Aaron Bartowski - 2019-11-02, 22:18 Ściana ognia. Wyglądało, jak gdybym tworzył kolejne kłębiące się płomienie. Mknęły tam, gdzie je kierowałem. Tańczyły. Zamierzały spalić.
Na ten czas wyłączyłem w sobie wyrzuty sumienia. Poniekąd zamieniłem się w kamień. Ogólnie od momentu, w którym straciłem swoją najdroższą Albę, nie czułem się sobą. Właściwie, czułem się nikim. Utracone wspomnienia nie pomagały, podobnie jak wściekłość na mutantów, kiedy byłem przecież jednym z nich. Mdliło mnie za każdym razem, kiedy uważałem siebie za boga… Prędzej powinienem za marną pomyłkę losu, wyrzutka społeczeństwa czy też odpad.
Moje rozmyślania, podobnie jak działania, ponownie przerwała obca moc. Próbowałem w locie namierzyć winowajcę, aczkolwiek nie zdążyłem. Znowu padłem na glebę, ponownie na plecy, tracąc na moment dech w piersi. Odetchnąłem głęboko i wtedy stało się coś jeszcze bardziej dziwniejszego, jakby znajomego, choć na tyle mącącego w głowie, by szybko zmyć podobne spostrzeżenia z myśli i pozostawić jedynie…
Alba. Ból, niepokój i wściekłość ustąpiły, kiedy patrzyłem na jej delikatne rysy twarzy. Uśmiechała się całą sobą, patrząc na mnie, dokładnie na mnie. Z tego wszystkiego serce zabiło mi mocniej. Pragnąłem ją ująć i chwilę później dokładnie to robiłem, myśląc, że to właśnie raj, że znalazłem się raju… Ale coś przecież było nie tak. Czułem to i zaraz miałem okazję zaobserwować.
To nie była moja Alba, przynajmniej nie ta żywa i pogodna, nie ta troszcząca się o mnie i skłonna do poświęceń. Gdzie były iskry tańczące w jej oczach? Gdzie uśmiech? Gdzie delikatnie zaróżowione policzki?
- Alba? – zapytałem załamany, potrząsając nią. Nie wiem, chyba coś zrobiłem nie tak, chyba straciłem panowanie nad mocą, bo jej ciało zajęło się ogniem. Próbowałem w panice to powstrzymać, ale nie potrafiłem użyć mocy, nie szło również ręczne ugaszanie tego cholerstwa. Panikowałem coraz bardziej. Próbując i próbując coraz szybciej, coraz bardziej zdesperowanie. Nie szło. Wszystko płonęło.
- NIEEE! – krzyczałem. Zapewne zaraz sam miałem zacząć płonąć. Jak w moich snach. Wizja, choć wtedy kusząca, teraz sprawiająca, że krzyczałem przerażony. Alba była już tylko popiołem ścielącym podłogę, płonącą podłogę. Zaraz zmiesza się z resztą budynku, zniknie już na zawsze. – Kochanie… – Nie zostawiaj mnie? Nie zostawiaj mnie samego?
Padłem na kolana. Różne twarze, niekoniecznie takie, które kojarzyłem… Chyba takie, które powinienem kojarzyć. Młode kobiety, jak gdybym w swoim życiu kochał więcej niż jedną kobietę. Wszyscy płonęli nieświadomi zagrożenia. A może wszyscy płonęli świadomi, że winę za wszystko, co ich spotykało, ponosiłem ja?
Zamarłem, wpatrzony w płomienie. [Dalej, o ile MG pozwoli.] Nieoczekiwanie zadrgały i zgasły, jak gdyby zdmuchnął je ktoś za jednym razem niczym malutką zapałkę. Ciemność ustąpiła jasności i ponownie byłem na polu bitwy. Podniosłem się z ziemi… znowu. Coś zwaliło mnie z nóg, coś bardziej chaotycznego niż wcześniej. Niektórzy byli pogrążeni w nicości, niektórzy dalej walczyli i jedna kobieta upadała. Dziwnie znajoma, choć nie potrafiłem powiązać ją z żadnym wspomnieniem, oprócz tej nieszczęsnej fikcji, w której przed chwilą miałem okazję płonąć.
Czułem się paskudnie po rozpaczy, którą odczuwałem jeszcze chwilkę wcześniej. Jak ja to zwałem, kac podepresyjny. Na chwiejnych nieco nogach, bo wciąż nie czułem się w pełni sił po upadkach i tej sieczce, którą wyprawiano z moją głową, podszedłem do nieprzytomnej. Nie do końca byłem pewien, czemu to robiłem. Widać było, że nie jest po naszej stronie… Tylko czemu pojawiła się w mojej wizji?Leilah Addams - 2019-11-03, 01:43 Był pewien moment, nawet dosyć długi kiedy Leilah cieszyła się z wkońcu raczej udanego ataku. Postanowiła więc na razie korzystać z broni palnej, gdzie chyba lepiej jej idzie niż wyczerpywanie siebie bez widocznej możliwości naładowania siebie. Taka opcja zapewne istniałą na tym komisariacie, lecz by tam się dostac trzeba było przebić się przez armię strażników..Choć bardzo rozkoszowała się widokiem rannego w płuca, którzy umrze z wykrwawienia i to w męczarniach. Na to oni wszyscy przeciez zasługują. Już miała myśleć nad tym, co można by dalej zrobić, kiedy zaczeła czuć się dziwnie oszołomiona. Dziwne uczucia nigdy nie zwiastują nic dobrego, padła więc na ziemię i starała się dojść do bezpiecznego schronienia jakim były klatki jedynia kilka kroków dalej.
Potem tak znajome obrazy. Samochód, wycieczka, piosenka. Lizzie. Zabawa w dom, która, jak zdołała sobie wmówić w końcu Leilah nie miała prawa się udać, znów przetoczyła się przed jej oczami, tak realna. Ostatnie sekundy i wypadek. Lizzie wylatująca przez okno. David. I koziołkujący samochód. Czy to wszystko możliwe? Jak można przeżywać to po raz kolejny? To już było. Wyciągniecie z samochodu i wszeogarniająca bezradność. Tego Leilah nienawidziła, uczucia bezradności. Potem jakiś obcy wiec. Lelai wiedziała, że nigdy tam nie była. A jednak wypatrzyła ją, w jej swetrze.
