Cassandra Gardner - 2018-04-17, 22:10 - Z pewnością taka, którą poświęcasz dla kobiety, która cię kocha...ła. - Odbiła piłeczkę, wymownie unosząc brew. Od początku wiele słyszała, wiele widziała, wiele wiedziała... I najpewniej dało się to zwalić na wyjątkowe aktorskie umiejętności Billy'ego czy jego specyficzny urok, po prostu uznając - dokładnie tak, jak to zawsze robiła - że dała się omotać, zamydlić sobie oczy i pozwoliła zakręcić się wokół palca, jednakże nawet wtedy nie była tak całkowicie wszystkiego nieświadoma. Mimo to została. W tym ani w żadnym innym momencie nie wiedząc, co zrobiłaby, gdyby zdrada miała inne zakończenie. Mogła wyłącznie snuć mniej lub bardziej niewygodne spekulacje. Skoro zaś ona nie była tego całkiem pewna, jak on mógł być?
Być może wcale nie była aż tak bezuczuciowa i pamiętliwa, za jaką chciała uchodzić.
- Nie ma w tym nic, czego nie dałoby się wybaczyć, skoro tak bardzo chcesz to wiedzieć. Mój ojciec nie potrzebuje mojego wybaczenia, bo nigdy tak naprawdę go nie utracił. Nie w całości. - Nie kłamała, doskonale wiedziała, że jej papa zrobił wszystko, by mogła żyć na pewnym poziomie. Zaczynając mieszać się w różnego rodzaju interesy, uczynił to, aby zapewnić byt swojej niedużej, porzuconej przez Glorię rodzinie.
To, co potem z tego wyszło... To wliczało się w konsekwencje podjętych wcześniej decyzji. Zarówno tych złych, jak i całkiem dobrych. Nawet jeśli jej dzieciństwo było niezmiernie dalekie od sielskości, z czasem instynktownie zaczęła do tego przywykać. Ba, dobrowolnie wmieszała się w sprawy kartelu, mając przez to dosyć sporo za uszami. Czy żałowała? Po części tak, zupełnie jak wielu innych rzeczy, po części jednak uważała to za swoistą lekcję. W końcu to właśnie po tym postanowiła opuścić Albuquerque, chcąc zaznać innego życia na własną rękę.
- Nie wróciłam do niego... - To był fakt, jednak interpretacja Sandersa w pewnym sensie w nią ugodziła. Owszem, uważała się obecnie za dosyć pamiętliwą osobę, jednakże nie nienawidziła ojca. Wręcz przeciwnie, chodziło wyłącznie o okoliczności, w jakich miałaby powrócić do domu. Podkulając ogon pod siebie, garbiąc się, pochylając głowę i szurając stopami o pokrytą pustynnym piachem ulicę. Przyznając, że całkowicie zawaliła to, co miało być jej dowodem na niezależność. Być może to zdawało się głupie, ale była po prostu zbyt dumna, aby wrócić. Zwłaszcza po tym, jak dobrze miało jej się układać.
- A ty? - Burknęła, nie pozostawiając mu czasu na jakiekolwiek zbędne pytania, co miała przez to na myśli. Wbijając wzrok we własne przybrudzone buty, kontynuowała raczej bezcelowe odbijanie pytań. - Tak łatwo byłoby ci przyznać rodzinie, że twoje życie nagle się posypało? Przy okazji jeszcze bardziej narażając wszystkich swoim powrotem? - Najprawdopodobniej nie powinna była o to pytać, bo przecież dobrze wiedziała, że raczej nie miał identyfikować się z podobną sytuacją. O ironio, nawet w jakimś stopniu mu tego współczuła. Faktycznie, ona miała, do kogo wracać. Problem w tym, że nie chciała robić tego w taki sposób.
- Układałam sobie życie w taki sposób, w jaki chciałam. - Czy chociaż to było odrobinę łatwiejsze do pojęcia? - A potem patrzyłam, jak łatwo się to wszystko posypało... - Ciągle na swój sposób to robiło. Jedno zdarzenie, drugie, trzecie. Kolejne niepowodzenia, dramaty, nawet ta rozmowa dodatkowo rozdmuchiwała jeszcze ostatnie ziarenka pozostałe z jej domku z piasku. Jaki był sens uciekania w nieznane? Nieustannego oglądania się przez ramię i wiecznego czuwania, gdy nie było nikogo, kto mógłby zdjąć jej odrobinę ciężaru z barków. Dotychczas przynajmniej miała kogoś takiego. Ludzi dających się nazwać przyjaciółmi. Do czasu, gdy - o ironio - nie pozwoliła się znowu zdradzić. Udowadniając tylko tym samym, jak niewiele sensu było w próbach budowania czegoś bardziej stabilnego. Nie w tym świecie, w którym istniało stanowczo zbyt wiele niedopowiedzeń i wynikających z nich zagrożeń.
Co gorsza, pojawiających się w najmniej odpowiednich momentach.
- Nie masz pojęcia, ile z nich przeszło mi przez głowę. - Bąknęła w odpowiedzi, przez chwilę zaciskając wargi w kompletnym milczeniu, jakby dusiła w gardle te kolejne słowa, które mimo wszystko i tak opuściły jej usta. - Każda kolejna coraz bardziej złudna. - Doszli do wniosku, czym tak naprawdę były wyobrażenia, czyż nie? Niepopartymi niczym urojeniami podtrzymującymi płomień, który najrozsądniej byłoby już dawno całkowicie stłumić, skoro sam się nie zagasił. A jednak nawet w tej chwili - zwłaszcza w niej i w obliczu niesamowicie wieloznacznych słów - nie potrafiła nie wstrzymać oddechu, oczekując odpowiedzi.Billy Sanders - 2018-04-21, 13:34 Zmrużył lekko oczy, gdy zawahała się nad swoją odpowiedzią. Chrząknął krótko. - Myślisz, że to byłoby wystarczające? - uniósł wysoko brwi. Nie chodziło już o to czy byłoby wystarczające dla niego, ale… dla niej. Wystarczyło kogoś kochać by mu wszystko wybaczyć? Według niego fakt, że kochała sprawiał że jego zdrada została jeszcze bardziej spotęgowana. Przecież najbardziej rani zdrada tych najbliższych, tych którym ufamy. Miłość dla niego nie miała tej bajkowej siły, zdolnej do zbawienia świata. Była raczej wysublimowanym rodzajem słabości. Myślisz, że jesteś dzięki temu silniejszy, ale wcale tak nie było. Był słabszy. Mniej zdolny do podejmowania własnych decyzji. Cwana sztuczka. Przywiązanie się do kogoś tak bardzo, że zastanawiasz się nad tym czy rzeczy, do których dążyłeś całe życie wciąż mają dla ciebie taką wartość. Przez moment nie miało. Dopóki nie zdał sobie sprawy, że podąża za nią w otchłań, a gdy już pozwoli sobie w nią wpaść nigdy się z niej nie wydostanie. Nie było ratunku z sytuacji, w której się znaleźli. Tak po prostu miało być. Miał ją zdradzić i tak się stało. Nie mógł cofnąć czasu i szczerze… chyba lepiej było nie wiedzieć czy tak naprawdę miałby jakąś przyszłość, bo czasu nie dało się już cofnąć.
- I nie wróciłabyś do mnie. - wzruszył ramionami. Tak podpowiadał mu jego instynkt lub też w to chciał uwierzyć, wtedy podjęcie decyzji było łatwiejsze.
Westchnął ciężko. - Skąd mam wiedzieć. Wiesz, że nie mam żadnej rodziny, a nawet jeśli ją miałem nie darzyłem ją zbyt dużym sentymentem. - wzruszył ramionami. Bo taka była prawda. Ojca szczerze nienawidził, później też znienawidził matkę. Ciotka tak bardzo cierpiała z powodu braku możliwości posiadania potomka, że zajęła się dziećmi brata, ale… mimo wszystko pozwoliła im być w domu dziecka. Bo nie potrafiła sprzeciwić się własnemu mężowi, co nie czyniło jej w oczach Billa bohaterką. Podobnie zresztą było z jego siostrą. Faktycznie… Darzył ją uczuciami, ale ona z kolei podejmowała własne decyzję. To nie tak, że się jej wyparł. Mogła z nim być. Po prostu wybrała swoje gówniane życie, bo wiedziała, że Billy by nigdy jej na to nie pozwolił. Więc nie… Nie było jakiejś więzi między nim, a jego rodziną. Nie pamiętał imion swoich dalekich krewnych, którzy odwrócili się od jego ojca i jego dzieci. Nic go nie trzymała w Texasie i on też nigdy by tam nie wrócił, ale tylko dlatego że nie miał po co. - Wiem tylko, że czasami honorowe zachowanie nie popłaca. I jeśli gdzieś masz rodzinę, która faktycznie się o ciebie troszczy lepiej będzie ci z nimi, niż tutaj.
