Christopher Varcer - 2019-10-29, 20:32 Prosty unik okazał się być wystarczający, aby uchronić swoją twarz przed pięścią kundla. Pewnie gdyby Christopher był bardziej doświadczony to ośmieliłby się na gardę, lecz w tym przypadku mógł ufać jedynie swojej intuicji. Choć dłoń mężczyzny znalazła się tak blisko jego kłów, jaszczur nie zdołał jej chwycić, lecz zamiast ponowić próbę i sprobować ugryźć ponownie, gad znalazł odpowiedni moment i dzięki temu udało mu się dostać do środka komisariatu, szybko wymiając przeciwnika - tak jak pierwotnie to zaplanował. Poczuł wtedy cichą ulgę. Walka na otwartej przestrzeni wydawała mu się znacznie bardziej ryzykowna, szczególnie, gdy brało się pod uwagę władającego ogniem mutanta. Już miał przyjemność poczuć na swoim ogonie siłę jego ognia, więc nie zamierzał ponownie się na to narażać.
Uniesione ręce, prezentujące ostre pazury były ostrzeżeniem dla kundla, który odwrócił się do ogoniastego, lecz ku lekkiemu zaskoczeniu mutanta, przeciwnik nic sobie z tego nie robił. Ba, wręcz cierpliwie czekał na dalszy rozwój sytuacji, masując swoje pięści. Chris nie odczuwał od niego jakiegokolwiek strachu, co wywołało u niego niepokój. Choć jego plan zakładał, by funkcjonariusze i ich kundle poczuli się jak w pułapce, pasiasty sam zaczął odnosić wrażenie, że otaczające go ściany stały się jego wrogiem, a nie ratunkiem. Mimo wszystko odważnie wpatrywał się w oczy kundla, marszcząc brwi w odpowiedzi na jego uśmiech. Starał się w ten sposób ukryć narastający w nim niepokój. Nie podobał mu się ten typ. Było w nim coś dziwnego, czego nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić...
Szybki atak powinien załatwić sprawę. Może by tak użyć jakiegoś obiektu do rozproszenia uwagi, który mógł być w zasięgu jego ręki i wtedy się na niego rzucić? Nie... on przecież właśnie na to liczył. Liczył na atak i był na niego przygotowany. Chris wykonał krok w tył. Co on wyprawiał? Dostał się do komisariatu. To był jego cel, a nie walka z kundlami. Musiał się pohamować.
Gad momentalnie odwrócił się plecami do kundla z zamiarem ucieczki i odnalezienia tego, po co tutaj przybył - uwięzionych mutantów. Liczył, że przeciwnik nie zacznie go ścigać, skupiając się na tych z zewnątrz, którzy prezentowali groźniejsze mutacje niż bycie przerośniętą jaszczurką. Nikt nie wiedział, że posiadał klucze, które mogły okazać się przepustką do wolności dla tych, którzy mieli obroże. Był już tak blisko swojego celu. Byle tylko ten gość nie próbował go powstrzymać. Nie wyglądał na kogoś, kogo powinno się lekceważyć.Leilah Addams - 2019-10-30, 01:21 Kurwa mać, pierdolone kalosze taka włąśnie myśl przemknęła przez głowę Leilah kiedy okazało się, że jej próba usmażenia kilku strażników na raz przeszła praktycznie bez większego efektu. Chyab trzeba będzie więc wykonać tą robotę, starymi sposobami dostepnymi dla większości ludzi. Leilah odwróciła głowę by znaleźć odpowiednie miejsce przy klatkach tak by była chociaż trochę osłonięta a jednocześnie widziała przeciwników i mogła oddawać do nich strzały.
Przyklęnkęła na jedno kolano,, jedną rękę zgięła w łokciu, a na tej zgiętej ręcę oparła dłoń z pistoletem i pamiętając swoje wojskowe szkolenie w identycznje pozycji zaczęła do nich strzelać na wysokości głowy, lub szyi cokolwiek mieli bardziej odsłonięte. Oddała trzy strzały i sprawidziła jaki jest tego efekt, po czym padła na ziemię i przycisnęła się do klatki wicąż nieprzerwanie spoglądając w stronę gdzie znajdował się wróg. Jeżeli wypatrzyła kogoś kto stał w dogodnej pozycji, żeby oberwać to Leilah znów otworzyła ogień, jeżeli nie to po prostu czekała na dogodny moment, patrząc jednocześnie czy nikt się nie zbliża w jej stronę.Mary Pond - 2019-10-30, 10:32 Mary była zadowolona, że jej pomysł został przyjęty z aprobatą. Wykonanie też wyszło dobrze. Wyjątkowo cicho i czysto, choć na brak śladu po glifie nie zwróciła uwagi. Na dachu jednak zaczęły się schody. Spodziewała się jakiegoś zejścia technicznego czy czegoś w tym stylu. Tymczasem na górze był tylko otwór wentylacji. Dla niej ok, ale rosły facet tam nie wejdzie. Na przykład Blondie. Może pójść sama, ale najpierw postanowiła sprawdzić jak osadzone są okna. Przy czym olała sprawdzanie frontu. Nie chciała nikogo tam z dołu informować, że tu jest.
Pierwsze kraty, na które trafiła były mocno przymocowane do ściany, a same okna zmniejszono na tyle, że nawet po pozbyciu się kraty jej towarzysz się nie zmieści. Jednak gdy przeszła się drugą stronę tylnej ściany zauważyła, że okna tutaj nie są pomniejszone, a kraty są mniej starannie przymocowane. Śruby. Raczej nie była w stanie ich odkręcić, ale może udałoby się tutaj wyrwać kraty glifem? Na pewno nie byłoby łatwo, a w przypadku zniszczenia glifu musiałaby chwilę odpocząć. Tym niemniej podzieliła się spostrzeżeniami z blondynem.
-Tutaj kraty są słabiej przymocowane. Pewnie tam są cele...-wskazała narożnik z tyłu.-...a tutaj biura czy jakieś inne mniej istotne pomieszczenia. Mogłabym spróbować zerwać kraty w tym oknie swoją mocą. Ale jeśli się nie uda będę potrzebowała kilku minut odpoczynku. Można też spróbować je odkręcić, ale coś czuję, że jakby było to łatwe, to tych krat już by tu nie było.- powiedziała podchodząc do dowódcy tej akcji, by nie musieć mówić za głośno. Póki co zużyła cztery glify, więc nie musiała się martwić o ten limit. Jednak wiedziała, że zniszczenie glifu boli coraz bardziej wraz z rozwojem mocy. Na szczęście jej twory stają się też coraz bardziej wytrzymałe, więc jakoś to idzie do przodu.
Jeśli Blondie zaakceptował pomysł to można było przystąpić do jego realizacji. W przeciwnym wypadku pozostawał jeszcze szyb wentylacji. Mary raczej nie uśmiechało się schodzić tam samej, ale jej uśmiechanie się nie jest teraz najważniejsze. W każdym razie którą z drug wybiorą zależy już od człowieka, którego sprowadziła ze sobą na ten dach.