-Lizzie! wyszeptała i próbowała wyciągnąć do niej rekę, ale na nic to, padł strzał. I Lizzie...jej wzrok zamienił się w pusty, martwy. Żałoba minęła, ale to nie znaczy, że złamie obietnicę pomszczenia jej śmierci. Właśnie. Obietnica. To otrzeźwiło Leilah. Dlaczego? Bo wiedziała, że ci którzy przyczynili się do śmierci jej dziecka, moga być na przykład tutaj, I żeby wypełnić tą obietnicę musi działać, a nie oddawać się rozmyślaniom. Leilah potrząsnęła głową, próbując wypełnić właśnie obietnice daną córce.Mary Pond - 2019-11-03, 11:31 -To nie kwestia limitu. Nic mi nie będzie.- zapewniła po krótkiej obserwacji prób dostania się do środka bardziej klasyczną metodą. Nie było sensu tłumaczyć wszystkiego. Najważniejsze, że nie będzie się musiał o nią martwić. Choć wiedziała, że jej reakcja na zniszczenie glifu potrafiła wyglądać dość dramatycznie. Nie mogła się doczekać dnia, w którym wytrzymałość glifu pozwoli na zatrzymanie samochodu. Nie wiedziała czy taki dzień nadejdzie, ale byłoby to naprawdę ciekawe. Teraz jednak nie o tym powinna myśleć. Wokół działa się cała masa wydarzeń. A dokładniej to za nią, przed komisariatem.
Już miała użyć mocy gdy zorientowała się, że zrobiło się dziwnie cicho. Przebijający się przez tą ciszę dźwięk helikoptera również niepokoił. Rozejrzała się, ale całkiem możliwe, że nic nie zauważyła. W końcu inne budynki w DOMie były z reguły wyższe o te 2-3 piętra.
-Nie podoba mi się to.- mruknęła pod nosem. Spojrzała na Blondie wyraźnie spodziewając się polecenia. Widziała dwa sensowne działania jakie mogli podjąć. Pójść sprawdzić co się dzieje przed komisariatem, bo z pewnością nie było to nic dobrego albo dalej spróbować dostać się do środka i dokończyć najpierw ich zadanie. Wszystko w niej krzyczało by skłonić się ku tej pierwszej opcji. Tylko zdrowy rozsądek i wyraźne polecenie były w stanie zmusić ją, by została tutaj.
Jeśli otrzymała takie, odetchnęła i po krótkiej ekspertyzie czy lepiej będzie szarpać za kraty czy rozrywać śróby mogła przystąpić do działania. Zaczęła od tego, że zeszła na dół i zajrzałam do środka przez kraty. Wydawała się pewna siebie, ale spodziewała się, że ta czynność zaboli. Choć z drugiej strony, wyjątkowo dobrze jej dzisiaj szło z mocą. Nie miała żadnych problemów, a nawet zdarzało się, że niektóre rzeczy wychodziły nawet lepiej.
-Odsuń się lepiej.- dała znać Blondie żeby przypadkiem nie oberwał z kraty. Oczywiście sama zadbała o swoje bezpieczeństwo w tej kwestii. Mary stworzyła glif tuż przy ścianie, po czy nasunęła go na wysokość okna tak, by niejako przecinał wszystkie śruby trzymające okno w obecnej pozycji. Wypuściła powietrze, by w razie czego nie była w stanie w pierwszym odruchu krzyknąć z bólu, po czym szarpnęła glifem.
Mogła teraz wydarzyć się jedna z trzech rzeczy. Pierwsza i zarazem najmniej prawdopodobna opcja była, że glif zerwie kraty i nie ulegnie przy tym zniszczeniu. Wtedy mogła na spokojnie przygotować się do wejścia, przepuszczając najpierw dowódcę. Druga, której najbardziej się spodziewała Mary to taka, że owszem, kraty zostaną oderwane od ściany, ale glif przy okazji pęknie. To zaboli, ale będą mogli iść dalej. A trzecia opcja, że nic się nie uda. Kraty będą dalej na swoim miejscu, a glif rozpadnie się jakby był ze szkła. Z tym, że jego elementy szybko znikną.Vincent Edams - 2019-11-03, 14:46 Biedny Aaron nie wiedział, co nim tak wciąż rzuca i rzuca. Dopiero gdy się ocknie, ujrzy niedaleko siebie chłopaka...bo z taką nastoletnią aparycją, trudno nazwać go póki co mężczyzną. Młodzieńczą miał jednak jedynie urodę, bo wiemy, że przeżył więcej niż niejeden dorosły.
Ów chłopak nagle zamarł, jego szaleńczy gniew, gdzieś się ulotnił. Jego ciałem zaczęły wstrząsać drgawki, a on padł na kolana, obejmując się ściśle za ramiona. Zimny pot lal mu się po twarzy i plecach, jakby dostał nagłego ataku grypy, a oczy...tylko ci którzy mu towarzyszyli mu w listopadowej, tajemniczej chorobie, widzieli ten wyzierający z nich strach.
Czuł jak ściany na niego napierają. Znów czuł się zaszczuty i bezsilny. Nie było ucieczki. Jednak nie to było najgorsze. Czuł na sobie JEJ oddech, JEJ dotyk. Niemal słyszał jej głos przy uchu. Zacisnął powieki, oddychając płytko.
Nie dotykaj mnie... Zostaw ! NIE !!!
- Nie...- wyszeptał niemal bezgłośnie
To nie może być prawda. Jesteś już wolny. Jej tu nie ma, ocknij się...
Zatapiał się w rozpaczy i strachu, coraz bardziej i bardziej, aż ostatkiem sił, próbował przywołać choć jedną, ciepłą myśl....I wtedy usłyszał znajomy głos przyjaciółki, poczuł dotyk jej delikatnej dłoni. Chwycił się tego, niczym koła ratunkowego, licząc, że Marceline go uratuje, przed samym sobąLasair Roarkedaughter - 2019-11-03, 20:35 Mówi się, że cel uświęca środki oraz też cel jest wielki, kiedy mu się poświęcisz. Miała cel... chciała uwolnić mutantów z celi. Chciała wydostać się DOMu i wrócić do swojej misji. Pomocy, potrzebującym i walki o równość i akceptację. Chociaż wiedziała, że to jest jak walka z wiatrakami, ale nie zamierzała rezygnować. Bowiem, każdy rodzi się z taki sam i z takim samymi prawami. To, że ktoś posiada mutację czy też jest innej narodowość nie czyni go gorszym. Jednak nim będzie mogła przystąpić do swojej misji. Musiała wykonać wszystkie swoje cele. Tym też uwolnić mutantów nawet jeśli miała później z tego powodu cierpieć.
