami, które powoli zaczęły opanowywać całkowicie moją mowę. To było dla mnie naprawdę ciężkie. A najgorsze, że wciąż nie miałam pewności, czy on to zrozumie.
- Zajeb mnie tu na miejscu, razem z nim, albo nie pozwól tu zostać. Tu żadne z nas nie ma szansy, Brian... - Wyrzuciłam w końcu z siebie, z ledwością spoglądając na niego. Moja twarz z całą pewnością przybrała kolor czerwieni, gdy oczy były szkliste od kolejnych łez. Ale... Ja naprawdę nie chciałam tu rodzić. Nie chciałam tu zostać. Przecież... Przecież oni wszyscy obiecali mi wolność, a teraz co? Poddali się, byle zyskać to, co mogłam z siebie wydusić?
To nie była zbyt optymistyczna wizja...Brian Kersey - 2019-04-09, 23:18 Po prostu mówił to, co mu powiedziano. Jakie jest rozwiązanie jego problemu. Nie chciał, by jego dziecko wychowywało się bez matki, ale co mógł zrobić? Nie powinien decydować o jej dziecku, ale też miał zostać rodzicem. Czy nie lepiej wtedy, by to Sam wychowywała?
Słuchając jej, rozmyślał i analizował swoją i jej sytuacje. I tak miał tu słabą przyszłość zawodową. Widział jak traktowali kobietę jego serca. Przyjaciółkę od lat. Chciał jej pomóc, ale w tej chwili miał związane ręce. Jej płacz nie pomagał. Ani wyznania, co robiła by przetrwać. Szukała ratunku by wyleczyć się z choroby, otrzymując potajemnie lekarstwo. Przemyt.
Ostatecznie Brian wstał, kiedy Samantha przestała mówić. Podszedł do niej ze smutkiem i objął. Nawet jeżeli się szarpała i nie pozwalała. Objął ją w swoje silne ramiona i przytulił, nic nie mówiąc.
Milczał przez jakąś chwilę, po czym pochylił się do jej ucha.
- Wyjdziesz stąd. Ale wytrzymaj jeszcze trochę. Nie poddawaj się.
Wyszeptał. Starał się mówić na tyle cicho ale dla niej słyszalnie, korzystając z jej szlochu. Co miało pomóc zakłócić jakiekolwiek zbieranie sygnałów i wychwytywania jego rozmowy z Sam. Będzie tu widocznie potrzebował Fowlera o ile ten dupek potrafił się dobrze schować. Brian był świadom tego, jak to się dla niego skończy. A nie chciał więcej widzieć płaczącą Sam. Nie chciał też widzieć i słyszeć o śmierci swojego dziecka. Dlatego pomoże jej wyjść stąd.
Spojrzał w jej oczy.
- Sam. Wiem jakie to trudne dla Ciebie. Ale musisz zrozumieć, że wyjście jest tylko jedno. Przemyśl to, proszę.
Nawiązywał do tej oficjalnej części ich rozmowy, nie chcąc jasno mówić o swoim planie. Spuścił wzrok na jej brzuch i niepewnie, ale położył tam dłoń. Nawet jeżeli nic nie poczuje, to chociaż powoli oswajał się z wizją "być rodzicem".Samantha Bartowski - 2019-04-10, 23:36 Wbrew oczekiwaniom mężczyzny, ja... Ja się nie opierałam. Potrzebowałam tego, Choć odrobiny bliskości, uczucia, jakiegokolwiek ciepła. Naprawdę, potrzebowałam tego. Jak dziwne się to mogło nie wydawać, jak nienaturalne to dla mnie nie było... Potrzebowałam wsparcia. Tym bardziej teraz, gdy zostałam z tym problemem sama.
Mimo wszystko jednak, czując jego objęcia - po prostu pękłam. Łzy pociekły po moich policzkach, nawet mimo faktu, że próbowałam to powstrzymać. Że nie chciałam na nowo pokazywać swojej słabości. Jak widać jednak - hormony robiły swoje.
Odwzajemniłam więc ten uścisk. Wiedziałam, że jemy zależy na czymś więcej i że ja nie jestem w stanie mu tego dać. Ale... Teraz ja tego potrzebowałam.
Jego słowa też w niczym nie pomogły. Jak bardzo mnie to nie bolało, ledwie słyszalnym tonem wycedziłam przez swoje zęby:
- Obiecaj mi tylko... Że nie pozwolisz... - Nie dałam rady nawet tego dokończyć, na nowo zanosząc się płaczem. Wiedziałam jednak, że zrozumie moją prośbę. Nie kłamałam, gdy mówiłam, że wolałabym zdechnąć razem z tym dzieckiem, jeśli byłabym skazana na poród w tych paskudnych, więziennych celach. I miałam nadzieję, że Brian zdoła zrobić cokolwiek, by mnie przed tym uchronić. Miałam świadomość, że to również dla niego cios, że to niewyobrażalnie wielka prośba, ale... Nie zostało mi nic innego. Mogłam tylko wierzyć w jego oddanie.