Jeśli chodzi o dziwne uczucie niepokoju to obecnie je ignorowała przekonana, że bierze się po prostu z normalnej w takiej sytuacji obawy o własne życie. I z dźwięku helikoptera, który raczej nie wróżył nic dobrego. Przecież posiłki miały się spóźnić.Esther Goth - 2019-10-30, 18:07 Miała dzisiaj jakiegoś pecha... Nie dość, że wcześniej nie udało się jej dostatecznie oślepić funkcjonariuszy DOGS. To jeszcze teraz nikogo nie udało się jej postrzelić. Przez jakieś głupie zawroty głowy. Nawet nie miała pojęcia skąd one się wzięły. Jedyne wytłumaczenie, że to działanie jakiegoś mutanta. Esther nie miała pojęcia którego, więc zdecydowała powrócić do swojego planu. Może tym razem uda jej się trafić, bo przecież aż tak kiepski strzelcem nie było ułożyła dłonie wygodnie na broni. Wdech... wydech wyrównała oddech. Jak to zwykle uczą oraz filmach pokazują. Pamiętała też, że podobno najlepiej strzela się na wdechu. Dlatego wycelowała broń raz jeszcze stronę kobiety z DOGS. Co stała koło małej dziewczynki. Do dziecka nie była nawet wstanie mierzyć, a już nie mówić o strzelaniu. Jednak co innego kobieta... Miała nadzieję, że tym razem uda się jej trafić. A nie spudłuje jak jeszcze przed chwilą.Lasair Roarkedaughter - 2019-10-30, 20:35 Nie miłosiernie męczyła się z tą skrzynką naprawdę liczyła, że będzie to tak proste jak na filmach. Znajdzie jakieś plik kluczy, a tu nic takiego nie było tylko skrzynka. Wcale nie pomagały jej spojrzenia mutantów, które czuła na plecach. Próbowała jakoś rozgryźć te skrzynkę i jak ją otworzył. Zrezygnowała zdecydowała użyć siły. Kiedy logika zawodzi i to najlepsza jest siła... Liczyła, że może w tedy skrzynka ustąpi i w końcu uda jej się otworzyć cele i wypuść mutantów. Przecież dość czasu zmarnowała już próbując tutaj się dostać i otworzyć skrzynkę. Kiedy udało się zerwać skrzynkę i jej oczom ukazały się przewody.
,,Raz się żyję" pomyślała, bo przecież nie pierwszy raz robiła coś głupiego, by pomóc innym. Złapała za przewody i wyrwała je... Licząc, że zrobi w ten sposób jakieś spięcie i otworzą się klatki. Na szczęście nie pomyliła się tylko, że niestety została porażona prądem. No cóż... to pewnie teraz jej fryzura jeszcze bardziej okazała się prezentowała. Oprała się o ścianę, bo była wykończona tym wszystkim... Musiała złapać oddech i spróbować odpocząć trochę.Aaron Bartowski - 2019-10-31, 16:03 Paskudztwo. Mutanci nie byli niczym więcej jak chodzącym po świecie paskudztwem, przynoszącym jedynie niepewność i cierpienie. Bo czy kiedyś, sprzed ery mutacji, byłoby coś podobnego uznanego za możliwe? Za Chiny!
Spodziewałem się, że coś może przerwać mój bieg. Prędzej jednak miałem na myśli zabłąkaną kulę czy też magiczki mojego szeptającego celu. Atak nadszedł niestety z innej strony. Nie miałem pojęcia kto, ale w jednej chwili biegłem, w drugiej leciałem do tyłu. Jak gdybym trafił na jakiegoś rosłego kolosa, jak gdyby złapał mnie za chabety i mną rzucił, jak gdybym nigdy nic nie ważył.
Upadek był bolesny i totalnie mnie zamroczył, zaparł dech w piersi. Jedynie myśl o Albie nie pozwalała mi się poddać. Musiałem walczyć, póki nie zginę. To samo mówiło spojrzenie Theresy. Musiałem walczyć.
Wstałem. Wrzasnąłem wściekle i ponownie postanowiłem zaatakować Bradley’a. Najwyraźniej był kimś istotnym, skoro inni go bronili. Tak samo robiłem ja, odwracając uwagę od małej. Odpaliłem gestem płomienie na swoich karwaszach i postanowiłem wykorzystać sto procent swoich możliwości, by unieszkodliwić mężczyznę, a przy okazji przerazić rebeliantów. Niech nie wiedzą, że nie mają szans z D.O.G.S.
Słałem fale ognia w kierunku Grey’a.Ricky Roseberry - 2019-10-31, 17:18 Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wszystko co planowałam i chciałam zrobić nie wychodziło mi. Może to przez chorobę może przez to że jest tu Aaron. Już wiem jakich słów używany Rocky gdyby wiedziała że tu będę. Już wiedziałam co zrobilabym Sami gdyby wiedziała że się tu wybieram.
Wiedziałam i wcale mi to nie pomagało. Odetchnelam i spojrzałam na sytuację.
W tym całym zamieszaniu widziałam kilku mutantow. I najbardziej zależało mi na tym by pomóc Aaronowi.
Skupiłam się na nim. Zdecydowałam że zamkne to w tarczy. Nie zależnie od ceny. Chciałam zrobić wokół niego klosz z mojej tarczy.
Następnie wycelowalam pistolet w stronę kobiety która dowodzila i strzelilam. Prosto w głowę by nie wyszła z tego cało. No trudno jeśli mam być mordercą to chociaż osoby która nam przeszkadza.Christian Wilson - 2019-10-31, 20:03 Cóż może innych okolicznościach nie zadawałem bym sobie tych pytań. Może nie byłbym tu i teraz, a nawet wśród nich. Jednak nikt nie jest tego nie wie. Nawet ja sam nie jestem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Poza tym nie należy przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Musiałem coś zrobić z tymi mutantami. Znaleźć im schronienie... Trzeba było dać tym ludziom szanse, na to by zyskali wolność. Nawet jeśli dzisiejszy poranek ma zebrać swoje żniwa to niech ta garstka ma jakieś szanse.
Podniesienie włazu do kanału było nie lada wyzwaniem i dobrze, że kilku znalazło się takich. Którzy mi pomogli z tym zadaniem. Bo gdyby nie oni to pewnie jeszcze bym się męczył z nim. A tak poszło szybko i sprawnie... Ludzie zaczęli wchodzić do kanałów. Zostałem na powierzchni, aby pilnować by wszyscy weszli oraz też pilnować wszystko przebiegała sprawnie i nic im nie zagroziło. Stałem obserwując otocznie oraz nasłuchując dźwięków z otoczenie. Początkowo wszystko było normalnie... Nic niepokojącego. Dopiero po chwili zdołałem usłyszeć dźwięk wsparcia. Nadjeżdżających pojazdów i to byle nie jakich tylko rządowych.
- Dalej wchodzić szybciej - powiedziałem do tej garstki co jeszcze nie weszła. Dalej się obserwując i nadsłuchując. Musiałem jakoś ich powstrzymać i skierować ich na inny tor lub opóźnić.
Dlatego też na drodze przy bądź prowadzącej do Rogatek po której oni musieli by przyjechać. Korzystając z wody dodałem na jezdni kolce. Takie jakie zwykle policja rozkłada by powstrzymać uciekające auto. Tym razem nie oni rozłożyli i to nie były byle jakie kolce. Tylko dość mocno utwardzony lód. Liczyłem, że to może jakoś ich powstrzyma i da czas mojemu bratu. Niestety nie miałem jak Nicka powiadomić więc musiałem sam działać.Nicholas Grenville - 2019-10-31, 21:01 Tym razem Nicholas skorzystał z umiejętności Mary, dzięki którym dostali się szybko na dach, wcześniej obierając ukrytą ścieżkę i bezpieczną od ataków. Wielkie rozczarowanie go spotkało, że zamiast normalnie zwyczajnego wejścia do wnętrza budynku, był nim mały właz wentylacyjny.