Nie zważając na to co może się wydarzyć wyrwała kable odsuwając się na ścianę. Musiała chwilę odsapnąć, złapać oddech... Miała wrażenie, jakby jej serce na chwilę się zatrzymało oraz czuła wszystkie skutki porażenia prądem. Najważniejsze, że żyła... była tutaj. Musiała wstać i dalej spełniać swoją misję. Nawet jeśli wizja odpoczynku wydaję się jej taka słodka. Jeśli wyrwanie ich uwolniło mutantów. Postanowiła poszukać jakiego pokoju, biura, sterowni. Jak zwał tak zwał... Jednak musiała się pierw upewnić, czy wszyscy więźniowie wyjdą ze swoich cel. Dlatego też podniosła się z podłogi i spojrzała na cele i więźniów w nich.Esther Goth - 2019-11-03, 21:04 Moc nie przyniosła zamierzonego skutku, ani też pierwsze użycie broni. Jednak kto nie próbuje ten nie zyskuje. Dlatego też dobrze, że nie podawała się i dalej działa. Ponowne użycie broni tym razem jej nie zawiodło. Może nie było to miejsce, które zamierzała. Ale HALO... przecież zależało najbardziej by trafić i trafiła. Co z tego, że nogę... i pewnie to jeszcze bardziej wkurzyło kobietę. Jednak była ranna... nie tak pewna siebie, jak na początku i wkurzona. Widząc relacje kobiety i to, że wskazała na nią. Nie zamierzała czekać na to co dalej się potoczy tylko postanowiła iść za uderzenie i ponowie strzelić. Tylko tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Niestety, że ponownie jej ciało z nią nie współgrało. Esther nie wiedziała co było tego powodem, bo przecież nigdy wcześniej tak się nie czuła. Nie licząc ataków... Ale no cóż, nie przeżywała jednego z nich. Kiedy poczuła jakby wszystko przed nią wirowało opuściła całkowicie broń. Nie chciała przypadkiem trafić kogoś ze swoim. Poza tym nie należy strzelać, kiedy się nie jest pewny tego co się z tobą dzieję.
Dość szybko poczuła jakby odpływała i nastała ciemność... Ogarniającą ciemność... Ciemno wszędzie co to będzie miała ochotę zacytować Adama Mickiewicza. Gdyby nie była tak bardzo przerażona tą ciemnością. Obawiała się jej nie wiedziała co może za nią się kryć. Ba nie chciała wiedzieć... Pewnie też próbował przywołać do siebie swoją moc, byle tylko ona zniknęła. Byle tylko można było cokolwiek zobaczyć. Nie wiedziała co się z nią dzieję ani też gdzie jest... Jedne co widziała mrok, przerażający mrok... Za którym może kryć wszystko.
Próbowała, próbowała wszystkiego byle tylko znowu pojawiło się światło... aż nie zobaczyła tych silikonowych rękawiczek na swoich dłoniach i tej IGŁY... nie to... Nie... Próbowała ją rzuć, pozbyć się jej. Jednak co tylko chciała zrobić to jakby jej ciało z nią nie reagowało. Jakby to nie było jej ciało. Jakby była tylko Marionetką. Ledwie pomyślała o sobie jako marionetce, a już znienawidziła to uczucie. Mogła tylko obserwować jak wbija substancję czyjąś rękę, nogę i inne część ciała. Jak dziwnie świecąca ciecz przedostaję się pod skórę. Próbowała walczyć, zerwać się ze sznurków, a krzyk wwiercał się jej coraz bardziej głowę. Zamknęła oczy... gdyby nie trzymała igły pewnie zatkała by sobie uszy. Jednak wolała by IGŁA nie zbliżała się do niej nawet jeśli była trzymana przez nią.
Miała wrażenie, że nie tylko słyszy krzyki, a też sama krzyczy. Jednak niczego nie była pewna do czasu. Pojawienie się tak upragnionego przez nią światła... dziwnego, ale światła. Nie panował mrok i mogła zobaczyć co ją otacza. Jednak nie to chciała zobaczyć.
- NIE!!- wymknęło się widząc te wszystkie ciała... - To nie może być prawda- próbowała sama siebie przekonać dodając do siebie, że to nie może być jej winna. To nie ona... Nie.... Nie dzieje się naprawdę. Zamknie oczy i to wszystko zniknie. Tak zniknie to musi być jakiś oman, złudzenie tego tutaj nie ma. Tylko się jej tak wydaję. Próbowała sama siebie przekonać. Nawet na potwierdzenie tego zaczęła szczypać się w ramię. Byle tylko obudzić się z tego koszmaru. Annalise nie żyję... JEJ JUŻ NIE MA... To tylko jakiś koszmar. To nie dzieje się naprawdę.
- Ogarnij się Esther- wyszeptała sama do siebie, bo przecież wiedziała, że to nie prawda. Jej przyjaciółka, siostra zmarła jej rok temu w jej ramionach. Więc to na pewno złudzenie, iluzja lub cośkolwiek. Jednak nie jest prawdą.Penelope Mares - 2019-11-04, 13:49 Czego on od de mnie chce? Czemu podaje się za mojego męża? Czemu twierdzą, że nie jestem tym kim jestem? Jeśli nie jestem to kim tak na prawdę jestem? Czułam jeden wielki chaos... Wzięłam od niego fotografię patrząc na przestawiające postacie. Pierwsze co dostrzegłam to ta mała co spotkałam nie dawno. Tylko młodsza... i ja. Ale czy to mogłam być ja? Logika podpowiadała, że to jest jakiś fotomontaż. Spojrzałam na mojego partnera, który od dłuższego czasu wmawiał mi, że nie jestem tym kim jestem. Szukając w jego spojrzeniu jakiś wyjaśnień. Jednak nic nie znalazłam... Później Blondyn mnie pocałował... Poczułam coś dziwnego, a zaraz czułam jakby moje powieki stały się ciężkie. Chwilę później nie widziałam nic prócz ciemność. Słyszałam jakieś dźwięki, jakby z innego pokoju. Ale nie mogłam niczego zrozumieć... Nie wiedziałam co się ze mną dzieję i czemu jest mi tak zimno.Christian Wilson - 2019-11-04, 20:24 Odkąd zaczęła się ta cała akcja oraz kiedy zaczął wyprowadzać mieszkańców. Miałem dziwne uczucie, którego nie potrafiłem opisać. Takie jakby deja vu, że już kiedyś coś podobnego robiłem. Jednak nie mogłem sobie przypomnieć sytuacji. Czy rzeczywiście tak było i co niby robiłem? Zdradziłem? Szukałem schronienia mutantom? Chyba raczej to drugie, bo tego pierwszego w ogóle nie kojarzyłem. Jednak nie dawało mi ono spokoju... Chociaż też nie zamierzałem się nad nim zastanawiać. Przyjdzie czas na to później. Skoro nie udało się z kolcami. Spojrzałem raz jeszcze na pojazdy. Stwierdzając, że najwyżej mnie zabiją albo zamkną. Jednak musiałem je powstrzymać. Tam był mój brat... i nie mogłem zostawić go bez pomocy. Skupiłem się i zdrową ręką dotknąłem nawierzchni jezdni. Skupiając sobie jak najwięcej wody, mocy by stworzyć dość gruby i wysoki słup lodu, który będzie wstanie przewrócić pierwsze auto. Zamierzałem zyskać w ten sposób na czasie... Jeśli to by się powiodło do rogatek miałem blisko. Więc każdej chwili raz jeszcze mogłem uruchomić alarm. Dało to by atakującym zastanowienie, że coś jest nie tak. Bo po co alarm miałby drugi raz się włączać.Bradley Grey - 2019-11-04, 22:14 // informator uzupełniony - brawo ja xD
Niestety, gdy uniósł dłonie by stworzyć tarczę było za późno i jego spodnie zajęły się ogniem. Co prawda nie na tyle dużym, żeby go dotkliwie poparzyć. Zdołał ugasić ogień w miarę szybko, przyklepując płomienie.