Wziął głębszy oddech, który przyprawił go o krótki spazm bólu. - Przykro mi, że się tak stało. - mruknął w końcu. - Ale przecież wciąż możesz to zrobić. Po prostu zabieraj się jak najdalej stąd. Wyjedź gdzieś daleko i nigdy tu nie wracaj. - Nie wiedział co stało się w bractwie. Nie wiedział, że znów czuje się zdradzona przez najbliższych, ale po prostu nie było to najlepsze miejsce dla niej. Nie, gdy pewnego dnia przyjdzie tam oddział gc czy też dogs i zabiję ich wszystkich lub zrobi z nich króliki doświadczalne.
Może to był odpowiedni moment. Wielkie wyznanie uczuć, próba nazwania tego co działo się w jego głowie odkąd zobaczył ją pierwszy raz od prawie dwóch lat. Było to jednak zbyt trudne. Zbyt skomplikowane… Zbyt niedorzeczne. Nie zmieniało to ich położenia nawet o centymetr. Nie chciał komplikować sobie życia, mówiąc rzeczy, które w momencie ich wypowiedzenia mogłyby się stać prawdą. Chrząknął więc tylko, puszczając jej dłonie. Nie odwrócił wzroku, nie odsunął się. Zawisł lekko na nią, wciąż patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami. - Może po prostu nie chce wiedzieć, że nie żyjesz, bo zależy mi na tym, żebyś oddychała. Cassandra Gardner - 2018-04-21, 14:45 - To, co myślę, nie ma już chyba znaczenia, prawda? - Unosząc krzywo kącik ust, prawie niedostrzegalnie wzruszyła ramionami. - Nigdy nie byłam wymagająca. - Patrząc na to, czego oczekiwały jej koleżanki z pracy czy choćby niektóre mutantki w Bractwie, czasami zastanawiała się, jaki był w tym sens. Czy trzeba było mówić, że nie dostrzegała żadnego? Być może naprawdę wiele zależało od tego, gdzie i z kim się wychowała. Jej środowisko nigdy nie było szablonowe. Zdecydowanie nie mogła powiedzieć, że było zdrowe czy dostarczało odpowiednie wzorce na przyszłość. Z jednej strony, cóż, przynajmniej nie wyrosła na rozpuszczoną pannicę z nowobogackiej rodziny, która rozpływała się nad swoim pozornie wysokim statusem społecznym. Z drugiej? Czasami zastanawiała się, czy jej oczekiwania nie były wręcz za niskie, skoro doprowadziły do tego, że obdarzyła uczuciami najbardziej niewłaściwą osobę, z jaką tylko kiedykolwiek miała do czynienia. Co gorsza, nie mając już na to nawet najmniejszego wpływu. Stało się. Teraz mogła już tylko rozpaczać nad rozlanym mlekiem, próbując trzymać resztę emocji w ryzach. Jak na złość, to też było ciężkie.
- Wróciłabym. - Parsknęła cicho nad własną głupotą, zaciskając powieki i krzywiąc się nieładnie, nim znowu nie otworzyła oczu. - Naprawdę nie łapiesz, kim wtedy dla mnie byłeś, co? - Skoro już nie ułatwiała niczego samej sobie, w ogóle zaczynając tę rozmowę, tym bardziej nie zamierzała ułatwiać tego jemu. To była jedna z tych chwil, w których Cassandra naprawdę chciała mu dopiec. Chociaż na tyle, żeby cokolwiek go to ugodziło, choć trochę gdzieś tam zapiekło. Zwłaszcza że, o zgrozo, wcale nie kłamała. Gdyby okoliczności ułożyły się chociaż trochę inaczej, zapewne faktycznie by to zrobiła. Jak ćma do ognia.
- Kogokolwiek kiedykolwiek nim darzyłeś? - Pytając w nieco zgorzkniałym tonie, posłała mu posępne spojrzenie, po chwili przenosząc je w dół - na jego ręce ściskające ją za nadgarstki. - Poza tym, skąd myśl, że zachowuję się honorowo? - Nie tak dawno zupełnie niehonorowo postrzeliła go w kamizelkę. Niehonorowo wypowiadała się także o Bractwie, którego obraz w jej ustach nie wyglądał zbyt… Kolorowo. W ostatnim czasie mało kogo darzyła jeszcze w ogóle jakimkolwiek szacunkiem, bo wszyscy byli dokładnie tacy sami. Jej ojciec zapewne obecnie także nie odstawał od tego grona. Nie wiedziała tego na pewno - nie miała z nim w końcu na tyle dobrej drogi kontaktu, by dowiadywać się takich rzeczy, a on nigdy nie dowiedział się o jej ułomności - ale w głębi duszy obawiała się, że on także mógłby ją zdradzić. Nie chciała ryzykować. Zarówno jego życiem, jak i własnym spojrzeniem na jedynego rodzica, jakiego miała. Ostatnio i tak zbyt wiele ludzi ją porzuciło.
- Mi też. - Odmruknęła, nieznacznie poruszając głową i strzepując sobie kosmyk włosów z policzka, by zaraz po tym uśmiechnąć się dokładnie tak samo jak wiele razy wcześniej. Gorzko i przykro. - Naprawdę myślisz, że to tak banalne? Może ty możesz tak po prostu gdzieś się wybrać. Bez większego kłopotu, bez ryzyka. Ja nie mogę. Nie tak łatwo. Zwłaszcza po tym… - Zamilkła na ułamek sekundy, wyraźnie odpływając gdzieś nie tylko spojrzeniem, ale także myślami. Czarnymi, ponurymi i dołującymi, sprawiającymi, że znowu nieświadomie zakołysała się na nogach, co ponownie zwróciło jej uwagę na chwilę obecną. - Po marszu. - Dokończyła krótko, odchrząkując. Tak naprawdę nie chciała przecież rozwijać tego tematu. Wręcz przeciwnie, pragnęła odciąć się od niego tak mocno, jak to tylko było możliwe. Życie nie było jednak przecież instytucją spełniającą marzenia, więc i w tym wypadku najprawdopodobniej nie zamierzało niczego ułatwiać. Musiała nauczyć się z tym żyć, nawet jeśli w tej chwili zdawało się to niemożliwe.
Skoro potrafiła dosyć dobrze radzić sobie z innymi rzeczami, choć teraz także się tak nie czuła, również wspomnienia z marszu miały po jakimś czasie stać się łatwiejsze do zniesienia. Tak samo jak fizyczne obrażenia, psychiczne rany także miały zblednąć. Już coś o tym wiedziała...
- Muszę to zalepić. - Burknęła, nie odwzajemniając jakiegokolwiek spojrzenia, tylko wręcz przeciwnie - po raz kolejny uciekając wzrokiem i nijak nie komentując ostatniego zdania, jakie padło z ust Billy’ego. Prawdę mówiąc, nie chodziło o to, że nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Stanowczo zbyt wiele słów cisnęło jej się w tej chwili na usta, jednak bezpieczniej było je po prostu stłumić, pozostawiając niewypowiedziane, skoro to i tak niewiele zmieniało. Sama nie wiedziała, kiedy tak właściwie zaczęła ratować się ucieczką - czy to fizyczną, czy poprzez dosyć wyraźne zmiany tematów - ale tym razem nie było inaczej.
- Potrzebujesz jeszcze czegoś ode mnie? - Zadając pozornie neutralne pytanie, odsunęła się o krok w tył, kołysząc się przy tym na piętach. Skoro już bawiła się w pomoc, raczej musiała o to spytać. Tak naprawdę chciała się jednak tylko położyć, zakopując się pod kołdrą i usiłując chociaż na moment zmrużyć oczy. Sama, bez potrzeby prowadzenia trudnych konwersacji.Billy Sanders - 2018-04-22, 21:43 - Już niczego to nie zmieni. - zakończył. Po takim czasie mogli mówić o wszystkich “gdyby”, ale niestety przeszłość wciąż pozostawała tak sama. Mogli tkwić w tym błędnym kole złych wyborów z przeszłości albo po prostu ruszyć dalej. I chyba oboje to zrobili. Dość nieudolnie skoro jak widać wciąż coś między nimi było, ale to wciąż nic nie zmieniało, bo oboje byli po przeciwnych stronach barykady, a zdrada sprzed lat wciąż pozostawała zdradą. Ile czasu by nie minęło.