Przetarłam swoje powieki, gdy kolejne słowa z jego ust padały. Rozumiałam jego motywacje, wiedziałam, czym się kieruje. Ale... Ale on wciąż tego nie rozumiał.
- Obiecaj mi tylko... Jeśli to się nie uda... Nie pozwól... - Nie wiedziałam., czy moje słowa były wystarczająco składne. Nie wiedziałam, czy jestem w stanie w tych emocjach przekazać mu to, na czym mi zależało. Przekaz był jednak prosty.
Jeśli złapiesz jakiekolwiek wątpliwości co do naszej - czyli mojej i dziecka przyszłości - nie pozwól żadnemu z nas do tego dożyć.
Po prostu. Wolałam zdechnąć, niż stać się zabawką Rządu....Brian Kersey - 2019-04-14, 11:30 Obejmował i nie przejmował tym, że puściła łzy. Że nie wytrzymała być twardą. Pobyt tutaj ją wyniszczał i jeszcze bardziej osłabiał. Pozwolił jej wypłakać się tyle ile tego potrzebowała. Teraz miała tu tylko jego. A on nie mógł już zrobić dla niej aż tyle co wtedy. Degradacja stanowiska nie dopuszcza go już do dzielnicy mutanckiej. Mógłby wejść, ale pewnie eza pozwoleniem lub w określonym celu.
Wiedział jednak, że tę jedną rzecz może jeszcze zrobić całkowitym kosztem swojego zawodu, jeżeli nie i życia. Nie miał szczerze nic do stracenia. Nie miał nikogo, poza tu obecną Samanthą. Nie miał przyjaciół, rodziny, rodzeństwa. Nikogo.
Nie było mu łatwo słyszeć jej słowa. Ale jeżeli to miało być ich ostatnie spotkanie, lub bardzo ograniczone, lepiej by teraz złożyli sobie obietnice.
- Nie pozwolę... Obiecuję.
Zgodził się. Jeżeli tego chciała, nie pozwoli by rodziła w tym miejscu. To nie będzie łatwe dla niego. Wyboru jednak nie miał. Kto wie czy rząd by go za to nie pochwalił, gdyby pozbawił życia ją czy swojego dziecka. Czy tego chciał?
- Ty mi też coś obiecaj.
Rzekł do jej ucha, nadal przytulając.
- Bądź silna. Nie poddawaj się. Przetrwaj i przeżyj. Dbaj o niego. Niezależnie od tego, co się stanie. Obiecaj.
Chciał by dbała o ich dziecko. By pozwalała mu się w sobie rozwijać. By było silne, tak samo ona. O najgorszym wspominać nie chciał, ale musiał. Sama dobrze wie jakie przeszła piekło i przechodzi nadal. O nic więcej jej nie prosił. Nie prosił nawet o to, by go kochała. Tylko tyle by przeżyła i urodziła mu dziecko. Nie ważne czy to będzie córka czy syn. Ale w głębi siebie, pragnął by to był chłopiec. Który dorośnie i będzie ją chronił, gdyby jego zabrakło.
W zależności od tego, w jakiej by się znaleźli sytuacji i odstępie czasowym, musieli sobie zaufać i sobie jakoś pomóc. Gdyby jego plan się nie powiódł, wtedy sięgnie po spełnienie jej obietnicy.Samantha Bartowski - 2019-04-14, 16:08 Tyle... Tyle mi chyba wystarczyło. To jedno, krótkie słowo, które miało mi zapewnić to bezpieczeństwo. Bo przecież... To nie tylko brak zagrożenia. To też spokój ducha. To fakt, że nikt więcej ie zrobi krzywdy ani Tobie, ani tym, którzy są Ci cenni. A teraz... Teraz to było dla mnie najważniejsze.
Jeszcze kilka dni temu mogłam zrobić wszystko dla tego ledwie rozwijającego się życia. Ale wtedy - nawet, gdyby miało przyjść na świat w niewoli - tak łatwo byłoby je przekazać w bezpieczne ręce. W ramiona kogoś, kto nie pozwoli z niego zrobić szczura laboratoryjnego. Dzisiaj... Dzisiaj nie miałam tej pewności. To nie było życie ani dla mnie, ani dla tego dziecka.