I zanim zdążył zareagować w jakikolwiek sposób to poczuł zawirowanie w głowie. Nagle nie stał już pod komisariatem a nad przepaścią. A w niej leżały martwe ciała. Ludzi, których znał i których lubił. Ludzi, którzy kiedyś byli mu bliscy, ale potem tak jak wszystko i wszyscy w jego życiu odchodzili lub umierali. Poczuł rozdzierający ból w piersi, bo o ile zabicie kogoś nieznajomego przychodziło mu bez problemu, tak tych, których znał bardzo żałował. Ale czego się spodziewali?
Nie jestem bohaterem - pomyślał i popatrzył na nich niemal z obojętnością. Nie powinni oczekiwać od niego ratunku. Jeśli zginęli to tylko i wyłącznie ich wina. A przynajmniej tak próbował sobie wmawiać, żeby ukryć przed sobą uczucie żalu i winy. Gdzieś tam to się w nim zgłębiało, ale z drugiej strony był gruboskórnym skurwielem i nie dawał sobą tak łatwo manipulować. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ktoś miesza mu w głowie, a obrazy nie są prawdziwe. Wiedział to, ponieważ miał doświadczenie. Mianowicie pamiętał, że gdy został odbity w trakcie transportu z GC do DOGS i dostał się do bractwa to pomagał mu tam Liam, który na treningach wchodził do jego głowy i wywoływał różne obrazy.
Co prawda czuł się samotny, ale to uczucie towarzyszyło mu od miesięcy i nie było niczym odkrywczym. Dopiero gdy zaczął odczuwać swoje rany z tortur zadanych w placówce GC, poczuł się słabiej. Poczuł się przytłoczony, bo czuł jakby śmierć deptała mu po piętach. A gdy się odwrócił i zobaczył wszystkich strażników, którzy go torturowali, poczuł wściekłość. Nie obchodzili go ci, którym odebrał życie. Nie byli dla niego ważni, no może poza jedną osobą, którą i tak tutaj nie dostrzegł na szczęście. I już miał zamiar rzucić się w tę przepaść i mieć z tym wszystkim spokój, gdy w ostatniej chwili powiedział sobie "NIE".
NIE podda się. NIE przestanie walczyć. NIE pozwoli DOGS wygrać. NIE zostawi mutantów w potrzebie. NIE będzie się mazać i NIE złamią go obrazy przeszłości.
Miał wiele miesięcy by uporać się ze swoimi problemami i oczywiście nie ze wszystkimi mu się to udało, ale wiedział, że musi dalej walczyć. I zamiast atakować, to postanowił wytworzyć przed sobą tarczę i schować się za nią. Wobec tego postarał się odizolować w swoim umyśle wszystkie negatywne emocje i skupić się na swojej mocy i ukształtowaniu jej w tarczę. Chroniła nie tylko przed atakami fizycznymi, ale również przed magicznymi, więc może na taki atak umysłu również podziała?
Jednocześnie szeptał do siebie proste zaklęcie, które miało odwrócić monetę na jego korzyść i dla odmiany on miał mieć teraz szczęście w działaniu. Ale czy w obecnych okolicznościach to się uda? Zobaczymy.Nicholas Grenville - 2019-11-04, 23:32 To jej zapewnienia. Nicholas westchnął słysząc odpowiedź Mary i pozwolił jej działać. Musiał jej zaufać, że sobie poradzi i nic jej nie będzie. W między czasie i on zauważył, a nawet usłyszał dziwną ciszę. Rzucił okiem na dół w jednym miejscu, by zobaczyć co się dzieje.
- Mnie tez nie.
A później było słychać krzyki. To był znak, że powinni się pospieszyć.
- Rób swoje.
Nie tylko Mary chciałaby pomóc innym, ale i Nicholas. Kierowany jednak powodzeniem misji, musiał skupić się na niej i nadal wierzyć w towarzyszy, że sobie poradzą. Najbardziej jednak miał obawy o Esther, czy u niej wszystko w porządku.
Czujność zachowywał na całe otoczenie. A najbardziej pilnował Mary, by w razie czego ją złapać, pomóc, cokolwiek gdyby doszło do niepowodzenia z użyciem przez nią mocy. W sytuacji powodzenia, zaraz za nią udałby się do wnętrza budynku. Nawet jeżeli nakazała się odsunąć, zrobił to na tyle, by mieć ją w zasięgu wzroku.
W sytuacji niepowodzenia mutantki, Nicholas ostatecznie nakaże jej zawrócić i cofnąć się, wygrzebując z plecaka granat i idąc na łatwiznę montując go na oknie, którego siła wybuchu powinna rozwalić kraty i okno. albo przynajmniej same kraty. Już nie było ważne czy wejdą po cichu czy głośno. Liczył się czas. W najgorszym wypadku, nie będzie miał wyjścia i gdyby nawet granat zawalił, pozostanie mu tylko wpuścić trujący gaz przez wentylację. Wiązałoby się to z tym, że zmuszony będzie to użycia mocy przez siebie.Mistrz Gry - 2019-11-06, 01:15
Spokojnie jak na wojnie.
Tu pierdolnie,
tam pierdolnie
i znowu jest spokojnie...
Czy właśnie tak nie mogliśmy opisać naszego dzisiejszego poranka? Rozpoczęty z wielkim przytupem, teraz zdawał się rozmywać wśród ciszy panującej na ulicy. Można by wręcz pomyśleć, że cała dzielnica ponownie zapadła w ten spokojny, zasłużony sen, gdyby nie...
Nagły hałas roznoszący się z tyłu budynku. Skupienie i determinacja Mary przynosiły tu właśnie olbrzymią przewagę dla samych mutantów - jej glif, choć na pierwszy rzut oka tak delikatny, okazał się wyjątkowo wytrzymały. Nie tylko jego cienka powierzchnia zdołała wślizgnąć się między ścianę a śruby, które mocowały całość konstrukcji, ale i zerwać te paskudne, grube kraty. Samo przedsięwzięcie z całą pewnością było nieco bardziej męczące dla dziewczyny, niż jej typowe zabawy z jej umiejętnością, ale z tej misji wyszła dziś zwycięsko - jej twór nie pękł, nie powodował wewnętrznego bólu i nie odbierał możliwości dalszego działania. Wystarczył jeden głębszy wdech, by móc ruszyć dalej - a czas na ten z całą pewnością miał jej zapewnić Nicholas.
Okno w tym miejscu było poluzowane - prawdopodobnie przez lekkie uchylenie, które nie zostało do końca zamknięte. Ta dwójka mogła mieć pewność, że samej wzmocnionej szyby nie zdoła się wybić, ale co jeśli zawiasy okażą się słabsze? Mężczyzna miał to przetestować przez wykorzystanie własnej fizyczności - wystarczyło spuścić się wzdłuż ściany i z pełną siłą - uderzyć obiema stopami w ramę okna. Zapewniło to nie tylko otworzenie tego "bocznego" przejścia, ale i gładkie wejście do środka pomieszczenia - i to bez drobinek szkła pod stopami!