On również się skrzywił. Niemalże boleśnie. Wypuścił głośno powietrze, pocierając dłońmi czoło. Tego akurat nie chciał słyszeć. Chciał wiedzieć, że wciąż się dla niej w jakiś sposób liczył, że nie zapomniała… Ale chyba nie chciał wiedzieć właśnie tego. Że być może wróciłaby do niego. Że byłaby zdolna mu wybaczyć, bo to sprawiało że jego wahania były słuszne, a nie mogły być. Bo przecież mleko się wylało. Zdążyło uciec po stole na ziemie, wchłonąć się w podłogę, wyparować. - Nie mów tego, Cassie. - pokręcił głową. W swoim jakże analitycznym podejściu do życia nie dopatrywał się żadnych anomalii, możliwości jakiegoś wyjątku lub bycia czymś wyjątkowym. Był facetem, który ją zdradził. Nie pierwszym, nie ostatnim. Wymienną częścią jej życia, która miała po jakimś czasie odejść w zapomnienie. Nie myślał, że mógłby być czymś więcej niż to, bo według niego coś takiego nie istniało. Miłość była efektem mrzonek, miejskich legend i pragnień by być kimś wyjątkowym. Nie wierzył w istnienie czegoś takiego, a najzabawniejsze było to, że właśnie gdy wszystko było już stracone… Miał świadomość, że Cass nie jest tylko częścią wymienną w jego życiu. Mógł kłamać, patrząc w lustro, ale nie potrafił oszukać swojego najsłabszego organu, który bił teraz tak szaleńczo, że mało że nie wyskoczył mu z piersi.
Mimowolnie wywrócił oczami. - Zdarzało mi się. - odpowiedział gorzko, ale chyba z jego historii widać było, że takie osoby dobrze nie kończyły. Czasami sam Billy o to dbał, wbijając takim osobom nóż w plecy. - Bo jesteś zbyt dumna, żeby wrócić do domu.
Pokręcił głową. - Możesz. Ukryj się, przeczekaj kilka dni w Seattle, zmień wygląd, jedź stopem, autobusem… Poradzisz z tym sobie. - odpowiedział jej, bo w końcu w jego oczach to ta część techniczna mogła najbardziej zawracać jej głowę. - Chyba, że masz coś co cię tutaj trzyma… - Co miał na myśli? Przyjaciół, być może kogoś kto nie był jej partnerem (bo przecież powiedziała, że go nie ma), ale coś dla niej znaczył lub po prostu jakąś protezę domu w Bractwie. Cokolwiek. Według niego mogło to nawet mieć dla niej znacznie teraz. Ale równie nie warto było narażać swojego życia.
Pokiwał głową, zaciskając usta w cienką linię. - Jasne. Tu masz bandaż. - rzucił obojętne spojrzenie na bandaż, który wcześniej przygotował. Najwidoczniej skończyli. Jakąś częścią siebie odczuł ulgę. Nie potrzebował tego mętliku w głowie. - Nie, już wszystko w porządku. Poradzę sobie. - odpowiedział się, siląc na beznamiętny głos. - I Cassie.. - przeczesał palcami włosy. - Dziękuję. Cassandra Gardner - 2018-04-22, 22:24 Wcale nie potrzebowała potwierdzenia swoich gorzkich słów. Wręcz przeciwnie, pewną częścią siebie naprawdę chciała, żeby temu zaprzeczył, choć wiedziała przecież, jak bezsensowne i nierealne by to było. Jakiekolwiek odejście od obecnego podejścia przeszłość to przeszłość zapewne wcale nie poskutkowałoby niczym dobrym. Być może w wyobrażeniach, zwłaszcza tych najskrytszych, było inaczej, ale rzeczywistość pozostawała szara, sztywna i niebezpieczna. Czy to pod względem fizycznego, czy psychicznego wpływu.
- Dokładnie. - Przytaknęła zatem, chcąc ostatecznie to wszystko podsumować, choć nie spodziewała się rychłego zakończenia tej rozmowy. Całą sobą czuła, że ta miała jeszcze trochę potrwać. Zapewne na tyle długo, by kolejne niepowołane informacje i tak wydostały się na światło dzienne. Miała w końcu skłonność do wiecznego utrudniania sobie życia, czyż nie?
Wiedziała to już od wczesnego dzieciństwa, nijak nie potrafiąc - a może czasem też nie chcąc - tego zmienić. Wbrew pozorom, czasem było to tylko trochę bolesne, w stylu masochistycznej słodkiej gorzkości. Jak właśnie teraz, kiedy godziła w Billy'ego jego własnym sztyletem. Krzywdząc przy tym samą siebie, ale robiąc to w pewien sposób kontrolowanie. Na tyle, aby nie czuć więcej bólu niż zazwyczaj, gdy myślała o takich rzeczach.
- Dlaczego mam tego nie robić? - Spytała, unosząc przy tym brwi. - Dlaczego nie, Billy? - Choć zdecydowanie nie była wyjątkowa, nazywając go w ten sposób, tym razem pokusiła się, by nadać temu słowu dokładnie ten sam wydźwięk, jak lata temu. Miękki, na swój sposób czuły. Nawet jeśli minęło już tyle czasu, odkąd przestała to robić, doskonale pamiętała, jak to kiedyś intonowała. A skoro już zdążyła tyle powiedzieć... I skoro Sanders nadal nie słuchał jej nazywaj mnie Cassandrą, czuła, że miała do tego święte prawo. Tak po prostu, nie tylko w imię wspólnej przeszłości.
- Ktokolwiek, przy kim ci się to zdarzyło, nie skończył w piachu? - Nie potrzebowała odpowiedzi, zaledwie kilka sekund później odpowiadając samej sobie. - Właśnie. - Niby jedno, krótkie słowo, a jak zadziwiająco wymowne. Nie sądziła, by była jedną z tych osób - nawet po tym, co już sobie powiedzieli - ale nawet jeśli... Znacznie bliżej było jej do ziemi, niżeli do jakiegokolwiek pełnego życia. W tej chwili i po tym wszystkim, co przeszła już tego dnia, czuła się bardziej jak trup, który jakimś cudem utrzymywał się jeszcze jakoś na nogach, niż jak człowiek, przed którym pozostawała jeszcze znaczna część życia.
- Jestem tchórzem. - Tchórzostwo nie miało nic wspólnego z byciem honorowym. Wręcz przeciwnie, wieczna ewakuacja kojarzyła się raczej z całkowitym brakiem godności, a nadmierna duma nie zawsze była synonimem dla honoru. Nie w przypadku Cassandry, która nawet we własnych oczach nie zachowywała się należycie. Wycofywała się, nie była w stanie dopełnić obowiązków, doprowadzała do tragedii, a potem tak po prostu uciekała, nie chcąc wracać do domu - gdziekolwiek on był. Powrót do ojca nie widział jej się już od dawien dawna, teraz zaś obóz także nie brzmiał jak miejsce, do którego chciałaby wracać. W gruncie rzeczy, od dawna nie miała niczego, do czego chciałaby powrócić z własnej ochoty, nie z przyzwyczajenia czy chęci zysku. Jeśli to była definicja honorowości, to Cassie powinna kupić nowy słownik do swojego nieistniejącego mieszkania. Jeśli nie? Billy po prostu majaczył.
- Nie mam. - Odpowiedziała odruchowo, na wszelkie propozycje ścieżek wyjazdu reagując tylko zmarszczeniem brwi. - Kolejna z osób, którym ufałam... Mam do tego wielkie szczęście, nie? Zasugerowała... Ba, otwarcie powiedziała, że sypiam z GC. Jeśli nie dotarło to jeszcze do Marie, to wyłącznie kwestia kilku godzin, może dnia, więc nie. Nic nie mam. - Przyznanie się do tego teoretycznie nie powinno nic zmienić, jednak wypowiedzenie tych słów na głos było dla niej zupełnie jak kubeł lodowatej wody wylanej na głowę. Rzeczywiście, nic jej nie zostało. Mogła na tym tylko jeszcze bardziej stracić. Zupełnie tak, jakby już i tak nie było źle.