- Pięknie...
Wycedził przez zęby, nie ukrywając niezadowolenia tym, że ten właz jest mały. Mary pewnie przeciśnie się, ale nie on. Samej też nie chciał puszczać. Jeszcze by się jej coś stało a on przecież odpowiada za wszystkich tych, co z nim współpracują w tej akcji. Miał też opcję, by puścić tam swoją moc. Ale nie miał gwarancji, czy nie zatruje tym samym innych tam przetrzymywanych mutantów, których muszą uwolnić.
Przeszedł się po dachu, by z góry ocenić sytuację swoich towarzyszy, jak napierdalają się przy samym wejściu. Wtem usłyszał w oddali zbliżający się helikopter. Pewności nie miał, czy to ten który się z nim komunikował niedawno, czy obcy, inny. Jego uwagę odwróciła Mary, przedstawiając raport ze zbadanych zakratowanych okien i prezentując pomysł na rozwalenie jednego okna.
- Wskaż które to.
Poprosił, po czym razem mogli się udać we wskazane przez nią miejsce. Ocenił sytuację i analizował stan powodzenia tego, co planował uczynić. Sprawdził, które faktycznie były poluzowane. Szarpał nimi parę razy sprawdzając czy to chociaż coś pomoże. Jako facet, miał więcej siły więc szarpał za kraty, sprawdzając czy w ten sposób może poluzowane śruby puszczą.
- Jesteś pewna, że dasz radę? Nie chciałbym cię tutaj zostawiać samą, kiedy wyczerpiesz limit i będziesz musiała odpocząć.
Spojrzał na nią, by mieć pewność że jest pewna tego co chce zrobić. W najgorszym wypadku, jeżeli się nie powiedzie, będzie musiał narobić większego hałasu rozwalając o okno z kratą za pomocą granatu. A kto wie, czy konstrukcja tego domu i dachu nie zawali się na dobre.Vincent Edams - 2019-11-01, 06:07 Co to, to nie, panie Aaronie. To, czy Pan wstał i zaczął się wściekać, rycząc samczo, zależy od tego, czy Vincentowi powiodła się kolejna akcja. Mianowicie, widząc Bartkowskiego na ziemi, chłopak wystrzelił ze swojej kryjówki i wymierzył bronią prosto w mutanta. Strzelił, a jeżeli tylko kula osiągnęła cel, ruszył dalej.
Zaczęło robić się gorąco. Każdy walczył z każdym, niezależnie od tego czy był człowiekiem, czy mutantem. On też musiał pójść na całość. Pozwolił, by niekontrolowana złość nim kierowała, by mógł znów stać się śmiercionośnym Numer 036.
Berserkiem.
Nie pozwolił sobie na głośny ryk, a La Bartkowski. Największe zniszczenie sieje się po cichu. Jedynie jego spojrzenie stało się niemal zwierzęce, porzucając to co w nim ludzkie. Jeżeli do tej pory Aaron nie oberwał, to czas był na to najwyższy. Kolejny raz został złapany za nogę i tym razem rzucony o ściane. A jak mu się oberwało wcześniej, to damy mu odetchnąć (hehe) i po prostu ruszył z atakiem na któregoś z przeciwników.Bradley Grey - 2019-11-01, 10:11 // z telefonu - przepraszam za spóźnienie, ale wszystkich świętych itd
Gdy już chciał odrzucić Barkowskego, zobaczył że i tak odlatuje do tylu. Rozejrzał się i dostrzegł Vincenta, który działał z ukrycia. Czyżby miał jakieś niewyrównane rachunki z chłopakiem? Tego nie wiedział, ale jego akcja pozwoliła mu zaoszczędzić swoją moc.
Jeśli Bartkowski wstał i rzucił w Brada falą ognia to mężczyzna wytworzył tarczę przed sobą, która miała obronić go przed tym i innymi ewentualnymi atakami. Oczywiście jeśli Vincent nadal trzymał go przy ziemi i Aaron ostatecznie nie zaatakował to Brad nie używał mocy.
W tym czasie postanowił wyeliminować młodą mutantkę, która była zagrożeniem dla nich wszystkich. Wyciągnął sztylet zza paska, a karabinek wisiał mu luźno przy boku, więc był gotowy użyć go w każdym momencie. Skupił się na swojej kolejnej czynności, a mianowicie zamierzał teleportować się za plecy dziewczyny i sztyletem poderżnąć jej gardło. Ruch z zaskoczenia, więc trudny do uniknięcia. Nie miał jakichś obiekcji przed tym ruchem, bo była jego wrogiem bez względu na wiek. Nie pogrąży misji przez jedną osobę.
Jeśli więc to było możliwe to zostawił Aarona i Vincenta samym sobie, a sam planował ubić większą rybę. I jeśli mógł to spełnił swoje zamiary teleportacji i ataku na dziewczynkę.Mistrz Gry - 2019-11-02, 01:00
Jeśli żądasz pokoju, musisz być gotowy na wojnę.
Wszyscy nasi bohaterowie to rozumieli - inaczej przecież dziś by tu nie stali, przelewając krew, poświęcając własne zdrowie i życie, walcząc u boku często obcych osób, by innym zapewnić wolność. Dziś postawili wszystko na ostatnią kartę - a wynik tej zagrywki wciąż nie był znany.
Christian ryzykował bardzo wiele, wyprowadzając mieszkańców poza mury dzielnicy. Zdawał sobie z tego doskonale sprawę, a coś wewnątrz jego głowy nie dawało mu spokoju. Czyżby... Czyżby to nie był pierwszy raz, jak zdradził?
Ogarnął go dziwny niepokój, ale zachował trzeźwość umysłu. Nakazał zebranym przyspieszenia tempa, gdy sam się od nich oddalił - zbliżając się do samych rogatek, gdzie już szykował pułapkę. Wyciągnął swe dłonie przed siebie, gdzie wciąż znajdowały się obfite kałuże po niedawnej burzy, ale... Nie zdołał spełnić swych wizji. Wielkie kolce, choć tak bardzo pożądane - wcale nie stanęły przed jego wzrokiem. Czy to wina nasilającego się bólu w ręce, czy jednak stresu, który go ogarniał?
Na całe szczęście wciąż pozostawał w ukryciu i nikt z nadjeżdżającego wsparcia nie mógł go dostrzec - gdy sam miał szansę podziwiać siłę bojową swojej organizacji - Pięć dużych, uzbrojonych samochodów, wewnątrz których z całą pewnością kryli się szwadronowcy, oraz... Dwa czołgi. Rząd nie miał zamiaru się patyczkować. Czy Spivey spróbuje powstrzymać pojazdy, czy jednak ukryje się z pozostałymi mutantami? A może jednak ruszy wgłąb DOMu - próbując znaleźć atakujących i uprzedzić ich przed niebezpieczeństwem, nim zrobi się gorąco?
Czego jednak mężczyzna nie mógł wiedzieć - zestresowane tą sytuacją ofiary nie do końca radziły sobie z działaniem po presją - co zakończyło się nie tylko przepychankami przy samym wejściu do włazu, ale i drobnymi wypadkami. Część z osób nie potrafiła dostatecznie dobrze oprzeć swoich nóg o drabinkę, gdy inni... Kiepsko radzili sobie z przenoszeniem nieprzytomnych kundli. A może też zrobili to specjalnie? Niezależnie od ich motywów - ciało Penelope boleśnie upadło do wnętrza kanalizacji - nie tylko brudząc i mocząc jej biedny mundur, ale i wybijając jej lewy bark. Teraz kobiety z całą pewnością nie ominie wizyta u specjalisty... Jak dobrze, że wcześniej zaaplikowana trucizna od jej byłego partnera zadziałała tu niczym środek znieczulający, skutecznie powstrzymując ją przed niekontrolowanym krzykiem czy jękami.