Choć przecież ja już byłam skreślona.
Pokiwałam swoją głową na znak zrozumienia.
- Tylko tak długo, jak Ty dotrzymasz swojej. - Wyznałam, już zdecydowanie spokojniejszym tonem. W sumie... Miał rację. Musiałam być silna. Musiałam przetrwać. Musiałam...
I pewnie szło by mi całkiem nieźle, gdyby już po chwili drzwi do izolatki się nie otworzyły z prostym przekazem - koniec tego dobrego. Zacisnęłam swoje wargi w cienką linię, ostatni raz ściskając jego dłoń, nim ten wstał i ruszył w kierunku wyjścia.
- Obiecuję. - Rzuciłam jedynie, nie odrywając od niego wzroku. Pierwszy raz od dłuższego czasu moja wypowiedź brzmiała tak spokojnie i zdecydowanie zarazem.
Mógł wiedzieć jedno. Ja... Ja tym razem się nie poddam.
[z/t x2]Brian Kersey - 2019-05-14, 20:35 / noc z 28 lutego na 1 marca 2019
Ten dzień zapowiadał się bardzo aktywnie. Jednakże mająca nadejść noc, była stresująca. Już w samo południe doszło do czegoś nieprzyjemnego, kiedy dowiedziano się o niepowodzeniu przetransportowania więźnia do innego ośrodka laboratoryjnego DOGS. Tyle co Brianowi udało się dowiedzieć, przewozili mutantkę, niejaką Colleen Marie. Niezbyt go teraz interesowała. W głowie miał tylko uwolnić Samanthę Bartowski.
Dnia poprzedniego, podczas przebywania na chwilowym patrolu w stołówce, ukradkiem udało mu się przekazać Sam mały liścik z informacją, co nastąpi następnej nocy. Jego treść zawierała następujące słowa: "Kiedy usłyszysz alarm, wyjdź z izolatki. Kieruj się do wyjścia ze wszystkimi trzymając się lewej ściany. Ułatwi mi to zlokalizowanie Cię i zabranie w bezpieczne miejsce."
Więcej szczegółów nie podawał. Zrobi to później, na miejscu. Być może i z nią, będzie komunikować się pisemnie. Lecz by nie wzbudzać podejrzeń, będzie musiał cokolwiek mówić. Posiadanie w sobie chip jest takie kłopotliwe.
Dzisiejsza noc, która szybko nadeszła. Brian był przygotowany do działania. Nie bez powodu wybrał ten dzień, jako że mu przypadała praca na zmianie nocnej. Patrolował korytarz. Dużo przed drugą w nocy, przeprosił kolegę i udał się do łazienki. Zrobił to zgodnie z tym co powiedział, lecz później od razu nie wrócił na korytarz, lecz skierował się do biura serwerowni i monitoringu. Nie było im zabronione tam wchodzić, jeżeli miało się jakąś sprawę czy pytanie. Ochroniarzom tego miejsca przyniósł napoje do picia, za co podziękowali. Zrobił dobry gest od siebie i wrócił na patrol. Odczekał odpowiedni czas, by znów tam wrócić i zastać śpiących mundurowych. Dzięki czapce strażniczej na głowie, kamery nie były wstanie rozpoznać jego twarzy, skoro miały też daszek. A Brian również specjalnie nie odchylał głowy by było go widać.
Pierwsze co zrobił, to wyłączył kamerę tutejszego pomieszczenia. Następnie, korzystając z okazji, nabroił trochę w serwerach, doprowadzając do zwarcia. Pozostałości napoju wlał w urządzenia powodując iskry i zapalenie się urządzeń. Zabrał butelki, jakoby zbierał puste naczynia i wyszedł jakby nic. Butelki wyrzucił do kosza i wrócił na swoje stanowisko patrolu. Warto wspomnieć, że mimo odzienia mundurowego i posiadanego ekwipunku, wszelkie czynności wykonywał w rękawiczkach.
Długo nie trzeba było czekać, aż serwerownia porządnie się rozpali i padnie zasilanie oraz włączy się alarm przeciwpożarowy. To był dla niego sygnał, że czas ruszać. By nie wzbudzać zbyt większych podejrzeń, reagował tak samo jak reszta kolegów z zaskoczeniem. Wszelkie drzwi w izolatkach czy celach mogły przestać działać, będące na automatyczne zamknięcia. Wielu "pacjentów" będących na siłach, zaczęło wychodzić. Trudno było nad wszystkimi zapanować. Brian jednak dał radę przedostać się w odpowiednim kierunku, czekając na Sam.Samantha Bartowski - 2019-05-16, 23:45 Chyba zaczynałam się już przyzwyczajać do tej niewoli. Stawała się taka normalna, gdy zaczynałeś akceptować swój los, gdy przestawałeś się opierać. Gdy na kolejne zastrzyki czy bodźce bólowe starałeś się nie reagować - tylko dlatego, że Twój oponent cieszył się z Twojego bólu. Tylko dlatego, że sprawiało to jeszcze większą satysfakcję...