- Świetnie. - Mruknęła, powracając do rzeczywistości i robiąc jeszcze jeden krok, by z sykiem bólu pochylić się ku bandażowi, podnosząc go z kapy i cicho wypuszczając powietrze przez usta. Nie oczekiwała podziękowań i, o ironio, wcale nie poprawiły jej one nastroju. Poczuła się... Jeszcze bardziej przytłoczona, gdy tak wykonała połowiczny obrót, aby ruszyć do siebie przez łazienkę. Nim to jednak zrobiła, burknęła jeszcze cicho. - Ja też. - Po tym natomiast, opierając się przez chwilę o umywalkę, przekroczyła próg toalety, zamykając za sobą drzwi do drugiego pokoju, choć nie przekręcając w nich zamka. Nawet o tym nie pomyślała, padając na łóżko i nieporadnie - zwłaszcza jak na sanitariuszkę - bandażując do końca samą siebie, nim zagrzebała się w kocach...Billy Sanders - 2018-04-24, 19:43 Wypuścił głośno powietrze. - Bo w żaden sposób nie da się zmienić przeszłości, więc nie ma sensu mówić tego wszystkiego na głos. - odpowiedział jej trochę ostro. Nie wiedział czy może dlatego, że pierwszy raz przemówiła do niczego tak czule jak kiedyś, czy może dlatego że po prostu powiedziała do niego Billy. Nie chciał w taki sposób wracać do tego co było, bo nie chciał żałować tego co zrobił. Żałował, że to wszystko skończyło się właśnie w taki sposób, żałował, że musiało ją to spotkać, ale nie mógł żałować tego, że gdyby nie odszedł mogliby mieć jakąkolwiek przyszłość razem.
- Auć. - powiedział, gdy obdarzyło go tym wymownym spojrzeniem i stwierdziła, że wszyscy, na którym mu zależało, źle skończyli. Cóż… Taka była prawda, ale czy była to jego wina? Nie do końca. Być może wisiało nad nim jakieś mityczne fatum i każdy na komu mu kiedykolwiek zależało kończył w tragiczny sposób.
- Zawsze to można zmienić, prawda? - uniósł wysoko brwi. Ucieczka faktycznie była zawsze najprostszą drogą, on też uciekał przed wieloma rzeczami. Ostatnio? Po prostu przed swoją przeszłością. Nie chciał żeby do niego wracała. Akceptował ją. To wszystko uczyniło go tym kim jest, ale mimo wszystko nie lubił wspomnień z dzieciństwa, okresu młodości, wojska czy początków w FBI.
Pokiwał głową. Oczywiście, że sypiała z GC. Nieświadomie. Nie wiedząc o tym, że nie dzieli się ważnymi informacji z przyjacielem, tylko z wrogiem. Mimo wszystko nie zasługiwała na to, żeby się to za nią ciągnęło. - Więc nie masz nic co by się opóźniało. - mruknął, marszcząc brwi. - Potraktuj to jako atut.
Gdy tylko opuściła pokój, doszło do niego jak bardzo jest zmęczony. Ciężko opadł na łóżku, jęcząc przy tym ze złością. Sen przyszedł bardzo szybko, nawet nie wiedział w którym momencie. Z sennego koszmaru obudziło go światło. Skrzywił się. Jeszcze nie do końca wiedział co się dzieję. Dopiero, gdy szarpnął się do góry, poczuł ból w klatce piersiowej. Cały świat wirował. Musiał się napić wody, bo w ustach czuł smak krwi, pomieszanej z zjełczałą wonią alkoholu. Udało mu się dźwignąć do góry i jakoś dojść do łazienki, chociaż znów kręciło mu się w głowie. Cass była w łazience, stojąc przy umywalce. Znał ten obraz sprzed lat, gdy czasami w nocy moc tak bardzo dawała jej w kość, że nie mogła spać. - Zły sen? - zapytał, zachrypniętym głosem. Podszedł do wanny i usiadł ciężko na jej brzegu, aby wypłukać usta. Dopiero po chwili spojrzał w górę. W lustrze widział swoje odbicie. Rany na twarzy zasklepiły się i pojawiła się opuchlizna. Jeśli wcześniej wyglądał jak po spotkaniu Rockym Balboą, to teraz po prostu prezentował się jak po spotkaniu z czołgiem.Cassandra Gardner - 2018-04-24, 20:44 - Może ty wolałbyś, żeby prześladowało cię to nocami... Gdyby miało jakiekolwiek znaczenie. - Cóż, nie mogła nie odnieść się do tego, co przecież mówiła sobie już od tak długiego czasu. Naprawdę lepiej było jej wierzyć, że wyłącznie ona czymkolwiek się przejmowała. Jakiekolwiek... Inne okoliczności napawały ją naprawdę nieprzyjemnym uczuciem, którego wolała nie akceptować. Bez tego i tak nie było łatwo.
- Ja mam dostatecznie dużo powodów, by nie spać. - Najprawdopodobniej tego też nie powinna mówić, ale w tym momencie nieco się zapędziła. Powiedziała a, powiedziała b, powiedziała c i d, choć wcale nie zamierzała tego zrobić. Szczęście w nieszczęściu, reszta alfabetu przestała wchodzić w grę z chwilą, w której po raz kolejny przeskoczyli z tematu w temat.
- Nie wiem, czy warto. - Mruknęła w odpowiedzi, bo ucieczka... Ucieczka chyba zbyt mocno weszła jej już w krew. Nie wiedziała, czy w ogóle potrafiła to w tej chwili zmienić. Nie wiedziała, czy w ogóle był sens to robić. Tak było... Bezpieczniej, przynajmniej w pewnym sensie. I nawet jeśli zbytecznie przywiązywała się do ludzi, najwyraźniej nadal nie miała powodów, by nie tchórzyć, gdy tylko zaczynało robić się zbyt gorąco, a sytuacja dotyczyła jej osobiście.
- Nie jestem tobą, Williamie. - Wcale nie chciała go tym urazić czy wytknąć mu jakichkolwiek wad, zwłaszcza że już wcześniej to zrobiła. Chodziło jej zwyczajnie o to, że - mimo tej całej obronnej, zimnej i zdystansowanej postawy - nie umiała do końca odciąć się od ludzi, którzy mieli dla niej znaczenie w jakimkolwiek momencie jej życia. Mogła ich znienawidzić, mogła czuć wstręt i gniew, jednakże gdzieś tam nadal bolały ją ich uczynki, czując ciężar przeszłości. To zaś mimowolnie sprawiało, że zwlekała z decyzjami, nie chcąc po raz kolejny się sparzyć. Zdecydowanie miała zbyt wiele rzeczy, które ją tym samym opóźniały. Jak na ironię, Sanders był jedną z nich.
Nawet jeśli ostatecznie opuściła pomieszczenie, przechodząc przez łazienkę i zamykając za sobą drzwi do drugiej sypialni, nie mogła zaprzeczyć, że prawdopodobnie powinna była to zrobić znacznie wcześniej. Nikt rozsądny nie zwlekałby aż tak bardzo z zadbaniem o poprawę własnego stanu, zwłaszcza dla kogoś, kto nie powinien mieć już żadnego znaczenia. Ona natomiast dopiero po dłuższym czasie była w stanie tak po prostu paść na łóżko, nie mając już nawet zbytnich sił, by dokończyć opatrywanie swojej największej rany, tylko robiąc to w ten nieudolny, byle jaki sposób. Myślała wyłącznie o tym, aby zniknąć pod kołdrą, kocem i narzutą, dodatkowo zasłaniając głowę jedną z dwóch poduszek.
Prawdę mówiąc, nie sądziła, że uda jej się szybko zasnąć. Gdy tylko zamykała oczy, pod powiekami widziała zbyt wyraźne obrazy, urywki z ostatnich godzin. Czuła się też, o ironio, zbyt wyczerpana na sen... I sama nie wiedziała, kiedy wreszcie udało jej się w nim pogrążyć.
Gdyby tylko wiedziała, jak niespokojne miały być jej sny, prawdopodobnie wolałaby nie zmrużyć oka przez całą noc. Tym razem nie czuła, by miała jakąkolwiek kontrolę nad scenami pojawiającymi się w jej własnej głowie, z początku - co praktycznie nigdy jej się nie zdarzało - nie wiedząc nawet, że nie znajdowała się na jawie. Koszmary były tak rzeczywiste, tak jaskrawe i wyraźne... A ona za nic w świecie nie umiała się z nich wyrwać, miotając się po łóżku do momentu, kiedy po prostu się z niego zwaliła, uderzając raną o twardą, brudną podłogę, na której szybko pojawiła się także krew.