W tym czasie Nicholas wraz z Mary poszukiwali najlepszej drogi na dostanie się do wnętrza komisariatu. Droga, którą wcześniej obrała sobie ich towarzyszka była niedostosowana do wymiarów naszego dzisiejszego dowódcy, zmuszając tę parkę do intensywnego myślenia. Zaledwie chwilę zajęło Mary znalezienie potencjalnego wejścia, które jednak okazało się wytrzymalsze, niż Greenville mógł przypuszczać - żadna z krat nawet nie ruszyła się na jego szarpnięcia. Wzmocnione ściany i grube śruby doskonale chroniły to miejsce, a jak dobrze zauważyła panna Pond - gdyby to było takie łatwe, z całą pewnością już by ich tu nie było. Użycie mocy wydawało się dobrym kierunkiem rozumowania, choć z całą pewnością może być to trudne zadanie (mod. -1 do sukcesu), podczas gdy użycie środków wybuchowych może przyciągnąć w ich kierunku funkcjonariuszy. Co więc było w tym wypadku lepszym rozwiązaniem?
Pod nimi rozgrywały się jednak małe (albo i duże) tragedie. Christopher, prawdopodobnie zdając sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znalazł - ruszył przed siebie, wgłąb komisariatu. Wiedział, że nie ma szans w tej otwartej walce z dużo większym przeciwnikiem - tym bardziej, że widział zmiany we własnym organizmie. Jego zraniona dłoń już niemal całkowicie przypominała ludzką, a kolce w przedramieniu prawie całkowicie zanikły - pozostawiając po sobie jedynie niewielkie wybrzuszenia. Gdy już miał czmychnąć za framugą, biegnąc w stronę cel - ponownie poczuł te nieprzyjemne zawroty głowy, po których...
Ukryj:
Przyszła ciemność. Miał wrażenie, jakby ktoś zamknął go w niewielkiej, szklanej kuli, do której wciąż dochodzą dźwięki od góry. Nie miał jak się tu ruszyć, a odgłosy walki przybierały na sile, wdzierając się prosto do jego umysłu. Nie mógł dostrzec nic za grubymi, szklanymi ściankami, poza... Dwukolorowymi tęczówkami malującymi się w ciemności. Już po chwili pod nimi pojawiła się olbrzymia, psia szczęka, która szczerzyła ku niemu swe kły, nie przerywając swego warczenia. Już po chwili poczuł uścisk na własnym ramieniu i niemal mógł być pewien, że to głębokie ugryzienie, niemal był pewien, że czuje krew spływającą po jego plecach, wiedział, że nie czuje już podłoża pod swoimi stopami, ale przecież... Przecież pies był przed nim, jak mógł się dostać do wnętrza jego celi tak niepostrzeżenie?!
W nie lepszej sytuacji była Lasair, która porywając się na swój krok ostateczny, nie tylko musiała użyć swej mocy, by zyskać nieco sił i wyważyć skrzynkę, ale i wpakowała własne ręce między liczne, kolorowe kabelki. Wyrwanie ich nie było już tak wielkim wyzwaniem, ale niosło za sobą nieprzyjemne skutki - prąd przeszedł przez jej ciało, na chwilę pozbawiając ją świadomości. Chyba wręcz mimowolnie osunęła się na ścianę, próbując złapać oddech i czując, jak jej serce bije jak szalone. Jej dłoń była mocno poparzona, a na jej skórze pojawiły się specyficzne, nieregularne ślady, które w najbliższych tygodniach z całą pewnością będą jej przypominać o podjętym poświęceniu. Ale teraz... Teraz jeszcze chwilka, jeszcze tylko momencik, tylko nie zamykaj oczu, droga Roarkedaugter - inaczej już chyba nigdy ich nie otworzysz...
Chociaż to może nie byłoby wcale takie złe? Patrząc na cały ból, cierpienie, kłamstwa w którym przyszło Wam wszystkim dziś żyć. A co w sytuacji, gdy ta nieprawda... Stawała się Waszą rzeczywistością? Aaron upadł boleśnie na ziemię, zmagając się z własnymi, wewnętrznymi demonami. Myśl o jego zaginionej ukochanej napędzała go do walki, wciąż motywowała - ignorując więc niewidzialną przeszkodę, podniósł się i nie przerywał pędu wymierzonego prosto w Bradleya - który próbował się uchronić przed ledwie stworzonymi płomieniami swą magiczną tarczą. Ponownie jednak jego reakcja nie była wystarczająco szybka, podczas gdy wściekłość Bartowskiego buchnęła wraz z żarem, który wytworzył. Mimo wszelkich starań - Spodnie Greya ponownie stanęły w ogniu (może to taki sposób gorących zalotów?), jednak udało mu się uniknąć największej fali ciepła. Wystarczyło tylko oklepać buchające płomyczki, nim z materiału nie pozostanie wyłącznie kupka popiołu.
Tę wściekłość postanowił jednak wykorzystać Vincent - ponownie ruszając na swego przeciwnika, po nieudanym strzale z broni. Jego wektory pognały w stronę inferno, po raz kolejny fundując mu nieprzyjemny upadek na ziemię.
Nim jednak którykolwiek z nich zdołał zrobić coś więcej, w głowie każdego zaczęło nieprzyjemnie wirować...
Obiekt 036.
Ukryj:
Byłeś w ciemności, czułeś malejące ściany. Słyszałeś ten straszny głos i niemal czułeś nieprzyjemny oddech na własnym karku. Znów byłeś maleńki, znów byłeś bezbronny. Twoja moc nie odpowiadała, a w mroku nie potrafiłeś znaleźć ratunku. Każda płaska powierzchnia zdawała się na Ciebie napierać, gdy siedziałeś skulony a jej głos stawał się coraz wyraźniejszy. Dokładnie tak... Jakbyś na nowo miał przeżyć tamtą noc. Nie chciała się zamknąć, niemal czułeś jej dłonie, które napierały na Ciebie podobnież jak chłód ścian, które uniemożliwiały Ci ruch. Ale... Coś tu nie pasowało, tylko... Nie potrafiłeś stwierdzić, co.
Warlock Lord.
Ukryj:
Niepowstrzymany, ponadprzeciętnie uzdolniony, władający ciemną magią. Jak więc to się stało. że stałeś nad przepaścią? Czemu na jej dnie widziałeś wszystkich, na których kiedyś Ci zależało? Czemu ciało byłej liderki bractwa leżało tam na dnie, czemu blondynka, która zmuszała Cię do szorowania toalet z takim wyrzutem na Ciebie spoglądała swoim martwym wzrokiem? Widziałeś Maysilee - poobijaną jeszcze bardziej, niż przy Waszej ostatniej wizycie. Widziałeś tak wiele ciał, które patrzyły na Ciebie tylko z jednym pytaniem na swych nieżywych obliczach - dlaczego nas nie uratowałeś? Dlaczego nas zostawiłeś? Czułeś się samotny, bardziej niż zwykle i chyba pierwszy raz od dłuższego czasu budziło to w Tobie tak wielki niepokój. Czułeś, jak wszystkie minione rany powracają na Twoje ciało - jak skóra się rozrywa, kości łamią, a wnętrzności cierpią katusze. A gdy tylko się odwróciłeś... Widziałeś za sobą swoich wrogów. Widziałeś tych, którzy Cię torturowali, widziałeś tych, którym odebrałeś dziś życia, widziałeś też... Aarona. I nie miałeś wątpliwości - chciał Cię zepchnąć w tę przepaść, a Ty nie mogłeś się przed tym bronić, walcząc z bólem całego życia skupionym na tej jednej, krótkiej chwili. Wiedziałeś, że to nie ma sensu, ale... Jak miałeś walczyć i z tym, gdy śmierć była zaledwie kilka cali od Ciebie?