Gdy już oboje znaleźli się w pomieszczeniu, mogli bez problemu w nim rozpoznać coś na znak... Biura komendanta? Na podniszczonych już półkach widać było kilka pudeł, w których zapewne kryły się dokumenty mieszkańców dzielnicy, stało tu też kilka segregatorów - z aktami mutantów, którzy byli zatrzymywani na odsiadki. Były tu dowody - na bezwzględność Rządu wobec przetrzymywanych ofiar - wszelkie kary, odsiadki, listy zmarłych... Było tu zbyt wiele informacji, by ten ograniczony czas pozwolił przetrawić, ale może... Może wystarczy jedna dobra decyzja, by zdobyć kilka twardych dowodów przeciwko DOMowi i panującemu tu ustrojowi? Nie trzeba było być geniuszem, by wiedzieć jedno - to nie był czas na szukanie tych informacji, ale co, jeśli da radę je stąd wynieść?
W tym czasie Lasair resztkami swych sił starała się pomóc wydostać więźniów z ich cel - w końcu ci byli już jak małe wytresowane małpki i mimo własnej obecności przy zdjęciu tych zabezpieczeń z krat - bali się ruszyć. Bali się, że ich obrożę zareagują na moment, gdy tylko opuszczą swoje skromne cele. A jednak... Tak się nie działo. Część więźniów rzucała się na obolałe ciało dziewczyny, przytulając ją i całując po policzku, tylko z cichymi podziękowaniami na ustach. Bali się, ale byli jej tak bardzo wdzięczni. To była zaledwie chwila, gdy mogli ruszyć razem - wzdłuż korytarza. Stan żadnego z tu zebranych nie pozwalał na bieg, ale dzięki temu nic nie mogło umknąć ich uwadze. Nawet te dziwne dźwięki, dobiegające z drzwi po lewej stronie...
Mniej szczęścia miał Christopher - który został zatrzymany niemal przy wejściu a teraz zmagał się z tym paskudnym bólem i dziwnymi wizjami, które obejmowały jego głowę. Strach był tak irracjonalny, tak nie na miejscu, a jednak... Pozwolił też na zebranie sił. Nim jednak jego ręka splotła się w pięść a cios został wymierzony - mógł poczuć, jak ucisk na jego ramieniu ustępuje, ale... Było już za późno, by się powstrzymać. Uderzenie z dużą - jak na naszą osłabioną jaszczurkę - siłą trafiło w jego ramię, co pozwoliło mu na otworzenie oczu, przy tym wybudzającym bólu. Nie było już ciemności, nie było psiej paszczy, ale... Nie było też wrogów? Na jego kurtce nie było śladów po krwi, choć przecież wyraźnie czuł wciąż narastający w tym miejscu ból - a mógł być pewien, że nie był to wynik jego własnych pięści. Gdyby tylko umysł był już w pełni wybudzony i nie tak ogłupiony - mógłby się domyślić, że to ręka Ogara przy schwytaniu go za to miejsce użyła zdecydowanie za dużo siły, prawdopodobnie zostawiając pokaźne siniaki na jego jaszczurzej skórze.
Leilah jako jedyna znajdowała się wystarczająco blisko klatki, by móc ostatkiem sił skryć się przy samym wejściu - jednak nawet to nie zerwało tego dziwnego połączenia, jakie wytworzyło się między nią, a tą dziwną mutantką. Wizje jej córki z całą pewnością musiały poruszyć jej zranione serce, ale... Kto powiedział, że nie może to być dla niej zapalnik do działania? Nawet, gdy sama cierpiała na myśl, że już nigdy nie potrzyma własnej latorośli w dłoniach, nie mogła teraz odpuścić - musiała walczyć dalej, właśnie dla tej małej, straconej duszyczki. Jej oczy się otworzyły i znów była na polu walki. Wciąż jednak odczuwała zawroty głowy, światło wydawało się aż nazbyt razić a ciało wydawało się nie słuchać żadnych poleceń. Jednak nawet w tym stanie, kobieta mogła dostrzec dziwną siłę, która... Rozrzucała naszych bohaterów, niczym pionki na ruszającej się planszy. Nawet w swoim obecnym stanie, doskonale wiedziała, czyja to sprawka. Ricky.
Blondynka całkowicie oddała się swojej wizji, cierpiąc w niej istne katusze. Jej umysł i ciało nie chciały pozwolić na zbliżenie się tych koszmarów a jedyną obroną przed tym wydała się... Jej własna tarcza. Do tej pory blokowana, zatrzymywana przez ich wrogów - zdawała się teraz zadziałać za wszystkie nieudane akcje - by po chwili, całkowicie pozbawić ją sił. Najgorzej z pewnością mogły to odczuć osoby, które znajdowały się najbliżej, takie jak... Esther.
Jej wizja, mrożąca krew w żyłach, opętująca całe jej ciało zdawała się nie chcieć jej opuścić. Każda próba uszczypnięcia się w skórę powodowała olbrzymi ból i uczucie zrywania tych kawałków ciała. Panna Goth mogła wręcz widzieć, jak jej organizm rozpada się na małe kawałeczki, aż nie poczuła pod sobą szorstkiej powierzchni ulicy, gdy tylko ta "dziwna" siła powaliła ją na ziemię.
Z nieco mniejszym impetem tarcza trafiła w Bradleya i Aarona. Ten pierwszy co prawda próbował się bronić przy pomocy własnej mocy, ale ta... Nie działała jak powinna. To było dziwne, przecież widział tę powstającą, niemal niewidoczną ścianę przed nim, dlaczego więc... Dlaczego broniła go wyłącznie przed tymi wrogami w jego wizji? Ciało wciąż go bolało, a los wcale nie chciał się ku niemu odwrócić. Czy właśnie dlatego poczuł tak silny wiatr, który przewrócił go na plecy - by dopiero wtedy mógł na nowo ujrzeć szare chmury? W jego uszach dzwoniło, a ciało zdawało się wciąż czuć każdą rankę, która jeszcze przed chwilą rysowała się przed jego spojrzeniem, ale... Przecież już nie był w iluzji, prawda?
Również Bartowski przegrywał z demonami swojej przeszłości - większości z nich nawet nie poznając. Musiał z nimi walczyć, musiał się z nimi mierzyć, ale to nie przynosiło skutków - aż do czasu, gdy płomienie zniknęły przez zewnętrzną siłę, która i jego powaliła. A może po prostu zapominał już jak stać poziomo, skoro tyle razy zaliczył dziś glebę? Mimo tego przebudzenia - wciąż zdawał się być półprzytomny - co zapewne mogły potwierdzić jego kroki, kierowane ku sprawcy tego zamieszania - gdy wciąż miał przed sobą wrogów gotowych (względnie) do jego skrzywdzenia. Co jednak zamierzał zrobić, gdy już stał nad wycieńczoną i nieprzytomną dziewczyną?