Gardner to jednak nie przejęło, nie aż tak jak najprawdopodobniej powinno, bo dzięki temu wyrwała się z drzemki. Nie wiedząc, co prawda, ile czasu spała, ale czując, że przespała go zarówno zbyt mało, jak i nazbyt wiele. Drżąc na całym ciele, powlekła się - zupełnie niczym blady zombie - w kierunku łazienki, wymacując ręką kontakt i zapalając żarówkę, której jasne, ostre światło na moment dosłownie ją oślepiło. Na tyle mocno, iż kilka kroków do umywalki przebyła z praktycznie przymkniętymi oczami, nachylając się nad kranem, ale nie mając siły, by go odkręcić. Po prostu stała w miejscu, rękami mocno ściskając krawędź zlewu i nawet nie zauważając, kiedy tak właściwie przestała być sama.
Dopiero, gdy głos Billy'ego doprowadził ją do nieprzyjemnego, gwałtownego wzdrygnięcia się i palpitacji serca, dostrzegła, że w łazience zrobiło się zdecydowanie ciaśniej... I że nie tylko ona wyglądała najwyraźniej niczym chodząca śmierć. Nie odwracając się do niego, spojrzała na Sandersa w lusterku, moment później odkręcając ten nieszczęsny kran i chlapiąc twarz lodowato zimną wodą.
- Chciałabym... - Mruknęła po stanowczo zbyt długiej chwili kompletnego milczenia, wzdrygając się po raz kolejny i obejmując przedramiona dłońmi, jakby usiłowała choć trochę się przez to ogrzać. Chłód, jaki ją ogarnął, nie był fizycznie wyczuwalny. Wręcz przeciwnie, oba pomieszczenia - zarówno łazienka, jak i sypialnia, w której spędziła ostatnie godziny - były nadzwyczaj ciepłe, mimo dosyć chłodnej pogody na zewnątrz. Cass czuła się jednak zupełnie tak, jakby dosłownie kilkanaście sekund temu wyrwała się z lodowato zimnej toni jeziora, nawet jeśli jej skórę nadal pokrywały kropelki potu, a włosy kleiły się do ciepłego czoła.
- Żeby to był tylko zły sen.Billy Sanders - 2018-04-28, 23:35 Chyba żadnemu z nich nie dane było spędzić tej nocy w spokoju. Ktoś by pomyślał, że osoba taka jak on powinna spać jak dziecko. Przecież niczego sobie nie zarzucał, nie nosił brzemienia żadnego poczucia winy czy jego wrażliwość, a raczej jej brak również nie powinny wpływać na percepcję. Jednak nikt nie panował nad tym co tak naprawdę działo się we własnej świadomości. Nie miał wpływu na to, czy obrazy rodem z filmów gore jednak nie wpływały niszczycielsko na jego psychikę czy nie mógł ukryć przed sobą pewnych faktów o sobie, o swojej przeszłości. To były rzeczy, o których nawet nie myślał, których nie chciał analizować, a jednak gdy spał przychodziły do niego, wychodziły spod łóżka. Billy nie miał dobrych snów. Nie śnił o życiu, które sobie układał, nie śnił o swoich ambicjach, śnił o rzeczach, które poświęcił, o rzeczach, które widział, które robił… Ludzki umysł nie był jednak w stanie znieść wszystkiego i czasami właśnie tego odbiciem były sny. Cassandra powinna to wiedzieć najlepiej ze wszystkich, skoro potrafiła je kontrolować.
Nie lubił tego momentu, gdy się budził i jeszcze przez kilka sekund pamiętał o czym śnił. Nie rozmyślał o tym później. Solidna dawka leków nasennych, które często spożywał, bardzo dobrze łagodziła jego nocne napady. Dzisiaj jednak nie mógł sobie niczym pomóc, ani tabletki, ani alkoholem. Gdyby nie światło w kuchni, pewnie przez chwilę gapiłby się w ciemność i na spróbował znowu zasnąć. Nie bał się koszmarów. Nie, gdy miał świadomość, że to tylko zły sen. Wytwór umysłu. Nie mógł tego kontrolować, ale nie pozwalał też, żeby to kontrolowało go.
Widział, że coś ją trapi. Przez chwilę zastanowił się nad tym czy powinien w ogóle o to pytać. W końcu nie powinno go to w ogóle obchodzić, a nawet jeśli go to obchodziło… lepiej było to sobie po prostu darować. Mimo wszystko wydawała mu się teraz tak bardzo samotna. Uwięziona w jakimś podrzędnym motelu z ostatnią osobą, z jaką chciałaby mieć kiedykolwiek do czynienia. On, chociaż otoczony ludźmi, również bywał samotny. Tak już los kłamcy. Mimo wszystko jego samotność nie wydawała mu się taka przygnębiająco jak jej. On nie przywiązywał się do ludzi, ale Cassie… Ona przecież była taka jak on. Było w tym coś ujmującego, chociaż momentami niosąca się za tym naiwność irytowała go. Być może dlatego, że z tym przywiązaniem wiązała się pewnego rodzaju lojalność, a jeśli nie lojalność to po prostu chęć ochrony bliskiej osoby. Tylko, że Cassie często zapominała o obronie samej siebie. To było w jego oczach naiwnością, bo niewielu było w stanie się odwdzięczyć. Chociaż zwykle było to dla niego wyznacznikiem ludzkiej głupoty, jeśli chodziło o Cass… W jakiś sposób cenił w niej to. Składało się to na obraz tego kim była w jego oczach. Może i nie była taka jaka chciał, żeby była. Jednocześnie nie chciałby, żeby była inna. Ciężko było to sprecyzować.
Ostatecznie skapitulował. Nie czuł się na siłach, by w jakikolwiek sposób to zatrzymywać. Jeden wieczór. Bez tego podziału. Bez zastanawiania się nad kolejnym ruchem. Był zmęczony. W tym momencie był naprawdę cholernie zmęczony byciem sobą. Przez dłuższą chwilą milczał. - Po prostu to powiedz. - spojrzał na nią. - Wyduś z siebie co się stało. Być może już nigdy się nie spotkamy. Nie masz nic do stracenia. Nie jestem twoim przyjacielem. Nie musisz się przejmować tym co powiem, co pomyślę. Po prostu to z siebie wyduś, wykrzycz, cokolwiek… - powiedział, zadziwiająco łagodnym głosem. Wiedział, że milczenie potrafi zabić od środka, przynajmniej ludzi takich jak Cass. Niektórzy nie mogli w sobie dusić bólu.Cassandra Gardner - 2018-04-29, 01:22 Życie prawdopodobnie każdego człowieka - czy to na Ziemi, czy to w kosmosie, czy to w obecnych, przeszłych czy przyszłych czasach, czy to... w jakichkolwiek warunkach - dzieliło się pomiędzy okresy wzlotów i upadków. Wbrew wszystkiemu, co mówiono i wszystkiemu, co chciała myśleć, nie istniało coś takiego jak stabilność. Chujowo, ale stabilnie także nie było zatem określeniem na cokolwiek. Teraz jednak nad wyraz mocno chciała, by dokładnie tak wyglądały jej dni - aby tworzyły dosyć składny obraz jednakowo beznadziejnych godzin. Dwudziestu czterech, czterdziestu ośmiu, siedemdziesięciu dwóch, dwustu szesnastu... Tygodni, miesięcy, nawet lat. Wszystko, byleby tylko nie czuła, że upadnięcie jeszcze niżej jest wyłącznie kwestią czasu.
Gdy była jeszcze dzieckiem, charakterystyczne zdarzenia dziejące się po filmowym chyba nie może być już gorzej dosyć mocno ją bawiły. Im bardziej jednak dorastała, tym wyraźniejszego, nadzwyczaj ironicznego wydźwięku nabierały. Obecnie nie miała już nawet siły, by śmiać się przez łzy. Te same, które jakby wyschły, bo piekące ją oczy zdawały się być aż nazbyt suche, prawie że dosłownie potraktowane suchym, szorstkim piachem wprost od Piaskowego Dziadka... Przynoszącego nie fascynujące opowieści, a upiorne koszmary.