Inferno.
Ukryj:
Płomienny chłopak, którego temperament mu dorównuje. A jednak stawałeś się taki maleńki, taki bezbronny, taki kochany - gdy tylko ona była u Twego boku. Patrzyłeś w jej roześmiane oczy, słuchałeś jej ciepłego głosu, by jednak po chwili - jej skóra stała się sina a oczy - puste. Widziałeś rany postrzałowe w jej ciele, czułeś zaschniętą krew na jej sukience. Widziałeś poszarpane włosy i ślady spalenizny na jej puchatej kurtce. "To przez Ciebie" - zachrypiał jej głosik, gdy spalała się pół-żywcem na Twoich oczach, a Twoja moc nie reagowała. Płomień nie malał, pochłaniając jej ciało - centymetr po centymetrze, aż przy Twoim boku nie leżały wyłącznie suche kości. Ale płomień wciąż rósł w siłę - zajmując resztę łóżka i drewnianą podłogę, która skrzypiała pod naciskiem Twoich stóp. Widziałeś, jak kolejne bliskie Ci osoby spotyka dokładnie ten sam los - Ricky, Vreer, Sam, Twoi rodzice... Pokój wypełniał się kolejnymi szczątkami i czułeś to narastające poczucie winy, wiedząc, że nie możesz zapanować nad własną mocą. Jakie to uczucie, drogi Bartowski, po raz kolejny stracić nad własnym ja kontrolę? Czy mogłeś walczyć z tym absurdem, gdy głosy w Twojej głowie chciały Cię zniszczyć?
Gdyby jednak odwrócić wzrok od tych chłoptasiów i skierować go na przedstawicielki naszej płci pięknej - można było zauważyć większościowe zainteresowanie bronią strzelającą - z jednym, opóźnionym wyjątkiem.
Panna Roseberry kierowana swoją nazbytnią empatią, próbowała rozdzielić swego przyjaciela od tej bitwy - na nic jednak wychodził jej starania, bowiem każda próba użycia mocy kończyła się jeszcze większymi zawrotami głowy - aż w końcu blondynka upadła na swoje kolana, łapiąc się za głowę i po raz kolejny czując ciepło swojej krwi spływającej prosto do jej warg. To nie była jednak pora na poddanie się, nawet mimo bólu, który ją ogarniał - próbowała podnieść swoją broń i wycelować ją prosto w kobietę, której tak wiernie słuchał Bartowski. Gdy jednak miała pociągnąć za spust, jej oczy się zamknęły, a ona sama...
Ukryj:
Znów byłaś w swoim starym mieszkaniu. Wyglądało inaczej, meble przykryte były starymi prześcieradłami, szpara na listy zapchana była starymi gazetkami reklamowymi i nieodebraną korespondencją. Wśród listów widziałaś aż nazbyt znany sobie charakter pisma, a za drzwiami słyszałaś jej głos. Prosiła o litość, prosiła o znak życia, płakała, zamknięta z dala od Ciebie. Ale wiedziałaś, że nie mogłaś wrócić - uciekłaś, bo bałaś się jej poglądów. Sama stałaś się tym, czego ona nienawidziła. Jaki to więc miało sens? Tak było lepiej dla Ciebie, i dla niej, prawda? Ale czy to samo mogła powiedzieć Twoja siostra? Odwróciłaś swoją głowę i tam ją ujrzałaś - w tym mroku przebijanym wyłącznie przez stłumione światła uliczne. Widziałaś jej poobijaną twarz, poranione dłonie, zniszczone ubrania. Wyglądała tragicznie, a jej sine usta ledwo się otwierały, gdy kropelki krwi spływały po jej skórze wraz z każdym kolejnym pęknięciem pojawiającym się na jej wargach.
"Czemu na to pozwoliłaś? Czemu pozwoliłaś im uwierzyć, że jestem Tobą?"
Jej ciało bezwiednie upadło, po chwili zmieniając się w popiół, który rozsypał się po deskach pokoju. Ale te deski... Były nieznajome. Zbyt jasne. A mrok szybko ustąpił zimnemu światłu i nieprzyjemnemu świerczeniu jarzeniówki wbudowanej w sufit. Ty wciąż siedziałaś pod ścianą, nie mogąc wydusić z siebie słowa, gdy przed Tobą torturowano ostatnie bliskie Ci osoby. Widziałaś każdy cios, każde uderzenie. Widziałaś, jak ich człowieczeństwo gaśnie razem z ich pustymi spojrzeniami. Czemu więc nic nie zrobiłaś, tylko przypatrywałaś się temu szeroko otwartymi oczami? Czy naprawdę nie byłaś w stanie się ruszyć? A może jednak ten stryczek, który krzyczał z Twojej prawej strony był dla Ciebie bardziej kuszący?
Nieco więcej szczęścia miała Esther, której kula świsnęła przez pole bitwy, ostatecznie trafiając Theresę w nogę - co wywołało nie tylko jej okrutny wrzask, ale i konieczność schylenia się do zranienia. Niemal natychmiast jej ciało opadło, gdy dłońmi starała się zatamować krwotok. Wywołało to u niej złość i niemal natychmiastowe skupienie na Tobie jej własnego wzroku. "Brać ją." było możliwe do odczytania z jej wściekłych warg - bo przecież Goth była za daleko, by samej móc usłyszeć jej wrogi ton. Nim jednak zdołała po raz kolejny podnieść swą broń i oddać tak czysty strzał - i jej głowa przestała z nią współpracować, zaczynając dzikie wirowanie za jej powiekami.
Ukryj:
Nastała ciemność. Czułaś wokół siebie pustkę, nie dochodziły do Ciebie żadne dźwięki. Nie wiedziałaś, gdzie jesteś, ani co się z Tobą dzieje. Zupełnie, jakbyś była innym bytem, który nie może odnaleźć się w tej rzeczywistości. A jednak... Otaczający Cię mrok powodował dziwny dyskomfort - aż nie zauważyłaś na swoich dłoniach silikonowych rękawiczek i wielkiej igły wypełnionej dziwną, lekko świecącą substancją. Szłaś gdzieś, widziałaś jakąś skórę. To chyba czyjaś ręka, a może noga? Nie byłaś pewna, ale musiałaś właśnie to miejsce ukuć. Wstrzyknęłaś część substancji, gdy skóra w tej okolicy zaczęła się dziwnie zachowywać - poruszać, marszczyć, topić, rozrywać. Słyszałaś krzyk, który był nazbyt znajomy, choć nie potrafiłaś go dopisać do żadnej znanej Ci twarzy. Po chwili pojawił się kolejny kawałek skóry i kolejny, i kolejny... W każdy punkcik, bez wyjątku wstrzykiwałaś ten płyn, nie mogąc zapanować nad własnymi dłońmi. Krzyki rosły, przybierały niemal jeden ton, aż w końcu zobaczyłaś ostatni fragment skóry. Dziwnie nisko, umieszczony prostopadle do Twojego wzroku. I w niego wstrzyknęłaś resztkę substancji, czując jak palenie i ból zaczynają i Ciebie ogarniać. Krzyczałaś, byłaś tego pewna. Zamknęłaś na chwilę oczy, nie mogąc znów oglądać tych strasznych scen, by po chwili.. Pojawiło się dziwne światło. Mimo, że wszędzie wciąż panował mrok, widziałaś powykręcane nienaturalnie ciała z uszkodzoną skórą na ich powierzchni. Wszyscy byli nadzy, Ty również - w końcu to czułaś. Widziałaś, jak właściciele tych ciał krzyczą - z Tobą na czele. A wśród nich, mimo tych wynaturzeń - poznałaś swoich braci, poznałaś swoich rodziców, poznałaś swoich przyjaciół, w tym też biedną Annelise... Ale... Czy ona już nie była martwa? Czy już raz nie przechodziłaś za nią żałoby? Nie byłaś już niczego pewna, gdy ból Cię świdrował odbierając Ci resztki zdrowego myślenia. Czy byłaś w stanie z tym walczyć?