Osobami, które najmniej ucierpiały podczas wybuchu mocy Roseberry z całą pewnością były Vincent oraz Marian. Obiekt 036 znalazł ukojenie w swoim koszmarze - podświadomie zmieniając obleśny głos Dolores na przyjazny ton Marceline. Głodne dłonie badaczki - na dobry dotyk przyjaciółki. Znalazł sposób, by kompletnie nie oszaleć w swej wizji, znajdując linę ku ponownej wolności - a delikatne uderzenie ze strony mutantki pociągnęło tę linę ku górze.
Nikt jednak nie mógł się spodziewać, że nasz mały kucharzyna postanowi tu się popisać swoimi umiejętnościami. Nim powiew ze strony tarczy go dosięgnął - jego własny umysł nakazał mu znaleźć inne rozwiązanie dla tej sytuacji. A czy jest lepszy sposób na uratowanie swej patelni, niż atak z największego działa? Chłopak krzyknął - co mogło się przebić przez uszy wszystkich zebranych na tym niewielkim placu - po chwili dając upust swojej mocy. Wszyscy zebrani przed komisariatem z bólem mogli odczuć, jak ich wnętrzności się przekręcają a ból brzucha przejmuje nad nimi kompletną kontrolę - co przy obecnej nieświadomości zdawało się być istną katorgą. Nudności, gazy, silna potrzeba udania się do toalety... Z pewnością nie był to scenariusz, którego ktokolwiek się spodziewał w takim miejscu. A najgorzej przez te symptomy musiał przechodzić stwórca tej plagi.
Z całą pewnością - Christian mógł się teraz cieszyć, że był świadkiem nieco innej tragedii. Nawet, jeśli jego początkowy plan się nie udał - nie zamierzał się poddawać. Wystarczyło uspokojenie oddechu, skupienie, a gdy tylko pojazdy przejechały przez rogatki... Mógł na nowo spróbować swych sił. Przyłożył dłoń do powierzchni, by już po chwili móc obserwować piękny szron malujący się na powierzchni wody, a po chwili - wytworzyć olbrzymi słup przed pierwszym samochodem. Nagłe pojawienie się lodowej bryły widać mocno zaskoczyło kierowcę, przewracając pojazd na jego bok - i skutecznie w tej sposób powstrzymując pozostałe przed dalszą jazdą. Przynajmniej na to wyglądało - dopóki czołgi nie ruszyły w boczne uliczki, gdy szwadrony z pozostałych "dostawczaków" nie wysiedli, by wspomóc biednego poszkodowanego. Dało to chwilę Spivey'owi na dostanie się do jednej z budek i aktywowania alarmu, ale... Czy to na pewno był dobry pomysł?
Wraz z pierwszym dźwiękiem syren zebrany oddział odstąpił od swego dotychczasowego zadania, wyciągając swoje bronie. Czy chłopak zdoła się ukryć, nim ponownie zostanie oskarżony o dezercję?
Całe szczęście przed takim dylematem nie stała Penelope - która ledwie odzyskując przytomność, mogła tylko czuć nasilający się ból w jej głowie i barku, a wśród ciemności kanałów widziała jedynie blade i przerażone twarze, które coś między sobą szeptały. Wszystkie wydarzenia z ostatnich kilku minut zdawały się zlewać w dziwną, niespójną całość, którą ciężko było na pierwszy rzut oka jakkolwiek zrozumieć. Ale... Może wystarczyło kilka wdechów, by znaleźć brakujący element?
Kobieta wciąż miała przy sobie radio, które zdawało się nie działać jak należy, jak i pojedyncze bronie. Była jednak otoczona masą mieszkańców, którzy teraz siedzieli skryci pod ścianami tego śmierdzącego miejsca. Przerażenie w ich oczach zdawało się jeszcze bardziej wzrosnąć, gdy w jej krótkofalówce rozbrzmiało nieco zagłuszone
- Oddz... Ew... acja... at... kuacj...- Uszkodzony głośniczek z całą pewnością zbyt wiele nie był w stanie przekazać, ale... Może już rozpoznawałaś te komendy?
W tej chwili jednak nie tylko krótkofalówki kundli zdawały się odzywać. Wszyscy atakujący, którzy byli wyposażeni w słuchawki bądź radyjka mogli usłyszeć suchy, szybki komunikat.
- 3 minuty. Ewakuacja.
Cóż... To chyba znaczyło, że nie macie dużo czasu, czyż nie?
___________________________
MG oczekuje na odpowiedzi do 72h (9.10 ok. 22.00), post MG pojawi się do 24h od uzyskania ostatniej odpowiedzi.
Ricky traci świadomość na jedną turę - w tym czasie nie jest w stanie fizycznie zareagować na rzeczy, które dzieją się dookoła. Jako jedyna z osób zebranych przed komisariatem zostaje też wyłączona spod mocy Mariana.
Marian, Aaron, Vincent, Esther, Bradley oraz Leilah są pod wpływem mocy Cooka - postaci odczuwają silne bóle brzucha, jak i inne dolegliwości gastryczne.
Numer porządkowy: 1
Dane: Vincent Edams
Żywotność: 90%
Opanowanie: 95%
Inne: Kamizelka kuloodporna, kominiarka, pistolet, naboje, krótkofalówka, noże do rzucania, podręczna apteczka (opatrunki, opaska uciskowa, płyn do odkażania ran) znaczące obrażenia: złamane żebro
Numer porządkowy: 2
Dane: Bradley Grey
Żywotność: 91%
Opanowanie: 92%
Inne: po 1 granacie: obronne, przeciwpancerne, błyskowo-hukowe, dwa noże taktyczny bojowy RUI, 2 pistolety Desert Eagle, karabinek AK, kuloodporny hełm Ronin Devtac, kamizelka kuloodporna + plecak z nabojami, wodą i podręczną apteczką.