Najwyraźniej zresztą nie tylko jej. Nie musiała nawet o to pytać. Wystarczyło, że widziała odbicie Billy'ego w lustrze, nie przerywając tej ciężkiej, męczącej ciszy między nimi, ale od czasu do czasu na niego spoglądając. Prawdopodobnie zachowywała się teraz nie tylko nieracjonalnie, stojąc tak w jednym miejscu, lecz także dosyć egoistycznie, zajmując jedno z bardziej kluczowych miejsc w łazience, ale niespecjalnie się tym przejmowała. Nie chciała wracać do siebie. O dobry losie, nie chciała też zostawać całkowicie sama. Nawet jeśli się nie rozumieli i nie powinni być sobie zbyt przychylni, jakiekolwiek towarzystwo miało dla niej teraz wręcz nieopisane znaczenie. To konkretne? Większe niż powinno. Jak na dokładkę do całej reszty, to też ją dręczyło.
W przeciwieństwie do całej reszty, była jednak w stanie znieść tego rodzaju wewnętrzne, psychiczne uwieranie, w tych cichszych momentach zbliżając się do przyznania, że była jakaś słodycz w tej całej goryczy. Niewielka, zdecydowanie nie przewyższająca gorzkości, a jednak. Zwracała na nią uwagę zwłaszcza w chwilach, w których desperacko potrzebowała znaleźć cokolwiek, co nie było stuprocentowo złe. Bo... Nie było. Mimo wszystko.
- Ja nie... - Zaczęła, chcąc dosyć bezmyślnie i odruchowo zaprotestować przeciw przyjmowaniu takiego rozwiązania. Nie chciała przecież wychodzić na kogoś słabego czy rozchwianego emocjonalnie. Nawet jeśli w przeszłości ją taką widywał, to już nie był tamten okres. Stanowczo zbyt wiele wydarzyło się przez ten czas, by mogła tak banalnie łatwo wyrzucić z siebie to, co leżało jej na wątrobie.
Tak przynajmniej sądziła, kręcąc lekko głową, ale jednocześnie nie mając nawet najmniejszej ochoty wycofać się z powrotem do pokoju, jakby nic z tego nie miało nigdy miejsca. Nie mogła jednak stać wiecznie przy zlewie, zwłaszcza na tak miękkich i dygoczących nogach. Obserwując łazienkę w lusterku i ciągle przytrzymując się umywalki, zrobiła pół kroku w tył, potem kolejny krok i jeszcze mniejszy, póki nie stuknęła piętą o brzeg wanny, opadając nań bezdźwięcznie. Zdania... Wyrazy... Jakoś nie chciały opuszczać jej ust, przynajmniej nie w tym momencie.
- Zimno mi. - Odezwała się dopiero po dłuższej chwili, a jej słowa - z pozoru brzmiące niczym odrobinę wyrwane z kontekstu - zabrzmiały nieco słabo, jak u kogoś naprawdę, naprawdę wyczerpanego. Fizycznie, psychicznie, prawdopodobnie pod każdym względem. - I tak się tym przejmuję... Zawsze możesz przekazać to wszystko dalej. - To było bolesne, ale prawdziwe. Teoretycznie faktycznie miała niewiele do stracenia, może nie nic, lecz stosunkowo mało. Rzeczywiście nie był też jej przyjacielem, już niedługo ich drogi mogły ostatecznie się rozejść, ale nadal tłumiła w sobie chęć wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, co tak bardzo jej ciążyło. O ironio, potrzebowała chociaż cienia zapewnienia, że to, co powie, nie opuści tego miejsca... Nawet jeśli byłoby to tylko kolejnym łgarstwem.Billy Sanders - 2018-04-30, 21:58 Chłód bijący od ceramicznych kafelków dawał swojego rodzaju ulgę. Sypialnia była duszna, śmierdząca zapachem poprzednich lokatorów, przepędzonym wonią tanich środków czystości. Być może to była tylko senna atmosfera tego miejsca. Obdarty szyld, ogarniająca ich ze wsąd pustka. Czy ten motel miał w ogóle jakich innych gości poza nimi? Nie było słychać żadnych odgłosów innych lokatorów, charakterystycznej melodii błądzących po nim ludzi. To miejsce niczym kingowska Panorama potrafiło doprowadzić do szaleństwa. Chociaż, być może to było wstrząśnienie mózgu. Zły dzień. Skutek zdeptania przez spanikowany tłum. Był zbyt zmęczony zbyt stawiać opór. Dzisiejszy dzień był szaleństwem. Czystym szaleństwem, a co najlepsze jeszcze się nie skończył. Być może teraz wychodziło z niego to jak bardzo gdzieś miał idee jakie szerzyło GC, bo o to przed nim stała brudna mutantka, której należało się pozbyć. Dokończyć zadanie sprzed lat. Tylko, że wcale tego nie chciał. Miał gdzieś czy miała ten zmutowany gen czy też nie. To nie miało znaczenie, tak samo jak pieprzenie ich pożal się prezesa, którego sam dzisiaj zabił. Dość naiwnie jak na niego miał ochotę dzisiaj porzucić to wszystko czym dzisiaj był, w imię dość banalnych idei. Jeden wieczór słabości. Należał mu się. Po tym wszystkim co poświęcił, do cholery jasnej należało mu się.
Obserwował jak Cassandra opada na ziemię tuż obok niego. Ból nie pozwalał mu na pochylenie się w jej stronę. Zamiast tego obrócił się i przykręcił kurek z gorącą wodą, a po chwili wokół nich zaczęła roznosić się gorąca, dusząca para. - Załóżmy, że dzisiaj nie jestem agentem genetically clean. - mruknął, zerkając na nią z góry. Być może miała rację. Prawdopodobnie, gdyby na przykład zdradziła mu lokalizację ich obozu, miejsce pobytu większej grupy mutantów czy po prostu jakiś konkretny plan na przyszłość, wykorzystałby to, ale… nie musiała przecież mówić ze szczegółami. Oboje na chwilę mogliby zapomnieć to kim byli.Cassandra Gardner - 2018-04-30, 23:31 Naprawdę nie oczekiwała pocieszenia. Nie ze strony Billy'ego, nie ze strony kogokolwiek, zwłaszcza że dotychczas otrzymywała same ciosy od losu i ludzi. Nie do końca wiedziała też zresztą, co mogłoby potencjalnie wyniknąć z podobnego nocnego spotkania, jednak z pewnością nie powiedziałaby, że atmosfera pomiędzy nimi będzie tak... Pełna milczącego zrozumienia. Zupełnie nie taka, jakiej można było się spodziewać. Cassie jednak to nie przeszkadzało. Ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, siedząc niedaleko mężczyzny i obserwując coraz to gęściejsze kłęby pary, czuła się lepiej niż w samotności.
Przez jej twarz przemknęło coś na kształt cienia bladego uśmiechu. Gdyby tylko naprawdę tak prosto było chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkim, co sprawiało, że naprawdę niełatwo było jej się przed nim otworzyć. Tu nie wchodziła w grę już tylko zwykła trudność w uzewnętrznianiu się przed ludźmi, nie. Jakby ta była niewystarczająca, nawet teraz, Cassandra pamiętała upokorzenie związane z daniem mu się wykorzystać. Jeśli miałaby być całkowicie szczera, sam to zresztą też pewnie wiedział, Billy nie był raczej najlepszym możliwym pocieszycielem. Ba, mimo najszczerszych chęci, zaliczał się do tych naprawdę kiepskich. Wszystko przez wzgląd na przeszłe doświadczenia.
- Dobrze... - Odmruknęła jednak, oddychając przy tym powoli i głęboko, nim kiwnęła głową, przenosząc na niego spojrzenie. Z pozoru niewiele mówiące, prawie puste, ale mimo wszystko... Wdzięczne. - Załóżmy, że jesteś nie-agentem, a to nie skończy się źle. - Prawdę mówiąc, sama nie do końca wiedziała, co miała na myśli, używając tego słowa. Przecież i tak nie mogło być dużo gorzej, biorąc pod uwagę wszelkie rzeczy, które już się stały, jak i również wypowiedziane słowa. W ich rozmowie czy w kłótni z Matilde, czy czymkolwiek innym. Może dosyć mocno kusiła teraz los, ale... Hej, o ile bardziej fatalnie mogło być? Zwłaszcza że teoretycznie i tak straciła już względnie bezpieczną pozycję w Bractwie...