Nasza była pani żołnierz nie zamierzała się jednak poddawać. Przyjmując postawę obronną, oddała trzy strzały. Jedna z kul trafiła w ścianę, za właśnie opadającą Theresą, podczas gdy pozostałe kule przebiły się przez skórę swych ofiar. Jedna z nich uderzyła w mutanta, który wykazywał się blokowaniem mocy - dając szansę walczącemu mieszkańcowi na powalenie go na ziemię i dobicie przeciwnika, gdy druga - trafiła w klatkę piersiową jednego ze zwykłych funkcjonariuszy, idealnie w miejscu, w którym wcześniej Varcer zniszczył mu kamizelkę. Ciemna plama zaczęła pojawiać się na jego ubraniach, a on sam - plunął śliną zabarwioną na szkarłatny kolor, co dawało prosty znak - oberwał w płuca. Wycofał się kilka kroków, łapiąc za ledwie powstałą ranę i było pewne - w tych warunkach nie zdoła przeżyć do czasu, aż mogłoby się tu pojawić wsparcie medyczne.
Sama Leilah nie mogła jednak cieszyć się swoim sukcesem zbyt długo - bo nawet mimo swej kryjówki i ona odczuła te wirowania, po chwili opierając się już o brzeg klatki i oddając się temu dziwnemu uczuciu, które ciągnęło ją gdzieś w głąb samej siebie...
Ukryj:
Byłaś w samochodzie. Pojazd był prowadzony przez Twojego męża, a Ty - razem ze swoją małą Lizzie śpiewałaś Waszą piosenkę. To były jej urodziny, obiecaliście jej wycieczkę. Co tu mogło pójść nie tak?
Nawet nie wiedziałaś kiedy, u Waszego boku pojawiły się znane Ci pojazdy - na siłę spychając Wasz samochód z drogi. Nie mogłaś nic zrobić, widziałaś, jak Twoja ukochana córeczka wypada przez okno, uderzając o pobliskie drzewo, widziałaś, jak Twój ukochany uderza głową o kierownicę, a z jego głowy zaczyna sączyć się krew. Sama boleśnie się poobijałaś, gdy auto robiło kolejne fikołki między tymi drzewami. Widziałaś, jak zamaskowane osoby ku Tobie pędzą, zabierając najpierw Twoje biedne dziecko. Chciałaś walczyć, ale... Po Twojej mocy nie było śladu, a Twoja siła nie robiła na nich wrażenia. Każdy cios odbijał się od nich, jakbyś sama nic nie ważyła. Oni Cię okładali, oni bili Twoje dziecko, oni ją zabierali od Ciebie - a Ty nie mogłaś nic zrobić. Oni strzelili do Twojego męża, celowali do Ciebie, ale Ty - nie mogłaś się ruszyć.
Z każdym kolejnym ciosem, który przyjmowałaś na głowę, las zanikał - zmieniając się w zimną ulicę. Byłaś obolała, znajdowałaś się gdzieś w tłumie. Wśród wiwatujących widziałaś małą Elizabeth - w Twoim swetrze. Twój wzrok nie mógł się mylić. Ale usłyszałaś strzał, po nim - widziałaś, jak ona zaczyna płakać, a po chwili - jak kolejna kula przebija jej biedne małe ciałko - dokładnie w ten sam sposób, w jaki Twoja przedziurawiła płuca strażnika. Widziałaś jej wystraszone spojrzenie, widziałaś, jak krew po niej spływa, brudząc Twoje stare odzienie. I nawet... Nie mogłaś się ruszyć. Nie mogłaś po raz ostatni potrzymać jej w ramionach i towarzyszyć w tej ostatniej drodze.
Jak mogłaś, mamo? Jak mogłaś na to pozwolić? Dlaczego jej nie uratowałaś, gdy tak wiele innych żyć wyzwoliłaś? W czym inni byli lepsi od Twojego dziecka, którego pusty wzrok teraz Cię wertował na wylot, zadając te pytania, na które już nigdy nie usłyszy odpowiedzi?
Czy sama je znałaś? Czy Twoja żałoba już minęła, a gniew i żal mogły opuścić Twoją duszę, po tych ledwie otwartych, starych ranach?
Najgorszy moment na pojawienie się w tej sytuacji z całą pewnością odczuł zaspany Marian - który nawet nie zdołał porządnie się rozbudzić, gdy senne myśli znów zaprzątały mu głowę. Czemu ten mokry i zimny chodnik wydawał się teraz tak pociągający i wygodny? Coś go pchało ku zniszczonemu asfaltowi, ale chyba nie zdążył się do niego przytulić, nim mrok stanął i przed jego oczyma...
Ukryj:
Stałeś w kuchni w Bractwie. Gotowałeś na swej wiernej patelni, szykując uroczysty posiłek dla całego swojego ugrupowania. byłeś pewien swych zdolności i chyba miałeś co świętować - tak Ci się przynajmniej wydawało. Gdy jednak się odwróciłeś, by złapać swój tajemniczy, znany tylko Tobie składnik, usłyszałeś niepokojące szurnięcie za swoimi plecami.
Widziałeś kobietę, dokładniej ujmując - Theresę, dowódcę dzisiejszego oddziału obronnego komisariatu. Nie miała jednak na sobie swojego typowego munduru, a bardziej coś, co kojarzyło Ci się... Z tanimi, seksownymi kostiumami na halloween. Pokazywała zdecydowanie zbyt wiele ciała i stała - mimo wszystko zbyt blisko ciebie. Co gorsza - w swoich dłoniach trzymała Twoją patelnię, nie zważając na gorący tłuszcz, który właśnie zaczynał spływać po jej ciele, absolutnie jej nie raniąc. Chciałeś ratować swój najcenniejszy dobytek, ale nie byłeś w stanie wyciągnąć przed siebie dłoni - a ona zamierzała to wykorzystać. Widziałeś, jak jej gładkie dłonie z wyjątkowo długimy paznokciami zaciskają się na metalowym talerzu, widziałeś, jak jej knykcie robią się białe od ucisku. I już teraz wiedziałeś, do czego zmierza...