Numer porządkowy: 3
Dane: Nicholas Grenville
Żywotność: 83%
Opanowanie: 95%
Inne: Dwa pistolety desert eagle + zapasowe naboje wymienne, po dwa opakowania na jedną broń. Noże do rzucania, skrywane w obuwiu. Kamizelka kuloodporna. Broń palną ma ulokowaną w kaburach, umocowanych na pasku od spodni. Z kolei naboje, zapałki, scyzoryk, apteczka, po 1 granacie: obronne, przeciwpancerne, błyskowo-hukowe,, opaski zaciskowe (długość odpowiednia np. do skrępowania dłoni wroga) schowane ma w małym plecaku jaki wziął ze sobą. znaczące obrażenia: rana na skroni
Numer porządkowy: 4
Dane: Esther Goth
Żywotność: 100%
Opanowanie: 94%
Inne: kamizelka kuloodporna; krótkofalówka; noże do rzucania; pistolet Beretta M9A3 kal. 9x19 Black; naboje
Numer porządkowy: 5
Dane: Lasair Roarkedaughter
Żywotność: 45%
Opanowanie: 70%
Inne: znaczące obrażenia: wybity nadgarstek, porażenia od prądu (mod -1)
Numer porządkowy: 7
Dane: Christian Spivey
Żywotność: 87%
Opanowanie: 100%
Inne: pistolet, naboje, krótkofalówki, kamizelkę, obroże, chip, nóż, znaczące obrażenia: złamanie prawej ręki
Numer porządkowy: 8
Dane: Mary Pond
Żywotność: 100% Opanowanie: 81% Inne: -scyzoryk (klasyczny: śrubokręcik, dwa noże, pilniczek, nożyczki, korkociąg i otwieracz do kapsli), pistolet mutazynowy
-butelka wody (0,5l)
-notesik z notatkami i rysunkami, ołówek z gumką i jakiś długopis
-plecak mieszczący w sobie wszystko powyższe i mający po kieszeniach masę śmieci w stylu jakiś spinaczy, papierków czy gumek recepturek
-standardowy strój: spodnie, sportowe buty, koszulka, bluza z głębokim kapturem i chusta, na razie na szyi,
Numer porządkowy: 9
Dane: Christopher Varcer
Żywotność: 51% Opanowanie: 70% Inne: Czarna maska i zwyczajne odzienie. Brak noszonej broni oraz jakiejkolwiek zawartości w kieszeniach. Postać jest zachipowana.
Numer porządkowy: 10
Dane: Leilah Adams
Żywotność: 100%
Opanowanie: 99%
Inne: 2 pistolety, 3 noże, naboje, kamizaleka kuloodporna, rękawiczki bez palców, krótkofalówka, granaty - plecak a w nim: apteczka (bandaż, woda utleniona, opaska), woda mineralna
Numer porządkowy: 11
Dane: Aaron Bartowski
Żywotność: 96% Opanowanie: 86% Inne: zwykły mundur DOGS ze wzmoncionymi rękawami, dwa karwasze z niewielkimi miotaczami ognia, załadowany Glock17 i do niego 4 magazynki po 17 naboi, pistolet ze strzałkami z mutazyną (nie wiem, ile tam strzałek), paralizator, dwie świece dymne i zapalniczka
Numer porządkowy: 12
Dane: Ricky Roseberry
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: scyzoryk, broń palna, nóż w bucie, bandaże, leki przeciwbólowe, latarka. Kaptur i chusta na twarzy.
Numer porządkowy: 13
Dane: Marian Cook
Żywotność: 70% Opanowanie: 70% Inne: patelnia
Numer porządkowy: 14
Dane: Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Mary Pond - 2019-11-06, 08:08 Mary zacisnęła zęby w oczekiwaniu na ból, który jednak nie nastąpił. Z nieskrywanym zdziwieniem spojrzała na kraty leżące na ziemi. Udało się. I to jak! Owszem, była bardziej zmęczona, ale spodziewała się o wiele większego wyzwania. Ktoś tu używa słabego metalu. Albo to ona się wprawia w używaniu mocy. Bądź to po prostu dobry dzień. Odetchnęła głęboko szeroko się przy tym uśmiechając, choć tego drugiego nie było widać przez chustę.
-Ten się liczy jako dwa. Zdecydowanie.- mruknęła do siebie. Zatem podsumowując użyła już jeden glif, by dostać się na dach wcześniej, drugi by zabić patrol, trzeci podczas przemowy, czwarty by dostać się tutaj i teraz był piąty. Ale skoro poczuła po nim takie zmęczenie postanowiła go policzyć jako dwa. Czyli tak jakby zużyła już 6 glifów z 20 jakie przypadają jej na dzień.
Mary zrobiła swoje, teraz pora na Blondie. Puściła go przodem po czym na spokojnie weszła oknem.
W pokoju gdy zorientowała się czyje to pewnie jest pomieszczenie uznała, że warto wykorzystać okazję. Zerknęła na papiery na biurku i jakieś wierzchnie leżące na stosach. Kilka wyglądających najbardziej obiecująco wepchnęła do plecaka. Nie czytała ich, co najwyżej zerkała na tytuł i odrzucała bądź brała. Może potem z jakiejś kafejki wrzuci je do sieci dając ludziom znać czym jest to miejsce. Czy też raczej było, bo o ile wszystko tu się uda, DOM przestanie istnieć. Tak czy inaczej, zajęło jej to tylko chwilę, a zysk może być spory. Jeśli dowódca jej nie przerwał, wrzuciła do plecaka jakieś 5-6 dokumentów czy teczek o ile takie były. Nie dbała czy je pogniecie, ważne by jak wróci do motelu były czytelne.
Po chwili odezwało się urządzenie Blondie. Mary zmarszczyła brwi. Niedobrze. 3 minuty to mało, a mieli dużo do zrobienia. Trzeba się pospieszyć. Pewnie tamten zdążył już posłuchać przy drzwiach i określić czy mogą spokojnie wyjść na korytarz. Jako kierunek wskazała ten, w którym po prostej dotarliby do cel. Ten budynek raczej nie miał na tyle skomplikowanego układu by potrzebowali mapy znając ogólny kierunek.
Licznik glifów (głównie na potrzeby własne): 6/20Christopher Varcer - 2019-11-06, 10:44 Niezamierzone uderzenie się z pięści w ramię do przyjemnych nie należało, jednak dzięki temu wrócił do rzeczywistości. No... wrócił w pewnym stopniu... Ciemność ustąpiła, znowu znalazł się w komisariacie, bez krwi na plecach, lecz sprawiał wrażenie otępiałego. Zmęczenie tym nieustannym pośpiechem, wychłodzenie? Może to był efekt działania mocy na jego umysł i nie tylko on tak miał po pokonaniu iluzji? Albo wszystko się skumulowało.
Wciąż czując ten nasilający się ból ramienia, siedzący jaszczur machnął ponownie ręką (z niewidzialnymi już pazurami) za siebie, jakby w przekonaniu, że właśnie tam kryje się sprawca i tym razem go trafi. Skończyło się tym, że niezdarnie, acz bezboleśnie wywrócił się na podłogę i dopiero wtedy przekonał się, że był sam, bezpieczny... Wyglądało na to, że w pobliżu nie było nikogo i mógł chwilę odetchnąć. Tę krótką, cenną chwilę, kiedy był niezdolny do czegokolwiek. Prawdziwy dar od losu. Położył dłoń na swoim obolałym ramieniu i potarł je delikatnie, nadal nie rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło, czym były te wizje i skąd w nim tyle siły, że sam sobie narobił tak pokaźne siniaki. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że to robota Ogara. W końcu gdyby to był ten przerośnięty kundel, prawdopodobnie by już nie żył, prawda..? Co by go miało przed tym powstrzymać?