A w tym momencie była tak zmęczona. Tak cholernie wyczerpana zamykaniem oczu i ciągłym widzeniem obrazów z marszu tuż pod zaciskanymi powiekami. Wykończona przez własne depresyjne myśli, wyrzucanie sobie błędów i głupoty. Sterroryzowana przez koszmary, które nawet po dłuższym czasie nie chciały wcale dać o sobie zapomnieć. I choć gorąca para wodna podniosła temperaturę w łazience, sprawiając, że Cass odrobinę rozluźniła spięte ramiona, nadal potrzebowała czegoś więcej. Kogoś, komu faktycznie mogłaby powiedzieć o tym wszystkim, czego nie umiała dalej tłumić w sobie. Nawet jeśli byłaby to najmniej odpowiednia ze wszystkich osób... Skapitulowała. Poddała się.
- Czy możesz... Możesz mnie objąć? - Wymamrotała, nie do końca wierząc w to, że w ogóle powiedziała coś takiego. A jednak na swój sposób brakowało jej tego fizycznego oparcia. Takiego, jakie miała kiedyś, gdy śniła okropne, a jednak dużo mniej drastyczne i rzeczywiste sny. Nim wszystko się rozsypało. - Nie powinnam wrócić po tym marszu...Billy Sanders - 2018-05-03, 23:06 Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie był zbyt dobry w pocieszaniu. Nie miał pojęcia co powinno się w takich sytuacjach mówić. Chociaż może i miał… Wiedział co ludzie chcieli usłyszeć, ale też doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Cassandra bardzo szybko rozszyfruje jego czcze pieprzenie. Nie był dobrym pocieszycielem, więc postanowił nic nie mówić. Darował sobie frazesy, którymi nakarmiłby w takiej sytuacji każdego kogo przyjaźń wydawałby się w tym momencie przydatna. Najbardziej ironiczne było to, że gdy milczał był najszczerszy.
Nie spodziewał się usłyszeć z jej ust takiej prośby. Z bolesnym jękiem osunął się w dół, dość niezdarnie jak na niego, bo praktycznie przygniótł ją swoim ciałem, ale nie mogła od niego wymagać więcej. Każdy ruch górnej części ciała łączył się z przeszywającym bólem całej klatki piersiowej. Przez moment, gdy boleśnie uderzył o płytki, miał wrażenie że nie będzie dał rady złapać kolejnego oddechu, gdy uczucie to minęło, wyciągnął rękę i przygarnął ją do siebie ramieniem. Tym razem dużo ostrożniej. Oparł się głową o brzeg wanny. Świat dookoła wirował. Nie pamiętał kiedy ostatnio chorował, ale w tym momencie czuł się jakby miał gorączkę. Para wodna ograniczała dopływ świeżego powietrza. Nawet zimne kafelki w kontakcie z nagą skórą pleców nie dawały upragnionej ulgi. Bliskość Cassandry w tym momencie wcale nie pomagała, bo miał wrażenie że miejsca, w których jej skóra stykała się z jego, dosłownie płoną. - Przez to co się stało na marszu? Czy dlatego, że zostałaś zdradzona? - zapytał w końcu cicho. Obrócił głowę w jej stronę. Miał ochotę na milion innych sposobów zapomnieć tego, że wciąż jest w genetically clean, a ona jest jego celem.Cassandra Gardner - 2018-05-04, 00:09 Nawet jeśli milczenie także było jakąś odpowiedzią na najróżniejsze słowa, czasami było także czymś jeszcze większym. Czasem po prostu pasowało do sytuacji, sprawiając, że ta stawała się łatwiejsza do przełknięcia. Z dwojga złego, Cassie wolała nie słyszeć nic, niżeli słuchać utartych frazesów, pocieszeń płynących mimo braku wiedzy na temat tego, co się stało, czy innych nieszczerych słów. Potrzebowała za to czegoś innego, czego nie spodziewała się jednak otrzymać.
Dlatego na moment ogarnęło ją zdziwienie, gdy zrozumiała, że Billy nie zamierzał olać jej prośby ani protestować przeciwko temu, czego od niego chciała. Skrzywiła się współczująco, widząc - i słysząc - skutki życzenia, a po chwili także je czując, gdy zwalił się na nią praktycznie całym ciężarem ciała. A jednak prawie natychmiast poczuła się nieco lepiej, kilkanaście sekund później niknąc pod ramieniem mężczyzny i wzdychając przy tym cicho, gdy ostrożnie odpowiedziała na przytulenie.
A jednak nie było tak pięknie. Nie, gdy usłyszała pytania, jakich najprawdopodobniej powinna była się już spodziewać... I jakie wcale nie były przez to łatwiejsze.
- Ta... Henning... - Tak jej było? Cassandra dosyć mgliście pamiętała nazwisko i imię kobiety łudząco podobnej do tej z marszu. To jednak musiała być ta sama osoba, gdy się o tym głębiej myślało - a Gardner przecież nieustannie dręczyły migawki wspomnień z tamtych chwil - wszystko nabierało głębszego sensu. Nawet tak okropne, zatrważające morderstwa popełniane z zimną krwią i nieczułym błyskiem w oczach.
Czy tak wyglądało całe Genetically Clean? Bez ostrzeżenia strzelało nawet do drobnych dzieci, nieprzytomnych z przerażenia i wycieńczenia brakiem panowania nad mocami? To nie była wina małej, że przeżyła na tyle silną traumę, by stało się coś takiego. Nawet jeśli stało się to jeszcze przed marszem - nie zaś na skutek widoku zabijanego mężczyzny - jak ktoś tak młody mógł panować nad chęcią bronienia się? Zwłaszcza wtedy, gdy o wiele starsi ludzie uciekali niczym stado spłoszonych owiec, tratując wszystkich, którzy stanęli im na drodze. Życie nigdy nie było sprawiedliwe, ale... To było zdecydowanie najgorsze, co widziała Cass. I nie mogła tego dalej w sobie tłumić, nawet jeśli usiłowała. Pełne wahania, ciche i urywane zdania zaczęły opuszczać jej bladosine usta.
- Kogoś zastrzeliła... Lizzy... Miała pięć czy sześć lat... - To mówiąc, wzdrygnęła się mimowolnie, mocno zaciskając powieki, by moment później znów otworzyć oczy. Nie mogła ich zamykać. Kiedy to robiła, jednocześnie urywanie opowiadając o tym wszystkim, mimowolnie po raz kolejny przeżywała te same sceny. - Wystraszyła się tego pierwszego strzału... Spanikowała... Wpadła w tłum, ale do niej dotarłam... Złapałam ją, nim zemdlała... A potem... - Czy naprawdę musiała wspominać, co było potem? Wyraz jej bladozielonej twarzy z szarawymi worami pod załzawionymi, przepełnionymi bólem oczami, układ drżących kącików ust, dygotanie całego ciała, palce aż do bólu zaciskające się na brzegu poplamionej bluzki... Sama także wyglądała jak nieboszczyk. Czuła się martwa. I gdyby tylko mogła zamienić się z Elizabeth... Bez wahania by to zrobiła.
- Wystarczyłoby parę centymetrów... - Zatelepała się, jednocześnie czując gorącą parę bijącą jej w twarz i mając wrażenie, że jej własne ciało nadal jest trupio zimne. - Parę centymetrów... - Powtórzyła bardziej do samej siebie niż do Sandersa, przełykając łzy, które w bliżej nieokreślonym momencie zaczęły spływać po jej policzkach. Właśnie tego chciała uniknąć. Całkowitego pozwolenia emocjom opętać jej ciało, sprawiając, iż było z nią tylko coraz gorzej. Kiedy ustąpił szok, jego miejsce niezmiernie ochoczo przejęło rozstrojenie.