Odłamała rączkę od Twojej patelni, a w jej szczupłych ramionach musiały kryć się naprawdę silne mięśnie - skoro już po chwili i metalowa część kończyła w kawałkach - a Ty nie mogłeś z tym nic zrobić. Co gorsza - widziałeś, jak wszyscy, którzy czekali na obiad od Ciebie, stoją teraz za nią, nie tylko bucząc w Twoją stronę za niewykonane zadanie, ale i wiwatując Theresie - by rozrywała Twój skarb na jeszcze więcej okruszków. Czy na samym czele tego tłumu nie stał Twój przybrany syn - Henryk Blueberry Cierpisław Delfin? Czy możliwym było, by tak mały dzieciaczek był zdolny tak głośno wyrażać swoje niezadowolenie tak grubym, męskim głosem? Nie byłeś tego pewny, ale w sumie... Chciałeś wierzyć w jego możliwości, czyż nie? Nawet, jeśli Twoja głowa i nos niemiłosiernie teraz bolały, i nawet nie wiedziałeś, czemu...
Co więc działo się przy wejściu do komisariatu, gdy wszystkie skupione tu oczy nie potrafiły już dostrzegać? Nasza parka na dachu mogła się jedynie domyślać - widząc, jak walka na chwilę ustała, jak nastała wręcz dziwna cisza na ułamek sekundy, pozwalająca bez problemu usłyszeć osunięcie się jakiegoś ciała na ziemię, a po chwili - nerwowe stukanie wojskowymi butami po przybytku. Czy to oznaczało, że Wasz czas się kończył?
Czy może jednak ten koniec miał zapowiadać helikopter, którego sylwetka malowała się w jaśniejących wciąż chmurach tego pięknego już poranka?
___________________________
MG oczekuje na odpowiedzi do 72h (4.10 ok. 22.00), post MG pojawi się do 24h od uzyskania ostatniej odpowiedzi.
Brak uzupełnionych informatorów skutkował dodatkowymi efektami negatywnymi wobec postaci. Po raz kolejny uprasza się graczy o uzupełnienie informatorów o brakujące informacje.
Numer porządkowy: 1
Dane: Vincent Edams
Żywotność: 90%
Opanowanie: 95%
Inne: Kamizelka kuloodporna, kominiarka, pistolet, naboje, krótkofalówka, noże do rzucania, podręczna apteczka (opatrunki, opaska uciskowa, płyn do odkażania ran) znaczące obrażenia: złamane żebro
Numer porządkowy: 2
Dane: Bradley Grey
Żywotność: 91%
Opanowanie: 92%
Inne: po 1 granacie: obronne, przeciwpancerne, błyskowo-hukowe, dwa noże taktyczny bojowy RUI, 2 pistolety Desert Eagle, karabinek AK, kuloodporny hełm Ronin Devtac, kamizelka kuloodporna + plecak z nabojami, wodą i podręczną apteczką.
Numer porządkowy: 3
Dane: Nicholas Grenville
Żywotność: 83%
Opanowanie: 95%
Inne: Dwa pistolety desert eagle + zapasowe naboje wymienne, po dwa opakowania na jedną broń. Noże do rzucania, skrywane w obuwiu. Kamizelka kuloodporna. Broń palną ma ulokowaną w kaburach, umocowanych na pasku od spodni. Z kolei naboje, zapałki, scyzoryk, apteczka, po 1 granacie: obronne, przeciwpancerne, błyskowo-hukowe,, opaski zaciskowe (długość odpowiednia np. do skrępowania dłoni wroga) schowane ma w małym plecaku jaki wziął ze sobą. znaczące obrażenia: rana na skroni
Numer porządkowy: 4
Dane: Esther Goth
Żywotność: 100%
Opanowanie: 94%
Inne: kamizelka kuloodporna; krótkofalówka; noże do rzucania; pistolet Beretta M9A3 kal. 9x19 Black; naboje
Numer porządkowy: 5
Dane: Lasair Roarkedaughter
Żywotność: 45%
Opanowanie: 70%
Inne: znaczące obrażenia: wybity nadgarstek, porażenia od prądu (mod -1)
Numer porządkowy: 7
Dane: Christian Spivey
Żywotność: 87%
Opanowanie: 100%
Inne: pistolet, naboje, krótkofalówki, kamizelkę, obroże, chip, nóż, znaczące obrażenia: złamanie prawej ręki
Numer porządkowy: 8
Dane: Mary Pond
Żywotność: 100% Opanowanie: 81% Inne: -scyzoryk (klasyczny: śrubokręcik, dwa noże, pilniczek, nożyczki, korkociąg i otwieracz do kapsli), pistolet mutazynowy
-butelka wody (0,5l)
-notesik z notatkami i rysunkami, ołówek z gumką i jakiś długopis
-plecak mieszczący w sobie wszystko powyższe i mający po kieszeniach masę śmieci w stylu jakiś spinaczy, papierków czy gumek recepturek
-standardowy strój: spodnie, sportowe buty, koszulka, bluza z głębokim kapturem i chusta, na razie na szyi,
Numer porządkowy: 9
Dane: Christopher Varcer
Żywotność: 51% Opanowanie: 70% Inne: Czarna maska i zwyczajne odzienie. Brak noszonej broni oraz jakiejkolwiek zawartości w kieszeniach. Postać jest zachipowana.
Numer porządkowy: 10
Dane: Leilah Adams
Żywotność: 100%
Opanowanie: 99%
Inne: 2 pistolety, 3 noże, naboje, kamizaleka kuloodporna, rękawiczki bez palców, krótkofalówka, granaty - plecak a w nim: apteczka (bandaż, woda utleniona, opaska), woda mineralna
Numer porządkowy: 11
Dane: Aaron Bartowski
Żywotność: 96% Opanowanie: 86% Inne: zwykły mundur DOGS ze wzmoncionymi rękawami, dwa karwasze z niewielkimi miotaczami ognia, załadowany Glock17 i do niego 4 magazynki po 17 naboi, pistolet ze strzałkami z mutazyną (nie wiem, ile tam strzałek), paralizator, dwie świece dymne i zapalniczka
Numer porządkowy: 12
Dane: Ricky Roseberry
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: scyzoryk, broń palna, nóż w bucie, bandaże, leki przeciwbólowe, latarka. Kaptur i chusta na twarzy.
Numer porządkowy: 13
Dane: Marian Cook
Żywotność: 69% Opanowanie: 70% Inne: patelnia
Obrażenia:Obity nos
Numer porządkowy: 14
Dane: Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Ricky Roseberry - 2019-11-02, 09:22 Wiedziałam wiedziałam że to nie ma sensu. Jestem bezużyteczna. Kolana zabolaly mnie od upadku, ale głowa bardziej. Wytarlam krew spod nosa i poczułam ogromne zawroty głowy....
Usłyszałam to. Widziałam to.. WSZYSKO TO PRZED CZYM CHCIALAM UCIEC.
Wszystko... wszystko..
Placzaca Sam... drzwi mieszkania. Zacisnelam pięści. To była głupota. Bałam się jej redakcji czy bałam się tego że będzie w niebezpieczeństwie? Może gdybym została to inaczej by się to potoczyło i może teraz był aby zdrowa i szczęśliwa..
Rocka pobita i poszkodowana.... zacisnelam oczy a po policzku poleciala mi łza. Tak pozwoliłam im myśleć że ona to ja.... nigdy sobie tego nie wybacze... nie wybacze sobie niczego co powodowało cierpienie moich bliskich przezemnie....
Byłam... byłam słaba... właśnie dla nich i dlatego żeby ich chronić musiałam być silna. Otworzyłam oczy. To było za dużo. O wiele za dużo...