Na moją nie korzyść dodatkowo wpływał mój stan. To... To straszne uczucie, gdy od Ciebie zależy los kogoś innego i nie możesz absolutnie nic z tym zrobić. Poświęcałam się jednak - bo przecież o to prosił mnie Brian. Mogłam tylko wierzyć w to, że i on dotrzyma swojej obietnicy...
Mimo wszystko jednak - zdziwiłam się, gdy w moje ręce wpadła ta krótka notka. Nie byłam pewna, na ile swobodnie mogę ją przeczytać. Nie wiedziałam, na ile jestem obserwowana, ani jak wiele kamery mogą wyłapać. Całe szczęście jednak przez ostatnie miesiące dość często skrywałam się pod tą paskudną pościelą, jakbym chciała wierzyć, że odetnie mnie od całego zła tego świata. To właśnie pod nią - wpuszczając zaledwie niewielką ilość światła - mogłam zapoznać się z treścią tego liściku. Tylko... Absolutnie nic z niego nie rozumiałam.
Co on do jasnej cholery kombinował? Jaki alarm?
Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Nie mogłam pozwolić, by ten skrawek papieru wpadł w niepowołane ręce. Jak bardzo nie chciałam tego robić - musiałam w sobie obudzić tego małego gówniarza, który jadł papier na kilogramy, i tym razem przeżuwając i połykając niewielki liścik. Ale... To był koniec. Nikt nie mógł go znaleźć. Nikt więcej nie mógł go odczytać...
Czy czekałam na to? Sama nie wiem. Chyba przestałam liczyć czas w tym miejscu. Może dlatego pisk alarmu tak bardzo mnie zaskoczył? Ale to chyba dobrze, dzięki temu moja reakcja z całą pewnością była naturalna. Na pewno było po mnie widać te same nerwy i strach, co po pozostałych mutantach.
W pierwszych chwilach z tego wszystkiego wręcz zapomniałam o wytycznych mężczyzny. Chciałam stąd po prostu wyjść, przeciskając się między kolejnymi - nie tylko spanikowanymi - na moje nieszczęście więźniami. Ale... Jeśli serio Kersey za tym stał, to chyba dobrze, prawda? Kilku agresorów i buntowników z całą pewnością zajmie szwadronowców.
Dopiero po przeciśnięciu się w tym tłumie kilku metrów uświadomiłam sobie, że miałam się kierować z lewej strony. Tak? To była lewa? Do jasnej cholery, Sam, zacznij w końcu samodzielnie myśleć! Wzięłam głębszy wdech, przeciskając się lekko w tłum. Po moim wyglądzie można jednak było pomyśleć, że po prostu staję się słabsza i szukam oparcia w najbliższej ścianie - do której niemal się przylepiłam dłońmi, kierując się już tylko wzdłuż niej ku - jak mi się wydawało - wyjściu.Brian Kersey - 2019-05-18, 13:16 Obiecał że jej pomoże. Pamiętał również o tym, co miał zrobić, gdyby nic się udało. Gdyby jej życie czy ich dziecka było zagrożone. Nie chciała tutaj rodzić. Więc postanowił zapewnić jej wolność. O niewiele prosił i jak widać, wytrzymała. Dawała radę. Za co był jej wdzięczny. Ale też wiedział że to wiecznie nie potrwa. Dlatego postanowił szybko zadziałać i postawić wszystko na jedną kartę.
Po wywołaniu alarmu i zamieszania, stał pod ścianą i obserwował uciekających mutantów jak i strażników próbujących nieudolnie powstrzymać zbiegowisko. Brian udawał, że cokolwiek działa i też ciężko mu idzie, to jednakże wypatrywał jednej osoby.
Szybko ją odnalazł, jak próbowała się przecisnąć aż w końcu dotarła pod ścianę. Dotarł do niej i złapał ją za ramię, ciągnąc za sobą. Nie mógł być delikatny, by to inni widzieli. Musiała mu to wybaczyć, chociażby przez ten fragment drogi, aż nie znaleźli się na zakręcie i minęli cały tłum. Alarm wył i w niektórych miejscach włączyły się spryskiwacze wody.
Brian zaciągnął Samanthę na schody, gdzie zmierzali w dół do innego pomieszczenia.