- Nie mogę tak więcej... Nie mogę... Mam dosyć... - Jęknęła, wtulając twarz w pierś Billy'ego, gdy mocniej objęła jego ramię, tym razem na dłużej zaciskając powieki.Billy Sanders - 2018-05-04, 20:41 Przez moment miał wrażenie, że cofnęli się w czasie. Pomijając oczywiście serie istotnych szczegółów. Ich wspólna łazienka nie była tak ohydna jak ta, w której teraz się znajdowali, a on zwykle nie wracał do domu, wyglądając jakby za chwilę miał pożegnać się z tym światem. Nigdy też ich stosunki nie były tak zimne jak teraz, a jednak doskonale pamiętał noce, gdy męczące ją koszmary nie pozwalały jej zasnąć, budziły ją w środku nocy. Przez moment żyli w szczelnej bańce i wydawało im się, że rzeczywistość ich nie dopadnie. To po części nie była nawet jej wina. Billy dbał o to, żeby Cassie nie zdawała sobie sprawy z tego, że świat, który sobie zbudowali był tylko sprytnie posklejaną z kartonów atrapą. Poniekąd sam sobie wmawiał, że jest prawdziwy. Tak było łatwiej okłamywać samego siebie, że te uczucie szczęścia, które przez moment czuł również mogło być prawdą. Tyle, że w każdej sekundzie ich związku z tyłu głowy ta informacja brzmiała jak komunikat ostrzegawczy. Nigdy nie było dla nich przyszłości. I zdał sobie z tego sprawę, gdy powiedziała mu, że jest w ciąży. Każdy mężczyzna cieszył by się w takim momencie, ale dla Billa ta wiadomość był jak tonowy ciężar, który nagle opadł na jego barki. Nie mogli mieć rodziny. Nie mieli być nawet razem wystarczająco długo, by mogli zrealizować chociaż połowę planów, które zaczęli snuć. Nagle to wszystko na niego spadło i chociaż próbował do tego nie dopuścić, to wszystko wkrótce legło w gruzach. Nagle stali się tylko zbiorem stanowczo zbyt wyraźnych wspomnień, dokładnie takich jak te.
Poczuł, że w jego gardle zaczyna rosnąć gula, słysząc nazwisko swojej wspólniczki.- Louanne… - mruknął, zaciskając usta w cienką linię. On miał pozbyć się Haywella, a Lou odpowiadała za odciągnięcie uwagi. Słyszał strzały i podejrzewał, że to właśnie ona rozpętała tam na dole nie małe piekiełko, jednak oprócz tego nie miał pojęcia co się tam stało. Nie miał zamiaru też przyznawać się Cassandrze, że po części był odpowiedzialny za występki jego koleżanki z biura obok. Widział wystarczająco wiele okrucieństw w swoim życiu, sam nie był święty, a jednak strzelanie do dziecka, które straciło przytomność, nie tyle co mroziło krew w jego żyłach, co najzwyczajniej wzbudzało obrzydzenie. To było dziecko. Nawet jeśli zmutowane, to wciąż na swój sposób niewinne. Wiedział, że czasami nie masz wyboru. Był snajperem. On również musiał podejmować takie decyzję, jednak… to wciąż było jedną z tych rzeczy, która była po prostu zła. Nawet jeśli robiło się to by przetrwać, dla dobra swojego oddziału czy z czyjegoś rozdziału. Niestety, jeszcze nie wiedział że za kilka dni Louanne zostanie wyróżniona za to, że zabiła małą dziewczynkę. Przesunął wzrokiem po twarzy Cassandry, wyglądała na kompletnie załamaną.
Ile był w stanie znieść człowiek, aż poczucie winy kompletnie go zniszczy?
Świat po prostu był okrutny. Czasami zbyt okrutny dla dobrych ludzi. On to zaakceptował. Po prostu. To nie była kwestia tego czy się z tym zgadzał czy nie. Nie był kimś kto lubił patrzeć jak świat płonie. On po prostu pogodził się z tym, że czasami tak się dzieje, a jeszcze innym razem można czerpać z tego korzyści. Wiedział, że nie uda mu się tego przetłumaczyć tego Cassandrze, wspominała coś o tym, żeby zrozumieć pewne rzeczy trzeba mieć znacznie bogatsze życie emocjonalne. Nie zmieniało to jednak tego, że po prostu nie lubił patrzeć na nią w takim stanie. I nie miał zielonego pojęcia jak mógłby to zmienić. Go napędzały inne rzeczy.
Powoli położył dłoń na jej policzku. Ścierając z niego łzy kciukiem. - Zawsze możesz się na niej zemścić. - powiedział prawie, że niesłyszalnie, wpatrując się w ścianę naprzeciwko niego. Nie, nie było to ani trochę zdrowe rozwiązanie. Wcale nie prowadziło do akceptacji. Raczej do utraty zdrowych zmysłów, ale według niego Cass potrzebował w tym momencie jakiegoś celu.Cassandra Gardner - 2018-05-04, 21:26 Nie lubiła powracać pamięcią do przeszłości. O ironio, zwłaszcza do tych dobrych chwil, które z perspektywy czasu nabierały zadziwiającej gorzkości. Wiedząc to, co wiedziała teraz, patrzyła na nie przez zupełnie inny pryzmat. Co gorsza, obawiając się, że nie byłaby nawet w stanie stwierdzić, które z tych momentów były szczere, które prawdziwe, a które stanowiły całkowitą bujdę na resorach, będąc częścią szeroko zakrojonej gierki.
Zazwyczaj najgorsze były wspomnienia kłótni, tych cichych momentów, paskudnych dni, jakie - zupełnie niczym każda normalna para - zdążyli kilkukrotnie zaliczyć. Złe było przypominanie sobie obaw, co do rzeczy, które powinny wywoływać szczęście. Dla Cassandry zdecydowanie najokropniejsze były jednak te miłe, spokojne momenty. Bo właśnie one sprawiały, iż wciąż pamiętała, jak dobrze potrafiło być... Zwłaszcza w połączeniu ze scenerią nasuwającą jeszcze głębsze skojarzenie z tym, co było i minęło.
Być może dlatego nie potrafiła sama się uspokoić. Być może chodziło jednak również o to. Zarówno o marsz, jak i zdradę. Tym boleśniej odczuwalną, im bliżej siebie ponownie byli. Przynajmniej fizycznie.
- To twoja działka... - Szepnęła bezsilnie, zwłaszcza jak na nią, jeszcze przez chwilę usiłując po prostu zapomnieć o tym wszystkim. Zupełnie tak, jakby była w stanie to zrobić, czując, jak jej własne ciało reaguje na nadmiar nareszcie uwolnionego stresu. To zdecydowanie nie było dla niej dobre, lecz z dwojga złego... Wolała poddać się emocjom, niż dalej je w sobie tłumić. Nawet jeśli oznaczało to okazywanie nadmiernej słabości i kruchości przed kimś, kto mógł to wykorzystać. W tej chwili już nawet o tym nie myślała. Faktycznie, niezmiernie prosto było dać się otumanić atmosferze i powiewowi nostalgii, gdy wspomnienia - nie, nie tylko te z marszu - zdawały się być jak żywe.
Najprawdopodobniej było to kolejnym błędem, ale popełniała go już całkowicie na własne życzenie. Potrzebowała bliskości i, o zgrozo, nawiązanie jej z tym konkretnym człowiekiem nie było wcale przeszkodą. Wręcz przeciwnie, poza wrażeniem cofnięcia się do tych wszystkich wspólnych chwil - podczas których nawet nie zastanawiała się, czy mogła mu zaufać; po prostu to robiła - czuła się także... Ot, paradoks... Dosyć bezpieczna. Pomyśleć, że wcale nie zamierzała wziąć sobie tamtych słów do serca, nie chciała zakładać, że nie byli nieprzyjaciółmi. Rozklejając się, instynktownie to zrobiła.
- Dlaczego? - Chlipiąc, uniosła wzrok, spoglądając na twarz Billy'ego i potrząsając głową. Pytała, dlaczego, nie rozwijając wcale tego pytania. Nie mówiąc nic, co mogłoby je wyjaśnić. Dlaczego to przytrafiało się właśnie jej? Dlaczego Louanne to zrobiła? Dlaczego Lizzy musiała zginąć? Dlaczego zemsta mogła być wyjściem? Dlaczego... Tysiące innych rzeczy...
Tak naprawdę nie chciała już nigdy więcej uganiać się za nieosiągalnym. Czy to tym związanym z jak najbardziej złymi zamiarami, zemstą czy śmiercią, czy też czymkolwiek dobrym, uczuciami, marzeniami... Wszystko i tak ostatecznie nie było tego warte. A ona czuła się teraz bardziej zmęczona niż kiedykolwiek wcześniej. Przez długi czas sądziła, że może sobie poradzić, ale w tej chwili miała wrażenie, że były to tylko nic nie warte złudzenia. Kiedy otoczenie przestało ją nimi karmić - gdy Billy już tego nie robił - sama je sobie serwowała. Nie znała powodu, bo dopiero teraz zaczęła to sobie tak naprawdę uświadamiać. Być może sprawiało to, że łatwiej jej było wytrzymać z samą sobą, ale już tego nie czuła.