Wrzasnelam. Może z bólu może z cierpienia psychicznego może dlatego że teraz nie chciałam uciekać nie tym razem.
Płakałam i nie myślałam nad tym co robię. Odepchnelam od siebie moja tarcze we wszystkie strony najmocniej jak mogłam. Po prostu straciłam nad sobą panowanie przez co mogło stać się najgorsze i mogłam skrzywdzić innych ale nie myślałam o tym bo w głowie miałam obraz Aarona. Aaron któremu zawdzięczam tak wiele a teraz stal po drugiej stronie. gdy moją tarczą odleciała ode mnie po prostu wiedziałam że mam parę sekund zanim stracę przytomność. Zdjęła kaptur i zsunelam chustę może w ten sposób Aaron mnie pozna i będzie wiedział że to ja.
-Aaron.. - powiedziałam wyciągając rękę przed siebie..
Oczy mi sie zamknely a ja stracilam świadomość. Nie obchodziło mnie nic innego tylko chęć ochrony bliskich przed czym uciekalam tak wiele razy..Marian Cook - 2019-11-02, 14:13 Otępiały rozglądał się wokół siebie. Im dłużej przebywał w tym miejscu, tym bardziej wszystko go bolało, w końcu łzy podeszły mu do oczu. "Nie... Zostaw... Cz- czemu..." myślał sobie gdy patrzył jak jego jedyna realna więź z rodziną była niszczona, a ludzie których uważał za dobrych i uczciwych- śmiali się wręcz z jego niedoli. Do tego... Kobieta. Zostaw! Odejdź! NIE DOTYKAJ! Burzliwe myśli Mariana co raz gorętsze rozpalały w nim emocje.
- Zostaw zostaw, zostaw... Patelnię... Mnie... Zostaw...
Jego myśli przeradzały się w słowa. Zawsze potrafił zachować spokój i stłamsić nawet najsilniejsze emocje, ale to nastąpiło zbyt nagle, w zbyt wielkiej ilości. Przy strachu powstają zazwyczaj dwa odruchy- walcz albo uciekaj. Jednakże coś mówiło mu, że ucieczka nie będzie zbytnio możliwa. Buczeli? Co on zrobił, aby to robili?! Chłopak ewidentnie stracił swój chłód, swoją wiecznie radosną posturę. Przestało go obchodzić co się z nim stanie, byleby tylko zostawili go samego. Jego Patelnia, ta kobieta...
- ZOSTAW!
Krzyknął i spróbował użyć swej mocy na wszystkim w maksymalnym stopniu, aby zadać sobie też jak najwięcej bólu, jednocześnie uderzając się w, z niewiadomych dla niego przyczyn, już obolałą głowę. Nie potrafił wciąż podejść to tak lubieżnej kobiety, bał się podchodzić. Ale Patelnia była ważniejsza niż jego cierpienie. Zresztą, Marian dobrze wiedział, że nawet ból może dać ukojenie, nie raz się o tym przekonawszy.Christopher Varcer - 2019-11-02, 19:43 Nie wyglądało to dobrze. Czuł, że nie miał szans z tym kundlem ani czasu, którego było coraz mniej. Christopher musiał podjąć szybką decyzję i była nią ryzykowna ucieczka. Gdy tylko nogi mutanta zerwały się do biegu w kierunku cel, nie odwracał głowy by sprawdzić czy mężczyzna za nim podąża a nawet jeśli by chciał... nie zdążyłby. Nie wiedział czy upadł na podłogę, czy oparł się o ścianę, ale zaledwie po kilku krokach nastała nienaturalna ciemność i nie miał pojęcia, co się działo z jego ciałem.
Dostał pociskiem i zginął...? Z pewnością nie był jedynym, który na początku tak właśnie pomyślał. Tylko że... coś było nie tak. Nadal czuł jak jego płuca unoszą się z każdym oddechem. Żył, ale dlaczego otaczała go ta bezkresna ciemność? Nie minęła chwila, nim się zorientował, że nie może się poruszyć. Próby choćby wyprostowania nóg spełzły na niczym, jakby był... uwięziony. I tak faktycznie było. Chciał odepchnąć od siebie te ściany, lecz nie był w stanie. Serce zaczęło mu szybciej bić, a ręce drżeć. Odnosił wrażenie, że zaczyna brakować mu powietrza. Mutant natychmiast spanikował. Zaczął się krztusić, wciąż desperacko usiłując się uwolnić z tego szklanego tworu. Wtedy dostrzegł przed sobą coś, co go sparaliżowało. Czyjeś oczy spoglądały na niego, ale mutant nie mógł stwierdzić, czyje.
- Wypuść mnie! Proszę! - zawołał przerażony, gdy tylko zdołał zaczerpnąć powietrza. Nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego ujrzał coś jeszcze, na czego widok zbliżył dłonie oraz kolana do swej piersi najbliżej jak to tylko możliwe i zaczął drżeć całym ciałem. Oczy zaszkliły się. Widok wielkiej psiej szczęki, z której dochodził złowrogi warkot przywołał u mutanta wspomnienia, gdy strażnicy z DOMu dla czystej rozrywki niejednokrotnie szczuli go psami. Rozszarpane ubrania, liczne ślady po ugryzieniach...
Chciał odstraszyć psa kolcami, pokazać mu swoje kły lub pazury, jednak mutazyna w jego żyłach pozbawiła go jakiejkolwiek możliwości obrony. Tracił swoje naturalne uzbrojenie, co tylko potęgowało strach.
Pochylił głowę i zamknął oczy, chcąc się jakoś od tego koszmaru uwolnić, odseparować, jednak gdy tylko to zrobił, odgłosy walki nasiliły się. Krzyki, strzały, dźwięki wojskowych butów uderzających o podłoże. Mutant drżał skulony w sobie, żałując, że w ogóle ośmielił się sprzeciwić władzom DOMu. Chciał wrócić do swojej cichej, bezpiecznej klitki. Chciał, aby to wszystko się wreszcie skończyło. Nie tak wyobrażał sobie wolność. Nie za taką cenę. Nie za tych wszystkich ludzi, którzy stracili życie i których zwłoki mijał wcześniej na ulicach.
- Już nie będę. Przysięgam...! - krzyknął, licząc na jakąkolwiek litość. Wtedy też poczuł bolesny uścisk na swoim ramieniu, a chwilę potem ciepłą ciecz spływającą powoli po jego przemarzniętych plecach. Krzyknął i szarpnął się z bólu, zachłystując się powietrzem. W jego głowie zawirowało jakby dla jego umysłu było to za wiele i miał stracić przytomność, jednak z jakiegoś powodu nadal był świadomy. Na tyle świadomy, by zorientować się, że zwykły pies nie mógł zbliżyć się do niego tak szybko, a mimo to poczuł na swojej skórze uścisk.
Czy to oznaczało, że był tu ktoś jeszcze...? Bał się spojrzeć. Bał się tego, co mógłby tam zobaczyć. A co, jeśli to był ten kundel, przed którym wcześniej uciekał? Chciał ponownie ukryć swoją twarz, poddać się. Cieknąca krew po jego skórze dawała mu pewne ukojenie. Była ciepła, przypominała mu zwykłą ciepłą wodę. Mógł oddać się temu uczuciu, licząc, że zaraz będzie po wszystkim, jednak... Coś kazało mu walczyć do końca. Nie mógł się ot tak poddać. Zacisnął zęby, uformował palce w pięść i momentalnie z pełną siłą wymierzył ją w stronę, z której został chwycony za ramię.