Spróbował wstać, opierając się o najbliższą ścianę. Mimo wciąż trzymającego go otępienia, szybko przypomniał sobie o swoim zadaniu. Ogon posłużył mu niczym laska, dzięki czemu szybciej złapał równowagę. Korzystanie z niego przy takich poparzeniach było bolesne, ale czy miał inny wybór? Dobrze, że w ogóle go zachował. Zamierzał po cichu skierować się w stronę cel. Nie znał rozkładu pomieszczeń, lecz budynek nie był zbyt duży i na pewno się w nim nie zgubi. Zanim jednak udał się przed siebie, wyciągnął z kieszeni spodni drugi pistolet, który skonfiskował strażniczce. Broń z mutazyną zawiodła, lecz może pistolet unieszkodliwiający okaże się być bardziej skłonny do współpracy? Drugą rękę jaszczur wciąż miał w pełni sprawną, a jeśli i ta broń mu wybuchnie to będzie bardzo zły. Musiał mimo wszystko spróbować. Nie miał nic innego do obrony - mutazyna odebrała mu możliwość wykreowania kolców, kłów i pazurów, a ogonem nie mógł już walczyć tak sprawnie jak przed spotkaniem z płomieniami tego piromana przed budynkiem. Chris zdążył zapomnieć jak to jest być bezbronnym człowiekiem, który bez swoich technologicznych zabawek byłby niczym. Jedyne, co go wciąż wyróżniało od człowieka to ogon i lewa część twarzy, która nadal opierała się działaniu mutazyny.
Jeśli napotka kogoś na swej drodze, wymierzy do niego z pistoletu, ale nie wystrzeli od razu. Prawdopodobnie nie był jedynym "dobrym", któremu udało się już dostać do komisariatu i jeśli wróciła mu pełna świadomość, powinien od razu rozpoznać sojusznika na podstawie braku charakterystycznego munduru. Jeżeli będzie to jeden z kundli i spróbuje mu jakkolwiek zagrozić, Chris wystrzeli, a celny strzał będzie skutkować porażeniem prądem.Ricky Roseberry - 2019-11-06, 11:45 Stracić nad sobą panowanie. W takim momencie.. Stracić panowanie. Niestety. Miałam tylko nadzieję, że jakoś to pomoże. Miałam nadzieję..
-Aaron. - szeptałam do siebie.
W mojej głowie rozgrywała się teraz walka, co i rusz widziałam moją siostrę, Samanthę Albę, Aarona, moich rodziców. Każdy z nich cierpiał. Cierpieli przeze mnie.
Dlaczego uciekałam? Dlaczego byłam takim tchórzem? Już dawno nie czułam takiego smutku i złości...
Aaron stojący i atakujący nas. Nie pamięta, nie pamięta niczego. DOGS tak bardzo mnie irytują zabierają i krzywdzą moich bliskich. Nie pozwolę na to nie tym razem. Stoję nie mogę się ruszyć. Widzę Aarona patrzącego wprost na mnie, ale z zamglonymi oczami nie wiem co się dzieję. Nie wiem jak mu pomóc byłam i jestem bezradna. Tylko jedno ciśnie mi się do ust. Jego imię.
Kolejną osobą, która cierpiała zwłaszcza przeze mnie była Rocky. Moja Ro. Moja najdroższa i najbliższa mi siostra. Jedyna osoba, która kocha mnie bez powodu i nawet gdy popełniam błędy leci za mną w ogień, a gdy potrzeba stanęłaby za mną murem. Teraz widzę ją pobitą, okaleczoną, złą na mnie. Odwraca się ode mnie i odchodzi moja siostra, którą kocham i dałabym się za nią zabić...
- Rocky. - Nie mogłam się ruszyć chciałam, ale nie mogłam. Czemu to takie trudne? Czemu to ja krzywdzę innych? Czemu moja umiejętność nie polega na przyjmowaniu krzywda innych a na jakiejś głupiej tarczy która, teraz gdy potrzeba jest bezużyteczna. Ja jestem bezużyteczna.
Przyjaźń moja przyjaźń. Dopiero co zaczynałam przyjaźnić się z moją Albą. No dobra może nie moją, ale teraz... Teraz gdy ja wróciłam z Australii nie mówiąc jej nic o odlocie. Dopiero teraz, gdy wróciłam widzę moje błędy, teraz widzę, że to ja jestem do kitu, a nie inni. To ja popełniam błędy, które wytykam innym zamiast sobie. Jestem nikim.
- Alba. - widziałam jak coraz bardziej się oddala. Jedyną osobą, która została przy mnie jest Samantha. Ona mnie ratowała w wielu sytuacjach. W wielu ją zawiodłam. Nie w jednej nie w dwóch a w tysiącu spraw, które powinnam być przy niej. Ona nadal na mnie liczyła, a ja? No właśnie teraz dopiero zauważam jej blizny, jej rany, jej oczy, w których widze miłość cierpienie, jak i rozszerzone źrenice przez jej moc. Nie dlatego że sama chciała się upić a dlatego że porzuciłam ją w najtrudniejszej sytuacji, kiedy jej moc panowała nad nią, a nie odwrotnie. Pamiętałam doskonale jak to jest. Wiedziałam jak ja przez to przechodziłam. Wiedziałam, że po raz kolejny ją zraniłam. Teraz gdy wyciągnęłam w jej stronę rękę ona ją odtrąca.
- Sami. - szlochałam.. Byłam sama. Zostałam sama. Zdarzyło się to czego bałam się najbardziej a własnie do tego prowadził każdy mój ruch każda moja decyzja.Lasair Roarkedaughter - 2019-11-06, 12:42 Odniosła rany oraz czuła, że ledwo stoi na nogach. Jednak pomimo tego wszystkiego była dumna sama siebie, że się nie podała się i otworzyła cele. Mutanci byli wolni, ale czemu nie wychodzą nie cieszą się z wolność. Widząc ich wystraszone miny oraz niepewnościach oczach. Zrozumiała co jest tego powodem... po prostu bali się. Jednak chwilę później zaczęli wychodzi i jej dziękować. Czuła się z tym nie pewnie, bo wiedziała, że większą robotę wykonują ci na zewnątrz. Ona tylko skorzystała z nie uwagi oraz nie poddała się.
- Podziękujecie mi i tym którzy po nas przyszli jak opuścimy mury DOMu. Jednak jeszcze długo droga przed nami i muście też dać coś od siebie. To jest nasz czas na zemstę i czas by DOGS nam zapłaciło. Jak widzicie sama noszę obroże i ona nie przeszkodziła mi was uwolnić - powiedziała do nich chciała ich jakoś zmotywować oraz dodać odwagi. Nie była dobra w przemowach, a teraz mówiła serca. Sama chciała zemsty na tych wszystkich, którzy ją tutaj skrzywdzili. Chciała ich wolność, a ona czeka na nich na zewnątrz.
- A teraz kto idzie ze mną walczyć o naszą wolność i zemstę - dodała po chwili patrząc na nich...